It's a shame shame shame
Shame shame shame
Shame shame on you
If you can't dance too
(Shirley & Co – Shame, Shame, Shame)


– Ile razy mam powtarzać? Nie mogę wypisać ci zwolnienia, Severusie – powiedziała Poppy Pomfrey zmęczonym głosem.

– Czy jesteś certyfikowanym przedstawicielem opieki magomedycznej?

– Owszem.

– Więc możesz wystawić zwolnienie.

– Nie wydaje mi się.

– Dlaczego?

Snape rozsiadł się w szkolnej lecznicy i od dobrych trzydziestu minut odgrywał cierpiącą primadonnę. Pośród wyszorowanych na błysk jasnych kafelków, nieskazitelnie białych prześcieradeł i w powodzi jesiennego słońca wpadającego przez wielkie, krystalicznie czyste szyby wyglądał jak wielka, czarna plama atramentu. Kompletnie psuł Poppy zamysł estetyczny. Lubiła jasne, higieniczne kolory i dużo światła, które obrażony na cały świat Severus pochłaniał jak czarna dziura.

– Muszę mieć powód. Czy coś ci dolega?

– Boli mnie gardło – wypalił Severus bez zastanowienia.

– Nie krzycz tyle na dzieci.

– Czuję podejrzany ucisk w piersi...

– Przestać palić.

– Może to serce?

– A masz jakieś?

Mistrz eliksirów posłał jej mordercze spojrzenie, ale niezbyt się tym przejęła. Musiałby mieć ze trzy pary oczu, żeby objąć ją całą. Poppy Pomfrey była postawna i silna. Od lat sama ogarniała szkolną lecznicę, nie miała nikogo do pomocy, choć kilka razy domagała się chociaż praktykantki. Musiała dźwigać, nosić, nastawiać i opatrywać całe pokolenia hogwarckiej młodzieży. Miała czterdzieści cztery lata i niczego się nie bała, a już zwłaszcza nabzdyczonego Severusa Snape'a, który był nieznośnym nastolatkiem, a potem wyrósł na jeszcze bardziej nieznośnego faceta.

– O już wiem, może serduszko jest złamane? – podjęła po chwili pielęgniarka z błyskiem w oku. Lubiła się z nim drażnić, w szkole nie miała zbyt wielu rozrywek, więc brała, co wpadło. – Podobno z okazji nadchodzącego balu cieszysz się niezwykły powodzeniem u pięknych dam.

– Z których większość mogłaby być moimi babkami...

– Gruba przesada!

– Albo przynajmniej ciotkami.

– Och, ogarnij się, Sev. Nie tylko ty cierpisz. Ja na przykład zawsze chciałam pracować w Miodowym Królestwie, a teraz zamiast dawać dzieciom cukierki, wyrywam im zęby.

– Sądzę, że nie leży to w zakresie twoich kompetencji.

– Tym gorzej dla nich, nie?

Nie odwracając się, Poppy sięgnęła do najbliższej szafki i wyciągnęła stamtąd losowy słoiczek z tabletkami. Nawet nie zerknęła na etykietę, tylko wysypała kilka na rękę, włożyła do ust i połknęła bez popijania. Snape skrzywił się lekko, ale nie skomentował. Lekomania była wpisana w zawód magomedyka, każdy o tym wiedział.

– No dobra. – Splótł ramiona na piersi, co chyba miało oznaczać przejście do interesów. – Co chcesz w zamian? Z tobą też mam zatańczyć?

Pomfrey zaśmiała się gardłowo. Wyciągnęła z fartucha awaryjną paczkę papierosów i korzystając z rzadkiej okazji, że na sali nie było nieletnich pacjentów, bez skrępowania zapaliła papierosa. Zaproponowała jednego Severusowi, ale wyniośle odmówił. Palił tylko w ukryciu, jak na hipokrytę przystało. No i wybierał lepsze marki.

– Jesteś dla mnie za niski – zgasiła go Pomfrey – a chciałabym wreszcie założyć swoje Hexeny. Piętnaście centymetrów obcasa. Robi wrażenie, co?

