Słowo wyjaśnienia: prawdopodobnie nie jest to najlepsza część Nietoperzy. Nie jest nawet w pierwszej dziesiątce. Powstawała baaardzo długo i na ogólnym bezweniu. Niektóre fragmenty pisałam na przymusie, żeby całkiem nie zaśniedzieć. Wiem również, że są tu pewne dziury, których wypełnienie miało wyglądać zupełnie inaczej (oby św. Severus nie pozwolił Wam tego wyczuć i pozostawił Was w błogiej nieświadomości). Jednak najwyższy czas pchnąć rzeczy do przodu, bo ile można czekać, nie?
Baby I don't need dollar bills to have fun tonight
(I love cheap thrills!)
Baby I don't need dollar bills to have fun tonight
(I love cheap thrills!)
I don't need no money
As long as I can feel the beat
I don't need no money
As long as I keep dancing
(Sia: Cheap Thrills)
Po raz ostatni Severus Snape spróbował wykręcić się od Balu Bożonarodzeniowego następnego ranka po upojnej nocy spędzonej z Septimą Vector i madame Hooch. By to uczynić, chwycił się metody najbardziej rozpaczliwej. Wparował do gabinetu dyrektora bez ostrzeżenia (hasło: „Takie śmieszne, okrągłe karmelki") i bezczelnie (oraz oficjalnie) złożył podanie o urlop naukowy. Pilny, najlepiej od zeszłego wtorku.
Cios poniżej pasa.
Albus Dumbledore, nadal w liliowym szlafroku i z filiżanką porannego kakao w pół drogi do ust, spojrzał na nauczyciela eliksirów jak na osobliwe zjawisko meteorologiczne.
– Akurat teraz, drogi chłopcze?
– Taka była umowa – rzucił buńczucznie Snape, owijając się obronnie obszerną szatą, jakby się obawiał, że czymś się ubrudzi (lub zarazi) w tym obcym, niepokojąco jasnym pomieszczeniu. – Zgodziłem się nauczać w Hogwarcie pod warunkiem, że od czasu do czasu pozwolisz mi wypełznąć z tej dziury z powrotem do cywilizowanego świata w celu poszerzania kwalifikacji zawodowych. Nie skorzystałem z tej klauzuli ani razu, odkąd parę lat temu uzyskałem stopień mistrza, najwyższy czas się dokształcić. Proszę o pozwolenie na opuszczenie zamku.
– Mamy koniec grudnia, Severusie – przypomniał uprzejmie dyrektor. – O ile mi wiadomo, w tym terminie nie rozpoczynają się żadne interesujące kursy na jakimkolwiek znanym mi uniwersytecie.
– Mimo to postanowiłem się rozejrzeć...
– Może poczekasz do stycznia?
– Potrzebuję nieco czasu, żeby się przygotować psychicznie. To jednak wielki krok dla tak prostego czarodzieja jak ja...
Starszy i młodszy mężczyzna cierpliwie mierzyli się wzrokiem. Ani jeden, ani drugi nie wyglądał na zadowolonego, jednak żaden nie zamierzał jeszcze odsłaniać kart.
– Drogi chłopcze – westchnął w końcu Dumbledore. – To było słabe. Jak na twoje możliwości, żenujące wprost.
– Nie rozumiem.
– Naprawdę mógłbyś się bardziej postarać.
– Od wielu miesięcy mam wrażenie, że stoję w miejscu – ciągnął dzielnie (i uparcie!) Severus wyjątkowo sztucznym tonem. – Potrzebuję nowych bodźców, innej drogi rozwoju. Dyrektorze, obawiam się, że to wypalenie zawodowe.
– Nonsens! – Dumbledore podejrzanie głośno odstawił filiżankę na spodeczek. Nawet on poczuł, że Snape wypada z roli. – Severusie, to tylko bal dla nastolatków.
– Właśnie w tym rzecz, dlatego...
– Trzy lub cztery godziny wyjęte z życiorysu.
– Bezcenne trzy lub cztery godziny.
– Jakoś to przeżyjesz. Nie widzę powodu, by popadać w histerię.
– Nie chcę! – Mistrz eliksirów ewidentnie miał ochotę tupnąć nogą, ale powstrzymał się ostatnim, rozpaczliwym wysiłkiem woli.
