Z dedykacją dla Zil
OoO
Harry obudził się i zdał sobie sprawę, że był poniedziałek. Nie musiał dzisiaj iść do klubu, a i mistrz Liu gdzieś wyjechał, więc i nie miał treningu. Postanowił pomedytować, poćwiczyć tai chi na własną rękę, zamiast leniuchować, bo tego to akurat nie umiał. Medytacja nie była wymagająca, więc spędził następną godzinę, siedząc w pozycji lotosu i oczyszczając umysł. Zwizualizował ścianę ognia i skoncentrował się na niej.
Kiedy skończył, wziął szybki prysznic i ubrał się w strój sportowy.
Kiedy wszedł do kuchni, Johnny był tam.
— Dzień dobry, wcześnie wstałeś. — Johnny podał Harry'emu filiżankę herbaty i opadł na krzesło.
— Tak, przyzwyczaiłem się do wczesnego wstawania i nie lubię się wylegiwać, zwłaszcza teraz, kiedy jestem zdrowy. Już medytowałem. Muszę coś wymyślić, bo mistrz Liu wyjechał na parę dni. Już mnie nosi, a jest zdecydowanie za wcześnie. Frankie śpi, prawda?
— Tak, lepiej go nie budzić, bo wyjdzie z niego bestia. Idziemy pobiegać?
Harry pomyślał przez chwilę.
— Jasne, myślę, że to dobry pomysł, potrzebuję nabrać wytrzymałości, bieganie chyba mi w tym pomoże. Poza tym, myślę, że mi się spodoba. Nikt mnie nie będzie gonił.
Johnny uśmiechnął się do Harry'ego. Był dobrym dzieckiem, zawsze chętnym do pomocy i otwartym na zdobywanie nowych doświadczeń.
— Dobra, chodźmy.
Johnny poprowadził ich po okolicy, pozytywnie zaskoczony formą nastolatka.
— Radzisz sobie całkiem nieźle.
Harry otarł czoło i odpowiedział, ciężko łapiąc oddech:
— Sprawiam dobre wrażenie. Cudem udało mi się nadążyć, ale mam wrażenie, że zaraz zemdleję. Chciałbym móc biec z tobą. Tak naprawdę. Chcę tańczyć, ale bez tej siły i lekkości nie dam rady.
— Dobrze cię rozumiem. Jeśli chodzi o taniec, myślę, że przez jeszcze jakiś czas powinieneś stać za barem. Mam wrażenie, że nie czujesz się dobrze jako stolik.
Harry uśmiechnął się. Jego szkolenie jeszcze się nie zakończyło. Wciąż nie czuł się bardzo pewny siebie.
— Niezupełnie, nadal czuję się ... dziwnie, nawet nie chodzi, że się wstydzę, ale nie mam tej gracji co inni.
— Nie spiesz się z decyzją, jeśli z jakiegoś powodu bycie mebelkiem ci nie przypasuje, to nikt nie będzie cię naciskał. To naprawdę ważne. Nie gódź się na coś, co sprawia, że nie czujesz się komfortowo. Chcielibyśmy, żebyś sprawdził różne stanowiska w klubie. Obaj uważamy, że z twoim wyglądem i podejściem do ludzi, możesz dobrze zarobić. Zasługujesz na to, Harry. Zaoszczędzisz własne pieniądze. Dajemy ci możliwość, a ty nic nie musisz, tylko ewentualnie spróbować.
Harry spojrzał na Johnny'ego zdziwionym spojrzeniem.
— Serio? Nie obrazicie się? Nie wiem, czy zdobędę się na coś poza bycie stolikiem. Dzięki.
— Nie ma za co, skarbie. Chodź, jeszcze jedna runda wokół bloku, potem śniadanie. Jak zjemy, będziesz mógłbyś poćwiczyć. Jak to Frankie nazywa… Kata?
— Tak, kata, ale w mieszkaniu jest za mało miejsca Nie chcę niczego przewrócić, ani rozbić. Jeśli mógłbym, poszedłbym na trochę do klubu i skorzystał z jednego z pomieszczeń na zapleczu, tam jest dużo miejsca.
Johnny kiwnął głową i ruszył powoli w stronę mieszkania.