Snape nie chciał sobie tego nawet wyobrażać. Ponad dwa metry Poppy Pomfrey to było zwyczajnie zbyt wiele dla jego wyobraźni.

– Imponujące. Wielka szkoda, że ominie mnie ten widok.

– Nie rozumiem cię, Sev, naprawdę – rzuciła Pomfrey, zaciągając się głęboko. – Co ci szkodzi? Idź na ten głupi bal dla świętego spokoju, pokręć się pół godziny, a potem przypadkiem zniknij. Nikt nie będzie cię szukał, wierz mi. Możesz nawet zatańczyć, jeśli tak ci zależy, partnerek nie zabraknie. – Puściła do niego oko.

Prychnął wyniośle.

– Nietoperze nie tańczą.

– Wiadomo. Potykałyby się o skrzydła.

Snape wreszcie skapitulował i skusił się na papierosa. Poppy zaśmiała się i poklepała go po plecach jak psotnego szczeniaka, który w końcu nabrał nieco rozumu. Zrobiła to głównie po to, aby z satysfakcją obserwować, jak się później krzywi i ukradkiem wyciera o krzesło.

– I pogadaj z Trelawney – zaproponowała tonem zatroskanej cioci, jakby na serio martwiła się jego losem. – Niech przepowie ci widowiskową śmierć podczas balu czy cokolwiek innego. Albus ją lubi, być może weźmie to pod rozwagę. Przecież on też nie chce psuć dzieciakom balu.

Severus osobiście szczerze w to wątpił. Przeczuwał, że dyrektor, gdyby tylko mógł, najchętniej sparowałby go z Karkarowem, po czym puścił ich w pierwszej parze szalonego kotyliona. Zrobiłby wszystko, byle tylko wyciągnąć ze znanego czarnoksiężnika choć strzęp informacji... Czy też raczej z przyjemnością posłużyłby się w tym celu pierwszym lepszym, podręcznym mistrzem eliksirów.


Mimo niechęci i urażonej dumy Severus musiał przyznać, że Pomfrey miała umysł ostry jak brzytwa i dobre oko do obserwacji. Niestety, nie tylko Dumbledore'owi zależało, by mistrz eliksirów pojawił się na Balu Bożonarodzeniowym...

Sam Severus zauważył to dość późno – gdyby zauważył wcześniej i tak musiałby jak najszybciej o tym zapomnieć, inaczej niechybnie dostałby wylewu, a jego system samoobronny był zbyt wyczulony, aby mu na to pozwolić. Fakt jednak pozostawał faktem, ostatnio cieszył się podejrzanym zainteresowaniem ze strony kobiet. Gdy pierwszy raz przy śniadaniu odezwała się do niego Septima Vector, uświadomił sobie z zaskoczeniem, że nigdy nie słyszał, jak nauczycielka numerologii wydaje z siebie głos, chociaż znali się (przynajmniej teoretycznie) już dobre dwadzieścia pięć lat, chodzili razem do Hogwartu. Podobnie było z Irmą Pince, która zaatakowała go w trakcie deseru. Do tej pory żywił przekonanie, że przestraszna upiorzyca nigdy nie opuszcza biblioteki i jest żeńskim odpowiednikiem profesora Binnsa lub – po prostu – ghulem książkowym. A tymczasem patrzcie państwo: żywa, prawdziwa kobieta z krwi i kości, do tego z określonymi potrzebami... Bo właśnie tak mu się przedstawiła, o czym Severus do tej pory nie mógł zapomnieć i pewnie nigdy nie zdoła. Gdy zaledwie mgnienie oka później podeszła do niego jeszcze Rolanda Hooch i z werwą zapytała, czy ma wolną chwilę, puściły mu nerwy. Zerwał się z miejsca z panicznym okrzykiem: „Noż kurwa mać!" i opuścił Wielką Salę w nielicującym z jego godnością pośpiechu.

Dopiero gdy ochłonął, przypomniał sobie, że ze strony Hooch nie grozi mu absolutnie żadne niebezpieczeństwo. Pokornie wrócił do jadalni i zapytał, w czym problem.

