Hey, brother, nice and steady
Put down your drink, you ready
It's hard when things get messy
(They call it lonely digging)
Your booty shaking, you know
Your head has no right to say no
Tonight it's ready, set, go
(Caravan Palace: Lone Digger)


W poniedziałek o godzinie piętnastej, gdy większa część mieszkańców Hogwartu raczyła się jeszcze obiadem w Wielkiej Sali, a reszta wypoczywała w kwaterach/dormitoriach, w ciszy i spokoju trawiąc posiłek, profesor Snape przeprowadził w Slytherinie swoją pierwszą (i od razu kultową) lekcję tańca. O pomoc poprosił profesora Binnsa, który z miłą chęcią wygłosił najnudniejszy w dziejach edukacji okołomuzycznej wykład na temat tradycyjnych tańców trolli i goblinów. Na koniec uczniowie otrzymali zadanie zaliczeniowe w formie długiego na trzy stopy wypracowania, a dwaj profesorowie uprzejmie skinęli sobie głowami i rozstali się w atmosferze obopólnej satysfakcji i głębokiego porozumienia, jaka może połączyć wyłącznie dwóch oddanych swojej pracy profesjonalistów.

Kiedy blisko dwie godziny później, zgodnie z umową, pod salą ćwiczeń fizycznych zjawiła się Charity Burbage, było już w zasadzie po zawodach. Ambitna nauczycielka mugoloznawstwa (która zawsze starała się za bardzo) miała na sobie specjalistyczne buty do tańca oraz przedziwny kostium własnego pomysłu (i roboty), a w dłoni niosła odpowiadający mu kolorem papierowy kwiat, który mistrz eliksirów mógłby (gdyby chciał) wpiąć do butonierki (gdyby ją miał). Z pewnością wyglądaliby razem cudownie…

Uświadomiwszy sobie ogrom snape'owej zdrady, panna Burbage nie padła martwa u stóp profesora eliksirów tylko dlatego, że dzielnie podtrzymywały ją pozostałe Gwiazdeczki. Bo one także zjawiły się o godzinie siedemnastej na zapowiedzianej lekcji, ciekawe rozwoju wypadków. Podobnie jak cały, caluteńki, caluśki Hogwart. Na ten widok Charity omdlała po raz drugi, tym razem ostatecznie. Na szczęście dla siebie, ponieważ wkrótce rozległy się pierwsze chichoty.

Za to Slytherin tryumfował, z godnością i podniesionym czołem opuszczając salę ćwiczeń fizycznych, by następnie skryć się w przyjaznych, tańcoodpornych lochach.

Szach-mat, Hogwart!


Dla wszystkich (poza Severusem) ten dzień okazał się jednym, wielkim, niekończącym się koszmarem. Afera, jaka rozpętała się po parodii lekcji tańca, rykoszetem uderzyła w pozostałych nauczycieli. Charity narobiła mnóstwo zamieszania, przechodząc swoje załamanie nerwowe z iście nastoletnim uwielbieniem dramy, więc Sinistra, Trelawney i Pomfrey miały przy niej pełne ręce roboty. McGonagall szalała i brakowało tylko dobrego zapalnika, żeby zaczęła ziać ogniem. Popołudniowych lekcji nie dało się przeprowadzić, gdyż uczniowie byli zbyt rozochoceni, by na czymkolwiek się skupić. Głównie chichotali po kątach, a już Ślizgoni dokazywali najbardziej. W końcu sam profesor Snape swoją postawą przyzwolił na obywatelskie nieposłuszeństwo na czas balu. Wezwano na dywanik wszystkich opiekunów Domów (Severus się nie stawił, a na dodatek nie dało się go nigdzie znaleźć) w celu skontrolowania, czy inne lekcje tańca na pewno przebiegły we właściwy sposób. Członkowie zagranicznych delegacji może niewiele z tego rozumieli, ale i tak mieli ubaw. Hogwart został ostatecznie – publicznie, lokalnie i globalnie – ośmieszony.

Po całym dniu męczarni Sybilla była tak wykończona, że nie chciało jej się nawet powiewać wszystkimi tymi szalami i innymi cudami. Wspięła się na Wieżę Astronomiczną, dysząc lekko, i oparła o blanki obok podejrzanie zadowolonego z siebie Snape'a. Tym razem przyniosła fajki ze sobą. Domyśliła się, że do tej pory dawno wypalił swoje.

– Ugnij się, Sev – odezwała się zdartym od kuchennego sherry głosem, który brzmiał jak zawodzenie banshee.

– Nie zamierzam.

– Ugnij się, inaczej stracisz kontrolę. Dyrektor i McGonagall wejdą ci na głowę, a tego byś nie chciał. Kocica już zarządziła, by Ślizgoni dołączyli do Gryfonów na lekcjach tańca. Wiesz, jak to się skończy.

– Rzezią – odpowiedział usłużnie.

– Właśnie.

– I dobrze.

Trelawney odchrząknęła i splunęła w dół – z wysokiej wieży wprost na odległe błonia.

– Kurwa, to Aur powinna z tobą gadać. Ja nie mam podejścia.

Severus nie raczył skomentować. Wyrwał jej paczkę fajek i od razu wyciągnął trzy. Jedną zapalił, pozostałe ułożył przed sobą na blankach wieży. W równym rządku, od linijki.