– Niech stracę, nie musisz nawet tańczyć, Severusie. Poradzimy sobie bez ciebie, choć panie z pewnością będą zawiedzione.
Snape stał przed przełożonym wściekły i zadyszany z wysiłku. Co za niespodzianka, dyrektor w ogóle go nie słuchał. Ani przez moment! W rękawie została mu już tylko jedna karta, której nigdy nie planował zagrać. Niestety, nie miał wyboru.
– Są święta, a nawet ja prowadzę jakieś życie prywatne – jęknął przedziwnym, absolutnie niemęskim głosem, którego zupełnie u siebie nie rozpoznawał. – Mógłbym mieć plany…
– Nie masz – przerwał mu Dumbledore z cieniem zniecierpliwienia w pozornie spokojnym tonie.
– Spędzić ten czas z bliskimi…
– Nie masz rodziny ani przyjaciół. W każdym razie nie takich, którymi wypada się pochwalić w przyzwoitym towarzystwie.
– To oburzająca…
– Prawda?
– Nieprawda. Jeżeli chcesz wiedzieć, jest pewna kobieta…
– Podłe kłamstwo!
Nie mogąc dłużej znieść tej osobliwej wymiany zdań, dyrektor podniósł się zza biurka i wyruszył na spacer po gabinecie. Severus przyglądał mu się, zadzierając wysoko głowę i desperacko próbując utrzymać się w roli romantycznego kochanka.
– Żaden mężczyzna, który żywi czułe, a przynajmniej ludzkie, uczucia nie potraktowałby kobiety tak, jak ty potraktowałeś biedną Charity – ciągnął przełożony, patrząc na niego surowo. – Ośmieszyłeś publicznie miłą, wrażliwą dziewczynę. To było zachowanie złe i bezduszne, a do tego dziecinne. Szkolny żart! Sądziłem, że mogę się po tobie spodziewać czegoś więcej.
– Słusznie, może powinienem powiesić ją pod sufitem, nogami do góry i szatą w dół? Jak rozumiem, kiedyś był to rodzaj humoru szczególnie ceniony przez grono pedagogiczne.
Dumbledore demonstracyjnie załamał ręce.
– Znowu to samo, Severusie?
– Przypominam, że nie wyciągnięto żadnych konsekwencji.
– James Potter umarł. To nie dość?
– Nie – mruknął ponuro Snape. Dla zasady, choć bez przekonania. Przegrał to starcie, dobrze o tym wiedział. Rozpoznał to w chłodnym spojrzeniu dyrektora, w którym zabrakło wesołych iskierek i wujciowatej pobłażliwości.
– Nie, mój drogi, nie pozwolę ci grać ofiary. W tym wypadku nie ty nią jesteś. Odkąd tylko usłyszałeś o balu, postępowałeś skandalicznie, a ja, co ze smutkiem przyznaję, przymykałem na to oko. Liczyłem, że w końcu ochłoniesz i zrozumiesz, czym udział w szkolnym balu naprawdę jest.
– To znaczy? – rzucił wojowniczo Snape.
– Obowiązkiem. A dokładniej, jednym z twoich zawodowych obowiązków jako członka kadry pedagogicznej Hogwartu. W ciągu kilku tygodni obraziłeś lub zirytowałeś każdą kobietę w tym zamku. Minerwa musi brać pigułki na nerwy, chociaż czuła się już zupełnie dobrze, a Charity… Przysięgam ci, że jeżeli ta dziewczyna nie dojdzie do siebie przez święta, właśnie ty przejmiesz lekcje mugoloznawstwa.
– Po moim trupie!
– Ewentualnie.
– Nie wiem nic o…
– To doprawdy wstyd dla nowoczesnego czarodzieja i nauczyciela. Skoro jednak tak bardzo pragniesz się rozwijać, ten kurs doszkalający rada szkoły z przyjemnością ci sfinansuje. Odczuwamy brak wybitnych specjalistów w dziedzinie mugoloznawstwa. O ile, oczywiście, jest niezbędny, biorąc pod uwagę twoje korzenie.
