OoO
Harry poszedł prosto do biura i zaczął sprzątać. Zgredek niedługo potem się pojawił i skinął głową, krzyżując ręce na piersi.
— Zgredek nie rozumie, dlaczego Harry Potter sir się przy tym upiera. Jest młodym czarodziejem a nie skrzatem domowym albo służącym. Nie musi sprzątać. Dlaczego Harry Potter to robi?
Harry westchnął, przechodzili przez to prawie codziennie.
— Zgredku, mówiłem ci już. To zapłata za lekcje i poświęcony na nie czas mistrza. Nie mogę inaczej za nie zapłacić. Frankie i Johnny nie powinni wydawać swoich pieniędzy na moje wydatki. Rozumiesz?
Zgredek przytaknął, za każdym razem, gdy pytał, otrzymywał to samo wyjaśnienie, po prostu nie rozumiał, dlaczego nikt nie przejął się zniknięciem zbawiciela czarodziejskiego świata. Nie miało to dla niego sensu.
— To nie jest w porządku. Ale Zgredek to tylko skrzat domowy. Zgredek musi przyjąć te tłumaczenia Harry'ego Pottera, choć mu się wcale nie podobają.
Mamrotał przez chwilę narzekania ale bez protestu odsunął etażerkę z książkami od ściany, by Harry mógł wyczyścić podłogę.
— Zgredku? Czy ty coś… albo…eee, znaczy, tutaj… — mamrotał przez chwilę młody czarodziej, po czym znalazł właściwe słowa: — Rzuciłeś może jakieś zaklęcie spowalniające albo zmieniające poczucie czasu na dojo?
Zgredek tylko wzruszył ramionami.
— Panicz Harry prosił o więcej czasu na swoje lekcje. Zgredek po prostu upewnił się, że go ma. Czy to źle?
Harry zastanawiał się przez chwilę.
— Nie wiem. Chyba nie. Mnie to nie przeszkadza. A i mistrz Liu wydaje się zadowolony, Chciałem tylko wiedzieć. Dziękuję ci.
Skrzat skinął głową, jednocześnie pstrykając palcami i mebel wrócił z powrotem na miejsce.
— Zgredek musi już iść, ale jutro przyniesie więcej książek. Dumbledore'owi nie podoba się, że Zgredek tak często znika.
Harry'ego to zastanowiło, dyrektor Hogwartu nie sprawiał wrażenia zainteresowanego tym, co robią skrzaty domowe mieszkające w szkole, ale milczał. To naprawdę nie była jego sprawa. Zgredek wkrótce się pożegnał, a chłopak dokończył sprzątanie.
OoO
Kiedy dojo było posprzątane, Harry przebrał się, a następnie dyskretnie dał znać mistrzowi, że wychodzi. Ten tylko skinął głową, nie przerywając doglądania grupki ćwiczących uczniów. Przenikliwy wzrok mężczyzny omiótł jego sylwetkę, sprawdzając, czy jest odpowiednio ubrany. Nikt wcześniej go nie pilnował w ten sposób, ale to było miłe.
Szedł ulicą i zerkał na wystawy w witrynach mijanych sklepów. Jego ulubione zajęcie zaraz po pracy z Frankiem i Johnnym i jedzeniu. Miał apetyt za dwóch, jak mawiał z uśmiechem Johnny. Wreszcie powoli przybierał na wadze. Czuł się lepiej niż kiedykolwiek w życiu.
Przystanął, zastanawiając się, czy mógłby wstąpić do kawiarni na latte. Zrobiło się paskudnie zimno. Położył dłonie na uszach, aby je ogrzać, patrząc przez szybę. To, co sprzedawano w plastycznym fascynowało go. Któregoś dnia będzie miał dość pieniędzy, żeby kupić to wszystko.
— Harry, co tam oglądasz?
Chłopak prawie wyskoczył ze skóry. Johnny musiał stanąć za nim, kiedy był całkowicie zaaferowany materiałami plastycznymi.
— Rany! Johnny, dostanę przez ciebie zawału! — Harry przycisnął dłoń do swojej piersi i wciągnął powoli zimne powietrze. Jedna myśl go przeraziła: a gdyby to był ktoś inny niż Johnny?
— Przepraszam cię. To tylko ja. Zdradź, co tak cię pochłonęło?
— Przybory do rysowania i malowania. Podobały mi się zajęcia rysunków w szkole, ale wuj zabronił mi na nie chodzić. Powiedział, że to strata czasu. Mój nauczyciel też miał przez niego kłopoty. Ale myślę, że jeśli miałbym czas i w ogóle… Mógłbym być w tym dobry. Chyba.
