Noc ustępowała nareszcie dniu. Pierwsze promienie słońca wzbijały się znad horyzontu, oświetlając dachy budynków i głowy tych, którzy wracali do domostw na spoczynek. Śpiew ptaków odbijał się echem po prawie pustych ulicach a poranna rosa spływała z liści, poruszanych wiatrem. Ten piękny opis mógłby znajdować się w nie jednej bajce dla dzieci, które czytała z wielkim entuzjazmem parę miesięcy temu. Jak większość dziewczynek uwielbiała zwłaszcza te o księżniczkach zamkniętych w wieżach i czekających na ratunek pięknego księcia lub rycerza na białym koniu. W tych opowieściach uwielbiała zwłaszcza, jak główny bohater musi pokonać wiele niebezpieczeństw i przeszkód, oraz stoczyć na końcu pojedynek ze straszliwym potworem, jak smok czy chimera. Wszystko to budowało w jej dziecięcym umyśle wizje świata, w którym każdą trudność można pokonać, jeśli nie będziesz się poddawał i starał osiągnąć swój cel, a do tego wszystko skończy się dobrze i złe przeżycia będą tylko wspomnieniem. Wizje świata, w którym wierzyła, że sama żyje. Za tą naiwność została okrutnie ukarana. Niewola, tortury, oraz śmierć jej najbliższych osób. Przez to wszystko straciła wiarę w tę prawdę. Do czasu aż nie poznała jego. Człowieka, który jak się okazało tak samo jak on został skrzywdzony przez świat.
W dniu, w którym przybył do Namiotu handlarza niewolników i wybrał ją był dla niej dniem śmierci. A przynajmniej tak myślała na początku. Jego zimny wzrok i sposób, w jaki na nią patrzył przyprawiał ją o dreszcze. Kiedy jej poprzedni Pan był egocentrycznym i aroganckim sadystą, który lubował się w zadawaniu jej bólu i doprowadzaniu do rozpaczy, to on, aż emanował nienawiścią i żądzą zemsty. W momencie, kiedy powiedział, że ją wybiera zamarło w niej serce. Była pewna, że niedługo skończy swoje życie. Po tym wszystkim, co przeszła miała zostać wykorzystana i umrzeć, przez którego człowieka nawet nie zna. Wszystko to zniknęło w momencie, gdy weszli do restauracji a on kupił jej zestaw dla dzieci.
Ten niewielki gest zasiał ziarno zwątpienia w prawdziwy cel jej nowego Pana. Mimo to nadal bała się i żyła w przekonaniu, że w każdej chwili ta względnie spokojna rzeczywistość pęknie jak bańka. Dni mijały a ona nadal żyła. Zawsze była najedzona i wypoczęta, miała swój własny czas na zabawę oraz gdy tego potrzebowała zapewniał jej komfort psychiczny i głaskał po głowie. Nigdy nie czuła się przy nim jak niewolnica, co więcej czuła się wolniejsza niż wcześniej. Nie walczyła dla niego, bo musiała. Walczyła, bo chciała mu się odpłacić i chciała by był z niej dumny, by nie pozbył jej się, gdy okaże się słaba. W ten sposób Strach przed nim i zostaniem wykorzystanym zmienił się w strach przed porzuceniem, ale nawet on z czasem zmienił się w coś innego.
Tego dnia w jaskini, gdy kazał jej uciekać i był gotów umrzeć byle ona mogła uciec. Nie wiedziała nic na temat poprzednich bohaterów oraz nie poznała pozostałej aktualnej 3, ale w tym momencie stał się on dla niej najwspanialszym i największym z nich. Widok człowieka, który sam nie mógł walczyć, ryzykował życiem, by uratować mała i przerażoną dziewczynkę, która ze strachu sama nie potrafiła się obronić. Ten widok wywoływał w niej zarówno szczęście jak i wstyd oraz strach. Strach, że go straci na zawsze. Ten właśnie strach pozwolił jej na przełamanie się i ruszenie naprzód. Tego dnia w jaskini Strach zmienił się w największe i najpotężniejsze uczucie, jakie istnieje na świecie. Miłość. A wraz z tym, jak się rozwijała i rosła w siłę, proporcjonalnie rosło w niej uczucie, jakie kierowała do niego.