– Ale Aur pewnie nadal cuci Charity – ciągnęła bez zaproszenia Sybilla. – Żeś to spierdolił, Sev. Dziewczyna pewnie w marzeniach już wybierała suknię ślubną, a ty…

Rzucił jej takie spojrzenie, że zakrztusiła się w połowie zdania i znowu musiała splunąć. Gdy i to nie pomogło, z braku innych opcji, wygrzebała spod kolorowych szali awaryjną małpkę i przepłukała gardło wiśniówką.

– No żeś spierdolił – powtórzyła. – Co se miała pomyśleć po tych ciągłych nasiadówkach sam na sam? Babie wiele nie potrzeba.

– Idiotka – prychnął Snape, sięgając po drugiego papierosa.

– Dobra, przyznaję… – dodała mniej chętnie Trelawney. – Wkręciłyśmy ją trochę z tym wysokim brunetem, ale nie nasza wina, że młoda łyknęła wszystko jak pelikan. Ciut dystansu trzeba, nie? A ty chyba też się nieźle bawiłeś…

– Syb, w każdej chwili mogę cię zrzucić z wieży.

– Nie, najpierw musiałbyś mnie podnieść. Powodzenia, dupku. Mam ze trzy szklane kule poupychane w ciuchach.

Snape wreszcie miał dość. Trzeciego papierosa wcisnął do kieszeni.

– Idę. Życzę wam miłej zabawy z panną Burbage.

– Oj, nie obrażaj się, Sev! Każdy potrzebuje odrobiny rozrywki. No i średnia sprawdzonych przepowiedni wyraźnie mi skoczyła, prawda?

Severus zatrzymał się, jednak nie wyglądał na rozbawionego. Trelawney cofnęła się przed jego wściekłym okiem, upuszczając i papierosy, i wiśniówkę. Mistrz eliksirów zgrabnie przechwycił używki jednym machnięciem różdżki.

– Przepraszam – szepnęła szorstko Trelawney.

– Wiesz, gdzie mam…

– Nie.

Bez żadnego ostrzeżenia chwyciła go za rękę i ścisnęła mocno jak imadło. Przy nim niby nie wypiła dużo, ale nie wiedział, ile wlała w siebie wcześniej. Sądząc po efekcie końcowym, raczej sporo. Świńskie oczy wróżki rozbłysły, jakby naprawdę czaiła się w nich jakaś mistyczna moc.

– Bardzo mi przykro, że jedyna moja prawdziwa przepowiednia zabrała bliską ci kobietę. Chociaż z drugiej strony… Nikt ci nie kazał podsłuchiwać pod drzwiami, prawda?

Wbrew sobie Snape zamarł na te słowa. Przez jeden bardzo krótki moment, mgnienie oka właściwie, wydawało mu się, że dostrzega w twarzy Sybilli coś interesującego, a wręcz mrocznego. Jak wyzwanie. Wrażenie minęło jednak szybciej, niż się pojawiło. Gdyby Severus był młodszy, być może bardziej by się przejął tą deklaracją. Z wiekiem gorzkniał i było mu coraz bardziej wszystko jedno.

– Przystopuj z piciem, Syb. Zaczynasz się zapominać.

– Ja jestem tylko naczyniem – wychrypiała swoim steranym głosem, wzruszając ramionami. – Ktoś inny wlewa Wiedzę.

– Chyba wiśniówkę.

Trelawney wypadła z roli. Potknęła się i omal nie wpadła na blanki. Zamiast się tym przejąć, ryknęła śmiechem, którego nie powstydziłby się górski troll, chociaż one zwykle mają jednak przyjemniejszą barwę głosu…

Severus litościwie chwycił ją pod ramię, zanim się przewróciła.

– Chodź, sprowadzę cię na dół.

– Iście rycerski gest!

– Inaczej skręcisz sobie kark.

– Spierdalaj, czuję się świetnie.

– Oczywiście, Syb. Jak zawsze w poniedziałki.

– Blue, blue Monday! – zaryczała mu do ucha. – Blue, blue christmas!

Otworzył puszkę Pandory, trudno. I tak potrafił sobie z nią poradzić.

Jakiś kwadrans i kilka zadrapań później udało mu się w końcu sprowadzić chwiejącą się na nogach nauczycielkę wróżbiarstwa na sam dół wąskich jak cholera schodów. Po drodze zgubiła przynajmniej połowę kolorowych szmat, którymi z taką pasją się owijała, jeden but i – najprawdopodobniej – czwarte oko. Trzeciego i tak nigdy nie miała.

Niestety, koleżeński gest Severusa błyskawicznie odbił mu się czkawką. W ciemnym korytarzu znalazł się bowiem najmniej pożądany świadek całego zdarzenia.

– Zgubiłeś się, Karkarow? – westchnął mistrz eliksirów, słusznie przeczuwając, jakie piekło się zaraz rozpęta.

Dyrektor Durmstrangu wychynął z cienia i obrzucił krytycznym spojrzeniem Severusa oraz kobietę zwisającą z niego niczym etola z mocno doświadczonego życiem, a następnie rozjechanego na drodze lisa. Sam Karkarow był tak ciasno opatulony futrami, jakby w poczciwym Hogwarcie spodziewał się Salazar wie, jakich przeciągów, a przynajmniej solidnej śnieżycy. Na ten widok Severusowi automatycznie zrobiło się gorąco. Było to dla niego obce i niezbyt przyjemne uczucie.