– Dumbledore chce cię widzieć – przekazała mu idealnie obojętnym tonem, udając, że wcale jej to nie bawi.

Kobiety, niech je Salazar!

Severus Snape był absolutnie przerażony. Nigdy nie miał wielkich oczekiwań, jeżeli chodziło o płeć piękną. Znał swoje wątpliwe walory i nawet w najlepszych czasach (o ile takie były), nie mógł liczyć na zbyt wiele. Gdy rozpoczął pracę w Hogwarcie, zupełnie przestał o tym myśleć. Większość żeńskiej kadry była od niego starsza, głupsza lub bardziej obłąkana (a w niektórych wypadkach wszystko naraz), a nie potrzebował w życiu więcej komplikacji. Podczas nieuniknionych (choćby nie wiadomo jak się starał, zawsze w końcu któraś go dopadła) rozmów z nauczycielkami starał się nie wychodzić poza kurtuazyjne minimum:

– Dzień dobry.

– Czy mogę prosić o sól?

– Tak, ten szlaban był jak najbardziej uzasadniony. Czy życzysz sobie przedyskutować tę kwestię z dyrektorem?

To wystarczało. Pomijając obowiązkowe starcia o dzieci, punkty oraz usankcjonowany tradycją szkolny system kar i (niestety) nagród, profesor Snape nie zwracał na koleżanki najmniejszej uwagi. Dopiero osaczony ze wszystkich stron zdał sobie sprawę, ile w Hogwarcie jest kobiet. I o ile za dużo. Zaczął je też dyskretnie obserwować. Zanim przyjdzie co do czego, lepiej dobrze poznać swojego wroga. Dlatego rozsądnie oceniał ryzyko, głównie podczas kolacji, bo wtedy, pod osłoną nocy i przy satysfakcjonującym wzroście poziomu ogólnego zmęczenia materiału po niekończących się godzinach lekcyjnych, czuł się najbezpieczniej.

Na honorowym miejscu, po prawicy Dumbledore'a, siedziała Minerwa McGonagall. Stracony przypadek. Wszyscy wiedzieli, że od lat bezskutecznie próbuje złapać dyrektora, praktycznie od chwili, gdy jej nieodżałowanej pamięci nieboszczyk mąż zamknął oczy. Podobno zmarł z przyczyn naturalnych, ale kto ją tam wie. Profesor McGonagall znała zaklęcia, o których skromnemu mistrzowi eliksirów nawet się nie śniło. Trzeba wszak zachowywać jakieś moralne standardy, czyż nie?

Obok wicedyrektorki jak zwykle zajęła miejsce Hooch. W trakcie posiłku obie ciągle szeptały coś między sobą. Zapewne już spiskowały, jak w przyszłym roku wcisnąć Puchar Quidditcha Gryffindorowi. Nie, żeby Severus jakoś specjalnie o to dbał. Żywcem nie znosił sportu i nigdy nie zawracał sobie głowy opanowaniem zasad quiddicha (ugh, ten jeden raz, kiedy kazali mu sędziować – koszmar!), ale żywcem nie znosił przegrywać, zwłaszcza nieuczciwie. W Slytherinie tolerowano wyłącznie nieuczciwe wygrane.

Kawałek dalej rozsiadły się Gwiazdeczki: Sybilla Trelawney i Aurora Sinistra, dwie zwariowane stare panny i nierozłączne przyjaciółeczki. Na przezwisko zapracowały sobie jeszcze podczas szkolnych lat, bo obie chętniej wpatrywały się w gwiazdy, niż patrzyły pod nogi – tyle że z różnych powodów. Sinistra – umysł ścisły, choć zwichrowany – wybierała się na astronomię, natomiast Trelawney próbowała za wszelką cenę udowodnić, że odziedziczyła choć cień talentu słynnej praprababki, a gwiazdy świetnie wpisywały się w jej wymęczony wizerunek wielkiej wróżbitki. Swoją drogą, wróżka chyba nie może marzyć o lepszej przyjaciółce niż taka, która w środku nocy potrafi wymienić wszystkie gwiazdozbiory i układy gwiazd na nocnym niebie. Szczególnie jeżeli sama bez przerwy je myli...