Niestety Naofumi nie był już wstanie by odwzajemnić te uczucie. Wiedziała, że nie potrafił nikogo obdarzyć zaufaniem, nawet jej, zauważyła, że jedynym powodem, dla którego pozwalał jej być tak blisko był fakt że miała na sobie pieczęć niewolnika. Nie miała do niego oto wyrzutów. Czuła, że podobnie jak ona został skrzywdzony, ale nie miała odwagi go o to pytać. Wolała poczekać na odpowiedni moment w przyszłości lub aż sam się przed nią otworzy. Było to trochę naiwne i być może tchórzliwe, nie chciała jednak psuć i tak dość skomplikowanej i niepewnej relacji, jaką między sobą stworzyli. Szczerze do końca nie wiedziała kim ostatecznie dla niego jest. Oprócz Erharda, u którego kupował dla niej sprzęt oraz handlarzy i paru innych osób to nie rozmawiał z innymi ludźmi. Przez co też nie miała porównania. Nie czuła się jak niewolnica, ale nie śmiałaby się nazwać jego przyjaciółką. Na szczęście nie było to dla niej aż tak istotne. Był dla niej dobry i dobrze się przy nim czuła. I przede wszystkim to chciała utrzymać za wszelką cenę.
I być może udałoby się jej to. Gdyby nie tamten pojedynek. W jej głowie pojawiały się teraz wszystkie możliwości, które nie doprowadziłyby do obecnej sytuacji.
Gdyby mówiła bardziej pewna siebie, może przekonałby Motoyasu.
Gdyby nie dała się złapać, może nie doszłoby do pojedynku.
Gdyby udało jej się pozbyć knebla i go ostrzec, może by wygrał i nic by się nie zmieniło.
Gdyby nie uciekła i potulnie zeszła na dół, może wytłumaczyłaby wszystko na arenie.
Gdyby dobrze i nie straciła przytomności, może nadal dałoby się wszystko wyjaśnić.
Gdyby mówiła bardziej stanowczo i lepiej dobierała słowa, może uratowałaby naoufumiego przed rozpaczą w jego sercu.
Gdyby była nie była tak słaba, może udałoby się jej go zatrzymać.
Gdyby znalazła w sobie odwagę wcześniej i powiedziała, że go kocha, może zmieniłaby jego serce.
Nie miało to niestety już znaczenia. Nie można było zmienić przeszłości, sama wiedziała to najlepiej. W czasie gdy była pogrążona w myślach, nie zauważyła jak do pokoju wszedł kowal i kucnął przy niej uśmiechając się cierpko. Raphtalia uniosła zapuchnięte od łez oczy i bezskutecznie starała się odwzajemnić uśmiech.
Raphtalia poczuła jak znowu w jej oczach zbierają się łzy i traci stopniową kontrolę nad mimiką twarzy, która zaczyna układać się w wyraz rozpaczy.
„P-Panie Erhardzie...*sniff*"
Erhard szybkim ruchem poprawił kołdrę, którą zasłaniała się raphtalia i objął ją tak, że jej głowa znajdowała się teraz na jego prawym ramieniu. Raphtalia także go objęła. Żal i rozpacz szybko znalazły drogę wyjścia i wkrótce szlochała w jego ramię. W tym czasie uwolnił jedną rękę i zaczął głaskać ją po głowie.
"Prze-Przepraszam.."- wydukała poprzez łzy i pociągnięcia nosem.
"Nie masz za co, jedyną osobą, jaka powinna przepraszać jest on,że nie ma go teraz przy tobie w moje miejsce. A teraz płacz, płacz tak długo, aż wszystko z siebie wyrzucisz.
Spowodowało to jeszcze głośniejszy płacz dziewczyny i bardziej mokre ramie.
Nienawidził takich sytuacji, bo nie wiedział nigdy, jak się ma zachować. Doświadczenie mówiło mu jednak, że jest to rzecz, której potrzebuje teraz najbardziej. Poza tym nie dało się już bardziej pogorszyć tej sytuacji. Cokolwiek Naofumi je powiedział lub zrobił, to doprowadził ją do łez, co powinno być największą ujmą na honorze mężczyzny.
Z czasem szlochanie ucichło i zostało już tylko systematyczne ciche pociąganie nosem. Erhard złapał ją za barki i lekko odsunął, a następnie spojrzał na jej twarz. Mimo że jej była dorosła, to teraz znowu wyglądała jak małe dziecko..
Erhard wyciągnął z kieszeni fartucha chustę i poddał Raphtali. Dziewczyna instynktownie przyłożyła materiał do nosa po czym wydała głośnie *tuuuuuuut*
"Dziękuje"- Jej głos brzmiał głucho z powodu dalej zapchanego nosa.