– Urocza scenka rodzajowa, Snape. Romantyczny spacer w świetle księżyca?

– A co? Nie macie takich w ZSRR?

– Nieaktualne informacje, drogi kolego. Ten nieszczęśliwy konstrukt polityczny upadł już dawno temu.

– Naprawdę? Cóż za szkoda, że spotyka to każde większe stowarzyszenie, w którym byłeś łaskaw aktywnie się udzielać.

Szpilka, szpila, młotek. Nocne powietrze wprost zawibrowało od pochmurnych spojrzeń dwóch czarnoksiężników (oficjalnie) w stanie spoczynku. Sybilla poczuła się zbędna (jeśli nie życiowo zagrożona) w tym towarzystwie, dlatego czym prędzej pozbierała się do pionu. Drażnienie się z Severusem to jedno, ale branie na warsztat dodatkowo jakiegoś wariata z importu? Nie brakowało jej rozrywki aż tak bardzo.

– Dobranoc, Sev. I uważaj na siebie – rzuciła ciszej, wpychając mu w dłoń kartę Tarota, bo zawsze miała ich w nadmiarze. Poza tym trudno pozbyć się starych przyzwyczajeń. – Przemyśl sobie to, co ci powiedziałam, dobra?

Pozdrowiła Karkarowa wymyślnym gestem żółtawej dłoni, po czym odpłynęła mistycznie w odległą dal mrocznego korytarza, a jakieś wrogie siły kosmosu co i rusz atakowały ją, szarpiąc jej wątłym ciałem na boki… Co znaczyło po prostu, że potykała się o własne nogi jak pijana klacz na wiejskim weselu.

Korzystając z antraktu, Severus odruchowo zerknął na kartę.

Wisielec.

Naturalnie.

– Co to? – zainteresował się natychmiast Igor. – Numer kominka tej oto uroczej istoty?

– Błagam, Karkarow. Mieszkamy w tym zamku od piętnastu lat. Trudniej byłoby uniknąć tej „uroczej istoty", niż na nią wpaść. Mogę ci wskazać drogę, jeśli jesteś zainteresowany.

– To może numer kierunkowy dla sowy? – drążył, szczerząc się w szczerozłotym uśmiechu.

– Nie – westchnął zmęczony Snape. – Zła wróżba.

– Co takiego?!

Dla Severusa – oraz każdej innej osoby, która spędziła w towarzystwie Trelawney choć pięć minut – był to głupi (i pewnie nieśmieszny) żart, ale Igor zbladł jak ściana.

– To Wyrocznia? – zapytał z namaszczeniem. – Ta… Ona? Dlaczego mnie nie uprzedziłeś! Dobra jest?

– Och, nie mnie to oceniać – odrzekł Snape z kamiennym wyrazem twarzy. – Wszak to tylko wnuczka Kasandry Trelawney.

Karkarow z bladego zrobił się niemal przezroczysty. Zapomniał o wyniosłym dystansie i rzucił się na Severusa, jakby był co najmniej kolejną zdesperowaną niewiastą, rozpaczliwie oczekującą zaproszenia na bal.

– Co ci powiedziała? Widziałem, że dała ci jakąś kartę. Pokaż!

Mistrz eliksirów wyczuł moment przewagi i ze złośliwym grymasem uniósł Tarota z dala od jego zasięgu. Dyrektor Durmstrangu walczył zaciekle. Severus zapomniał, że jak większość przedstawicieli wschodnich nacji jest wprost histerycznie przesądny. Gdy znudził się zabawą, rzucił dawnemu koledze kartę niczym głodnemu psu kość.

– Wisielec! – Przezroczysty Karkarow zmienił się z kolei w trupiosinego, rozdygotanego jak galareta Igorka. – Co to znaczy? Powiedziała coś więcej?

Snape bezlitośnie wzruszył ramionami. Bawił się doskonale, widząc, jak szybko jego towarzysz gubi reprezentacyjną wyniosłość i dumę. Można się przebrać za powszechnie szanowaną, ważną personę, ale zawsze zostaje jakaś drobna rysa. Wystarczy wcisnąć w nią palucha i cała misterna konstrukcja wali się jak domek z kart lub raczej – co bardziej adekwatne w tym przypadku – osypuje z warstw jak zgniła cebula.

– Zawołaj ją z powrotem! – zaryczał dyrektor Durmstrangu. – Niech to wyjaśni. – Rozejrzał się wokół, jakby spodziewał się jeszcze gdzieś dostrzec Trelawney. – Gdzie ona jest? Gdzie zniknęła?

– Spocznij, Karkarow. – Mistrz eliksirów przerwał ten atak histerii. – To tylko głupia karta.

– Nie! Nie rozumiesz. Ja wiedziałem! Wiedziałem, że coś się dzieje. – Niespodziewanie złapał Severusa za rękaw i, chociaż ten zaparł się nogami z oślim uporem, przyciągnął go do siebie. – Czujesz to, prawda?

– Khm.

Zaledwie na tyle się zdobył. Nie chciał rozwijać skojarzeń, jakie budziły w nim odczucia Karkarowa… A już na pewno nie planował ich podzielać. Wtedy jednak Igor zaczął nerwowo podciągać rękaw futra (szaty, swetra i wszystkiego, co miał pod spodem), więc Snape musiał stanowczo zaprotestować.

– Odbiło ci? – syknął. – Nie tutaj.