— Dam ci klucz do tylnych drzwi i możesz pójść po śniadaniu, jeśli chcesz. O tej porze będzie ekipa sprzątająca, ale nikt więcej. Naprawdę musisz przestać obawiać się bycia w centrum uwagi. To chyba główny problem z byciem stolikiem, a jeśli naprawdę chcesz tańczyć, musisz przywyknąć do ludzi, którzy na ciebie patrzą i podziwiają.
— Wiem, do tej pory czyjaś uwaga oznaczała kłopoty. Masz rację. Muszę się do tego przyzwyczaić, że ludzie się na mnie patrzą. Może tak nabiorę też trochę pewności siebie.
— Harry, posłuchaj uważnie, jesteś naprawdę dobrym dzieciakiem. Nikt w Silken Cage na ciebie krzywo nie spojrzy i nie będziesz miał żadnych problemów. Jeśli faktycznie coś się wydarzy, masz nas i wyjaśnimy sprawę. Koniec gadania, budzę tego śpiocha i robimy śniadanie. Włącz wodę na herbatę.
Harry wślizgnął się do drzwi, które Johnny otworzył dla niego i pokiwał głową w drodze do kuchni.
— Zagrzeję kiełbaski.
Johnny skrzywił się. Apetyt Harry'ego był czasem, szczerze mówiąc, zadziwiający. Mógł zjeść praktycznie wszystko, co mu się zaserwowało. Łatwo go nakarmić, ale było to trochę niepokojące. Johnny wzdrygnął się na myśl, że chłopak pewnie jadł „na zapas" całkiem nieświadomie.
Odrzucił tę myśl i zajął się budzeniem swojego kochanka.
Frankie po przebudzeniu oświadczył wszem i wobec, że jest głodny. Zarzucił zwiewny szlafrok i powędrował do kuchni, wiedziony smakowitym zapachem.
— Mmm, pachnie naprawdę dobrze. — Frankie przyjął talerz. — Mamy dżem truskawkowy?
Harry potrząsnął głową.
— Niestety, zjedliśmy wczoraj, ale zapisałem na liście do kupienia. Grzanki, herbata i cała reszta gotowa. Można siadać i zjadać.
Cała trójka wyczyściła talerze w rekordowym czasie. Harry postanowił odpocząć przez resztę przedpołudnia i grać w swoje gry. Frankie odszedł, by coś zrobić w swoim gabinecie, a Johnny oznajmił, że mieszka z okropnymi głupolami i idzie na zakupy. Jego partner po prostu się zaśmiał, a Harry wsadził nos w swoją grę.
Godzinę później warczał z frustracji.
— Co się dzieje? — Frankie oparł się o framugę drzwi, obracając wokół palca kosmyk włosów.
— Przegrywam, umarłem chyba z osiem razy. Za każdym razem muszę wracać do ostatniej gospody i zaczynać od nowa.
— Pokaż. — Harry po prostu przekazał grę. — Ha, widzę, że nie za dobrze pilnujesz zasobów. Musisz lepiej kontrolować swoje punkty życia i złoto — Frankie wyjaśnił mu, jak zarządzać zasobami, aby ukończyć poziom.
— Dzięki. Teraz już wiem, o co chodzi. — Harry wrócił do swojej gry, a Frankie do ksiąg finansowych klubu.
Po tej drobnej pomocy szło mu całkiem dobrze. Dotarł nawet do dwunastego poziomu tuż przed lunchem.
Zaraz po nim Johnny wręczył mu obiecany klucz i powiedział Harry'emu, że może korzystać ze sceny w jednej z sal klubu. Będzie miał wystarczająco przestrzeni potrzebnej mu do ćwiczeń. Harry podziękował Johnny'emu i wrócił do swojego pokoju z zamiarem kontynuowania gry jeszcze przez chwilę. Wzrokiem napotkał stosik książek na biurku i poczuł wyrzuty sumienia. Postanowił, że lepiej przynajmniej spróbuje coś przeczytać.
Podniósł opasły tom Numerologii i wzdrygnął się. Nie zamierzał brać tego przedmiotu. Wszyscy, z którymi rozmawiał, narzekali, że numerologia nie należy do łatwych rzeczy. Z drugiej strony Zgredek przyniósł książkę, wiele ryzykując, więc zdecydował później ją przejrzeć. Przerzucał książki, próbując zdecydować, co zrobić. Znalazł książkę, której nie pamiętał.