— Rozumiem. — Johnny skinął głową i po krótkiej chwili milczenia dodał: — Wiesz, jutro otrzymasz zapłatę. Twój pierwszy zarobek w klubie. Wiem, że powinniśmy zapłacić ci wcześniej. Przez kilka pierwszych dni nie pracowałeś za długo, a chcieliśmy dać ci przyzwoitą pensję. Nie powinniśmy byli z tym zwlekać.
Harry zamrugał, zaskoczony tym faktem.
— Nie przypuszczałem, że zarobię u was. Już daliście mi więcej, niż trzeba, no wiesz, dach nad głową i jedzenie. Teraz jeszcze dostanę prawdziwe pieniądze? Rany!
Johnny skinął głową i uśmiechnął się szeroko:
—Tak, najprawdziwsze. Będziesz mógł się dołożyć do wydatków domowych. To akurat może poczekać. Porozmawiamy o tym później, Harry. Teraz dostaniesz zaliczkę.
Harry uśmiechnął się z nadzieją, że kupi coś więcej niż pudełko akwareli.
Mężczyzna zdradził mu, że zna właściciela i żeby się rozejrzał za tym, czego chce. Miał przynieść wybrane rzeczy do kasy. Harry zajęty oglądaniem zapełnionych półek i wybieraniem interesujących go produktów, nie słyszał, jak Johnny poprosił właściciela ściszonym głosem:
— Mam małą prośbę, Mark, powiedz tamtemu chłopakowi, że za to, co wybrał, chcesz dwadzieścia pięć funtów. Jeśli przekroczy tę kwotę, daj mi znać. Ureguluję przy najbliższej okazji, dobra?
Właściciel tylko skinął głową i obaj obserwowali Harry'ego, kontynuując rozmowę.
Harry wędrował po całym sklepie i w końcu zdecydował się na opakowanie farbek akwarelowych, kilku akwarelowych kredkach i zestawie farb olejnych ze wszystkim, czego potrzebowałby do ukończenia kilku prac. Wziął też koło barw i ołówek automatyczny. Nie mógł się zdecydować nad wyborem niewielkich płócien i bloków papieru. Jednak szybko coś wybrał, bo obawiał się, że Johnny straci cierpliwość i wyprowadzi go ze sklepu za ucho.
— Proszę. — Położył wszystko na ladzie i westchnął cicho: — Mam nadzieję, że wystarczy mi pieniędzy i nie będę musiał z czegoś rezygnować.
Właściciel lekko się uśmiechnął i odparł.
— Masz szczęście, ołówki i papier są w tej chwili za pół ceny. Płótna niestety sprzedajemy bez obniżek, ale nie powinny być za drogie. Nic nie trzeba odkładać na półkę. — Podał zapakowane zakupy. — Zapraszam ponownie, może pokażesz mi jakieś swoje prace.
Harry pochylił głowę.
— Nie wiem, czy powinienem. Są pewnie strasznymi bazgrołami, ale przyznam się, że uwielbiam szkicować.
— Proszę, przyjdź i pokaż mi swoje pracę. Być może będę w stanie ci pomóc. Coś ci zdradzę. Studiowałem sztuki piękne, chciałem zostać nauczycielem. Niestety mój tata poważnie zachorował i przejąłem od niego sklep. Prowadzę tutaj warsztaty i zajęcia. Szybko załapiesz, o to się nie martw. Po prostu przyjdź w dowolnym momencie. Zgoda?
Harry pokiwał głową, zabierając torbę z zakupami.
— Dobrze, dziękuję bardzo. Może mi pan powiedzieć, w jakiej cenie są pańskie zajęcia? Nie wiem, ile będę musiał zaoszczędzić, aby tu przyjść.
— W torbie masz ulotkę sklepu, a tam jest wszystko. Jak będziesz chciał, zadzwoń i zarezerwuj miejsce na zajęcia albo warsztaty. Teraz uciekaj, młody organizm potrzebuje pożywienia.
Harry uśmiechnął się do mężczyzny i ruszył szybkim krokiem za Johnnym, który pozwolił mu się dogonić, po czym powiedział:
— Nie mam ochoty na żadne zapiekanki zrobione w domu. Nie zrozum mnie źle, świetnie gotujesz, ale chce mi się paskudnej, smażonej ryby z frytkami.
Harry uśmiechnął się.