– Musimy porozmawiać – zniżył głos Karkarow (dopiero teraz, na bogów!), chyba w obawie, że ktoś mógłby ich podsłuchać. – Czy jesteśmy sami?

– Stoimy na środku pustego, ciemnego korytarza grubo po ciszy nocnej – zauważył Severus zmęczonym, wypranym z emocji głosem. – Jasne, że nie jesteśmy sami. To szkoła! Wszędzie snują się duchy, wypaleni zawodowo nauczyciele cierpiący na bezsenność i znudzeni studenci.

– Uczniowie? – podchwycił Igor i na to hasło jego sponiewierana duma rozpoczęła przyspieszony proces regeneracji. – W mojej szkole takie rzeczy byłyby nie do pomyślenia. W Durmstrangu nie wolno…

– „Nie wolno" z pewnością zajmuje wysoką pozycję w rankingu dziesięciu słów najskuteczniej mobilizujących do czynu – zgasił go impulsywnie Severus, człowiek nieszczęśliwie pozbawiony złudzeń.

– Kpisz sobie ze mnie?

– Bynajmniej, Karkarow.

– To poważna sprawa. On… ON… Musimy to przedyskutować!

– Być może, ale w przeciwieństwie do niektórych ja nie jestem tu na nieustających wakacjach. Cały dzień prowadziłem zajęcia, a muszę jeszcze przygotować na piątek sprawdzian z antidotów dla czwartego roku.

– Sprawdzian w ostatni dzień semestru? – Nawet dla podobno surowego dyrektora Durmstrangu było to zbyt wiele.

Dla Severusa nie. Rozłożył wymownie ręce. Służba nie drużba.

– Jeżeli masz jakiś palący problem do omówienia, zapraszam w godzinach konsultacji – dodał złośliwie.

– Nie jestem twoim uczniem!

– A szkoda. Słyszałem, że Durmstrang wypada fatalnie w klasyfikacjach dotyczących praktycznego nauczania zaklęć i alchemii stosowanej. Czy nie dlatego straciliście Malfoyów?

– Oczywiście, musiałeś to wyciągnąć. Nic się nie zmieniłeś, Snape. Tak samo wredny, małostkowy…

Karkarow coraz bardziej unosił na niego głos – gotów zapewne w każdej chwili przejść do agresywnego gestykulowania i kopania nawijających się pod nogę, przypadkowych przedmiotów – gdy coś mu przerwało. Gdzieś w mroku korytarza, ale niezbyt daleko od nich, rozległo się ciche stuknięcie, potem kolejne. W końcu udało im się odróżnić zbliżające się kroki, niezbyt rytmiczne i raczej niepewne, czyli automatycznie podejrzane. Ktoś próbował się ku nim skradać. Igor odwrócił się gwałtownie do Severusa, nakazując mu milczenie, choć to nie on od blisko kwadransa gadał jak najęty. Zresztą, mistrz eliksirów zdążył już przybrać wielce irytującą i jakby lekko zwycięską minę pt. „A nie mówiłem?". Kroki to się zbliżały, to na dłuższą chwilę zamierały, jakby stawiający je intruz nie potrafił zdecydować, co z sobą zrobić… Albo taktycznie dezorientował przeciwnika.

– Nadal macie tego bazyliszka? – zapytał półgębkiem Karkarow, mężczyzna o zajęczym sercu, przez co Snape już całkiem stracił wiarę w ludzkość.

– Węże nie tupią. Nie mają nóg.

Dyrektor Durmstrangu niby się zaśmiał, ale wykorzystał moment, żeby strategicznie ukryć się za o wiele bardziej przerażającym (z perspektywy małych i większych ludzi, stworów zbudowanych w ektoplazmy, strachów i istot mitycznych) kolegą. Severus z kolei przytomnie sięgnął po różdżkę i powoli przekształcał znudzoną twarz przepracowanego nauczyciela w znacznie bardziej pouczającą dla uczniów facjatę seryjnego czarnoksiężnika, która przekazywała jasny i czytelny komunikat: „Mamy cię, gnoju. Z kim wolisz szlaban: z Severusem czy ze Snape'em?". Zawsze działało.

– Lumos – mruknął pod nosem.

I błyskawicznie tego pożałował, kiedy struga magicznego światła ujawniła, że tupiącym stworem była Septima Vector. Niepokojąco rumiana, chwiejąca się w bamboszach i ewidentnie nietrzeźwa Septima Vector.

– Niech to szlag!

– O. – Karkarow ciekawsko wyjrzał zza jego ramienia. Snape odsunął się z obrzydzeniem. – Czy to nie ta miła dziewczyna od krzyżówek? – Rozpoznał ciekawy żeński eksponat. – Bardzo pomocna. Bo wiesz, my dostaliśmy ten statek w spadku po jednym z bojarów… Bez instrukcji – rozgadał się, próbując jakoś zatrzeć moment swojej tchórzliwej słabości. – Żeby uruchomić niektóre funkcje, trzeba rozwiązać zagadkę albo złamać głupi szyfr. Przyznam, że trochę to upierdliwe. Zwłaszcza gdy usiłujesz nie zatonąć podczas wodowania, a statek żąda odpowiedzi na idiotyczne pytania w stylu: „Nie ma skrzydeł, a trzepocze, nie ma ust, a mamrocze, nie ma nóg, a pląsa, nie ma zębów, a kąsa".

– Wiatr – rzucił Snape bez zastanowienia.