— O! Zgłębianie mroku. Teorie czarnej magii, z odpowiednimi ostrzeżeniami. Nie pamiętam tego. Może być ciekawe.
Harry otworzył i zaczął czytać. Trzy godziny później oderwał się od tekstu. Musiał iść do klubu poćwiczyć kata, inaczej będzie przeszkadzał tancerzom w próbach. Włożył książki do szuflady biurka, zanim wyszedł.
OoO
Harry wszedł do klubu, otwierając drzwi dla pracowników swoim nowym kluczem. Rozejrzał się i uderzyło go jak dziwnie wygląda wnętrze przed otwarciem. Rozświetlone sale wydawały się zupełnie inne. Ekipa sprzątająca kończyła swoją pracę.
Skinął kilku osobom, idąc na scenę.
Na scenie zaczął ćwiczyć swoje pierwsze kata, szybko przechodząc przez formy. Uśmiechnął się do siebie, przypominając sobie, jak trudne wydawały się, kiedy zaczynał. Teraz wykonywał je z łatwością. Kolejne był trudniejsze, ale nie takie straszne. Ostatnie było skomplikowane i wymagało od niego najwięcej pracy. Niektóre formy były kombinacjami i Harry nie był do nich jeszcze przyzwyczajony, więc poświęcił czas na pracę nad każdą kombinacją osobno. Ukończył je, stojąc prosto jak struna i był z siebie zadowolony. Nie popełnił zbyt wielu błędów.
Ocierał pot z szyi i ramion, kiedy usłyszał głos.
- Cześć! Kim jesteś? Pracujesz tu? Czy Frankie albo Johnny wiedzą, że tu jesteś? Tak na marginesie, jestem Paul.
Harry odwrócił się i zobaczył jednego z tancerzy zbliżającego się do niego zza kulis. Uśmiechnął się do Paula.
— Tak, na oba pytania. Jestem Harry, mieszkam z nimi. Ćwiczyłem, bo mój nauczyciel wyjechał, a dojo jest zamknięte. Przeszkadzam ci może? Pewnie przyszedłeś na próbę…
— Nie przeszkadzasz. Do prób jeszcze chwila została. A co ty ćwiczyłeś, bo to było bardzo ciekawe.
Harry wyjaśnił, czym jest kata i zademonstrował kilka form. Paul był pod wrażeniem i poprosił go o nauczenie go jednej z sekwencji. Gdy Gryfon był pewien, że rozmówca opanował ją w miarę dobrze, usiedli na skraju sceny, by świętować sukces butelkami wody.
— Dałeś sobie świetnie radę. Mój mistrz byłby zadowolony — Harry uśmiechnął się szeroko. Wedle niego pochwały miały lepszy wpływ niż pogardliwe wskazywanie błędów, więc ich nie szczędził.
— Dzięki. Ta sekwencja ruchów będzie idealnie pasować do numeru, który tworzymy razem z moim przyjacielem Joe. Może Frankie pozwoli nam go kiedyś pokazać szerszej publiczności.
Harry skinął głową, a potem westchnął, Paul miał spory tatuaż na udzie. Ani Frankie, ani Johnny nie zaaprobowaliby czegoś takiego. Czaszka będąca główną częścią rysunku tak bardzo przypominała Mroczny Znak, że młody czarodziej zadrżał.
— Tak, wiem. Paskudztwo, prawda? Nie wiem, o czym myślałem. Przez to moja kariera taneczna stoi pod wielkim znakiem zapytania. Przynajmniej do czasu, aż mi się uda tego jakimś cudem pozbyć. Mam ochotę cofnąć się w czasie i trzepnąć się w łeb, tak porządnie.
Harry przyjrzał się tatuażowi z pewną ciekawością.
— Nigdy wcześniej nie widziałem tatuażu z bliska. Czy mogę dotknąć?
Paul wzruszył ramionami, Harry sprawiał wrażenie szczerego gościa i nawet jeśli był odrobinę dziwny, to w tym tkwił jego urok.
— Jasne. To nie boli ani nic. Tylko strasznie wygląda. Przez jakiś czas miałem fazę buntu i omal sobie nie kazałem wytatuować wielki napis: „pieprzyć świat". Co za idiota ze mnie. Powinienem był nosić to ale na podkoszulku, wiesz, co mam na myśli?