Raphtalia chciała oddać chustę Erhardowi, ale on gestem ręki pokazał, że może ją zatrzymać" I jak? Trochę lepiej?"-Zapytał Erhard dalej utrzymując swój uśmiech.
"Tak, troszeczkę, ale lepiej"-Na Pewno było lepiej, bo tym razem Raphtalia także cierpko się uśmiechnęła.
Erhard wyprostował się i skierował do paleniska. Obok palącego się drewna znajdowało się wiadro z wodą służące do zgaszenia płomienia. Erhard wziął wiadro i przyniósł Raphtali. "Masz umyj się, a ja przyniosę ci coś na poprawę humoru"
"Raphtalia popatrzyła się pytającym wzrokiem na Erharda, ale on zdążył się odwrócić i zniknął w drzwiach. Raphtalia Zamoczyła czystą stronę chusty w wodzie i ostrożne zmywała zaschnięte łzy oraz to, co wypływało z jej nosa. Gdy skończyła myć twarz, odsunęła ramiona, by sprawdzić poparzenia, jakich doznała wcześniej. Nie były to zwykłe poparzenia. Na skórze nie było widać żadnych pęcherzy ani nawet podrażnienia. Była ona za to czarna jak obsydian. Tak czarna, że ledwo widziała cokolwiek przez grubą warstwę czerni. Raphtalia delikatnie dotknęła czerni i poczuła silny piekący ból. Natychmiast zdjęła z niej palec, ale ból nie ustawał jeszcze przez chwile. Dodatkowo czuła się teraz bardziej wyczerpana niż wcześniej. Nie wiedziała co dokładnie jej zrobił, ale te poparzenia przy dotyku nie tylko wywoływały ogromny ból, ale także wyczerpywały ją. Oddech Raphtali nagle przyspieszył i zaczęło jej się kręcić w głowie.
W tym samym czasie To pokoju wszedł kowal z pysznie wyglądającym ciastem i butelką jakiegoś trunku. Gdy zobaczył Dziewczyny upuścił natychmiast obie rzeczy i przybiegł do niej, wciąż siedzącą na ziemi."Hej..Raph…" "...szysz mnie?" "Hej!"
Raphtalia nie słyszała co dokładnie mówił do niej Erhard i nie miała także siły by odpowiedzieć. Powoli zsuwała się na podłogę gdy poczuła jak kowal złapał ją i podniósł na ręce. Następne co się wydarzyło widziała przez mgłę, ale była pewna, że położył ją na łóżku. Była przerażona tym co się z nią działo. Bała się że właśnie umiera, ale nie miała dość czasu by dalej o tym myśleć, ponieważ szybko po tym jak ją położył usnęła. Gdy zasypiała czuła czyjś znajomy dotyk. Nie była to jednak szorstka dłoń kowala a delikatna dłoń młodego mężczyzny. Wtedy też szczerze na ile mogła się uśmiechnęła i odpłynęła w sen.
Naofumi znajdował się teraz w celi w zamku królewskim. Został pozbawiony swoje pancerza i ponownie był ubrany wyłącznie w żółty podkoszulek i swoje spodnie. W tym samym ubraniu został oskarżony o coś czego nie zrobił więc, noszenie ich ponownie w tej sytuacji tworzyło smutną ironię losu." Król nie ma teraz siły na audiencje, dobre sobie!"-Naofumi warknął i rzucił kamieniem o pobliską ścianę. Na szczęście nie mogli zabrać mu tarczy, jeśli można było to w ogóle nazwać szczęściem. Gdyby nie ona, nigdy by tu nie trafił w pierwszym miejscu. Wszystko było winą jej i Raphtali. Gdyby po prostu od niego odeszła mógłby przynajmniej odejść w spokoju i wymyślić jakiś nowy sposób na przeżycie do następnej fali. Oczywiście nie byłoby to proste, ale jednego niewolnika zdołało mu się już wyszkolić a za pieniądze, które zarobił na niej mógłby kupić już kogoś lepszego. W myślach ganił się trochę, że zostawił jej aż tak dużo pieniędzy. Chciał mieć jednak pewność, że dziewczyna nie będzie próbowała się na nim mścić za bycie wykorzystaną i da sobie spokój z dalszymi próbami wykorzystania go.