Całkiem niedawno grono Gwiazdeczek powiększyła Charity Burbage, która od dwóch lat nauczała w Hogwarcie mugoloznawstwa. Zdaniem Severusa wybrała też przedmiot tylko dlatego, że pozostałe za swoich szkolnych lat ledwo zaliczała ryzykownym ślizgiem tuż nad poprzeczką. Była młoda i niezbyt mądra – jeszcze bardziej niezbyt niż Gwiazdeczki seniorki, a to osiągnięcie samo w sobie. Wyczuwała to nawet Trelawney, która łaskawie wróżyła Charity wyłącznie spotkania z wysokim brunetem, bojąc się, iż jej mały móżdżek nie pojmie tak abstrakcyjnej idei jak śmierć w potwornych męczarniach.

Tuż obok, ale w bezpiecznej odległości od reszty profesorów, usiadła Septima Vector i udawała, że wcale nie kiwa się sennie nad owsianką. Profesor numerologii regularnie zarywała noce, zabawiając swój imponująco rozwinięty mózg rozwiązywaniem mugolskich łamigłówek. Zgodnie z informacjami pozyskanymi przez mistrza eliksirów nie miała poza tym życia towarzyskiego... Ani w ogóle jakiegokolwiek.

Na samym końcu długiego stołu nauczycielskiego dokazywała wesoła koalicja w osobach Pomfrey, Flitwicka, Hagrida i Grubbly-Plank. Severus nie wiedział, co popijają, ale sądząc po wybuchach śmiechu i wzajemnych poklepywaniach, nie był to kompocik z porzeczek. Już prędzej z kartofli, ale dla własnego bezpieczeństwa wolał w to nie wnikać.

Sam profesor Snape ulokował się idealnie na drugim końcu stołu, w strategicznym miejscu na wylocie. Dzięki temu mógł wygodnie obserwować resztę kadry, a także szybko ewakuować się w razie ponownego kobiecego szturmu. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności (khm, khm!) znalazł się w tej lepszej, bo całkowicie męskiej (nie licząc Pomony Sprout, ale jej nie uznawał za zagrożenie) połowie stołu. Na kolacji brakowało profesora Binnsa (logiczne), Irmy Pince (która być może jednak była ghulem i nawiedzała jadalnię tylko wtedy, gdy czuła nagłą potrzebę wygłoszenia jakiemuś nieszczęsnemu mistrzowi eliksirów elaboratu o swoich żeńskich potrzebach, wrr), Szalonookiego (który nie jadł i nie pił nic, czego sam nie przygotował... ale tylko na pokaz, ponieważ Severus sam widział, jak krąży nocą po korytarzach i zakrada się do kuchni) oraz Batszeby Babbling (kobiety, która po stu latach nadal gubiła się w zamku i za każdym razem myliła piętra, schody i zakręty).

Tym razem obyło się bez żenujących scen, ale Severus wiedział, że to cisza przed burzą. Widział ich twarze – nieco bardziej kolorowe niż zwykle – a podczas wnikliwej obserwacji czasami łapał ich spojrzenia.

Kobiety.

Były głodne.

Głodne wrażeń.

I tańców.


Wieczorami Severus szukał ciszy i samotności na Wieży Astronomicznej, o ile oczywiście nie odbywały się tam akurat lekcje z Sinistrą. Nigdzie indziej nie dało się już wytrzymać. Wszędzie było pełno bachorów, do tego nawet więcej, odkąd do zwykłego stanu liczebnego doszły produkty z importu. Rodzima dzieciarnia doprowadzała go do szału, a co dopiero szczebioczące ślimaki z Francji albo bułgarskie pomioty pod wodzą Karkarowa! Wbrew służbowym poleceniom Snape nie szukał kontaktu z dyrektorem Durmstrangu. Wystarczyło mu chłodne powitanie tuż po przylocie, gdy Igor zaatakował go całą siłą wschodniego przepychu, sobolowych futer i złotych zębów (własne zostawił zapewne w Azkabanie). Obwiesił się tym wszystkim jak choinka i bezczelnie tryumfował.