— Nie mam nic przeciwko gotowaniu dla was, ale ryba brzmi wspaniale. Zjadłbym konia z kopytami. Mógłbym poprosić podwójną porcję?
Johnny uśmiechnął się i kiwnął głową. Długo musieli tłumaczyć temu chłopakowi, że może ich prosić, o co tylko chce.
— Jasne. Ocet słodowy?
— Tak, ale bez keczupu. Nie rozumiem, jak można nim zepsuć dobre frytki.
Johnny się roześmiał, Harry i Frankie mieli różne zdania w kwestii tego, co należy dodawać do frytek.
Złożyli zamówienie w pobliskiej knajpce i kiedy czekali na realizację, Johnny powiedział Harry'emu, że może rysować i malować, kiedy tylko chce pod warunkiem, że nie zapomni o swoich obowiązkach domowych i nauce.
— Nie zapomnę. Mam zrobić notatnik do botaniki. Pomyślałem, że spróbuję namalować własne obrazy roślin leczniczych. A obok rysunku wykaligrafuję opis właściwości i to powinno mi zapewnić dobrą ocenę. Jak myślisz?
Johnny'emu przeszło przez myśl, że rzadko który szesnastolatek miałby taki pomysł i chęć wykonania go samodzielnie, ale zachował to dla siebie. Odparł, że chętnie zobaczy efekt końcowy.
Szybko wrócili do domu, żeby ryba i frytki na wynos zanadto nie wystygły. Frankie spotkał ich przy drzwiach, chwytając torby z jedzeniem i zabierając je do kuchni.
Wyłożył wszystko na duże talerze, rozkładając też przyprawy.
Harry wpadł do swojego pokoju, rzucając swoje zakupy na łóżko i pobiegł do kuchni, zanim Frankie polał frytki ketchupem. Johnny z uśmiechem przysłuchiwał się ich nieustającej dyskusji o wyższości walorów smakowych octu słodowego nad ketchupem. Skubał kawałki ryby i podjadał frytki mocząc je raz w jednym, a przed następnym kęsem w drugim.
OoO
Harry zajmował się barem przez kolejne wieczory. Poranki spędzał na treningach, a potem sprzątaniu w dojo i medytacji. Odkrył, że użycie płomienia świecy do skupienia uwagi faktycznie pomaga. Mógł teraz medytować przez prawie godzinę, co dobrze na niego wpływało. Był spokojniejszy i lepiej panował nad okazywaniem emocji, zwłaszcza tych negatywnych.
Polubił pracę w barze i czuł, że dobrze wykonuje swoją pracę. Już pierwszej nocy, zgodnie z poleceniem Waldo, nauczył się mieszać większość popularnych drinków, a następnego dnia spędził kilka godzin, ucząc się każdego drinka zamówionego poprzedniego wieczoru. Teraz umiałby je przyrządzić z zamkniętymi oczami.
Nadal kroił „śmieci" czyli owoce i warzywa stanowiące dekoracje, dodatki do poszczególnych drinków na cały wieczór. Waldo zdradził mu z niekłamaną dumą, że jednym z nielicznych, którzy umieli posługiwać się ostrym nożem. Harry nie uważał, żeby to była wyjątkowa umiejętność, ale musiał przyznać, że dzięki jego szybkości bar mógł jeszcze sprawniej obsługiwać gości. Doświadczenie we właściwym przygotowaniu składników do eliksirów przydało się bezsprzecznie.
Któregoś popołudnia Frankie miał ochotę obejrzeć coś ciekawego i padło na „Koktajl". Jedna scena spodobała się Harry'emu szczególnie. Chodziło o żonglowanie butelkami i widowiskowe przygotowywanie drinków, co podsunęło mu pewien pomysł. Ćwiczył z butelkami wina wypełnionymi wodą, aż był pewien tego, co robi. Dzięki odrobinie magii nie rozbił żadnej z nich, wykonując skomplikowane ewolucje.
Pracował teraz w przedniej części baru, obok Waldo, żonglując butelkami, miksując drinki i rozmawiając z klientami. Początkowo był skrępowany, bo jego pokaz wzbudzał sporo zainteresowania, ale stopniowo się przyzwyczaił. Nawet jeśli się pomylił, nikt tego nie widział.