To prawda. Naofumi nie uwierzył wtedy Raphtali, gdy byli u Erharda. W końcu była kobietą a podstęp to ich najlepsza broń. Próbowała oszukać go miłymi słowami tylko po to, by podobnie jak suka wykorzystać jego moment słabości i znowu wrobić w przestępstwo, którego nie popełnił. Nie da się jednak ponownie oszukać. Musiał jej przyznać, że dzięki jej udało mu się ""wrócić"", ale po prostu był jej potrzebny. Dziękował także w myślach Erhardowi, który zrozumiał jego znak i nie wydał dziewczyny żołnierzom. Istniała szansa, że mogła by im powiedzieć coś co znacznie pogorszyłoby jego sytuację. A tak nie było najgorzej i mógł się przynajmniej jakoś z tego wyrwać. Oskarżyli go o morderstwo, ale tak długo, jak nie znajdą jej ciała, to nie mogą mu nic zrobić. A przynajmniej takie prawo panowało w jego świecie. Nie interesowało go to jednak teraz specjalnie. Miał gdzieś co się z nim stanie. Życie tutaj i tak było piekłem, więc gdyby go zabili to przynajmniej miałby wreszcie spokój a zadanie obrony tego świata byłoby znacznie utrudnione. Dwie pieczenie na jednym ogniu pomyślał Naofumi i ironicznie się uśmiechnął. Był za to ciekaw jednego, co dokładnie stało się z nim wcześniej i kim jest postać, która do niego mówiła.
Naofumi zwrócił wzrok ku tarczy. Była ona w swojej zwykłej prostej formie z wyjątkiem tego, że zielony kryształ w centrum tarczy miał teraz kolor czerwieni. To głupie, ale warto spróbować. "Hej ty, kimkolwiek jesteś. Wyłaź stąd, chcę porozmawiać"-Wygłosił Naofumi, ale nic się nie stał ł się lekko zażenowany tym co właśnie zrobił, ale wtedy z tarczy zaczynał ulatniać się gęsty czarny dym, który wirował po całej celi i tworzył coś na wzór zamkniętej strefy z nieprzeniknionej czerni. Naofumi nie przejmował się zbytnio tym, co się właśnie działo na jego oczach. Wydawało się nawet, że czuł się szczęśliwy. Gdy dym skończył się formować na końcu celi ujrzał ludzką sylwetkę. Był to cień człowieka o czerwono-czarnej barwie, dzięki czemu wyróżniał się na tle reszty. Nie widział innych części ciała oprócz czerwonych oczu, które wpatrywały się w niego.
"Chciałeś rozmawiać, więc przybyłem"
Głos rozbrzmiał głośno po całym pomieszczeniu i jeszcze przez chwile odbijał się echem. Naofumi patrzył się zdumiony na istotę, ale szybko zaczął rozmowę z bytem.
"Skąd wziąłeś się w mojej tarczy? I czym albo kim jesteś?" Byt zaśmiał się rozbawiony pytaniem, drwiącym tonem odpowiedział. "Pytasz się mnie skąd się tu wziąłem a sam przecież zaprosiłeś mnie tutaj" "Zaprosiłem cię?"-Naofumi nie rozumiał o czym byt mówi. Nie było mowy by kiedykolwiek nakarmił swoją tarczę czymkolwiek podobnym do tego stworzenia."Legendarne bronie nie żywią się wyłącznie materią organiczną. Potrafią zaabsorbować także to co odczuwa ich właściciel i co przeżywa." Naofumi analizował to co powiedział byt. Rzeczywiście, pamiętał, że gdy był na arenie czuł ogromny żal i nienawiść do tego świata. Czy w takim razie te uczucia sprawiły, że jego tarcza je przejęła i stworzyła ich materialną postać w postaci czarnej tarczy i jego rozmówcy?
"Czyli jesteś materializacją mojej nienawiści do tego świata?"
"Gniewu precyzując. Gniew jest źródłem wszelkiej nienawiści i żalu.A twój był wyjątkowy na tyle że postanowiłem zainteresować się tobą.
"Naofumi patrzył się na niego niezrozumiałym wzrokiem co zauważył jego rozmówca, więc pośpieszył się z wyjaśnieniami."Jestem grzechem gniewu, symbolem tego uczucia na tym świecie. Twój Gniew Naofumi iwatani. Jest wprost wspaniały. Od dawna nie widziałem takiego płomienia jaki płonie w twoim sercu. Dlatego też postanowiłem że pomogę ci w twojej zemście.
"Skąd możesz wiedzieć czego pragnę?"-Naofumi starał zachowywać pokerową twarz, ale jego rozmówca był wstanie go przejrzeć. "Widzę to w twojej duszy. to jak zostałeś zraniony i te paskudne blizny, które zostały niedawno znowu otworzone. Widzę to wszystko, i widzę jak cierpisz, dlatego też chcę ci pomóc."