Harry skinął głową, przesuwając palcem po poznaczonej skórze.
— Atrament pod skórą? Dziwne.
— No, coś w tym jest... Szukałem sposobu jak usunąć tatuaż. Wiem, że można laserem. Problem w tym, że taki zabieg to naprawdę droga zabawa. Szkoda, że nie mogę pozbyć się tego cholerstwa, ale nic nie zrobię. Nie mam takiej kasy, jakiej chcą.
Harry przyglądał się temu przez kilka chwil, po czym podjął decyzję.
— Myślę, że mam coś, co ci pomoże. Poczekaj chwilę
— Jasne. Byłbyś czarodziejem, dosłownie. Dzięki.
Harry zachichotał. Paul był tak blisko prawdy. Pogrzebał w swojej torbie, by znaleźć mały płaski słoiczek, w którym mieścił się zwyczajny krem nawilżająco-odżywczy zrobiony przez mistrza Liu, w nieoznakowanym pojemniku. Harry zamierzał zrobić małą sztuczkę. Dzięki niej tatuaż zniknie, a w najgorszym wypadku nie będzie tak widoczny.
— Dobra, pozwól, że ci go nałożę. Przez parę dni będziesz musiał smarować, najlepiej co noc przed położeniem się do łóżka.
— Jasne. Dzięki. Naprawdę mam nadzieję, że to zadziała. Babcine metody nie zawsze działają, ale doceniam pomoc.
Harry rozsmarował krem na tatuażu, mrucząc zaklęcie, które rozbije atrament i pomoże mu zblednąć po około tygodniu. Miał nadzieję, że zaklęcie, wymyślone przez niego na miejscu, zadziała. Był pewny, że za parę dni się dowie.
— Dzięki. Jestem zdesperowany i posłucham cię. A w zamian czegoś cię nauczę.
— Nie musisz tego robić, ale dzięki.
Harry uśmiechnął się do Paula, zbyt wiele razy jego dobroć była ignorowana. Rzadko kiedy usłyszał podziękowania.
— Pokażę ci coś, co większość tancerzy używa, żeby zebrać lepsze napiwki. Zainteresowany?
Harry potaknął, więc Paul polecił mu klęknąć na czworakach i ukląkł przy nim.
— Oto, co robisz, gdy chcesz się czołgać albo chodzić na czworakach w sposób nieco prowokacyjny, a na pewno seksowny.
Paul pokazał mu, o co chodzi i Harry, chichocząc, powtórzył kilka razy, aż poczuł się pewny wykonywanego ruchu.
— Nieźle, szybko się uczysz, stary. Publiczność będzie jadła ci z ręki, tylko nie chichocz, chłopie — uśmiechnął się Paul i spojrzał na zegarek. — Czas na mnie. Muszę się przygotować. Pracujesz w barze, prawda? Zastanawiałem się, czy nie moglibyśmy się zamienić. Ze względu na kolana nie mogę pracować jako mebel i chciałbym się sprawdzić w barze, póki nie pozbędę się tatuażu. Jeśli chcesz i czujesz się na siłach. W żadnym wypadku nie naciskam.
— Wiem, że nie.
Prędzej czy później będzie musiał podjąć decyzję. Zawsze jednak wolał „prędzej". Odetchnął głęboko i poszedł znaleźć Johnny'ego, aby porozmawiać z nim o zmianie na stanowisku swoim i Paula.
OoO
Harry wiedział, że nie ma pojęcia o zarządzaniu pieniędzmi, więc skinął głową.
— To dobry pomysł. Naprawdę chciałbym posłuchać o tym, jak dobrze planować wydatki. Nie chcę stracić przez głupotę i złe zarządzanie. Ta teoria, o której mówiłeś, jest prawdziwa?
— Tak, całkiem prawdziwa. Chętnie ci to wszystko wyjaśnimy, gdy obliczymy twój dochód. Teraz poszukaj Rudolpha, niech ci pomoże ci się przygotować. Ja zabiorę Paula wcześniej do baru, żeby mógł się zorientować, co ma robić.