– Czternaście lat pracy i nadal zaledwie belfer? – zdążył rzucić z wyniosłym uśmieszkiem, zanim minął mistrza eliksirów. – W życiu trzeba wiedzieć, jak się ustawić, drogi przyjacielu. Ostrzegałem, że nie warto tu zostawać.

Nie raczył odnowić znajomości ani poświęcić Snape'owi ani odrobiny więcej swojego cennego czasu. Wolał przyssać się do Dumbledore'a, wszak ważni ludzie najwyżej cenią sobie towarzystwo innych ważnych ludzi. Severus dobrze pamiętał, że jeszcze niedawno nie był taki odważny, gdy płaszczył się przed aurorami, błagając o litość i bez mrugnięcia okiem sprzedając wszystkich dawnych towarzyszy. Ani później, gdy z podwiniętym ogonem uciekał na drugi koniec świata ze strachu przed zemstą.

Wystarczyło cierpliwie poczekać, Karkarow nie mógł go ignorować w nieskończoność. Lewa ręka bolała coraz bardziej, a czasami Snape miał nawet wrażenie, że dostrzega zarys starego... tatuażu. Wiedział, że gdy Igor wreszcie zorientuje się, co się dzieje – a Salazar świadkiem, że trochę to potrwa, bo nigdy nie był najbystrzejszy – sam zacznie go szukać i jęczeć o pomoc. Wtedy będzie już za późno.

Severus wypalił trzy papierosy, pogapił się na gwiazdy, po czym ruszył w drogą powrotną do swoich kwater. Na schodach minął w przelocie Sybillę i rzucił jej paczkę fajek.

– Widzę ogień – powitała go mistycznym głosem, więc dorzucił jeszcze zapałki. Pewnie znowu zapomniała, jak brzmi zaklęcia zapalające.

– Widzę... drzewo wiśniowe? – próbowała się dalej targować.

– Nie dzisiaj – uciął bez sentymentów. – Mam Gryfonów z samego rana.

– Twoja strata. – Zaszeleściła szalami, zadzwoniła bransoletkami i rozpłynęła się jak sen jaki zloty na szczycie Wieży Astronomicznej.

Czyli po prostu sobie poszła.

Severus też. Po drodze zastanawiał się, czy odzyska papierosy przed przerwą na drugie śniadanie, bo Trelawney lubiła się dobrze wyspać. Ostatecznie doszedł do wniosku, że i tak powinien ograniczyć palenie.

Stał już pod drzwiami kwatery, gdy dogonił go Draco Malfoy. Był bledszy niż zwykle i bardziej przerażony niż mała fretka (aluzja zamierzona, choć profesor Snape starał się nie wyzłośliwiać na własnych uczniów nawet w myślach).

– Cisza nocna, panie Malfoy – upomniał go na wstępie.

– Wiem, panie profesorze, ale... – wyrzucił z siebie i urwał w ataku duszącej niepewności.

– Tak, panie Malfoy?

– Podobno Gryfoni zaczęli już lekcje tańca z McGonagall.

– Profesor McGonagall, panie Malfoy – poprawił odruchowo, bo opłaca się zachowywać pozory.

– I ta stara... Profesor McGonagall grozi, że pan też będzie z nami tańczył.

Wyraz obezwładniającej grozy na twarzy Malfoya stał się zrozumiały. Pewnie już wyobrażał sobie, że musi objąć Snape'a wokół talii (czy gdzie tam), a Salazar wiedział, że nie byłoby jej łatwo znaleźć pod wszystkimi tymi szatami.

Severus westchnął.

– Po moim trupie, panie Malfoy.

– Obiecuje pan?

– Żeby mnie do tego zmusić, musieliby mnie zabić, ożywić zwłoki i rzucić na nie Zaklęcie Imperiusa. A zapewne nawet wtedy uprzejmie bym odmówił.

– Okej... To powiem wszystkim, że nie muszą się chować.

– Proszę tak zrobić, panie Malfoy.