Igor aż sapnął ze zdumienia.

– No, no, może ciebie powinienem poprosić o pomoc. Skąd wiedziałeś?

– Mam sporo czasu na lekturę… I kiepski wybór. Zasoby każdej biblioteki kiedyś się kończą.

Na obszerniejsze wyjaśnienia zabrakło mu czasu. Nie tylko oni dostrzegli Septimę, takie zjawiska działają zwykle w dwie strony. Nauczycielka numerologii także dostrzegła Severusa i wprowadziło ją to w osobliwy stan ekscytacji.

– Sever! – zawołała entuzjastycznie pijackim tonem. – Och, Sever! – Rozpłakała się niemal natychmiast i zachwiała naprawdę niebezpiecznie. Wpadła prosto na najbliższą zbroję i z rozmachem pozbawiła ją hełmu.

Mistrz eliksirów westchnął i niechętnie ruszył przed siebie. Ktoś musiał coś z tym zrobić.

– Septimo, dobrze się czujesz?

– Nie.

Igor dreptał tuż za nim, psiocząc cicho w swoją długą brodę.

– Na Welesa, co to za szkoła? No co to za szkoła? Wszyscy pijani. I podobno palą. U nas nie ma tego problemu.

– Nie teraz, Karkarow.

– Gdy w Durmstrangu przyłapiemy kogoś na paleniu, mamy na to złoty środek. O świcie sto okrążeń zamku w świeżym, mroźnym powietrzu. W samych spodenkach i mokrym podkoszulku.

– Fascynujące.

– Zapewniam, że żaden smarkacz drugi raz nie sięga po papierosa.

Severus w myślach policzył do dziesięciu i poprosił niebiosa o zmiłowanie nad swoją potępioną duszą. Potem przeszedł do sedna problemu.

– Septimo – zaczął, ignorując irytujący poszum za plecami. – Myślę, że powinnaś wrócić do swojej kwatery i…

– Nie! – upierała się czerwona na twarzy i zaryczana jak bóbr. – Nie. Severusie, miałeś rację. Jestem naiwna i głupia. I niedoświadczona. Śmieszna grzeczna dziewczynka. Chuja wiem o świecie. S-s-severusie… Jesem taka besnasiejna… Nis siwnego, że wolisz iśś na bal z Basssesebą!

„Noż kurwa mać", klął w myślach Snape.

– Drogi kolego, kto by pomyślał, że masz takie powodzenie – komentował tymczasem Karkarow z satysfakcją. – Nu, nu, nu!

– Oj – pisnęła Septima. Zzieleniała i zgięła się wpół. – Niedobrze mi.

Severus zdążył odskoczyć, Igor niekoniecznie.

– Cholera, to bardzo drogie futro!

– Co za pech – westchnął teatralnie Severus, który miał to gdzieś, zajęty ratowaniem koleżanki po fachu. – Spróbuj zaprać mydłem.

Wyczerpana Vector padła na kamienną podłogę jak kłoda i nie bardzo kontaktowała. Salazar wie, ile miała w czubie, ale biorąc pod uwagę jej wcześniejsze doświadczenia z alkoholem, mógł to być kieliszek Ognistej albo nieco zaostrzone piwo miodowej. Ba, wystarczyłaby nawet zwyczajna herbata z rumem, która nadfrunęła z kuchni w niewłaściwym momencie. Severus nie poznał wprawdzie bliżej zbyt wielu kobiet, ale słyszał, że są takie, które potrafią się upić samym zapachem, jeżeli nie ideą, alkoholu. Sinistrze tyle wystarczało w czasach młodości.

Mistrz eliksirów znalazł się w sytuacji wybitnie nie do pozazdroszczenia, pewnie dlatego święci pańscy łaskawie posłali mu na pomoc anioła w postaci Rolandy Hooch. O ile, oczywiście, anioły potrafią przybrać tak ekscentryczną postać. Trenerka quidditcha sunęła korytarzem pewnie niczym lodołamacz, rozstawiając nogi szeroko – zupełnie jakby na co dzień ujeżdżała mustangi z dzikiej doliny, a nie poczciwe Zmiataczki i Nimbusy – i chyba żując tytoń, sądząc po ciamkaniu i ciemnych plamach na brodzie i kołnierzu pstrokatej szaty, którą przyozdobiła migotliwymi przypinkami większości brytyjskich drużyn. Krótkie włosy miała nastroszone, twarz i ubranie niezbyt czyste. Zapewne nie prała zbyt często ani jednego, ani drugiego, przecież znakomicie wietrzyły się podczas oblatywania stadionu.

Madame Hooch stanęła jak wryta na widok rozciągającej się przed nią scenki rodzajowej – nieprzytomna łania od numerologii i dwóch zbaraniałych facetów nad kałużą rzygów – i splunęła pod nogi.

– Kurwa mać, Sev. Co to ma być?

– Upiła się.

– Ta tutaj? Hogwarckie cnotko-niebożątko numer jeden? Coś ty jej zrobił?

– Nic – rzucił obronnie.

– Nie chciał z nią iść na bal – wyjaśnił usłużnie Karkarow.

– Kiepski gust nie należy do sprawy, tym zajmiemy się później – orzekła brutalnie Hooch i zaczęła podwijać rękawy. Zgrabnie i bez zaproszenia przejęła kontrolę nad sytuacją. Niech bogowie wynagrodzą jej w zniczach. – Trzeba ją stąd zabrać, bo jeszcze ktoś zobaczy.