Harry skrzywił się, bo mu było głupio tak stawiać Waldo przed faktem dokonanym. Mówił mu o swoich ewentualnych planach, ale nikt się nie spodziewał, że zmiana nastąpi tak szybko. W sobotę rozpoczął swój trening i spodziewał się jeszcze kilku spotkań z Rudolphem i przynajmniej tygodnia albo dwóch pracy przy barze. Może nie umiał odmawiać, gdy widział kogoś, kto potrzebował pomocy, a o Paulu i jego kolanach słyszał wielokrotnie.
Będzie mu brakowało milczącego wsparcia Waldo.
OoO
Harry poszukał Rudolpha, który sam założył mu uprząż, jak wcześniej w czasie szkolenia. Niestety nikt chłopaka nie uprzedził, że zostanie zakneblowany, co nie spotkało się z pozytywną reakcją.
— Nie było o tym mowy na treningu. Nie wiem, czy mi się podoba.
Rudolph kiwnął głową i odparł cierpliwie:
— Rozumiem i przepraszam, bo to moja wina. Ten knebel, który dla ciebie wybrałem, ma tylko sprawiać odpowiednie wrażenie. Sam zobacz. A tu jeszcze coś. Dzwoneczek, który zawiesisz na palcu. Jeśli z jakiegokolwiek powodu będziesz chciał zmiany lub ktoś cię dotknie, upuść dzwonek. Natychmiast ktoś się zjawi.
— Dobrze, spróbuję, choć nie lubię takich niespodzianek.
Mężczyzna ścisnął jego ramię i obiecał:
— Nikt nie lubi, Harry. Ale nie martw się. Masz własnego opiekuna, który będzie miał na ciebie oko. Ja zresztą też, w miarę możliwości. Inni moi ludzie będą cały czas krążyć po sali. Nie ma się czegoś bać. Teraz ważne pytanie: spróbujesz, czy zdejmujemy?
Gryfon po krótkim zastanowieniu, postanowił spróbować.
Rudolph poinstruował go, jak właściwie założyć knebel, żeby było wygodnie i pomógł mu się ustawić, a na samym końcu położył blat na jego wyciągniętych rękach.
Harry uspokoił oddech i skupił się na tym, aby zachować bezruch. Zapadł w trans medytacyjny. Co jakiś czas napinał każdą większą grupę mięśni na kilka sekund. To miało pomóc powstrzymać ich ból później. Klęcząc, Harry ćwiczył oczyszczanie umysłu i tworzenie kurtyny płomieni, blokując dostęp do swoich myśli zgodnie ze wskazówkami mistrza Liu.
Nagle poczuł rękę na swoim ramieniu i drgnął.
Zanim Harry mógł zrobić coś więcej, usłyszał:
— Przepraszam, proszę pana, proszę nie dotykać chłopców.
Mężczyzna skinął głową.
— Ja też przepraszam. Wiem, że to zabronione, ale biedactwo nie wygląda dobrze. Jest lodowaty w dotyku i skóra zaczyna sinieć. Jeśli mogę zapytać, jak długo tu jest?
Zajmujący się żywym wyposażeniem mężczyzna zamrugał. Spojrzał na grafik i po chwili odparł:
— Peterson. Jest tu dopiero... dziesięć minut? Coś mi tu nie pasuje. Przepraszam, muszę to sprawdzić. Dziękuję za zwrócenie uwagi.
— Nie ma sprawy. Proszę zająć się chłopcem. — Klient odszedł. Opiekun dał znak innemu mężczyźnie, aby dopilnował, że klient dostał darmowego drinka, a następnie poszedł po Rudolpha.
— Coś jest popieprzone w grafikach. Sam sprawdź Petersona, dosłownie sopel lodu. Dobrze, że doktor Henderson zareagował.
Rudolph zacisnął szczęki, kiedy zobaczył Harry'ego.
— To nie Peterson, tylko Potter. Ktokolwiek był odpowiedzialny za zmianę, wziął niewłaściwą osobę. Zabierzcie go do pokoju socjalnego, szybko.
Potężnie zbudowany mężczyzna z zadziwiającą ostrożnością podniósł Harry'ego i ruszył w stronę pomieszczeń dla pracowników na zapleczu. Jego tacę oddano na nowy stolik.