Severus obserwował przez moment, jak chłopak z przesadnym entuzjazmem oddala się korytarzem i pomyślał, że naprawdę nie ma obowiązku się z tym wszystkim użerać. Zgodnie z przyjętą w Hogwarcie polityką Slytherin nie powinien zostać zaproszony na ten idiotyczny bal. W końcu zawsze wszystko ich omijało. Gdyby chodziło o jakiś puchar, dyrektor zaraz by ich wysiudał, a tańczyć to każdy może...

Oburzające!


Cios nadszedł z najmniej spodziewanej strony. Gdy następnego dnia podczas przerwy na drugie śniadanie ktoś zastukał do jego kwatery, Severus otworzył drzwi, spodziewając się zobaczyć swoje fajki (i ewentualnie Trelawney), a zamiast tego musiał się schylić, by spojrzeć w okrągłą twarz profesor Sprout.

– Dzień dobry, Severusie – przywitała go uprzejmym, nieco sztucznym tonem, który zwykle aktywował u współpracowników. – Słyszałam, że masz teraz wolną godzinę, więc może zaczniemy pierwszą lekcję?

Z przyzwyczajenia zachował czujność. Szalonooki były dumny.

– Z przyjemnością, aczkolwiek jest pewien szkopuł. Skończyłem szkołę jakieś naście lat temu.

Pomona zachichotała nerwowo, choć wyraz twarzy Snape'a do tego nie zachęcał.

– Chodzi o lekcje tańca – wyjaśniła.

– Tańca? – Tylko Severus potrafił wymówić to słowo w taki sposób, żeby zabrzmiało jak nazwa choroby.

– Dyrektor mówił, że ty... A potem poprosił mnie... I dlatego ja... – Pewność siebie nauczycielki zielarstwa wykruszała się jak przesuszona paprotka, gdy brew Severusa powoli wędrowała w górę. Nic nie powiedział, tylko na nią patrzył.

Od razu zrozumiała, że jest źle.


Snape miał nerwy ze stali. Odczekał do końca popołudniowych lekcji, zanim wparował do pokoju nauczycielskiego. Wiedział, że dzięki temu zastanie tam ich wszystkich... Czy raczej je wszystkie – z dziennikami, ranami wojennymi po kolejnej całodziennej bitwie ze smarkaczą głupota i popołudniową herbatką w dłoniach.

I w towarzystwie wielkiego Bakłażana na dodatek.

– Dyrektorze – rzucił Severus bez zbędnych wstępów.

– Tak, drogi chłopcze?

– Chyba wyraziłem się dostatecznie jasno w kwestii tańca.

– A ja jeszcze jaśniej. – Dumbledore'a trudno było wytrącić z równowagi. – Jeśli chcesz iść na bal, musisz nauczyć się przynajmniej...

– Jeśli?

– ...przynajmniej podstawowych kroków.

– Jeśli chcę? – Mistrz eliksirów płynnie przeszedł na wężoustyzm.

A przynajmniej tak to zabrzmiało.

– To polecenie służbowe – skorygował lekko i niemal dowcipnie uradowany dyrektor.

Severus potoczył nieco obłąkanym wzrokiem po wpatrujących się w niego nauczycielach i nauczycielkach, zwłaszcza nauczycielkach. Wszystkie odruchowo cofnęły się o krok. Napięcie wprost wibrowało w powietrzu i tylko Dumbledore był na nie odporny. Uśmiechał się uprzejmie, postukując delikatnie porcelanową filiżanką o spodeczek.

– A ponieważ podzieliłem się z obecnymi tu paniami naszym małym kłopotem... Nie gniewaj się, mój drogi, brak muzycznego i tanecznego wykształcenia to nie grzech ani twoja wina. W każdym razie wszystkie panie były tak miłe, że zaoferowały swoją pomoc.

Snape uczepił się ostatniego słowa niczym tonący brzytwy.

– Wszystkie?