Nie miał wiele powodów do radości w swoim życiu. Do tej pory jedynie świat czarodziejów stanowił odskocznię od smutnej rzeczywistości. Przynajmniej w jakimś stopniu. Quidditch, przyjaźń z Ronem i jego braćmi, parę innych rzeczy też, ale te akurat przyszły mu do głowy niemal od razu. Samo używanie magii było niesamowite, ale sporo trzeba było się napocić, żeby mieć z tego frajdę i nie sknocić wymaganego ruchu różdżką, albo artykulacji prostego w sumie zaklęcia. Teraz jeszcze Zgredek uczył go magii skrzatów i to dopiero było fascynujące.
Któregoś wieczora znów robił pokaz żonglowania butelkami, uśmiechał się do klientów i zbierał napiwki w małym słoiczku za barem. Zastanawiał się, jak się je dzieli i zapytał o to barmana. Dowiedział się, że w poniedziałek zajmie się tym Johnny.
Z tej rozmowy wynikło drobne nieporozumienie, Waldo ostrzegł swojego pomocnika przed podbieraniem pieniędzy z pojemnika przed oficjalnym ich policzeniem.
Harry spojrzał na rozmówcę z oburzeniem.
— Nie w moim stylu. Przez taką głupotę byłyby same kłopoty, dość mam własnych.
Waldo podniósł ręce w uspokajającym geście i stwierdził, że musiał go uprzedzić, na co chłopak westchnął i uśmiechnął się przepraszająco:
— Wybacz. Jestem trochę przeczulony na tego typu uwagi.
— Nie ma problemu, młody. Zapomnijmy o sprawie.
Harry kiwnął głową, wracając do pracy. Po pewnym czasie odezwał się, nachylając się w stronę barmana:
— Nie mamy tak wielu klientów, to pójdę po parę butelek. Gin idzie jak woda, a ty potrzebujesz czegoś? — Waldo skinął głową i poprosił go o dwie, trzy butelki różnych alkoholi.
Harry bez problemu trafił do piwniczki, jak pracownicy klubu nazywali niewielkie pomieszczenie na tyłach klubu, gdzie trzymano alkohol i wziął to, co potrzebował. Wracał do baru, kiedy wpadł na niego facet i omal nie upuścił niesionych butelek. Mężczyzna nie chciał go przepuścić i stawał mu na drodze w i tak zatłoczonym korytarzu.
— Jesteś taki jak cała reszta tutaj. Dasz mi to, czego chcę, a dostaniesz kasę. Decyduj się szybko, bo nic ci nie zapłacę, a i tak wezmę co moje.
Harry raz jeszcze spojrzał na mężczyznę. Był pijany, na nadgarstku miał bransoletkę poświadczającą, że przyszedł się napić, a kręcił się w strefie, do której nie powinien mieć dostępu.
Kto go tu wpuścił w tym stanie?!
— Nie zamierzam. Proszę pozwolić mi przejść. Jeśli te butelki się przez pana potłuką, będzie miał pan nieprzyjemności. Z drogi!
Stanowcza odmowa i kolejne próby wyminięcia niewiele dały, bo tamten złapał go za ramię. Harry wykorzystał swoje umiejętności z treningów i wyślizgnął z uchwytu. Spostrzegł chłopaka w stroju podobnym do swojego i bez zastanowienia przekazał mu butelki, prosząc, aby zabrał je do baru.
Chłopak kiwnął głową. Oddał butelki zaskoczonemu Waldo i podszedł do jednego z ochroniarzy krążących po sali. Opowiedział mu, co zobaczył.
Pomoc Harry'emu przyszła w samą porę. Pijany klient szarpał się z nim, ciągnąc go za sobą. Harry zobaczył ochroniarza za plecami faceta i po raz kolejny mu się wyrwał, cofając parę kroków. W tym momencie ochroniarz nie dał tamtemu szans na reakcję, unieruchamiając go i prowadząc do pomieszczeń ochrony.
Harry zajrzał do biura i powiedział Johnny'emu, że pijani klienci kręcą się tam, gdzie nie powinni. Ten tylko westchnął i odparł, że osobiście dopilnuje selekcji gości.
Po tym incydencie Harry miał coraz bardziej mieszane uczucia co do pracy na tyłach klubu. Nabierał przekonania, że to akurat nie było dla niego.
OoO
Parę dni później Harry dowiedział się, że Frankie i Johnny chcieli, aby zmienił stanowisko i stał się lepiej opłacanym pracownikiem klubu, jako żywy mebel. Przemyślał tę propozycję dokładnie i zdecydował, że spróbuje. Właściciele Silken Cage zapewnili go, że jeśli mu się to nie spodoba, może zrezygnować w każdej chwili.