Snape przegrał z kretesem. Możliwe, że tym razem przegiął ostatecznie i poniósł zasłużoną karę. Dumbledore bezlitośnie wszystko mu wytknął, a na zakończenie musiał jeszcze wbić tę okrutną szpilę. Severus prędzej spodziewałby się własnej śmierci (no, to nie była aż taka nieprawdopodobna perspektywa, jeśli spojrzeć na jego życiorys) niż tego, że dyrektor wytknie mu nieczyste pochodzenie.
Uśmiechnął się gorzko.
– Świetnie, wygrałeś.
Mistrz eliksirów uniósł dłonie w geście kapitulacji, po czym wycofał się pod okno i z obrażoną miną oparł o parapet. Jak najdalej od dyrektora. Nie byłby jednak sobą, gdyby nie odszczeknął się choćby jeden, ostatni raz.
– Zatem, jak rozumiem, nie mam prawa spędzić świąt Bożego Narodzenia z rodziną. Cóż, nie będę narzekać. Przez te wszystkie lata zdążyłem do tego przywyknąć.
Dyrektor nie wytrzymał i tym razem szczerze się roześmiał.
– Severusie, jesteś uparty jak większość przedstawicieli domu Salazara, jednak tym razem zabrakło ci sprytu. To nie było dobrze wyreżyserowane przedstawienie.
– I tak warto było spróbować – odgryzł się.
– Ale zasłaniać się wymyślonymi kobietami? To doprawdy nie w twoim stylu, drogi chłopcze, zwłaszcza gdy wokół kręci się tyle prawdziwych. Zresztą, mężczyzna będący w szczęśliwym, stałym związku nie spędziłby przecież nocy w apartamencie niezamężnej koleżanki, czyż nie?
Severus zwrócił się ku przełożonemu gwałtownym ruchem rozjuszonej kobry, a kołnierz jego szaty zafalował widowiskowo, uzupełniając tę obrazową metaforę. Gdy spojrzenia obu mężczyzn ponownie się skrzyżowały, mistrz eliksirów dostrzegł w błękitnych oczach Dumbledore'a psotne iskierki.
– No nie…
– A już zwłaszcza z dwiema niezamężnymi koleżankami.
– Wieści szybko się tutaj rozchodzą.
– Spotkałem drogą Rolandę tuż przed jej porannym joggingiem. Wyraziłem zatroskanie, bo wydawała się niewyspana, i wtedy opowiedziała mi doprawdy zaskakującą historię. Zaczynam podejrzewać, że być może rzeczywiście posiadasz jakieś uczucia, Severusie, aczkolwiek głęboko ukryte.
– Szalenie głęboko.
– Nie mnie to oceniać. Pozostawmy to przyszłym pokoleniom archeologów, którzy być może dokopią się do nich w ciągu najbliższych pięciuset lat. Cóż to będzie za znalezisko i jaka wspaniałą zagadka dla…
– Dziękuję, dyrektorze. Wystarczy.
– Czy czujesz się dostatecznie zganiony, mój drogi? – zapytał uprzejmie Dumbledore, powracając do tonu przyjaznej pogawędki.
– Wprost niewymownie.
– Minerwie bardzo na tym zależało. Jest tobą rozczarowana, a to taka wrażliwa kobieta.
– Khm – chrząknął dyplomatycznie Severus.
– Zatem… zjawisz się na przyjęciu?
Mroczna cisza, jaka na moment zapanowała w pomieszczeniu, mogłaby bezsprzecznie wchłonąć całą światłość świata niczym wielka czarna dziura. Dumbledore musiał jednak chronić gabinet wyjątkowo potężnymi czarami, skoro tak się nie stało. Severus Snape został pokonany i zneutralizowany.
– Tak – zgodził się z wysiłkiem, jakby właśnie własnoręcznie i na żywca odrywał sobie duszę od ciała. – Oczywiście, dyrektorze.
– Znakomicie! Wszystko ustalone. Dziękuję za wizytę, drogi chłopcze, możesz wrócić do swoich obowiązków.
– Co z moim urlopem naukowym?
– Wrócimy do tej rozmowy w czerwcu, jeśli pozwolisz.
– Chyba: jeśli przeżyję… – mruknął.
– Mówiłeś coś, Severusie?
– Nie.
– Wspaniale, doskonale. Żegnam i życzę miłego dnia.
– Aha.