– Jej kwatera znajduje się kilka pięter niżej – odezwał się Snape możliwie zniechęcającym tonem.

Nie miał ochoty organizować pieszej pielgrzymki przez pół szkoły, żeby dostarczyć Vector do łóżka. Nieczyste sumienie nieczystym sumienie, ale na trasie przemarszu znajdowało się zbyt wielu potencjalnych świadków.

– A moja tuż za rogiem – uspokoiła go Hooch. – Mam wolną kanapę, zabierzemy ją do mnie. Akurat wygrałam w karty jakieś leki od Pomfrey, może się nadadzą.

– Nie lepiej od razu zabrać ją do lecznicy? – podsunął Snape.

– Na twoim miejscu nie próbowałabym budzić Poppy wcześniej niż jutro przed drugą po południu. I nawet wtedy radziłabym poruszać się cicho. Gdy ją zostawiałam, słyszała już stepujące światełka choinkowe, a to nigdy dobrze nie wróży. No, bierz ją – dyrygowała trenerka, patrząc wymownie na niezbyt zadowolonego Severusa. – Jazda – popędziła go bezlitośnie. – Niekoniecznie na balety, ale chociaż na barana.

– Na Welesa, wszyscy zalani w trzy dupy – mamrotał swoje Karkarow. – Jakim cudem ten przybytek jeszcze działa?

Hooch dźgnęła go wzrokiem jak sztyletem.

– Na pewno nie na sterydach jak bułgarska reprezentacja quidditcha – prychnęła. – Straciłam w lato mnóstwo kasy przez tych sukinkotów i powiem wam jedno: nie da się tak latać bez dopalaczy, ot co!

– Niczego im nie udowodniono!

– Jeszcze nie – warknęła czarownica i ruszyła na dyrektora Durmstrangu jak taran.

Karkarow cofnął się w panice, potknął o powoli dźwigającego się z ziemi wraz ze swoim niesłodkim ciężarem Severusa i w końcu wpadł na tę samą zbroję, którą wcześniej zdekapitowała pijana Septima.

Hooch przycisnęła go łokciem do ściany, sącząc do ucha czysty jad i resztki tytoniu do żucia.

– Niech no tylko dorwę tego małego chujka Kruma. Niech mi tylko wlezie wieczorem na boisko. Czyściutko, bez świadków. Wytoczę z niego tyle krwi, że wystarczy na całą serię badań. Dowiem się, czym ich tam szprycujecie.

– Niczym! – krzyczał podejrzanie wysokim tonem dyrektor Durmstrangu. Severus nie widział wprawdzie, gdzie podziała się druga ręka madame Hooch, ale miał na ten temat pewną teorię. – Niczym, przysięgam!

– Dość już tego! – zirytował się Snape, który został zmuszony do noszenia Vector, a Merlin świadkiem, że nie była chudzinką.

Hooch posłusznie odstąpiła od ofiary, ale na pożegnanie splunęła jej pod nogi.

– Pierwsze ostrzeżenie.

Snape przewrócił w udręce oczami.

– Możemy już iść? – poprosił. – Karkarow, won. Idź popilnować statku.

– A nasza rozmowa?

– Później.

– Jutro?

– Niech będzie – mruknął Severus, już planując, jak się z tego wykręci.

Nie zamierzał poświęcać mu czasu. Miał jakieś swoje minimum wymagań, a Igor nie spełniał nawet tego.

Ruszył za Rolandą Hooch może nie z entuzjazmem, ale mimo wszystko z ulgą, że odchodzi w przeciwną stronę niż dawny towarzysz.


Severus był wyjątkowo nieszczęśliwy. Ten dzień zaczął się na tyle dobrze, że nie spodziewał się paskudnego zakończenia. We wszechświecie powinna jednak istnieć jakaś sprawiedliwość, do cholery! Ale nie, oczywiście, że nie. Dlatego musiał nadwyrężać kręgosłup, dźwigając przeklętą Septimę przez pół długości (wcale nie takiego krótkiego) korytarza. Jakiś wewnętrzny, pierwotny instynkt podpowiadał mu jednak, że lepiej nie podpadać Hooch. Ta baba była dziwna – głównie z powodu niemal przejrzystych żółtych oczu, które upodobniały ją do dzikiego ptaka, a przy okazji wydawały się nadnaturalnie bystre… Prześwietlały człowieka na wskroś, wyciągając wstydliwe słabostki.

Rolanda Hooch była stara (Severus nie miał nawet wyobrażenia, jak bardzo), ale krzepka i pełna charyzmy. Jednym słowem – straszna. Znacznie bardziej niż dyrektor czy McGonagall, których w gruncie rzeczy łatwo było przegadać. Hooch patrzyła człowiekowi prosto w oczy i język jakoś sam zapominał się obracać w głębie. Ale być może to talent dzielony przez wszystkie nauczycielki wychowania fizycznego. Wystarczy, że rzucą: „Jak to, TY nie zrobisz?", i pozamiatane. Nie ma odwrotu. Severus – prawdopodobnie największa oferma na swoim roku w Hogwarcie – dobrze to pamiętał. Tym bardziej, że Hooch zachowała wiele nostalgicznych wspomnień o jego o wiele bardziej usportowionej matce, więc miał z góry przegwizdane. Nie odziedziczył absolutnie nic z jej zamiłowania do fruwania po niebiesiech z kijem między pośladkami, a Hooch i jej quidditcha, przecierpiawszy jakoś obowiązkowy kurs latania na miotle w pierwszej klasie, unikał jak diabeł święconej wody.

