Rozdział 3.
Akkarin stał przed nią z bogato zdobionym sztyletem w dłoni.
Była noc, a oni znajdowali się w piwnicy rezydencji. Poczuła, jak wielki mistrz unieruchamia ją magią. Próbowała się uwolnić, jednak nie była w stanie tego zrobić. Spojrzał na nią z ponurym rozbawieniem.
- Nie powinnaś była tego widzieć, Soneo – powiedział, powoli się do niej zbliżając. Blask księżyca odbił się w pięknej broni, a ona poczuła ucisk w klatce.
Dowiedział się, co ona wie i teraz ją zabiję. Ukrywała to najdłużej jak się da, ale coraz częściej była zmuszona się z nim widywać. Nie mogła się przed nim obronić, gdy dzisiejszego wieczoru po prostu zmusił ją do wyznania prawdy i przeczytał jej myśli.
- Nikt nie powinien. – dodał. Jego przenikliwy wzrok błądził po jej twarzy. Niespodziewanie przyspieszył i zamachnął się sztyletem w jej stronę.
Obudziła się, szybko oddychając. Czuła napięcie w mięśniach i musiała użyć uzdrawiania, aby się go pozbyć. Poczuła, że czyjeś ramiona zaciskają się mocniej wokół niej i odwróciła się przerażona - obok niej leżała Marie.
- Matko, moja głowa – jęknęła obudzona. Sonea dopiero teraz zwróciła uwagę, że obie mają na sobie tylko bieliznę, a jej przyjaciółka leżała na jej ramieniu.
Zaczęła sobie przypominać wczorajszy dzień. Poszły do miasta, aby poprawić jej humor. Początkowo miały zrobić tylko małe zakupy i pójść coś zjeść, ale wtedy natknęły się na stragan z winem z Elyne. Wróciły do niej i, można by rzec, urządziły sobie małe przyjęcie, czego skutki wciąż było widać. Na stole panował istny harmider, wszędzie leżały półmiski z resztami jedzenia, a na podłodze leżało kilka butelek wina.
Sonea westchnęła i pozbyła się bólu głowy, po czym wyrwała się z objęć Marie i zaczęła porządkować mieszkanie. Jej przyjaciółka obróciła się na drugi bok.
- Cholera, nie powinnyśmy były tyle pić – usiadła i spojrzała na Soneę, która tylko krótko prychnęła na jej słowa. Uniosła w zdumieniu brwi, widząc, co ma na sobie. – Wiesz, szkoda, że obie wolimy mężczyzn. Dobrze by nam razem było. – powiedziała zamyślona.
- Może masz rację, chociaż myślę, że skończyłybyśmy na wygnaniu. W Kyralii to nie przejdzie. – odpowiedziała rozbawiona i przypomniała sobie o plotkach krążących wokół Dannyla w czasach jego nowicjatu. Magowie nie byli tolerancyjni pod tym względem. – Zaraz przygotuję śniadanie, nie musisz jeszcze wstawać.
Wzięła ze sobą wszystkie naczynia i butelki, po czym udała się do kuchni. Zaczęła przyrządzać posiłek i przypomniała sobie o swoim śnie - był bardzo realistyczny. Naprawdę nie powinna tyle pić, zawsze po alkoholu miała koszmary. Dodatkowo wcześniej tego dnia dostała zaproszenie na obiad do Akkarina pierwszego dnia, aby mogli porozmawiać lecznicy; nie pomagał jej fakt, że wciąż nie miała pojęcia, czy jakiekolwiek spotkania z nim są dla niej bezpieczne. Szybko wyrzuciła te myśli z jej głowy. To była tylko jej wyobraźnia, nic jej nie grozi.
Wróciła do Marie, która już się ubrała i posprzątała pokój. Sonea podała jej śniadanie i zaczęły jeść.
- Długo spałyśmy, zbliża się jedenasta. Dobrze, że dzisiaj dzień wolny. – stwierdziła alchemiczka. – A tak w ogóle, rozmawiałaś już z administratorem o lecznicy?
- Tak, obiecał zająć się tym jak najszybciej, ale miał dużo innych obowiązków, dlatego wielki mistrz zaoferował swoją pomoc. – Wiedziała, że Marie nie da jej teraz spokoju, ale wolała, żeby dowiedziała się o tym od niej niż z kolejnych plotek, które zapewne niedługo powrócą ze wzmożoną siłą. Jednak, póki ma mieć przez to swoją lecznicę, nie będzie się tym przejmować.
- Akkarin?! I ty dopiero teraz o tym mówisz? – krzyknęła zachwycona. – A widzisz, mówiłam ci, że coś do ciebie czuje!