Severus już odwracał się do drzwi, ba!, już prawie wychodził, gdy dyrektor najwidoczniej uznał, że jeszcze nie w pełni go pognębił. Mistrz eliksirów musiał szczerze przed sobą przyznać – zasłużył na wszystko, co go spotykało. Sam się podkładał, uparcie tkwiąc w tym domu wariatów, zamiast dawno spakować manatki i ruszyć w szeroki świat.
– I proszę, przemyśl, czy na pewno chcesz wybrać się na bal z drogą Batszebą – odezwał się Dumbledore tak delikatnie, jak tylko potrafił. – Naturalnie cieszę się, że postanowiłeś dołączyć do zabawy, ale jest tyle innych miłych kobiet. Septima to urocza dziewczyna. Albo Aurora, zawsze świetnie się dogadywaliście. Wiesz, mój drogi… Takie przyjacielskie ostrzeżenie.
Tamtego ranka w Hogwarcie trzasnęło bądź łupnęło bardzo, ale to bardzo wiele rozmaitych drzwi. W końcu Severus, umknąwszy z gabinetu dyrektora w poczuciu miażdżącej klęski, miał do pokonania długą drogę z powrotem do swoich przyjaznych, zimnych i mrocznych lochów. Zaliczył tylko jeden przystanek. Wpadł do gabinetu Sinistry, płosząc niemal na śmierć zaspaną, nadal pachnącą nocnym wiatrem astronomkę, która bez wątpienia wykorzystała sprzyjającą pogodę i siedziała na wieży aż do świtu.
– Dzisiaj wieczorem – rzucił Snape bez zbędnych wstępów. – Ja załatwię wódkę, ty przyprowadź koleżankę.
– Ja… Ale… Że co? – Aurora wpatrywała się w niego oniemiała, jakby spadł jej z nieba wraz z deszczem meteorytów. – Dobrze się czujesz?
– Nie. Stąd wieża.
– Ale mamy zwyczajny dzień roboczy!
Severusa nie wzruszyła podobna informacja.
– Co za różnica?
Tuż po dwudziestej drugiej, gdy na uśpiony (wolne żarty!) zamek zapadła kurtyna oficjalnej, regulaminowo określonej ciszy nocnej, Snape wdrapał się na Wieżę Astronomiczną, dzielnie dzierżąc w dłoni butelkę Ognistej i niespodziewanie przenosząc się w czasie. Na środku wolnej przestrzeni ponownie wznosił się ni to namiot, ni baldachim z kolorowych szmatek i szali, a wokół płonęły umieszczone w słoikach błędne ogniki. Miłym dodatkiem były porozrzucane na kamiennej podłodze poduszki i znacznie lepsze niż kiedyś zaklęcia ogrzewające. Czego by nie powiedzieć o poziomie edukacji w Hogwarcie, nauka nie poszła w las – młode czarownice mogły nauczyć się tam czegoś pożytecznego, nawet jeśli zajęło im to wiele, wiele długich lat (na stanowisku uczennicy i nauczycielki). Severus był już zdecydowanie za stary na radosne odmrażanie sobie tyłka do wczesnych godzin porannych.
Aurora trwała na posterunku i jak zwykle gmerała przy teleskopach. Mistrz eliksirów obserwował przez chwilę, jak skręca długie obiektywy, składa wystające nóżki i zabezpiecza przeróżne pokrętła i inne kręciołki, żeby w końcu zasłonić cały sprzęt sztywnym pokrowcem. Była bardzo dokładna i skupiona na pracy – zbyt zajęta, by go zauważyć. Chrząknął dopiero, kiedy się znudził.
– Jesteś już? – zdziwiła się, wygładzając pokrowiec. – Żadnych szlabanów przed wielką imprezą?
– Nie mam czasu, muszę ćwiczyć cza-czę.
– Dobrze trafiłeś.
– Wiem. – Uniósł butelkę w geście pozdrowienia.
– Tylko jedna, chyba sobie żartujesz! – prychnęła Sinistra, choć od razu poznała po jego minie, że nie pojawił się nieprzygotowany. Zwykle nie miał tak wypchanych kieszeni i nie podzwaniał przy każdym kroku jak zaczarowany stoliczek.
