Say do you remember
Dancing in September
Never was a cloudy day
(Earth, Wind And Fire – September)
Draco Malfoy, Vincent Crabbe i Gregory Goyle siedzieli (nierównym pod względem wzrostu i budowy) rządkiem w gabinecie profesora Snape'a i wyglądali jak kompletne cielęta. Crabbe i Goyle nawet bardziej niż zwykle. I nawet bardziej jakby zjedli owe cielęta. Wielokrotnie.
Severus miał ochotę wyć i walić pięściami w biurko, a mógł jedynie ciężko westchnąć.
– Po pierwsze – ostatecznie postanowił uderzyć w nuty pedagogiczne – dziewczyny się nie zmusza, dziewczynę się prosi. Na bal – dodał na wszelki wypadek, żeby żaden z nich nie poprosił (nie daj Salazarze!) o coś innego. Chociaż chyba byli na to jeszcze za młodzi...
Malfoy wiercił się na krześle.
– A jeśli powie „nie"?
– To pyta się następną – niemal jęknął w udręczeniu Snape.
– A jeśli jest tylko jedna?
– Proszę mi wierzyć, panie Malfoy. Zawsze znajdą się inne.
„W tym problem", uzupełnił w myślach. W ostatnich dniach przekonał się wszak na własnej skórze, czym jest klęska urodzaju...
– Tak, tyle to sam wiem – niecierpliwił się Draco. – A co, jeśli tylko jedna jest właściwa?
Severus wyjątkowo zrezygnował z postawy sztywnego, wyniosłego Nietoperza. Nastoletnie problemy zbytnio obciążyły mu barki, toteż przygarbił się i oparł głowę na dłoni, zerkając na młodzież z ukosa.
– Panie Malfoy, być może nie jestem ekspertem, ale optymistycznie prognozuję, że panna Parkinson raczej przyjmie zaproszenie.
Malfoy rzucił mu takie spojrzenie, że biedny mistrz eliksirów poczuł się niczym skarcony skrzat domowy. Pieprzeni arystokraci!
– Stać mnie na więcej – oświadczył wyniośle Draco.
Profesor Snape zrozumiał, że jest znacznie gorzej, niż dotąd przypuszczał. Niezwłocznie sięgnął do górnej szuflady biurka po specjalny aerozol. Zaopatrzył się w niego, gdy tylko usłyszał, że do Hogwartu przybywa delegacja z Beauxbatons. Przesunął specyfik w stronę uczniów.
– Stosować rano przed wyjściem z dormitorium i powtarzać w miarę potrzeby po każdym przypadkowym spotkaniu. Powinno pomóc.
– Co to takiego? – Oczy Draco zaświeciły się niebezpiecznie.
Nie spodziewał się, że pójdzie tak łatwo, a tymczasem odpowiedzią na wszystkie jego problemy okazał się po prostu... sprej na laski!
– Środek błyskawicznie łagodzący wszeteczny wpływ wili, panie Malfoy.
– Błe! – Niewdzięczny uczeń odepchnął od siebie ze wstrętem aerozol. – A już zdecydowanie stać mnie na więcej niż baba skrzyżowana z jakimś magicznym zwierzakiem. Dziękuję bardzo.
– Więc o kogo chodzi, panie Malfoy? O pannę Granger?
– Banał – odrzekł dziedzic z taką miną, jakby miał zaraz zwymiotować profesorowi na buty. – I mezalians.
Severus przewrócił oczami i uznając bezprzedmiotowość dyskusji, zaczął się podnosić z krzesła, by uprzejmie wskazać namolnej smarkaterii drzwi.
– Zresztą, chodzi wyłącznie o to „jak" – wykręcał się dalej Malfoy wyniosłym tonem, który wprost sugerował, że jest to jego prywatna sprawa, a do tego tajemnica, i profesor Snape nawet zaprzęgiem rozpędzonych hipogryfów nie zdoła wyciągnąć z niego imienia upatrzonej kandydatki. – „Kto" nie jest już tak bardzo istotne...
– Pomyluna – rzucił dokładnie w tym samym momencie Crabbe.
Albo Goyle.