Po tylu latach nadal była dobra. Krzykiem, kpiną i pewnym siebie tonem zdołała go tak zmanipulować, że zupełnie zapomniał, iż mógłby Vector przetransportować za pomocą prostego zaklęcia, zamiast naciągać nieistniejące mięśnie. Przekleństwo na głowy wszystkich kobiet: młodych i starych, szczupłych i grubych, pijanych i trzeźwych!

– Rozchmurz się, Sever – rzuciła jowialnie Hooch, otwierając przed nim drzwi kwatery. – Przynajmniej coś sobie zmacasz, nie?

Snape nie miał życzenia niczego macać, zwłaszcza nieprzytomnego i o dyskusyjnej atrakcyjności. Chciał już tylko iść do siebie i również na kilka godzin stracić przytomność.

Pokoje pani Hooch nie odbiegały od szkolnego standardu. Przytulny salonik połączony z niewielką sypialnią i skromną łazienką. A wszystko to obwieszone, obsypane i zagracone jednym wielkim pierdolandem związanym z po dziesięciokroć przeklętym quidditchem. Jak okiem sięgnąć, wszędzie poniewierały się publikacje na temat gry, figurki zawodników, flagi, drużynowe koszulki i oficjalne szaty reprezentacji. W większości zakurzone i nieporządnie porozrzucane w każdym kącie. Podobnie jak uszkodzone miotły, które z jakichś powodów znajdowały się tutaj, a nie w szopie na stadionie lub – bardziej adekwatnie – na magicznym wysypisku. Chaos niemal zwalił chorobliwie pedantycznego Severusa z nóg – nawet bardziej niż ciężar Septimy Vector.

– Naprawdę lubisz tę grę, Rolando – skomentował tonem, w którym szpilki powoli rozgotowywały się w kwasie.

– To moja praca – odpowiedziała energicznie. – I hobby. I życie. Wiesz, jak to jest. Z czasem coraz trudniej wyznaczyć granicę.

– Najwyraźniej…

– Za to dobrze pamiętam, że ty nigdy nie lubiłeś się pocić na świeżym powietrzu.

– Na nieświeżym również – sarknął, po czym postanowił przejść do rzeczy: – Gdzie ją położyć? Na kanapie?

– A nich stracę. – Machnęła ręką. – Bierz ją do sypialni. Tam jej będzie wygodniej.

Snape z miłą chęcią to uczynił. I czym prędzej ruszył do wyjścia.

– Ani mi się waż! – Hooch trzasnęła różdżką nad głową niczym batem i drzwi jej kwatery posłusznie się zatrzasnęły. – Nie zostawisz mnie z tym problemem. Musimy doprowadzić tę dziewczynę do stanu używalności. Jakieś pomysły?

– Dobić.

– Zawsze taki zabawny, nie? Może wlejemy w nią pół butelki whisky i zobaczymy, co się stanie? Wiesz, klin klinem.

– Działa u recydywistów. Ona prawdopodobnie znalazła się w tym stanie pierwszy raz w życiu.

– No tak, tak. W takim razie kawa z solą. Stare sposoby są najlepsze.

– Zarzyga ci pół kwatery.

– Trudno. Im szybciej to z niej wyjdzie, tym lepiej. Miałam tu gdzieś grzałkę do gotowania wody i puszkę kawy. Nie chce mi się ciągle latać do kuchni… Lepiej nie angażować w to skrzatów, nie pojmą idei. Kawa z solą. Pyyyszności.

Hooch kręciła się po pokoju, przerzucając zwały quidditchowego merchu z jednej kupy na drugą. Severus stał w kącie sztywny jak stojak na ubrania. Nie wiedział, co ze sobą począć. Urodził się z poczuciem lekkiego towarzyskiego dyskomfortu, więc takie sytuacje kompletnie go rozwalały. A wystrój kwatery Hooch już i bez tego przyprawiał go o ból głowy.

– Może jednak… Jakieś leki? – zaproponował.

– Nie wyjdziesz stąd, profesorku. Nie ma mowy. Poza tym… Panienka powinna to przeżyć do końca i dobrze zapamiętać lekcję. Takie doświadczenie dobrze jej zrobi, wierz mi.

Jakieś dwie godziny i jedno wiadro (no, półtora) później wreszcie zapanował względny spokój. Wymemłana, ale już mniej zielonkawa Septima drzemała w sypialni, troskliwie poowijana w koce i koszulki tych mniej lubianych przez Rolandę drużyn, zaś Severus siedział w saloniku z fascynującym tomikiem pt. „Alfabet quidditcha. Ameryka Południowa" w dłoniach. Nie była to porywająca lektura, lecz nie miał wielkiego wyboru. Rozpalony przez Hooch ogień wesoło buzował w kominku, a aromatyczna (względnie) kawa (tym razem bez soli) parowała na stoliku przed mistrzem eliksirów (Rolanda wybrała ciepłą wodę z imbirem, bo inne napoje o tak późnej porze uważała za szkodliwe dla zdrowia). W zasadzie Severus uznałby to za całkiem udany wieczór, gdyby nie różne towarzyszące okoliczności oraz fakt, że w zasadzie był więźniem.