Severus minął ją i bez słowa czy jakiejkolwiek werbalnej zachęty zabrał się do skręcania kolejnego teleskopu. Miał długie i przeraźliwie chude, ale jednak zwinne i silne palce, przyzwyczajone do obsługi precyzyjnego sprzętu, więc szło mu to irytująco sprawnie. Aurora pozwoliła mu się bawić, skoro miał na to ochotę. W odpowiednim czasie podała mu pokrowiec i pozwoliła przejść dalej. Wkrótce wszystkie astronomiczne instrumenty były komfortowo opatulone, dzięki czemu mogłyby bezpiecznie przetrwać zarówno kolejną wojnę czarnomagiczną, jak i niewinną imprezę kadry pedagogicznej.
– Jak tam, Sev? – rzuciła skrzeczącym głosem Sybilla, pojawiając się na wieży w akompaniamencie podzwaniających bransoletek i skrzypiących butów. – Odprasowałeś już frak i wypastowałeś lakierki? Jesteś gotowy na wielki bal w Hogwarcie?
– Naturalnie, że jest – stwierdziła z przekonaniem Sinistra i zamachała mu nad głową wolnym pokrowcem. – Przygotowujemy wykroje na nowe szaty mistrza, nie widać?
Snape wybitnie nie był w nastroju do żartów.
– Możemy chociaż dzisiaj o tym nie rozmawiać?
Trelawney pokiwała głową. Kto mógł lepiej pojąć jego uczucia, niż czystej wody psychotronik – co z tego, że oszukany. Zresztą, sama Sybilla nie zaliczyła najlepszego dnia i na wieży nie zjawiła się o pustym żołądku. Woniała wstępnie przetrawioną wiśniówką na kilometr. Aurora czyniła honory, uprzejmym gestem zapraszając wszystkich do zajęcia miejsc.
I długo było dobrze, nawet bardzo dobrze – jeżeli oczywiście pominąć fakt, że cała trójka w milczeniu upijała się z rozpaczy, frustracji i kilku wypartych/niezdiagnozowanych/zignorowanych niedyspozycji natury psychicznej. Sielanka nie mogła jednak trwać długo.
– A może wcale nie chodzi o bal? – zaatakowało nieoczekiwanie Sybilla z lisim wyrazem twarzy, który, choć bardzo do niej pasował, nie pojawiał się tam zbyt często.
– Doprawdy? – prychnął Severus. Po dwóch godzinach spokoju i litrach alkoholu nie spodziewał się powrotu do zakazanego tematu. – Chcecie się bawić w psychoterapię? Proszę bardzo! Jeżeli nie bal, to co mnie trapi?
Sinistra i Trelawney wymieniły spojrzenia. Jedna wydawała się zaniepokojona, druga podejrzanie pewna siebie. W końcu Sybilla nachyliła się ku niemu, wymyślnym gestem iluzjonisty wyciągając z powietrza kartę Tarota.
– Stary przyjaciel.
Na wieży zrobiło się jakby chłodniej, gdy odwróciła kartę obrazkiem do góry, ukazując Diabła. Może rzeczywiście była tylko starą oszustką z niepokojącym zamiłowaniem do wiśniówki, a mimo to nie oszczędzała na sprzęcie. Używała drogiej, wykonanej na specjalne zamówienie, ręcznie malowanej talii, więc szatańska postać naprawdę przemawiała do wyobraźni. Oczy demona zdawały się niemal jarzyć czerwienią w jeszcze przed momentem przyjaznej ciemności Wieży Astronomicznej. Błędne ogniki przygasły, być może przytłoczone ciężarem nieprzyjemnej ciszy.
– Sev, my wiemy. – Pałeczkę przejęła Aurora, która miała o wiele przyjemniejszy, kojący głos. – Zbliża się wojna.
Snape naturalnie nie zamierzał tego komentować, ale jego zmarszczone, niemal wessane na środek czoła brwi mówiły więcej niż wszystkie prychnięcia i chrząknięcia, jakie mógłby z siebie wydobyć.
– Syb widziała w kartach...
Severus wytrzymał jeszcze chwilę, zanim poderwał się z miejsca i z furią cisnął nadal pełną szklankę whisky daleko przed siebie, ponad obramowanie wieży, gdzie przejęła ją spragniona grawitacja.