Ponieważ zawsze występowali razem – ewentualnie z naddatkiem w postaci Malfoya – Severus nigdy nie nauczył się ich rozróżniać. Nie miał zresztą motywacji. Jeżeli podczas ustnej odpowiedzi Crabbe dostał trolla, Goyle najprawdopodobniej zasługiwał na taką samą ocenę. Wystarczyło po prostu wpisać ją w dwa miejsca w dzienniku i usprawnić sobie pracę.
– Panna Lovegood – powtórzył powoli Snape, delektując się słodką zemstą za wszystkie wcześniejsze spojrzenia i arystokratyczny ton przeznaczony dla skrzatów domowych. – Intrygujące.
– To NIEISTOTNE – warknął Draco, konsumowany przez ceglasty rumieniec. – Problem w tym, JAK to zrobić. Może mógłby nam pan coś doradzić, profesorze? Chyba miał pan w życiu jakieś...
– Bale? – podrzucił łaskawie Severus, gdy dopełnienie tego zdania ociągało się z przybyciem.
– Kobiety – dokończył młody Malfoy, znacznie podkręcając dramatyzm sytuacji.
Mistrz eliksirów potrzebował całej swojej tytanowej woli, by nie oszaleć. Ani nie osiwieć. Nie wyskoczyć oknem. I nie zacząć ciskać Crucistusów w uczniów.
Za jakie grzechy, kurwa mać?! Klątwa, śmiertelna klątwa na głowy Dumbledore'a, Croucha seniora i Knota za cały ten debilny bal!
Malfoy, Crabbe i Goyle nadal siedzieli przed nim w rządku i przewiercali go bazyliszkowym wzrokiem. Snape uświadomił sobie, że milczał odrobinę zbyt długo...
Draco był bystry. Przyplątał się pod gabinet mistrza eliksirów w momencie wyższej desperacji, ale teraz powoli docierało do niego, że prawdopodobnie popełnił strategiczny błąd w wyborze mentora. Bo co o tych sprawach mógł wiedzieć Severus Snape, człowiek o niepewnej orientacji i jeszcze mniej pewnych preferencjach... Które prawdopodobnie skręcały gdzieś w ciemne rejony nekrofilii, jeżeli wziąć pod uwagę wszystkie te wypchane stworzenia i martwe preparaty w formalinie, którymi tak chętnie się otaczał.
Rumieniec na twarzy Malfoya przygasł i smarkacz ponownie uśmiechał się tak, że Severus miał ochotę skoczyć do Malfoy Manor i dać w mordę Lucjuszowi. Wszak nie będzie bił dzieci za winy ojców.
Przemyślawszy sobie to wszystko, Severus postanowił skrócić poradę do niezbędnego minimum i błyskawicznie wypchnąć gówniarzy za drzwi gabinetu, zanim całkiem rozpracują jego prywatne życie.
– Panna Lovegood jest od pana rok młodsza, panie Malfoy, czyż nie? – powiedział powoli. – Zatem zaproszenie od starszego ucznia to jej jedyna szansa, aby w ogóle znaleźć się na tym balu. Nie wiem, jak pan, ale ja nie widzę w tym optymistycznym scenariuszu miejsca na odmowę.
– I co? Jak poszło?
Sinistra omal nie staranowała Severusa, gdy próbowała przedźwigać w chudych ramionach wielki stos książek z jednego końca biblioteki na drugi. Odsunął się i przepuścił ją z nieobecną miną.
– Hm?
Snape zawędrował do świątyni wiedzy, ponieważ pomyślał przelotnie, że po przygodzie z Draco i jego obstawą powinien być może zaczerpnąć ewentualnie jakiejś konkretnej (najlepiej estetycznie wydrukowanej i ujętej w praktyczne podpunkty) wiedzy na temat problemów dorastającej młodzieży. Dopiero gdy przekroczył próg biblioteki, przypomniał sobie, że zasadniczo gówno go to wszystko obchodzi (tak jak nie obchodziło, kiedy sam był nastolatkiem). Dlatego stał teraz na środku pomieszczenia jak ciołek, zastanawiając się, co ze sobą zrobić.