– Czy mógłbym już odejść? – zapytał względnie uprzejmie i tylko lekko zgrzytając zębami.

– Nie, dopóki to dziewczę nie stanie na nogi i samo stąd nie wywędruje.

– To może potrwać…

– Ja mam czas. Jesteś głodny?

Gdy zaczęła grzebać w kieszeniach, przez chwilę miał wrażenie, że poczęstuje go tytoniem, ale zamiast tego wyciągnęła rodzynki. Nie zdołał powstrzymać wstrząsu obrzydzenia.

– No co? Są zdrowe – przekonywała trenerka.

– Niestety.

– Nie zmieniłeś się za bardzo przez te lata, wiesz?

– Hm.

– I niespecjalnie urosłeś.

– Khm.

Snape podświadomie skurczył się w fotelu i schował za książką.

– Pamiętam, jak byłeś...

– Błagam. – Nie wytrzymał w końcu. – Czy musimy o tym rozmawiać? To zdecydowanie najgorsza noc w moim życiu – poskarżył się Severus.

– Serio? Akurat ta? – Hooch usiadła wygodniej i pochyliła się ku niemu. Dziwne żółte oczy w ciepłym świetle kominka nabrały szczególnego blasku. – A nie ta, gdy zapracowałeś na swój tatuaż?

Zaskoczony Snape wyprostował się jak szarpnięty za wyjątkowo wrażliwy nerw i odruchowo zerknął na przedramię. Może rękaw przypadkiem podwinął się w trakcie przenoszenia z miejsce na miejsce pijanych kobiet i teraz ukazywał jego najbardziej wstydliwy sekret? Tyle że nic tam nie było. Pamiątka nieciekawej przeszłości zniknęła wraz z Lordem Voldemortem. A przynajmniej przez trzynaście lat taką miał nadzieję…

Spojrzał wrogo na starszą nauczycielkę, milcząco domagając się ciągu dalszego. Nie potrafił zebrać myśli i słów, żeby się odezwać. Wiedział, że żyje w środowisku, gdzie tajemnice szybko przestają być tajemnicami – większość tych ludzi znała go z czasów dzieciństwa i chmurnej, durnej młodości. Pewnie mieli od dawna wyrobione zdanie na jego temat. Ale… Hooch?! Z nią nie miał za wiele do czynienia,

Hooch zapchała się rodzynkami i żuła je powoli, patrząc prosto na nielubianego ucznia.

– Wydawało ci się, że jesteś taki wyjątkowy, co? Wielki, mroczny czarodziej. Wystarczy rzut oka, żeby was rozpoznać.

Severus dosłuchał się w jej głosie jakiejś niepokojącej nuty. Niby sarkazm, a jednak nie. Pod spodem tkwiła złość, żal, ale także coś… rzewnego. Zagadka nie była aż tak trudna do rozszyfrowania.

– Kto? – zapytał cicho.

– Moja młodsza siostra zadawała się z tymi mętami – przyznała niechętnie, żując rodzynki z taką pasją, jakby z mściwą satysfakcją wgryzała się w ten przeklęty, śmierciożerczy klan. – Dawno temu, pod koniec lat pięćdziesiątych. Ale wtedy ministerstwo magii było silne, nadal czujne po zbrodniach Grindelwalda. Wzięli się za nich, ta wężomorda świnia musiała uciekać. Przyczaił się na parę lat. Szkoda, że moja siostra nie miała tyle szczęścia. Próbowała się wycofać, a tego, jak pewnie wiesz, się nie wybacza.

– Nie – odpowiedział głucho.

– Wypatroszyli ją jak sarenkę – ciągnęła ponuro Hooch, wpatrując się w brudny blat – a części rozwiesili nam na płocie. Bardzo kreatywny sposób przekazywania wiadomości. Potem było jeszcze gorzej. Przez lata znajdowaliśmy się na celowniku ministerstwa. Na wszelki wypadek, gdyby kogoś z rodziny też podkusiła czarna magia. Nawet po czymś takim… Debile! – Walnęła z rozmachem pięścią w stół. – Jak myślisz, Severusie, czy w takich warunkach łatwo zrobić karierę w narodowej lidze quidditcha? Ale i tak próbowałam, przynajmniej dopóki pewnego pięknego dnia nie zwaliłam się z miotły. Ech, stare dzieje.

Gwałtownie wstała z miejsca i odwróciła się od niego. Taktownie nie śledził jej wzrokiem ani nie próbował się odzywać. Co mógłby jej powiedzieć i co by to dało? Nic, nic, nic.

– Zajrzę do naszej śpiącej królewny – powiedziała madame Hooch, ale Severus był szybszy i nadspodziewanie uczynny.

– Ja pójdę.

Z dwojga złego wybrał nieprzytomną kandydatkę numer dwa, która na ten moment nosiła w sobie o wiele, wiele mniej dramy. Odłożył czytaną książkę na stół i odruchowo wygładził wyblakły obrusik, na którym nadal dało się dostrzec znaczki drużyn quidditcha, których nie rozpoznawał.

– Severus. – Hooch, odwrócona do powoli różowiejącego okna wychodzącego na wschód, zatrzymała go na moment. – Nie wracaj tam do nich, okej? Choćby nie wiem, co się działo… To nie jest tego warte.

Nie widziała, jak wzruszał ramionami.

Przecież to i tak nie była jego decyzja.