W sobotę zjawił się w klubie wcześnie, aby nauczyć się być stolikiem. To go rozbawiło, wiele się nauczył w Hogwarcie, ale na pewno nie tego. Zastanawiał się, co pomyślą o tym wszystkim jego przyjaciele i Dumbledore. Domyślał się, co na ten temat mieliby do powiedzenia Snape i Malfoyowie.
— Nie sądzę, żebym utrzymał tę tacę przez długi czas.
Rudolph, trener w klubie, tylko uśmiechnął się do Harry'ego i pokazał mu dziwną uprząż wykonaną z łańcuchów różnej grubości i wielu obręczy.
— Wbrew pozorom to nie jest takie trudne. To cudeńko bierze na siebie cały ciężar, a ty tylko klękasz wygodnie w jednym miejscu. Masz ładnie wyglądać. Po maksymalnie dwóch godzinach ktoś cię zmieni. To jak? Zakładamy?
Rudolph pomógł Harry'emu włożyć uprząż, uklęknąć na miękkim dywanie w jak najwygodniejszej pozycji. Kiedy był pewien, że wszystko jest jak trzeba, położył tacę na rękach chłopaka i znikł z jego pola widzenia. Harry starał się nie wiercić i zdał sobie sprawę, że jeśli wejdzie w trans medytacyjny, nic mu nie będzie przeszkadzało.
Medytował nad Oklumencją, to było najnudniejsze, o czym mógł pomyśleć. Skoncentrował się na tym, starając się nie zasnąć, co nie było takie łatwe. Miał nadzieję, że uda mu się nie zbłaźnić. Był trochę zaskoczony, kiedy Rudolph przyszedł mu pomóc.
— No, młody, spisałeś się. Jak się czujesz? Coś boli? Muszę znać prawdę, żebyśmy mogli szybko cię zmienić w razie czego.
Harry poruszył rękami i nogami.
— Nie, niespecjalnie, po prostu... takie dziwne mrowienie w stopach. Nic takiego.
Rudolph szybko je obejrzał, rozmasowując. Polecił Harry'emu się przejść i uważnie obserwował, jak stawia kroki. Wreszcie uśmiechnął się i powiedział:
— Myślę, że sobie poradzisz. Trzymałeś pozycję, nie walczyłeś z całym tym ustrojstwem. A to ważne. Chodź. Odpoczniesz, zagrzejesz się. Niebawem otwieramy.
Harry po prostu włożył szlafrok, który podał mu Rudolph, i poszedł za mężczyzną na tyły klubu do salonu pełnego kanap i foteli. Niespecjalnie mu zależało na zachwycie innych, ale Frankie i Johnny byliby zadowoleni, gdyby okazał się dobry.
OoO
Draco spojrzał na Pansy z odrazą i zastanawiał się, co wcześniej w niej widział. Głupia dziewucha. Cieszyła się, że Potter znowu zaginął. Myślała, że został zjedzony przez trolle, czego młody Malfoy życzył jej z całą ponurą złośliwością.
Gdzie do diabła był ten idiota?
Draco spędził sporo czasu myśląc o Potterze. I nie podobało mu się to, co stawało się coraz jaśniejsze. Wydawało się, że Dumbledore przyznawał mu wszelkiego rodzaju przywileje, ale kiedy przyjrzał im się uważniej, beztroska przygoda stawała się pasmem niekończących się niebezpieczeństw. Na dobrą sprawę, co roku Potter z czymś walczył, gdzieś znikał i lądował potem w skrzydle szpitalnym na parę dni.
Draco przypomniał sobie, jak krążyły plotki o tym, że ten idiota zakradł się do działu ksiąg zakazanych w poszukiwaniu jakiegoś zaklęcia. Podobno zrobił to całkowicie nieświadomy zagrożenia, jakim była zawartość trzymanych tam ksiąg, a konkretnie formuł magicznych, które mogły w najlepszym wypadku zabić.
Nie mówiąc o tym, jak znalazł się z grupką przyjaciół w Departamencie Tajemnic naprzeciw śmierciożerców. Ojciec opowiadał mu, że robił co mógł, aby powstrzymać Bellę. Podsumowując, Draco zdecydował, że wolałby jednak nie mieć takich względów dyrektora Hogwartu, jak miał Potter. Zbyt łatwo można było wpaść w śmiertelne niebezpieczeństwo.