Aurora tymczasem ułożyła księgi na szerokim blacie, tuż przed ostrym nosem Irmy Pince, która z marsową miną zanotowała coś na długim pergaminie. Wywnioskował, że przeprowadzają pobieżną inwentaryzację zbioru podręcznego, co zdarzało się zwykle na początku i pod koniec roku szkolnego. Dyrektor uznał jednak, iż trzeba dodatkowo obejrzeć zbiór pod kątem przydatności podczas Turnieju Trójmagicznego. Strata czasu. Snape był przekonany, że żaden z tych matołów nawet nie zajrzy do biblioteki. No, może pomijając pannę Granger, która – Severus mógł się założyć – rozwiąże bezinteresownie wszystkie zagadki za Pottera.
– Jak było wczoraj na lekcji tańca? – doprecyzowała Aurora, wyrywając go z zamyślenia.
Westchnął. I jęknął.
– Nie wiem, co masz na myśli.
Nauczycielka astronomii już otwierała usta, żeby mu to uprzejmie wyjaśnić, ale szybko je zamknęła i uśmiechnęła się domyślnie.
– Aha. Rano Charity też nie chciała nam nic powiedzieć. A fakt, że sam nie pojawiłeś się na śniadaniu, tylko dodał całej sprawie pikanterii.
– Miałem ważne sprawy.
– A ona cały czas się rumieniła...
Sinistra przewiercała go ciekawskim spojrzeniem, Severus udawał, że tego nie widzi, a Pince chrząkała z dezaprobatą. Wydawała się obrażona.
– Aur, daj spokój – nie wytrzymał w końcu Snape.
– No co? Jestem tylko ciekawa.
Mrugnęła do niego, po czym ruszyła po kolejną partię książek. Gdy ponownie go mijała, przygięta ciężarem niemal do podłogi, odruchowo chwycił kilka pozycji z samej góry i zaproponował pomoc. Znał się na katalogowaniu. Robił to setki razy.
Bibliotekarka warknęła wrogo pod nosem.
– Te taneczne... korepetycje to moja prywatna sprawa – kontynuował z naciskiem Severus, zwracając się do zakurzonej i wymiętej Aurory.
Jakimś cudem powstrzymał się od poprawienia jej przekrzywionej tiary, ale za to wygładził własne, nieskazitelne szaty.
– Nie tak prywatna, jak byś chciał, to pewne. Wszyscy będą o tym gadać. Minerwie się to bardzo nie podobało.
– A co ona ma do tego?
– Gryfoni zawsze mają głos, zapomniałeś? Na pewno będzie miała dużo do powiedzenia, tylko poczekaj.
Zafochana pani Pince nie wtrącała się do wymiany zdań. Odhaczyła książki na długiej liście, po czym zaczęła uważnie oglądać każdą z nich, jakby spodziewała się, że lada moment wybuchnie.
– Wandale – syczała, jeśli zauważyła zagięty róg, rysę na obwolucie lub, nie daj Merlinie!, notatki na marginesach. Następnie odstawiała wybrane pozycje na jeden z trzech mniejszych stoliczków oznaczających kolejno: stan zadowalający; czyszczenie; naprawa i/lub oprawa.
Aurora w tym czasie powędrowała już z powrotem do regału, a Snape podreptał za nią. Widać było, że coś mu leży na wątrobie, ale bystra nauczycielka wolała nie pytać. Mistrz eliksirów był na tyle przekorny, że w wypadku okazania odrobiny zainteresowania potrafił zamknąć się na amen. Z kolei zostawiony w spokoju czasem coś wypaplał.
– Aur... Chciałbym cię o coś zapytać.
Spojrzała na niego i wybuchła śmiechem.
– Ale masz minę! Tylko mi nie mów, że po tym wszystkim chcesz zaprosić mnie na bal.
Prawie go spłoszyła, jednak musiał być wyjątkowo zdesperowany, bo tylko przewrócił oczami.
– Oczywiście, że nie! Chciałbym wiedzieć, czy... Czy miewasz czasem problemy z uczniami?