Naofumi posłał uśmieszek bytowi i skrzyżował ręce na klatce piersiowej. "Brzmi to naprawdę dobrodusznie z twojej strony, ale powiedz najpierw czego chcesz w zamian"
"Przechodzisz od razu do sedna? Dobrze więc to ułatwi całą sprawę. Jedyne czego pragnę to żywić się twoim gniewem. Naofumi uniósł brew "To wszystko? Nie Chcesz mojej duszy czy czegoś w tym rodzaju?" Byt ponownie się roześmiał. "Dusza? Nie potrzebuje takiej kruchej rzeczy jak dusza. Jak każde stworzenie muszę się czymś odżywiać, a twój gniew jest wyjątkowo pyszny." "A co konkretnie oferujesz mi w zamian?" "Coś czego pragniesz od początku przybycia do tego świata" Głos bytu spoważniał i przyjął kuszący ton. "Chyba nie masz na myśli-" "Tak! Mogę dać ci zdolność do atakowania. Gniew jest potężną bronią a ja dam ci możliwość użycia go do walki, oczywiście wszystko ma swoje ograniczenia i prawa. Ale nie będziesz musiał się więcej użerać z niewolnikami. Szczególnie że jednego z nich właśnie straciłeś nieprawdaż?"
Ostatnie zdanie Bytu było wyjątkowo trafnę. Teraz gdy nie ma z nim już Raphtali znowu stracił możliwość walki i levelowania. Po za tym istniała możliwość że gdyby znowu kupił niewolnika to ten idiota znowu chciałby zabawić się w rycerza na białym koniu i mu go odebrać.
Naofumi siedział przez chwile w ciszy rozważając propozycję jaką właśnie dostał. W końcu wstał i podszedł bliżej cienia. "Umowa stoi, ale ostrzegam cię że jeśli spróbujesz mnie oszukać-" "Spokojnie, w końcu oboje będziemy od siebie zależni. Tak długo jak będziesz mi zapełniał dostęp do pożywienia, tak długo będe ci wiernie służył" Naofumi nie ufał mu, nie było to nic nowego od czasu gdy został zdradzony, ale jemu szczególnie. Mimo to wiedział że byt nie ma intencji by kłamać, a jego moc mogła być bardzo pomocna by mógł zemścić za wszystko co mu zrobili. Gdy z nimi skończy, może z nim zrobić co żywnie się mu podoba. Nie obchodzi go to, tak długo jak dzięki jego mocy przeleje krew tego skretyniałego króla i jego zdzirowatej córeczki, oraz tego przygłupa Motoyasu. Naofumi wyciągnął dłoń w kierunku bytu. cień zmienił wtedy formę i przybrał jego własną sylwetkę i uścisnął jego dłoń. W tym momencie cień zmienił się w ogromnego smoka i został wciągnięty przez tarczę tak samo jak czarny dym który ich otaczał. Po pewnym czasie wszystko zniknęło, a Naofumi poczuł jakby coś wypaliło mu się na klatce piersiowej. Przyłożył zaciśniętą dłoń do piersi i skulił się z bólu sycząc przy tym przez zęby. Ból był okropny, mimo tego że jako bohater tarczy miał bardzo dużą jego redukcję. W pewnym momencie padł na ziemię i jedyne co starał się robić to nie krzyczeć z bólu by nie ściągnąć uwagi strażników. Ból w końcu ustał a on ciężko oddychając spojrzał na swoją lewą pierś. Znajdował się na niej wypalony symbol smoka pożerającego własny ogon. Naofumi uśmiechnął się gdy go zobaczył, ponieważ był to jawny dowód na to że to co się właśnie stało nie było jego urojeniem. Wkrótce po tym rozłożył się cały na ziemi i odpłynął. Ból wymęczył go na tyle że zasnął. Zanim jednak zasnął poczuł jakby czyjaś dłoń trzymała jego. Był to znajomy dotyk, ale szybko zignorował te uczucie i odrzucił z dala od jego świadomości. A na jego twarzy pojawił się złowieszczy uśmiech zwiastujący to co miał zrobić tym którzy go skrzywdzili w najbliższym czasie.
Rozdział 4. Niestety nie udało mi się go napisać szybciej jak obiecywałem ale starałem się by był on napisany lepiej niż pozostałe. Można też zauważyć że powoli robi się z tego lekkie AU, co jest prawdą bo na początku planowałem zakończyć całą akcję na spotkaniu u Erharda w kuźni. FF będzie z pewnością kontynuowany więc nawet jeżeli rzadko to zawsze możecie spodziewać się kolejnego chaptera.