– No tak, oczywiście – ciągnął dyrektor, najwyraźniej nieczuły na pierwsze ostrzegawcze wstrząsy sejsmiczne przed wielkim trzęsieniem ziemi. – Wszystkie miłe panie. Pomyślałem jednak, że Pomona będzie idealną kandydatką. Ona zajmuje się ziołami, ty eliksirami. Tematów do rozmowy na pewno wam nie zabraknie, a umiejętność uprzejmej, niezobowiązującej konwersacji w trakcie tańca to prawdziwa sztuka.

Dumbledore mógł mówić, co chciał, i usprawiedliwiać się, ile miał ochotę (jeżeli rzeczywiście akurat to robił). Severus od dawna go nie słuchał. Zamarł w pozycji psa tropiącego, uczepiwszy się jak kości tego jednego, jedynego równoważnika zdania.

– Wszystkie miłe panie?

– Tak, naturalnie.

– A zatem... Mogę wybrać?

Miłe panie cofnęły się jeszcze dalej, niektóre wpadały przy tym na krzesła, biurka i ściany. Nawet dyrektor wyglądał na lekko zdezorientowanego.

– Hm... Ależ naturalnie, drogi chłopcze. Dlaczego nie?

– Wybieram Charity – oświadczył Severus bez cienia zawahania, za to z morderczym błyskiem w oku.

Nauczycielka mugoloznawstwa upuściła różdżkę, dziennik, filiżankę i wszystko inne, co akurat miała nieszczęście trzymać w rękach. W tej chwili najchętniej upuściłaby samą siebie co najmniej trzy piętra w dół.

– Ja?

– Czekam dziś o dziewiątej wieczorem w sali ćwiczeń... fizycznych. Proszę się nie spóźnić, panno Burbage. Ten bal wart jest walca, a kto wie, który będzie naszym ostatnim?


Wprawdzie kwadrans po dziewiątej skrzypnęła podłoga w sali gimnastycznej, ale Severus ani drgnął. Siedział po turecku na samym środku pomieszczenia i nawet nie uniósł wzroku znad wieczornej edycji Proroka, bo dobrze wiedział, że nie zobaczy przed sobą Charity. Nie pojawiła się już na kolacji, a to musiało coś znaczyć. Panna Burbage nad smaczne jedzenie przedkładała wyłącznie plotki z Gwiazdeczkami, co powoli zaczynało uwidaczniać się w jej figurze.

– Nie przyjdzie – odezwała się Poppy, patrząc na niego z góry. – Charity niespodziewanie zapadła na zdrowiu, dostała wolne do końca tygodnia.

– Widzisz, a jej wystawiłaś zwolnienie – zauważył Snape, mieszając w prześmiewczym tonie zawód, smutek i przekomarzanie. – Gdzie tu sprawiedliwość?

– Raczej litość. Dziewczyna prawie wyskoczyła oknem z rozpaczy. Dlaczego padło akurat na nią?

– Czyż to nie oczywiste? Jest średniego wzrostu i budowy, przynajmniej na razie. Pod względem fizycznym to dla mnie idealna partnerka.

– Odczep się od niej.

– A może po prostu jestem nią zauroczony? Czy to aż tak nieprawdopodobne?

– Fakt, zawsze miałeś smaka na rude – zgasiła go bez najmniejszego wysiłku Pomfrey.

Severus w jednej chwili stracił cały animusz. Zmiął gazetę i spojrzał na pielęgniarkę wilkiem.

– To był cios poniżej pasa.

– Porozmawiaj o tym z Charity, na pewno się z tobą zgodzi. Kiedy już przestanie się trząść i odzyska głos.

– Właściwie czego się boi?

Poppy wzruszyła ramionami.

– Pochodzi z mugolskiej rodziny.

– I co z tego? Myśli, że złożę ją w ofierze Czarnemu Ludowi? Nie ma się czym martwić. Nie robiłem tego od piętnastu lat, na pewno pomyliłbym się w inkantacji...

– Sev, mścij się na równych sobie, dobra?

– Kiepska strategia. Lepiej zaczynać przynajmniej z odrobiną przewagi.

Pomfrey tylko przewróciła oczami, po czym ciężko usiadła obok niego. Wyciągnęła zza pazuchy piersiówkę i podsunęła mu ją niczym gościnna gospodyni. Pokręcił głową.