– Hm. – Sinistra spokojnie przeglądała książki na półkach, przekrzywiając głowę i mrużąc oczy. – Nie jestem opiekunką domu... Ani tym bardziej czyjąś ulubioną czy zaufaną nauczycielką. Nawet jeśli uczniowie mają jakieś kłopoty, to nikt z tym do mnie nie przychodzi. Może pogadaj z Filiusem? Tylko musisz być bardziej konkretny, bo „problemy" to nie jest coś, z czego słynie Ravenclaw. To raczej wasza ślizgońska działka.
– Nie mówię o rzucaniu na Gryfonów Imperiusa w kiblu. Z tym bym sobie poradził. Chodzi raczej o...
– Aha?
Aurora wpatrywała się w niego, jednocześnie drapiąc po nosie (pewnie z powodu uczulenia na kurz) i przy okazji rozmazując po twarzy atrament, którym jak zwykle miała utytłane palce. Widząc ten obraz nędzy i rozpaczy, Severus w ogóle nie mógł się skupić. Wyciągnął z kieszeni chusteczkę i podał koleżance, na migi pokazując, co powinna z nią zrobić.
Spojrzała na niego krzywo.
– Serio?
– Nie lubię niechlujstwa.
– Sev, ty nikogo i niczego nie lubisz. To o co chodzi z tymi uczniami?
– Nieważne.
Prychnął, zamiótł kurz przydługą i zbyt obszerną nauczycielską szatą, po czym szybko się wycofał. Ponieważ jednak coś nadal nie dawało mu spokoju, zanim zniknął, rzucił jeszcze gdzieś w powietrze i bez wyraźnie zaznaczonego adresata:
– I uważaj na tę Lovegood, dobrze? Nigdy nie wiadomo, co takiej strzeli do łba.
Aurora zaśmiała się bezgłośnie, chowając jego chusteczkę do rękawa, i spokojnie wróciła do katalogowania ksiąg.
Dzień był długi i nudny, podobnie lekcje, ale to akurat nic nowego. Severus spędził go głównie na unikaniu uprzejmie zainteresowanych jego życiem kolegów i koleżanek po fachu. Sinistra tradycyjnie miała rację – lekcje tańca budziły w ludziach najgorsze instynkty. Profesor Snape nieustannie czuł na sobie wścibskie spojrzenia i już niemal słyszał pytania, które jednak szczęśliwie nie padały. Zawsze w ostatniej chwili udawało mu się (z wrodzonym wdziękiem) zniechęcić upierdliwego rozmówcę do podjęcia intymnej konwersacji.
Wieczorem Severus stwierdził, że aby spłukać z siebie wszystkie emocje minionego dnia, nie wystarczy miniaturowy prysznic stanowiący standardowe wyposażenie profesorskiej kwatery. Na ramię narzucił ręcznik, pod pachę wcisnął piżamę i ruszył do współdzielonej nauczycielskiej łazienki. Korzystał z niej rzadko, bo odrzucała go sama idea przesiadywania w wannie, która widziała już wcześniej tyle innych, nagich części ciała, ale tym razem był zdesperowany. Potrzebował długiej, gorącej kąpieli – i to już.
Dotarł na miejsce, chwycił za klamkę, otworzył drzwi i...
Zamarł na progu.
Zamknął oczy.
Zamknął drzwi.
Wycofał się ostrożnie i oparł o ścianę, oddychając ciężko.
– Batszebo, to męska łazienka – powiedział słabo, nadal z zamkniętymi oczami. Obawiał się, że już nigdy nie uda mu się wykasować z pamięci tego, co zobaczył. – Damska znajduje się w zachodnim skrzydle.
„Bardzo, bardzo daleko stąd, by nikomu nie przyszło do głosy nic głupiego", dodał w myślach, bo koncepcje „niestosowności" czy „niemoralności" były kompletnie obce profesor Babbling. Zapewne zabrakło o nich informacji na starobabilońskich glinianych tabliczkach lub pokrytych sanskryckim maczkiem liściach palmowych.
– Ojej, przepraszam! – zaśpiewała tonem balansującym na granicy kopulacyjnego chichotu... A przynajmniej wstrząśnięty Severus tak to zinterpretował. – Ale możesz do mnie dołączyć, jeśli chcesz.