– Chuja widziała!
– Ach, tak? – Trelawney nie dała się wytracić z równowagi. Powiększone do absurdu dzięki okularom oczy wwiercały się w niego jak żądła jakiegoś pokracznego owada. – Podwiń rękaw.
– Co proszę?
– Podwiń rękaw, śmierciojadzie. Sprawdzimy, czy do tatuażu spłynęło trochę świeżego tuszu.
– Co? Skąd...
Chyba udało im się go zaskoczyć. Odsunął się jak najdalej od obu kobiet, odruchowo chroniąc lewe przedramię, jakby uważał je za swoją najwrażliwszą część ciała.
– Spokojnie. – Aurora wkroczyła ponownie, chcąc ratować sytuację. Było jej szkoda całkiem przyjemnego wieczoru, który powoli przybierał zły obrót, jednak pewne sprawy należało w końcu omówić. Dla dobra zdrowia psychicznego każdego z obecnych. – Posłuchaj jej. Syb widziała różne rzeczy, dlatego ostatnio dziwacznie się zachowywała.
– Tylko dlatego? Nie z powodu wiśniówki?
– Pierdol się, Sev! – Sybilla także wstała i ruszyła ku niemu z wojowniczą miną. – Nie udawaj, że nie wiesz, o czym mówimy. Od miesięcy snujesz się po zamku zesrany ze strachu. Myślisz, że tak łatwo to ukryć? Coś wisi w powietrzu. Nie trzeba być medium, żeby to wyczuć.
Aurora podniosła się jako ostatnia i od razu podeszła do Severusa. Była bledsza, a jej spojrzenie wydawało się mniej zatopione w gwiazdach niż zazwyczaj. Wpatrywała się w niego czujnie. Pewnie chętnie zajrzałabym mu do głowy, ale nie miała odpowiedniego teleskopu.
– Czy to prawda? – zapytała wprost. – Powiedz nam, jeżeli coś się dzieje.
Oczywiście chciał zaprzeczyć (a najlepiej jak najszybciej stamtąd uciec), ale choć jego gardło już szykowało się do wycharczenia agresywnego: „NIE", usta niespodziewanie przejęły kontrolę, niechętnie mówiąc:
– Tak.
Obecne na wieży kobiety zamarły. Być może, wbrew złym przeczuciom i hardym minom, mimo wszystko liczyły, że zaprzeczy. W końcu to co innego spodziewać się wojny, a co innego usłyszeć, że najprawdopodobniej już jest w toku, a nikt nawet nie raczył ich o tym powiadomić.
– Voldemort nie zginął – przyznał Snape po chwili napiętego milczenia. – Zbiera siły do powrotu.
– Wiedziałam! – Maska zadziornej wróżki bardzo szybko spadła z twarzy Sybilli. Nagle jakby zmalała i postarzała się o kilka lat, a jej głos zaczął paskudnie chrypieć. – Wiedziałam i widziałam!
Odwróciła się w stronę blanek i zbliżyła do nich niebezpiecznie, budząc cień obawy, że zamierza się z nich rzucić. Severus odruchowo ruszył w jej stronę – Trelawney była wszak nieprzewidywalna – jednak Aurora go powstrzymała. Złapała za rękę i przytrzymała. Zanim zdążył sobie wyobrazić, Salazar wie co, Sinistra bez ostrzeżenia chwyciła brzeg jego rękawa i szarpnęła do góry. Blada skóra lewego przedramienia zalśniła w świetle księżyca wokół ciemniejszej plamy. Zamknięty w Mrocznym Znaku wąż nie był wprawdzie tak wyraźny jak kiedyś, ale już całkiem dobrze widoczny.
Snape szarpnął się jak epileptyk i odepchnął astronomkę od siebie.
– Zostaw!
– Więc to prawda – szepnęła Sinistra. – Naprawdę prawdziwa prawda.
– Przecież mówiłem.
– Z całym szacunkiem, ale nie jesteś mężczyzną szczególnie godnym zaufania. Poza tym zawsze chciałam go zobaczyć.
– Wystarczyło otworzyć dowolną gazetę trzynaście lat temu. Proces był jawny, a mnie obfotografowano chyba z każdej strony.