Miał świadomość, że profesor Snape pozwalał mu wrzucać do kociołków Pottera różne składniki, co najczęściej niweczyło wysiłki Gryfona, aby uwarzyć eliksir. To było coś, czego Draco teraz szczerze żałował. Potter nie był głupi, wbrew pozorom i doskonale wiedział, przez kogo raz po raz oblewa eliksiry. Kiedy prawda wyjdzie na jaw, Severus się wścieknie. Ślizgon wzdrygnął się nieznacznie i poprawił się na krześle, wracając do powtarzania materiału z transmutacji.
OoO
Profesor Snape złorzeczył na czym świat stoi, smarując stopy rozgrzewającym kremem i rozcierając przemarznięte palce. Znowu wszystko na nic, tylko zmarzł. Dumbledore oszalał. Kazał mu szukać Pottera wszędzie, gdzie tylko dotarł. Profesor McGonagall była zdruzgotana sytuacją, kochała chłopaka na swój sposób i nieustannie się o niego martwiła.
Snape przypomniał sobie o liście wrzuconym do szuflady biurka, postanawiając, że go przeczyta, gdy wróci. Znowu szedł szukać igły w stogu siana. Obiecał sobie, że gdy znajdzie Pottera, a zrobi to, choćby to miała być ostatnia rzecz w życiu, to smarkacz gorzko pożałuje swoich wybryków.
Snape wstał, w jednej ręce wziął płaszcz, a w drugą laskę. Serdecznie nienawidził tego, że jej potrzebował, gdy był zmęczony. Jak teraz. Porażenie nerwów w lewej ręce nie chciało ustąpić. Warknął coś pod nosem, wychodząc ze swoich kwater. Voldemort i Potter byli po jednych pieniądzach.
OoO
Lucjusz Malfoy rozrzucił wici nasłuchiwał, czy w dość obskurnych częściach mugolskiego Londynu, z którymi miał kontakt, nie ma najmniejszego śladu zielonookiego chłopaka. Był pewien, że Harry ukrywał się w czymś, co ktoś nazwał „wielkim brudzie", cokolwiek było.
Zatrudnił mugolskich detektywów i wysłał dyskretne listy gończe, ale jak dotąd nie miał szczęścia. Ci nieliczni chłopcy, którzy mieli zielone oczy, nie byli Potterem.
Jego podopiecznym.
Do tej pory nie mógł się otrząsnąć ze zdumienia na samą myśl o tym. Dumbledore padnie, gdy to usłyszy. Uśmiechnął się paskudnie, po czym zmarszczył brwi, gdy zdał sobie sprawę, że dobrze by było, gdyby dyrektor Hogwartu mu ufał.
Wzdrygnął się.
Bycie dobrym było o wiele trudniejsze, niż się spodziewał. Ale był zdeterminowany, aby odzyskać dobre imię rodziny. To niestety wymagało pewnych wyrzeczeń i umiejętności. Postanowił porozmawiać z Draco w następny weekend. Cieszył się, że udało mu się przeforsować stare zasady na spotkaniu Rady Nadzorczej, dzięki czemu Draco miał możliwość powrotu do domu w każdy trzeci weekend miesiąca.
OoO
Ron Weasley martwił się, ale nic nie mógł zrobić. To było najgorsze. Nienawidził poczucia całkowitej bezradności, które go dręczyło, gdy myślał o Harrym. A robił to niemal cały czas. Gdzie był? Czy był cały i zdrowy? Czy miał dach nad głową, gdziekolwiek był? Czy nie był głodny?
Ron zatrzasnął książkę i poszedł poszukać Hermionę. Może coś znalazła w tym opasłych tomach, które wertowała.
Chciał pojechać do Londynu, aby znaleźć Harry'ego. Był pewien, że jemu się uda. Nawet jeśli jego zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że to niemożliwe. Chciał spróbować. Przeszli razem tak wiele, że nie mógł sobie poradzić z tą piekielną bezradnością. Doprowadziło go to wszystko do szaleństwa.
Hermiona jak zwykle była w bibliotece, sprawdzała po raz kolejny informacje na temat rozmaitych odmian zaklęcia szukającego. Była pewna, że znajdzie Harry'ego dzięki temu. Ron nie był tego taki pewien. Myślał, że Harry zostanie odnaleziony tylko wtedy, gdy sam poczuje chęć powrotu do szkoły, a przede wszystkim będzie miał pewność, że nigdy nie będzie
OoO
Albus Dumbledore nigdy nie czuł się tak bezradny i zirytowany zarazem. Harry James Potter zdołał zapaść się pod ziemię. Ponieważ nie miał już szpiega w szeregach śmierciożerców, nie miał pojęcia, czy chłopak nie został schwytany. Pomyślał o próbie sprawdzenia Malfoya, ale nie był do końca pewien, czy mu jeszcze ufał. Wiedział, że Lucjusz był bardzo dumny z faktu, że nigdy nie złamał danego słowa, chyba że druga strona okazała się wiarołomna.