– Nie, dziękuję.
– Na pewno? Jest dość miejsca dla dwojga.
Głos Batszeby rozległ się podejrzane blisko niego, dlatego mistrz eliksirów zareagował instynktownie. Zablokował drzwi do łazienki całym wątłym ciałem, zanim rozwiązła miłośniczka koedukacyjnych kąpieli zdążyła je otworzyć.
– Batszebo, czy jesteś... przyodziana?
– To raczej nieprecyzyjne pytanie.
– W cokolwiek?
– Nie.
Klamka poruszyła się, Batszeba silniej naparła na drzwi. Severus pchnął je z drugiej strony. Nadal nie otworzył oczu.
– Więc nie wychodź stamtąd, dopóki czegoś na siebie nie narzucisz.
– Zapomniałam koszulki – odezwała się kusząco i nagle ciężkie drewniane wrota wydały się Snape'owi o wiele za cienkie.
– Wezwij skrzata. Przypominam również, że drzwi łazienki zostały wyposażone w zamek. Bądź łaskawa z niego skorzystać.
– Dobrze, aczkolwiek uważam, że robisz z igły widły, Severusie. Wody jest dość... Napuściłam już całą wannę.
– Nie wątpię – mruknął bardzo cicho Snape, po raz ostatni dociskając drzwi łazienki.
Po chwili ku swojej wielkiej uldze usłyszał ponownie plusk wody i Babbling nucącą coś w bliżej niesklasyfikowanym języku. Zamka jednak nie przekręciła, czekając zapewne na kolejną ofiarę.
Severus wykonał w tył zwrot, klnąc na czym świat stoi, ale głównie na siebie, swoje głupie pomysły i koedukacyjne ośrodki edukacyjne, w których żaden szanujący się mężczyzna nie może czuć się bezpiecznie. Kąpiel, wanna, płyn do kąpieli w dziesięciu smakach – też coś! Widać, czym się kończą burżujskie zapędy. Trzeba było poprzestać na chłoszczyść...
– Severusie?
Z pokoju nauczycielskiego wyjrzała Septima Vector. Prawdopodobnie na korytarz wywołało ją wściekłe tupanie Snape'a, który w szlafroku (i samych gaciach pod spodem) nie czuł się komfortowo i nie miał jakoś ochoty sunąć bezszelestnie szkolnymi korytarzami niczym pieprzone dzieci nocy.
– Znowu to zrobiła? – odgadła nauczycielka numerologii. – Ta kobieta ma szczególną obsesję na punkcie kąpieli.
– Nomen omen, co?
Mistrz eliksirów wyszedł z cienia. Wciąż z ręcznikiem na ramieniu i piżamą pod pachą. Kąciki ust Vector lekko drgnęły. Na szczęście nie należała do istot chichoczących, jednak Severus na wszelki wypadek zacisnął mocniej pasek od szlafroka.
Niestety, nie chodziło o szlafrok.
– Nigdy wcześniej nie widziałam cię w kucyku – zauważył Septima swoim zwykłym tonem analizy matematycznej.
Dopiero gdy to powiedziała, Snape uświadomił sobie, co ją tak rozbawiło. Pospiesznie rozpuścił włosy, by mogły ponownie zawisnąć smętną kurtyną po bokach jego twarzy.
– Lepiej?
– Znacznie. Ze związanymi włosami wyglądasz tragicznie.
– Dziękuję za szczerość. Sprawdzasz testy o tej godzinie? Aż tak dobrze nam nie płacą.
Vector sprawiała wrażenie nieco zakłopotanej.
– Nie... Ja właściwie...
– Grasz w szachy.
Nie musiał pytać ani zgadywać. Genialna Septima należała do niewiast cudownie nieskomplikowanych, a dyrektor kiedyś w przypływie inwencji wstawił do pokoju nauczycielskiego komplet czarodziejskich szachów wyjątkowej urody. Wystarczyło dodać dwa do dwóch, bo nauczycielka numerologii szczególnie umiłowała sobie wszelkiego rodzaju gry i łamigłówki.
– Nie mogłam spać, a to niezły trening dla umysłu.
– Zgadzam się. Pozwolisz, że rzucę okiem?