Wielki mistrz miałby coś do niej czuć? Sonei nie chciało się w to wierzyć. Ledwo się znali, a on nie wyglądał na kogoś, kto jest w stanie mieć jakieś głębsze uczucia do innych, tym bardziej bez jakiejkolwiek bliższej znajomości.
- Wiedziałam, że od razu tak zareagujesz – westchnęła. – Już o tym rozmawiałyśmy i nie chcę wracać do tego tematu. Wspomniałam mu o tym na balu i najwyraźniej spodobał mu się ten pomysł. To tyle.
Naprawdę nie rozumiała czasem ludzi z domów i ich obsesji na punkcie plotek i niepoprawnych romansów. W slumsach Bylcy mieli tyle innych problemów, że mało kogo obchodziły takie drobnostki.
- Och tak, na pewno za każdym razem, jak spodoba mu się jakiś pomysł, to rzuca wszystko i pomaga go zrealizować. – powiedziała z sarkazmem. – Wciąż uważam, że musiał cię przynajmniej polubić, skoro chce pomóc. – Dodała pewnie.
- Może masz rację. – Poddała się, nie chcą znowu prowadzić z nią tej dyskusji. – Jutro idę do niego na obiad i zapytam go, dlaczego mi pomaga, a wtedy wszystko będzie jasne.
Rezydencja wielkiego mistrza sprawiała wrażenie ponurego miejsca. Po tym, co zobaczyła w jej pobliżu za pierwszym razem, nawet trochę się jej bała. Nie wspominając o jej śnie. Zapukała i drzwi otworzył Takan, jego służący. To on ofiarował mu moc, cokolwiek to znaczyło.
- Witaj, pani Soneo. Mój pan czeka już w jadalni, zapraszam. - Próbowała ukryć swój niepokój uśmiechem i śmiało za nim poszła. Wewnątrz dom wyglądał dużo przytulniej. Przez duże okna wpadało światło, przez co wyraźnie było widać drewniane podłogi i dopasowane, drogie meble oraz liczne obrazy i książki. Spodziewała się czegoś zupełnie innego. Gdy znalazła się w jadalni, zobaczyła suto nakryty stół. Większości potraw nigdy wcześniej nie widziała, ale zapach, jaki się z nich unosił, aż zachęcał do spróbowania. Dopiero gdy podniosła wzrok, zobaczyła lekko rozbawiona spojrzenie Akkarina.
- Wielki mistrzu. – powitała go.
- Witaj, Soneo. Mam nadzieję, że jesteś głodna. Po posiłku przejdziemy do projektu. - Usiadła naprzeciwko niego i nie wiedziała co wybrać, więc nałożyła sobie wszystkiego po trochu. Nawet nie zorientowała się, kiedy wszystko zjadła. Takan jest naprawdę świetnym kucharzem.
Ciągle zdawało się jej, że wielki mistrz ją obserwuje, jednak musiało jej się tylko wydawać. Nagle zauważył, że się mu przygląda i utkwił w niej spojrzenie.
- Jak ci smakowało?
- Było przepyszne, dziękuję, wielki mistrzu. – Znów przypominając sobie o swoim śnie, nałożyła na myśli silną barierę.
- Cieszy mnie to. – odparł. – A teraz przejdźmy do biblioteki, tam porozmawiamy o konkretach.
Znów nałożyła barierę mentalną. Niepokoiło go to, ponieważ oznaczało, że musi mieć coś ważnego do ukrycia. Mimo to, postanowił być dla niej miły i zdobyć jej zaufanie, aby czuła się przy nim swobodniej. Jak tylko znaleźli się w bibliotece, nalał im wina i usiedli przy biurku.
- Wczoraj administrator przekazał mi wszystkie ważne informacje. Musimy znaleźć lokalizację dla szpitala, środki na budowę, meble, innych uzdrowicieli do współpracy oraz stały dostęp leków. Część z tego trzeba będzie omówić z mistrzynią Viniarą, ale zdaje się, że Lorlen już wszystko jej przekazał. – Pokiwała głową lekko zamyślona, ale nie wyglądała na zniechęconą.
- Rozumiem. Od czego zaczniemy?
- Lokalizacją już się zająłem, więc musimy ustalić, jakiego wyposażenia będziesz potrzebować.
Od ponad dwóch godzin próbowali stworzyć kosztorys wyposażenia, gdy Sonea zaczęła wyglądać na zmęczoną. Akkarin postanowił to wykorzystać i zaproponował przerwę na deser, którą ona z wdzięcznością przyjęła.
- Jak minął ci pierwszy tydzień jako mag?