Postanowił, że pośle Malfoya do Dursleyów, żeby się zorientował, co wiedzą. Jak pamiętał, Petunia była pod wielkim wrażeniem Lucjusza, choć widziała go przelotnie na weselu siostry.
OoO
Lucjusz otworzył okno Fawkesowi, który przysiadł na oparciu krzesła i skłonił głowę, aby oddać list.
Lucjusz przeczytał go z pewną irytacją, ale zdecydował, że to dobry pomysł, aby sprawdzić, czy Dudley coś wie. Z Petunią nawet nie myślał rozmawiać, ta głupia kobieta zawsze zazdrościła Lily i była paskudna wobec każdego czarodzieja, którego spotkała. Podejrzewał, że przez jej uczucia do siostry tak znienawidziła świat magii
Wezwał skrzata domowego i kazał mu przynieść płaszcz i buty. Na dworze wciąż panowała lodowata aura i nie miał zamiaru zmarznąć czekając, aż Petunia łaskawie mu otworzy.
Aportował się na tyłach domu Dursleyów i przeszedł do przodu.
Widok, jaki zobaczył, był nieoczekiwany. Dudley ładował rzeczy do ich samochodu. Petunia właśnie wychodziła przez drzwi z naręczem ubrań. Podszedł do chłopaka i zagadnął go:
— Przepraszam. Nazywam się Lucjusz Malfoy. Czy mógłbym z tobą przez chwilę porozmawiać? Zdaję sobie sprawę, że wybrałem zły moment, ale to ważne.
Dudley przez chwilę patrzył na Lucjusza.
— Jest pan tatą Draco? — Czarodziej bezlitośnie stłumił grymas i skinął głową. — No cóż, może pan mu powiedzieć, że nadal nie wiem, gdzie jest Harry. I nawet nie chcę tego wiedzieć. Jest mu lepiej tam, gdziekolwiek jest, niż tutaj. Ojciec oszalał do reszty, dlatego wyjeżdżamy. Nie znajdzie nas. — Dudley umilkł na chwilę, odebrał od matki ubrania i wepchnął je na tylne siedzenie. — Zabieramy to, co będzie nam potrzebne. Dupek może zatrzymać resztę. Mamy trochę garnków i zastawę babci. Ręczniki, pościel. I całą naszą odzież. Myślę, że lepiej zostawić resztę rzeczy.
Petunia tylko wzruszyła ramionami.
— Jak uważasz, synku. Wezmę jednak twoją konsolę Play Station i stereo. Powinniśmy też zabrać telewizor, należy się nam.
Dudley przez chwilę wyglądał z powątpiewaniem, po czym tylko wzruszył ramionami.
— Dobrze, mamo. Zobaczę, czy uda nam się to włożyć do bagażnika. — Westchnął i zwrócił się z powrotem do Lucjusza: — Przepraszam, że jestem niegrzeczny, ale musimy stąd zniknąć, zanim wróci ojciec. Potrzebujemy samochodu, żeby zabrać nasze rzeczy, ale mama właśnie się dowiedziała, że samochód jest na niego i teoretycznie popełniamy przestępstwo. Na całe szczęście jest dziś na delegacji. Ale założę się, że po powrocie spróbuje oskarżyć nas o kradzież tego samochodu. Nie wiem kompletnie, co robić. — Jedną ręką potarł twarz. —Przepraszam, jestem pewien, że nie interesują pana nasze kłopoty. Proszę iść.
Lucjusz przez chwilę patrzył na Dudleya, tworzący się siniak na policzku i ciemnogranatowe wybroczyny pod lewym okiem mówiły same za siebie. Pomyślał przez chwilę, po czym zaproponował:
— Jeśli mogę coś doradzić. Zabierz matkę w bezpieczne miejsce, rozpakuj samochód, a następnie zawieź go na posterunek policji w innej dzielnicy niż ta, w której mieszkasz. Wyjaśnij sytuację funkcjonariuszom i wręcz im klucze. Wyjdź i nie oglądaj się za siebie. W ten sposób unikniesz kontaktu się z ojcem.
Dudley wyraźnie się rozjaśnił.
—To świetny pomysł. Martwiłem się, co z tym autem zrobić. Dzięki.