– Nie rozumiem cię, Sev – ciągnęła Poppy, pociągnąwszy z gwinta. – Sam nie miałeś w szkole lekko, pamiętasz?

– Absolutnie nie.

– A ja bardzo dobrze. Uczyłam się fachu, zszywając cię po tych wszystkich bijatykach i klątwach. Co dwa dni nowa awantura, miałam roboty po łokcie.

Wtem Snape doznał nieprzyjemnego uczucia déjà vu. Przypomniał sobie, jak w pewne deszczowe popołudnie trafił do skrzydła szpitalnego i siedział naburmuszony naprzeciwko nowej pielęgniarki. Mimo że sporo młodsza, Poppy nie była ani trochę ładniejsza. Ale za to o wiele mniej zadziorna, gdy uświadomiła sobie, że będzie musiała mu drugi raz złamać nos, który próbował wcześniej sam nastawić – z opłakanym skutkiem.

– Ja pierdolę – rzuciła bez ogródek młodsza wersja Poppy Pomfrey, wpatrując się w kubistyczne arcydzieło na twarzy ponurego nastolatka.

Sięgnęła po tę samą piersiówkę z identyczną zawartością i pociągnęła z niej ostro, odchylając głowę. Potem podał mu i zachęciła, by wziął z niej przykład. Wtedy Severus nie pogardził poczęstunkiem.

– Damy radę? – zapytała.

Wzruszył ramionami. Jak miał wybór? Mógł dać sobie złamać nos albo się udusić.

Poradziła sobie znakomicie, po urazie nie został nawet ślad. Z drugiej strony, nos Snape'a z natury był już tak paskudny, że niewiele mogło mu zaszkodzić, a jeszcze mniej pomóc. Poppy znała się na swojej robocie, gorzej, że przy okazji postanowiła zabawić się w terapeutkę.

– Czy dziewczyna, która widzi to – szerokim gestem wskazała na jego pokiereszowaną twarz – a potem idzie na randkę ze sprawcą, jest w ogóle warta zachodu?

Severus się wściekł. W środku cały aż się gotował, i to od dawna. Ale nic nie powiedział ani nic nie zrobił. Mógł tylko wzruszyć ramionami i ponownie zaczerpnąć oddech z piersiówki.

– Sev, poproś o pomoc Sinistrę.

Poppy przerwała jego rozmyślania, ponownie podsuwając mu piersiówkę. Był uparty. Ona za to sobie nie żałowała. Miała tak długą praktykę, że mogła składać kontuzjowanych uczniów nie tylko w stanie wskazującym, ale nawet z zasłoniętymi oczami i związanymi rękami.

– Albo McGonagall. Stara rura potrafi tańczyć, wierz mi na słowo. Znacie się od lat, jakoś to pójdzie.

– To może powinienem zaprosić do tanga Szalonookiego? Z nim również łączy mnie długa i skomplikowana historia. Niektórzy nazwaliby to prawdziwym związkiem dusz.

– Przestań.

– Mówię poważnie.

– Tym bardziej – ucięła jego popisy Poppy. – Nic tak nie niszczy życia, jak zły paring, którego nie da się potem wyrzucić z głowy.

– Zawsze do usług.

Na każdą zaczepkę miał gotową odpowiedź. Pomfrey chyba zrozumiała, że nic nie wskóra, bo, stękając, powoli podniosła się do pionu.

– I zostaw w spokoju Charity, dobrze? – poprosiła ostatni raz.

– Przemyślę to.

– Bo pójdę z tym do Dumbledore'a.

– Proszę bardzo. Ubóstwiam nasze małe knowania nad podbojem wszechświata. Nie chciałbym, aby nagle dobiegły końca. No i Złoty Chłopiec, ależ to jest temat do dyskusji!

– Kiedyś ugryziesz się w język i otrujesz własnym jadem.

– Od dwudziestu lat mi to obiecujesz i jakoś nic z tego nie wychodzi.

Snape skinął jej na do widzenia i ponownie, choć bez cienia zainteresowania, zagłębił się w lekturze wymiętego Proroka Wieczornego.