- Wyczerpująco, ale nie przeszkadza mi to. - Uśmiechnęła się. Dobrze, jest zrelaksowana.
- Tak, uzdrowiciele zazwyczaj wracają najbardziej zmęczeni po pracy. A nie chciałabyś kiedyś zająć się pracą naukową? - On osobiście, mimo bycia wojownikiem, wyruszył w swoją podróż po Krainach Sprzymierzonych, aby zdobyć informacje o starej magii. Jednak nie skończyło się to dla niego dobrze. Skrzywił się lekko na to wspomnienie, ale szybko to ukrył.
Sonea spojrzała na niego zaskoczona.
- Nigdy o tym nie myślałam, chociaż musi to być intrygujące. - zamyśliła się na chwilę, po czym uśmiechnęła się lekko. - Ale na to trzeba mieć nie tylko czas, ale też pieniądze, a niestety, obu mi brakuje. Myślę, że zostanę przy lecznicy.
- Szkoda. Mogłabyś wiele osiągnąć, w końcu przez wrażliwość na moc wyczułaś już chorobę jednego ucznia, może mogłabyś osiągnąć coś więcej. Przemyśl to. - Teraz to on się uśmiechnął.
Znowu o tym wspomniał, chociaż nie brzmiało to zbyt podejrzanie. I do tego ten uśmiech - on prawie nigdy się nie uśmiecha publicznie, za to jak rozmawia z nią sam, robi to nader często.
Chociaż sam pomysł pracy naukowej był bardziej niż pociągający. Od początku czytała dużo książek o uzdrawianiu, które nie były obowiązkowe. Zawsze lubiła śledzić opisy eksperymentów i często je analizowała. Może mogłaby się tym kiedyś dodatkowo zająć.
Zauważyła, że trochę się zamyśliła i zwróciła się z powrotem do Akkarina, który intensywnie się jej przyglądał. Obserwuje moje reakcje, podejrzewa coś? Przybrała swobodną postawę.
- Dobrze, wezmę to pod uwagę. Chociaż nie wiem, czy coś z tego wyjdzie.
- Co do pieniędzy, gdybyś zaczęła prowadzić badania, które miałyby potencjał, otrzymałabyś dofinansowanie. - powiedział zachęcająco. O tym nie wiedziała, a w jej głowie już pojawiły się różne pomysły, które miała w głowie od dłuższego czasu.
- W takim razie przemyślę to. Właściwie, miałam kiedyś pewien pomysł na usuwanie blizn. – Zdawało jej się, że na jego ręce widziała blizny, gdy zobaczyła go po raz pierwszy, ale nie miała pewności.
Obrócił się nieco zbyt gwałtownie w jej stronę, a w jego oczach odbiło się niedowierzanie i... nadzieja?
-Tak? Skąd ten pomysł? - Był tym naprawdę zainteresowany, czyli raczej miała rację.
- Och, czytałam kiedyś o leczniczych roślinach i natrafiłam na gatunki o właściwościach, które mogłyby pomóc się ich pozbyć, jednak myślę, że trzeba użyć przy tym magii. Chociaż, raczej tylko odrobinę. - Zdziwiła ją jego reakcja, może ma dużo więcej blizn? Ale skąd miałby je mieć, przecież magowie ich nie mają, magia sama się ich pozbywa. Chyba, że coś mu się stało jako dziecku. Ale to niedorzeczne, mieszkał w jednym z najbogatszych domów. Na pewno miał dostęp na uzdrowicieli.
Albo musiałby być całkowicie bez magii... Jednak to też było nieprawdopodobne, był najpotężniejszym magiem gildii.
W tym momencie przypomniała sobie o szpiegach, którzy również musieli być silni, skoro sam Akkarin powiedział o tym Takanowi tamtego dnia.
Przez chwilę poczuł nadzieję, że mogłaby znaleźć sposób, aby się ich pozbyć - sam mógłby opłacić jej badania. Po chwili jednak oprzytomniał. Skoro twierdzi, że trzeba do tego użyć magii, musiałaby je zobaczyć, a wtedy zaczęłaby zadawać pytania. Przygnębiło go to trochę, ale wyrzucił te myśli z głowy.
Sonea też wyglądała na zamyśloną, więc przyglądał się jej przez chwilę. Za bardzo zajmuje jego myśli, a teraz jeszcze dała mu nadzieję na pozbycie się blizn. Nie wyrzuci jej z głowy tak łatwo. Westchnął, a ona spojrzała na niego.
- Magowie raczej nie mają blizn, musiała być mieć kogoś, na kim wykonywałabyś badania. Myślisz, że Bylcy by się zgodzili?