Severus nerwowo obciągnął rękaw, omal go nie urywając, a dla bezpieczeństwa owinął się jeszcze szczelnie szatą. Wyglądał jak opakowany we własne skrzydła nietoperz w stanie spoczynku. Aurora nie zwracała na niego uwagi. Schyliła się po Ognistą Whisky i od razu wyduldała trzecią część butelki. Przestała dopiero, gdy alkohol przelał jej się bokami.
– Kurwa mać – rzuciła słabo, krztusząc się i ocierając mankietem usta. – Co teraz będzie?
Mistrz eliksirów wzruszył ramionami, jakby niewiele go to obchodziło. Padł z powrotem na poduszki i wcisnął się w najciemniejszy kąt wieży. Czuł się osaczony i przytłoczony. Liczył na tępą, nieprzytomną popijawę, a nie kolejny wieczór dzikiej dramy – tego miał na co dzień powyżej uszu. Aurora zesztywniała, być może śmiertelna dawka alkoholu coś w niej uszkodziła, z kolei Sybilla nadal wisiała na blankach, najwyraźniej rozważając, czy skoczyć, czy może jednak najpierw zwymiotować.
– Jak to co? – odezwała się w końcu głucho. – Przecież wszyscy dobrze wiemy, co będzie dalej, prawda?
Snape, który zwykle przy choćby najlżejszym podejrzeniu możliwego ataku na jego szacowną osobę, szarpał się wrzeszczał i odwracał kota ogonem, dopóki wszystkim obecnym nie zakręciło się w głowie, tym razem wyjątkowo zachował spokój godny Slytherina.
– Co widziałaś? – zapytał całkiem poważnie.
Sybilla tylko na to czekała.
– Nic dobrego.
Zawróciła do biesiadnego namiotu i usiadła obok mistrza eliksirów z talią Tarota zawsze gotową do usług. Przetasowała i przełożyła karty chyba wyłącznie dla dramatycznego efektu. Nie musiała szukać właściwych kart, same szły jej do ręki. Ułożyła obok siebie Diabła i Śmierć, po czym zerknęła na Severusa spod oka, sprawdzając, czy pojął najmniej subtelną aluzję w historii wszechświata. Uniósł kpiąco brew, ale wróżka się nie zniechęciła.
– Nikt nie wyjdzie z tego żywy, rozumiesz? Widziałam to. Pożar, jaki się rozpęta, pochłonie wszystko.
Wyciągnęła z talii sugestywny obrazek wysokiej Wieży rażonej piorunem, a obok ułożyła kartę największego Głupca i Maga. Potem Moc, Sąd i Świat. Przy Gwieździe zerknęła krótko na Aurorę, lecz ta od kilku minut wpatrywała się tępo w jeden z błędnych ogników. Znaczenia Pustelnika Sybilla w ogóle nie musiała tłumaczyć. Severus prychnął krótko.
– Potrafisz tylko straszyć. Biorąc pod uwagę okoliczności, to wręcz niemoralne.
– Czyżby? Przecież nie biorę za to kasy. A ty co zamierzasz zrobić, gdy niebo zwali ci się na głowę?
– Otworzyć parasolkę.
– Sever...
– Pierdolenie! – wybuchł Snape, mimo że tak bardzo starał się nad sobą panować. – Gdy zajdzie potrzeba, to...
– To co? – Sybilla bezczelnie rzuciła mu na kolana wizerunek Wisielca. – Zachowasz się jak mężczyzna? Pójdziesz naprawiać świat? Dobre sobie! – zaśmiała się dziko. – W Tarocie nie ma dość Głupców, to pewne. Powinno ich być z tuzin!
– Zatem co innego mam zrobić?
– Wiesz przecież, jest tylko jedna dobra droga.
– Nie jestem tchórzem! – uniósł się.
Sceptyczne spojrzenie Trelawney ugodziłoby go w samo serce, gdyby jego mocy nie złagodziły absurdalnie grube denka okularów.
– Kwestia dyskusyjna, ale nie o to chodzi. Pomyśl, co dobrego wyniknęło z tego ostatnim razem? Czy coś by się zmieniło, gdybyś nie wziął w tym udziału?
– Za późno na gdybania.