– Nawet dwoma.
Cokolwiek zakłopotana Vector przepuściła go w drzwiach. Severus swobodnie rozrzucił po pomieszczeniu kąpielowe utensylia (z wyjątkiem szlafroka, który szybkim zaklęciem transmutował w szatę, na wypadek, gdyby ktoś ich przyłapał; miał już dość problemów spowodowanych plotkami), po czym powędrował prosto do stolika przy oknie.
– Hm – mruknął, podparłszy głowę na dłoni i oceniwszy pobieżnie rozmieszczenie pionków. – Zapędziłaś czarne w kozi róg.
– Jakoś nie mam do nich serca.
– Ale bitwa nie jest jeszcze skończona.
Niby od niechcenia przesunął wieżę po planszy.
Septimie zaświeciły się oczy.
– Możemy zagrać od nowa, jeśli masz ochotę.
– Nie, lubię wyzwania.
Zaciekawiona nauczycielka skinęła głową i usiadła naprzeciwko niego. A zaraz potem szybko się podniosła i zdjęła z krzesła swoją przygniecioną tiarę. Snape dobrze znał ten wyraz twarzy – niby nieobecny, ale jednak skupiony. Pamiętał go jeszcze ze szkoły.
Partia trwała długo. Jakieś dwie godziny później Severus usłyszał, że Batszeba Babbling wreszcie ukończyła wieczorną toaletę i ruszyła w drogę powrotną do swoich kwater... czy gdziekolwiek tym razem zaniesie ją los. Skoczył na równe nogi i na wszelki wypadek zablokował drzwi pokoju nauczycielskiego, gdyby ów los jakimś nieszczęśliwym przypadkiem wybrał akurat ten kierunek. Miał serdecznie dość nauczycielki starożytnych run i niemiłe przeczucie, że już do końca świata będzie w panice zamykać oczy na jej widok. Niech szlag trafi wszystkie wyuzdane stare ciotki!
Septima nie nudziła się ani nie męczyła, chyba nie była do tego fizycznie zdolna. Każdy swój ruch analizowała w nieskończoność. Bez wątpienia była mądra, ale brakowało jej lotności umysłu. Tego nie dało się wszak wyuczyć z książek. Severusa nie drażniła powolność rozgrywki, wręcz przeciwnie. Relaksował się po traumatycznych przeżyciach. Wyciągnął paczkę papierosów i odruchowo spróbował poczęstować nimi Vector.
– Nie palę.
– No tak, jesteś grzeczną dziewczynką.
– Nie rozumiem.
– Nigdy nie opuściłaś szkoły, prawda?
– Oczywiście, że tak – odpowiedziała spokojnie i bez emocji Septima, która rzeczywiście nic nie rozumiała. – Przecież ją skończyłam. Inaczej nie pozwoliliby mi uczyć.
– Skończyłaś, a w następnym semestrze wróciłaś jako nauczycielka.
– Nie tak od razu...
– Nie? – Snape marszczył brwi, wpatrując się w pionki na szachownicy, a mimo to słuchał uważnie.
– Byłam na rocznym stypendium w Beauxbatons.
– Czyli... w innej szkole?
Usta drgnęły mu niemal niezauważalnie. Musnął palcem królową, jednak po namyśle poruszył się pionkiem. Naprawdę nie lubił kobiet.
– A co w tym złego? – zapytała z absolutną niewinnością Vector.
– Nic – odpowiedział, w myślach dodając: „I wszystko".
– Nie podobało mi się.
– Oczywiście, że nie – zgodził się z nią Severus, nadludzkim wysiłkiem panując nad twarzą. Nawet on, mimo rozmaitych życiowych komplikacji, zdążył się lepiej rozejrzeć po świecie niż biedna Septima. Nie rozumiał ludzi, którzy wybierali podobnie nudną egzystencję z własnej woli.
– Nie spędzam w Hogwarcie całego życia – broniła się nauczycielka numerologii, gdy wreszcie poczuła, że coś jest nie tak. – Czasami nadzoruję wycieczki do Hogsmeade. Ale nie przepadam za tym.