- Na początek mam parę własnych blizn, podobnie moi przyjaciele z dzieciństwa Na początek chyba wystarczy. - Spojrzała na niego dziwnie, a on upewnił się, że rękawy szat zasłaniają jego ręce. Ona naprawdę coś wie, pomyślał zmęczony, jednak nie miał ochoty jej dzisiaj przesłuchiwać. Zbyt wiele razy wracał w wspomnieniach do Dakovy. Musi przygotować się na bezsenną noc i koszmary.
- Na dzisiaj skończymy, Soneo. Spotkamy się za tydzień o tej samej porze.
Wyglądał na tak przebitego, że zrobiło się jej go żal. Może nie miał tak łatwego życia, jak podejrzewała.
Kiedy od niego wyszła, długo zastanawiała się nad swoimi podejrzeniami. Upewniła się, że naprawdę widziała jego blizny, co musi mieć związek ze szpiegami, bo wszystkie inne opcje są nieprawdopodobne. Jednak oznaczałoby to, że musiał być całkowicie wyczerpany magicznie. Ale dlaczego ktoś miałby go ranić w ten sposób, zamiast po prostu go zabić? To wszystko nie miało sensu.
Postanowiła, że następnego dnia uda się do biblioteki i spróbuje znaleźć coś na ten temat.
W ciągu tygodnia przeszukała już wszystkie dostępne działy, od sztuk wojennych po alchemię, ale nigdzie nie znalazła wzmianki o tym, czego szukała. Przynajmniej znalazłam dodatkowe materiały na pozbycie się blizn.
Już miała zrezygnować i zostawić to w spokoju, gdy przypomniała sobie o tunelach, których przecież miała mapę. W trakcie poszukiwań znalazła informację, że wieki temu magowie pochowali ważne księgi po gildii, jednak nie było tam nic o tym, czego one dotyczyły. Nie znała nikogo, kto korzystał z tuneli, choć zapewne starszyzna o nich wiedziała, podobnie jak Akkarin. Mimo to, raczej nikt poza nią ich częściej nie używał.
Już chciała wejść do najbliższego przejścia, gdy usłyszała głos Regina.
- Widzisz? Ostatnio ciągle tu siedzi. – Odwróciła się i zobaczyła razem z nim Marie.
- Coś się stało? Mogłaś mnie zawołać mentalnie. – Uśmiechnęła się do niej, ale alchemiczka wyglądała na urażoną.
- Zabieram cię na obiad, spójrz na siebie. – powiedziała zdenerwowana. – Wciąż tylko przesiadujesz w bibliotece, kiedy ostatni raz coś jadłaś? I spałaś?
Sonea wpatrywała się w nią zdumiona, zaskoczona tym wybuchem złości. Jednak musiała przyznać jej racje, ostatnio nieco się zaniedbała. Regin również wyglądał, jakby zgadzał się z Marie, ale wolał nie mówić tego na głos.
- Dobrze, już idę. – odparła tylko. We trójkę udali się na stołówkę i usiedli przy stole. Zdziwiła się, że Regin i Marie razem jej szukali, a on wciąż tu był, ale właściwie nie miała z tym problemu.
Przez chwilę jedli w milczeniu, po czym alchemiczka wyprostowała się.
- A teraz opowiesz mi jak minęło spotkanie z Akkarinem. – No tak, przecież zapomniała jej o tym powiedzieć. Jęknęła w duchu, ale wolała mieć to za sobą.
- Było w porządku, udało nam się ustalić ogólne koszty, a jutro znowu się spotykamy i kontynuujemy. – powiedziała krótko. Marie wyglądała na lekko zawiedzioną.
- Zajmowaliście się tylko projektem? O niczym innym nie rozmawialiście?
- Och, pogadaliśmy chwilę w trakcie deseru, odnoście moich planów na przyszłość i czy nie chciałabym zająć się pracą naukową.
- O, słyszałem od mojego wujka, że ostatnio gildia przeznacza na to coraz więcej funduszy – wtrącił Regin – może mają za mało chętnych i dlatego pytał.
Miałoby to sens, pomyślała.
- Za mało chętnych? Widziałeś kiedyś alchemików, oni ciągle nad czymś eksperymentują. Z pewnością chodziło o coś innego . – stwierdziła rozbawiona Marie, a Regin uśmiechnął się do niej.
- No tak, jak mogłem zapomnieć o starych, szalonych alchemikach, przesiadujących przy wiekowych księgach całe dnie i wywołujących wybuchy średnio raz na tydzień – powiedział nieco teatralnie i wszyscy wybuchli śmiechem.