– Bo wszystko odbyłoby się dokładnie tak samo! – nie ustępowała Sybilla. – Może nie? Kto nie potrafił dać Lily spokoju? Kto posłał za nią Czarnego Luda, Sev? Ja dobrze pamiętam tę noc, a ty?
Karty Tarota ponownie poszły w ruch. Snape nie czekał jednak do końca prezentacji. Zerwał się z miejsca, zanim Sybilla zdążyła położyć obok siebie Słońce i Księżyc.
– Straciłeś wszystko! – wrzasnęła za nim, bo już uciekał z Wieży Astronomicznej, jakby goniły go demony. W pewnym sensie naprawdę tak było. – Wszyscy straciliśmy i tym razem nie będzie inaczej!
Aurora również podniosła się z miejsca, choć z pewnym trudem. Trelawney miała na tyle silną, zaprawioną w bojach z wiśniówkę głowę, by spokojnie prorokować w najlepsze i nawet język jej się nie poplątał. Sinistra to zupełnie inna historia, poruszała się już właściwie na autopilocie. W innym wypadku nie przyszłoby jej pewnie do głowy, by gonić za Severusem.
– Co dobrego przyniosła kiedykolwiek wojna? – ciągnęła swoje Sybilla. – Wojna niczego nie daje, wojna niczego nie zmienia. To się już dzieje, zacznie się już wkrótce.
Chociaż ani Snape, ani Sinistra nie mogli jej już widzieć i prawdopodobnie nie słyszeli, zbiegając z hałasem po schodach, wyciągnęła z talii ostatnią kartę: odwrócone Koło Fortuny.
– Pierwsze będzie dziecko...
Severus ochłonął na tyle, by eskortować Aurorę pod same drzwi, tak na wszelki wypadek. Wędrowali korytarzami w milczeniu, bo po przedstawieniu, jakie zafundowała im wstawiona Sybilla, żadne z nich nie miało ochoty zabierać głosu. Dopiero przegrana walka Sinistry z zaklęciem dostępu do pokoju wymusiła na Snapie reakcję i nieco rozładowała napięcie.
– Zmówić ci budzenie? – zaoferował, widząc opłakany stan koleżanki.
– Sev, litości. Uczę astronomii, nie muszę wcześnie wstawać.
– Zazdroszczę.
Aurora uśmiechnęła się nieco nieprzytomnie, po czym stanęła na palcach i… pocałowała go. Delikatnie i ostrożnie, jakby dopiero badała grunt. Z początku nie zaprotestował, a nawet wydawał się zainteresowany, jednak ostatecznie odsunął ją od siebie i dla bezpieczeństwa cofnął się o krok.
– Nie – rzucił kategorycznie.
– Dlaczego?
– Nie chcę kłopotów. Uprawiam tylko przypadkowy seks.
– Severusie...
– Nie.
Zbliżyła się do niego i chyba chciała złapać za rękę, dlatego zapobiegaawczo wcisnął obie dłonie głęboko w kieszenie szaty. Sinistra wpatrywała się w niego trochę zawiedzionym, trochę smutnym wzrokiem.
– Przecież to nic nie znaczy. Czy nie możemy przez jedną noc udawać, że jestem jakąś rozwiązłą wiedźmą, którą poznałeś Pod Świńskim Łbem?
– Jesteś pijana, Aur.
– Nie, Sev. Chcę tego od dawna, ale tylko dzisiaj mam odwagę to powiedzieć. Jutro moment minie i nie przejdzie mi to przez gardło.
– Idź spać.
– Nie chcę być dzisiaj sama.
Stał przed nią jeszcze chwilę niezdecydowany, jakby naprawdę rozważał propozycję, chociaż już dawno podjął decyzję. Aurora była całkiem ładna (znacznie powyżej przeciętnej, jeżeli chodzi o nauczycielskie kręgi), ale zbyt poczciwa, by z niej w ten sposób skorzystać. Zasługiwała na coś lepszego… I na pewno zaraz zaczęłaby sobie zbyt wiele wyobrażać.
– Severusie? – szepnęła.
Wzruszył obojętnie ramionami i nie zwlekając dłużej, odwrócił się, żeby odejść z powrotem do lochów.
– Dobranoc, Aur.
Sinistra bez słowa zamknęła za sobą drzwi kwatery.