— Szlag! Harry, już w porządku. Naprawdę cię przepraszam. Zawaliliśmy na całego. A ty, kolego, powinieneś był upuścić dzwonek kilka godzin temu. Zacząłeś przed otwarciem, a teraz niedługo zamykamy. Sześć godzin na klęczkach, chłopaku! — Kiedy mówił, Rudolph szybko i sprawnie uwolnił Harry'ego z uprzęży, gdy ten był jeszcze niesiony przez opiekuna. — Gary, zaopiekuj się nim i przynieś mu herbaty. Szlafrok, skarpety i termofor. Dowiem się, co się, do cholery, stało. A z tobą — Rudolph zwrócił się do Harry'ego. – Też sobie porozmawiam. Bardzo poważnie. To nie może się powtórzyć, rozumiesz? Musimy wiedzieć, że coś jest nie tak. Gdzie ta herbata?!
Harry, gdy wyszedł z transu, zatrząsł się z zimna. Nie protestował, gdy został ponownie przekazany w objęcia kogoś, pewnie Gary'ego. Bardzo chciał obiecanej herbaty.
— Nic mi nie będzie.
— Co ty, do diabła, sobie myślałeś, dzieciaku?! Powinieneś upuścić ten dzwonek po dwóch godzinach!
Harry zarumienił się trochę, ale odpowiedział nieco buńczucznie:
— Uprawiam mieszane sztuki walki. Używałem kilku technik medytacyjnych, które pomogły mi pozostać w bezruchu. Nie spodziewałem się, że zapadnę tak głęboko. Nie czułem żadnego dyskomfortu, zimna do czasu, aż ten mężczyzna powiedział, że jestem lodowaty. Teraz wiem, o czym mówił i naprawdę chcę gorącej herbaty.
Gary roześmiał się trochę.
— Chłopak z temperamentem, co? — Pchnął ramieniem drzwi do salonu. — Potrzebna pomoc! Zestaw podstawowy, szlafrok, herbata, termofor, bo mam tu zmarzlucha.
Na wezwanie kilku obecnych odpowiedziało natychmiastowo.
Ktoś otulił Harry'ego szlafrokiem, gdy Gary postawił go na nogi, wciąż go asekurując. Nie został na nich długo. Został delikatnie, acz stanowczo popchnięty na kanapę, zanim zdołał odzyskać równowagę. Chwilę później ktoś przyniósł lekki koc i narzucił go na jego nogi, w jego ręce włożono kubek herbaty i wezwano Frankiego.
Frankie szybko zrozumiał, co się stało i zamienił kilka ostrych słów z opiekunem, który był odpowiedzialny za zmiany w części sali, gdzie pracował Gryfon. Taki błąd był niedopuszczalny. Potem poszedł zobaczyć się z Harrym.
— Harry, skarbie, tak mi przykro. Twój pierwszy dzień i tak się pochrzaniło. Jak się czujesz, biedaczku? Potrzebujesz lekarza? Jeśli tak, zaraz go wezwiemy.
Harry tylko uśmiechnął się słabo.
— Nie, nic mi nie jest. Trochę zmarzłem i mam skurcz w jednym udzie. To nic takiego. Nie martw się. Dam radę, mogę pracować…
Zanim Frankie zdążył coś powiedzieć, odezwał się jeden z tancerzy:
— To nic takiego. Nie martw się. Dam radę, mogę pracować?! O czym ty, chłopaku, gadasz w ogóle, chciałbym wiedzieć. Tu w klubie dbamy wzajemnie o siebie i pomagamy sobie.
Harry tylko wzruszył ramionami, starając się uniknąć spojrzeń zebranych.
— Naprawdę straciłem poczucie czasu. Poza tym nie chciałem niepotrzebnie sprawiać kłopotów.
— Sprawisz więcej, jeśli się pochorujesz, albo nabawisz kontuzji. Oj głupolu. Potrzebujesz czegoś jeszcze? Jeśli tak, powiedz. Wrócę za kilka minut. — Frankie tylko skinął głową do rosłego mężczyzny, który pozostał w pomieszczeniu i polecił mu: — Nie spuszczaj go z oka, dopóki nie wrócę i dopilnuj, żeby miał wszystko, co trzeba. — Uśmiechnął się do obecnych, dodając na odchodne: — Spróbujcie przemówić mu do rozsądku.