— Nie ma za co. Jeśli jednak usłyszysz od Harry'ego, wyślij list na ten adres. Mógłbym rozejrzeć się po waszym domu?
Dudley wziął wizytówkę, spojrzał na nią i włożył do portfela. Niedbale wzruszył ramionami. — Jeśli pan chce, proszę. Wyślę list, gdy tylko coś będę wiedział. Ale mam pytanie: dlaczego tak się nim pan interesuje?
— To moja sprawa dlaczego. Nie sądzę, żeby cię mogło interesować, młody człowieku.
Dudley nie odpuszczał i odparł:.
— Proszę posłuchać. Praktycznie odkąd pamiętam, nie byłem zbyt dobry dla Harry'ego. Więc teraz staram się to trochę nadrobić. W tej sytuacji , gdy moi starzy się rozstali, nie ma szans aby tu wrócił. Mam nadzieję, że nie chce pan, żeby miał więcej kłopotów.
— Nie, wręcz przeciwnie. Wierz lub nie, ale szczerze chcę mu pomóc.
— Zasługuje na to. Musimy już iść. Do zobaczenia.
Petunia wsadziła mały telewizor do bagażnika, kiedy rozmawiali, i usiadła na siedzeniu kierowcy. Czekała cierpliwe, aż Dudley wsiądzie. Kiedy drzwi się za nim zamknęły, uruchomiła samochód i natychmiast odjechała, zostawiając bramę garażową szeroko otwartą, dom również był otwarty.
Lucjusz wszedł do środka. Zajrzał do kuchni, ale tam nic ekscytującego nie przykuło jego uwagi. Rozejrzał się, zauważając, że nigdzie nie ma zdjęć Pottera.
Wszedł po schodach i sprawdził piętro. Najmniejsza sypialnia przykuła jego uwagę i zaczął otwierać drzwi, gdy zauważył cztery rożne zamki. Zamrugał i szerzej otworzył drzwi. Od razu zauważył kraty w oknach Zastanawiał się, przed kim miały chronić, a potem zdał sobie sprawę, że się pomylił. Założono je, aby uniemożliwić Potterowi drogę ucieczki. Weasley miał rację. Pokręcił głową. Nie do wiary.
Nic ciekawego nie znalazł. Zbierając się do opuszczenia tego smutnego miejsca, kątem oka zauważył ruchomą klapkę w dolnej części drzwi do pokoju. To go zaintrygowało. Stał w korytarzu i zastanawiał się przez chwilę, po czym zszedł po schodach. W tym domu naprawdę kryło się zło. Przypomniał sobie, co jeszcze mówił Ron i nie dawało mu to spokoju. Podszedł prosto do schowka pod schodami i przez chwilę patrzył na drzwiczki, w których tkwiły trzy zamki. Potrząsnął głową i machnął różdżką, by otworzyć drzwi.
Pomieszczenie było zatrważająco niewielkie. Goły, brudny materac wciąż leżał pod ścianą. Obok pojemniki z rozmaitymi płynami i proszkami. Lucjusz Malfoy wzdrygnął się, widząc to wszystko.
Tak, na rozkaz Voldemorta próbował Harry'ego unieszkodliwić, zabić, ale mugole traktowali go z obrzydliwie wyrachowanym okrucieństwem. Nigdy nie torturował dla zabawy. Nie atakował bez powodu. Można by wiele o nim powiedzieć, ale nie to, że dręczył i krzywdził dzieci dla kaprysu. Voldemort nie miał takich zahamowań i wiele stracił w jego oczach.
Lucjusz wczołgał się głębiej, sięgając do małej szafki. Sprawdził, czy Harry nic tam nie schował. Niestety ale zobaczył niezgrabne litery na ścianie. Ewidentnie zrobione ręką dziecka. Zbliżył się i gdy przeczytał, zmroziło go. Wydostał się z tej przeklętej klitki i wyrzucił soczystą wiązankę. Wyszedł na dwór, wciąż mamrocząc przekleństwa.
— Niech to jasny szlag trafi! Powinienem był ich ukatrupić! Wszystkich!
OoO
Na ścianie schowka pod schodami w domu pod adresem Privet Drive numer cztery widniał poniższy napis:
Jestem Harry Potter.
Mam osiem lat.
Chyba nie dorzyje nastempnego roku.
Jestem taki głodny.
Ale bardziej chce mi się pić. Nie dałbym rady jeść.
Nieh ktoś o mnie pamienta. Prosze.