– Jak każdy. Nigdy nie biorę wtedy dyżuru.
– I pozwalają ci?
– Nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Gdy po mnie przychodzą, nie otwieram drzwi. Grasz na zwłokę? – Przyszpilił ją nagle wzrokiem.
– Ja... Nie...
– Twój ruch, Septimo.
Ostatecznie Severus również zrezygnował z papierosa i schował paczkę z powrotem do kieszeni. Nie chciał psuć atmosfery... A poza tym Dumbledore na pewno by coś wyczuł i po raz kolejny zaprosił go na pogadankę. Mistrz eliksirów uzbierał już całą kolekcję ulotek na temat leczenia uzależnień (tudzież towarzyszących im chorób – bogato ilustrowanych), którą pieczołowicie przechowywał w albumie i w wolnych chwilach opatrywał chmurkami z sarkastycznymi notatkami.
– Wiesz, że Minerwa szukała cię cały dzień? – odezwała się ponownie Vector znad planszy, która stawała się coraz bardziej pusta. – Pytała o ciebie chyba przy każdym posiłku.
– Mogła po prostu zejść do lochów.
– Na pewno to zrobi, jeżeli znowu się nie pokażesz.
– Pomyślę o tym.
Gdyby Snape nie oszukał, wykorzystując moment jej nieuwagi, partia szachów spokojnie mogłaby ciągnąć się do śniadania, a później – po krótkiej przerwie na lekcje – zająć im jeszcze kolejne popołudnie i wieczór. Nie zdążył jednak długo tryumfować ani nawet nacieszyć się sukcesem. Zanim podniósł się z miejsca, Septima wyciągnęła z kieszeni domino.
Spojrzała na niego pytająco.
Severus z powrotem usiadł na krześle.
– A chuj, czemu nie?
– Obstawiłeś już wynik Turnieju Trójmagicznego?
– Panno Burbage, przypominam, że w jednostkach oświatowych jakiekolwiek gry hazardowe, nie wspominając nawet o zakładach, są surowo wzbronione.
– To nie hazard, tylko niewinna zabawa.
– Tak samo jak pierwszy papieros, pierwszy kieliszek i pierwszy... tatuaż. Tymczasem oboje powinniśmy już świetnie zdawać sobie sprawę z tego, dokąd to wszystko prowadzi.
Dając powyższy wykład, Severus Snape opierał się o ścianę sali ćwiczeń fizycznych i głęboko zaciągał chyba trzecim z kolei papierosem. Zjawił się punktualnie na kolejnej lekcji tańca, ale za to w jeszcze gorszym, filozoficzno-gorzkim nastroju, który zbijał z tropu Charity. Odsunęła się nieco i podciągnęła kolana pod brodę. Widać było, że nie czuje się komfortowo, siedząc na podłodze... ani w całej tej sytuacji. Gdy Severus mówił, niemal zawsze czynił jakieś dziwne, zawoalowane aluzje, których zazwyczaj nie rozumiała. Celowo ją peszył, straszył i drażnił. Nawet gdy próbowała rozładować atmosferę i zwyczajnie z nim porozmawiać, nic z tego nie wychodziło.
Westchnęła,
– Jak myślisz, na jakim etapie jest Harry z jajkiem? – spróbowała znowu. – Rozwiązał już zagadkę?
– Równie dobrze mógł je usmażyć i zjeść. Nic z tego nie będzie.
– Nie lubisz go, prawda?
– Ani trochę.
– Dlaczego?
Snape zgniótł niedopałek i natychmiast sięgnął po kolejnego papierosa. Zadymiona Charity chętnie by zaprotestowała, ale straciła do tego prawo, gdy pozwoliła mu zapalić po raz pierwszy.
– To lekcje tańca czy terapia? – prychnął.
– W zasadzie taniec może być znakomitą terapią. – Nauczycielka mugoloznawstwa nieoczekiwanie nabrała wiatru w żagle. W dwie sekundy pozbierała się z podłogi i odwróciła w stronę gramofonu. – Gdyby... gdybyś... – Nadal miała problemy ze zwracaniem się do niego wprost i po imieniu. To słodkie. – Gdybyś tylko mi pozwolił...