Poklepał Harry'ego po stopie i znikł za drzwiami. Chłopak nie myślał, że wzbudzi takie poruszenie. A co ciekawe, wszyscy wydawali się myśleć, że powinien bardziej o siebie zadbać. Ta cała burza, jaka wybuchła po wyjściu Frankiego, sprawiła, że Harry dziwnie się poczuł. Jakby naprawdę znalazł się wśród przyjaciół.
OoO
Draco zszedł na kolację z grymasem na twarzy. Cieszył się, że na weekend wyjechał z Hogwartu, ale nie był pewien, jak udało mu się to zrobić jego ojcu. Więc był zły. Nie lubił, gdy czegoś nie wiedział.
Lucjusz uśmiechnął się z zadowoleniem do swojego jedynego syna i cierpliwie czekał na mały wybuch, który pojawił się wraz z pierwszym daniem.
— Ojcze, nie żebym narzekał, ale jak tego dokonałeś? Wiesz, że nie cierpię, gdy czegoś muszę się jedynie domyślać. Napięcie mnie zabija. A ta idiotka, Pansy, mówiła, że mi się odwdzięczy, jak tylko wrócę. Nawet nie chcę wiedzieć, co ma na myśli.
— Udało mi się nakłonić Radę Nadzorczą do unieważnienia zasad dotyczących spędzania dni wolnych od nauki w Hogwarcie z 1686 roku i powrotu do starszych reguł. Pozwalają one każdej młodej osobie wrócić do domu na trzeci weekend miesiąca zamiast wycieczki do Hogsmeade. Chciałbyś mi coś powiedzieć, Draco?
Draco uśmiechnął się szeroko. Lucjusz pokręcił głową, jak łatwo było go uszczęśliwić.
— To świetnie. Gratuluję pomysłu, ojcze i dziękuję. Lubię wracać do domu. Nie straciliśmy całkowicie naszych wpływów.
— Dokładnie. Dyskretny podszept tu i tam czyni cuda. Zwłaszcza jeśli towarzyszy mu odpowiedni prezent, sam rozumiesz.
Draco uśmiechnął się do swojego kurczaka.
— Ależ oczywiście. Chylę czoła, ojcze. Zagranie iście ślizgońskie.
Jedli, rozmawiając cicho o tym, co się działo w szkole, wysiłkach Lucjusza, by odzyskać wpływy w ministerstwie, a także o dość irytującym wyjeździe Narcyzy na Isle des Frazies. W końcu, przy deserze, Draco zapytał, jak idą poszukiwania Harry'ego.
— Obawiam się, że niezbyt dobrze. Naprawdę niedobrze. Nie rozumiem tego chłopaka. Nie użył ani jednego zaklęcia, które można by wyśledzić.
Draco lekko zmarszczył brwi.
— Co to za różnica? Nigdy nie rozumiałem, dlaczego Dumbledore każe Severusowi włóczyć się po całym Londynie w poszukiwaniu Harry'ego. Porządne zaklęcie szukające powinno zadziałać.
— Tylko jeśli Harry używa magii, Draco. To zaklęcie pozwala wykryć magiczną sygnaturę po rzuceniu zaklęcia. Każdy czarodziej ma inną. Wygląda na to, że nasz Harry jest albo bardzo inteligentny, albo bardzo boi się, że zostanie znaleziony. Wiem, że to nic pewnego, jedynie spekulacje z mojej strony. Żadnych śladów magicznych, więc Severus musi dosłownie wpaść na niego. Biedak pewnie rwie sobie włosy z głowy. Wiesz, jak nienawidzi zimna.
Draco skinął głową.
— Zastanawiam się tylko, dlaczego. Lochy Hogwartu nie należą do najcieplejszych.
Lucjusz westchnął.
— Cruciatus. Klątwa uszkadza nerwy i może sprawić, że niektórzy ludzie źle reagują na wysokie lub niskie temperatury. Severus i ja bardzo źle znosimy zimno, Musisz wiedzieć, że tylko w jego biurze jest chłodno. Trzyma tam trochę cennych woluminów i ingrediencji. W komnatach prywatnych panuje przyjemne ciepło.
— Rozumiem. — I Draco rozumiał o wiele więcej, niż się mogło wydawać.