– Nie.
– Chociaż na moment.
– Ogłuchłaś?
– Bynajmniej. – Charity pozwoliła sobie na krótki moment wściekłości, który przeminął, zanim Snape zdążył go zauważyć i docenić. – Po prostu chcę wykonać swoje zadanie. Miałam nauczyć cię tańczyć, a tymczasem... Sama nie wiem, co właściwie tu robię. Nie pozwoliłeś mi nawet włączyć muzyki.
– Nie lubię muzyki.
– Domyśliłam się.
Doprowadzona na skraj wytrzymałości młoda nauczycielka ruszyła na drugi koniec sali, jak najdalej od kłopotliwego studenta, i zatrzymała się przy gramofonie. Odwróciła się tyłem i udawała, że porządkuje płyty. Snape nic sobie z tego nie robił. Czekał. Wiedział, że długo nie wytrzyma.
– Nie chodzi o to, że jakoś specjalnie przepadam za tańcem – zaczęła, nie sprawiając mu zawodu. Burbage nie znosiła ciszy. – Ale teoretycznie mamy za sobą już trzy lekcje i ludzie zaczynają zadawać pytania. Dopytują o postępy...
– Moim zdaniem robimy znakomite postępy.
– Tak, wiem. – Autentycznie przewróciła na niego oczami. Niesamowite. – I odpadam. Mam dosyć. Nie życzę sobie brać w tym udziału i być maglowana. Wiesz, że Minerwa cię szuka? A do tego jest już nieźle wkurzona. Wszyscy zauważyli, że znikasz na całe dnie i wychodzisz tylko w nocy jak... jak jakiś wampir!
– Kto wie? Może...
– Może nim jesteś? Chciałbyś! Pamiętam te plotki jeszcze ze szkoły. Jakoś nic z nich nie wyszło.
Panna Burbage pyskowała.
Wprawdzie tylko trochę, ale i tak... Hm, no proszę. Wystarczyło na moment poluzować kaganiec. Wszystkim tym babom odbijało, nie było już nadziei na poprawę.
Charity nie potrafiła odpuścić. Wybrała w końcu płytę i bez jego zgody zaczęła majstrować przy gramofonie. Gdy rozległa się muzyka, zdecydowanie nie brzmiała jak walc.
– Może coś nowocześniejszego? – zaproponowała rozpaczliwie.
Zbliżył się tak cicho, że nawet się nie zorientowała. Skradał się jak kot, praktycznie bezgłośnie, niepostrzeżenie. Gdy się odwróciła, Snape stał już tak blisko, że niemal się z nim zderzyła. Odskoczyłaby, ale nie miała gdzie: z przodu mistrz eliksirów, z tyłu sprzęt grający. Została przyszpilona niczym motyl w gablotce, a do tego jeszcze te oczy...
Snape patrzył na nią spokojnie. Biorąc pod uwagę wszystko, co zrobił przy okazji, nie musiał specjalnie inwestować w mimikę – i tak miał ją w szachu. Bo oto mistrz eliksirów jeszcze bardziej się zbliżył i niespodziewanie wyciągnął rękę nad jej ramieniem. Charity wstrzymała oddech. Choć bardzo starała się trzymać nerwy i fantazję na wodzy, wbrew woli już wizualizowała sobie, że Severus kładzie dłoń na jej ramieniu (pal sześć, że niewłaściwą rękę na niewłaściwym ramieniu, ale poza nie miała znaczenia – przecież dopiero się uczył, prawda?) albo nawet – niech tam! – obejmuje ją w talii i... (och, kto by pomyślał, że wybrała na lekcję aż tak dobrą muzykę?).
Severus miał jednak za nic niegrzeczne fantazje młodych nauczycielek i nie zamierzał robić niczego podobnie idiotycznego. Sięgnął nad ramieniem Charity, żeby zgasić niedopałek na tubie gramofonu, a następnie bezczelnie wrzucić go do środka. Uśmiechnął się półgębkiem, doskonale wiedząc, o czym wcześniej myślała, odwrócił się i wyszedł bez słowa.
Charity zaczęła oddychać dopiero jakieś trzy godziny później.
Ojej.
