Od tłumaczki: Opowiadanie jest tłumaczeniem „Kinship" autorstwa Botosphere, które istnieje w oryginale w serwisie (s/5464237/1/Kinship). Wszelkie prawa autorskie należą do niej, oczywiście prócz tych do całokształtu „Transformers" należącego do Hasbro.


From translator: This is the translation of 'Kinship' by Botosphere, which can be found in English on this website (s/5464237/1/Kinship). She has all copyrights for this story, with the exception of the world of 'Transformers', which belongs to Hasbro.


Od autorki: Tak gwoli ścisłości, wszystko prócz prologu będzie pisane z perspektywy Sama :)


Od tłumaczki: Historia ta zajmuje szczególne miejsce w moim sercu i zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby przetłumaczyć ją najlepiej, jak tylko potrafię, jednocześnie mając nadzieję, że trafi do jak najszerszego grona Czytelników. Zapraszam Was na pierwszy rozdział :)

Amaterana – chyba nie ma już nic innego, co po naszej rozmowie mogłabym Ci dodać, ale chcę, żebyś wiedziała, że kolejna aktualizacja dedykowana jest właśnie Tobie ;)


do posłuchania:
Transformers: Revenge of the Fallen (The Original Score) – Matrix of Leadership


Rozdział 1: Fragmenty

Kiedy stanąłem na powierzchni pasa startowego, zawahałem się. Parne nocne powietrze wypełnione było nieprzyjemną kombinacją słonej wody i paliwa lotniczego. Znacznie bardziej wolałbym znajdować się na dole, w pokoju klimatyzowanym, ale po prostu nie mogłem spać.

Jednak nie z przyczyn, o których ktoś mógłby pomyśleć. Nie. Ratchet nalegał, by medycy NEST-u przepisali mi ogromne ilości środków przeciwbólowych, które osobiście dostarczał co wymagane 4-6 godzin. Nawet teraz, gdy miałem za sobą dobrych kilka dni na wydobrzenie, naciskał, bym codziennie brał Lortab przed snem. Usiłowałem zwalić to na jego nadopiekuńczość – teorię, której prawdziwość potwierdzał także stanowczo Bumblebee. Gdzieś w podświadomości jednak zastanawiałem się, czy chodziło o coś większego. Dzięki nadgorliwości pasjonującego się medycyną Autobota nie istniała żadna możliwość, bym cierpiał na koszmary bądź coś przedawkował. Zeszłej nocy po prostu zapadłem w słodką, zdrowotną, wywołaną narkotykiem drzemkę. Prawdopodobnie zacząłem się uzależniać od tych głupich tabletek, ale nie chciałem śnić. Moje myśli na jawie były już wystarczająco niepokojące.

Trzy dni. Trzy dni, by zmieniło się całe moje życie. Trzy dni, by zmienił się świat. Trzy dni, by zmieniło się wszystko.

Dzień pierwszy. Widziałem, jak iskra Optimusa zostaje przebita, widziałem, jak gaśnie światło w jego oczach. Zawsze sądziłem, że analogia śmierci dla Autobotów była na pewien sposób dziwna. Zgaśnięcie – to brzmiało tak… mechanicznie jak na istoty, które były tak jawnie żywe. Ale tak właśnie się stało – niespodziewanie, raptownie. W jednej chwili żył a w następnej już nie… tak jak zdmuchnięcie świeczki. Zgasł, a wraz z nim nasza nadzieja. Tego niekończącego się dnia lotniskowce zatonęły, miasta na świecie upadły, a ja stałem się wrogiem publicznym numer jeden. Tego dnia musiałem powierzyć swoje życie w ręce Skidsa i Mudflapa – jeżeli to nie desperacja, to już nie wiem, co nią jest. Tego dnia zdałem sobie sprawę, że, zamiast bycia przypadkowym bohaterem, stałem się bezpośrednią przyczyną śmierci Optimusa. Tego dnia umarła także część mnie. Chciałbym myśleć, że to ta egoistyczna, dziecinna… ta, która odwróciła się od niego ten jeden raz, kiedy przyszedł do mnie po pomoc. On nigdy nie prosił, nawet z Wszechiskrą. Nigdy nie musiał.

Dzień drugi. Poddałem się obłędowi, który zniszczył mojego pradziadka. Nawet ochoczo go do siebie przyjąłem. Musiał istnieć sposób, bym odkupił swoje winy, sposób, w jaki mógłbym to wszystko naprawić. Odmówiłem wiary w cokolwiek innego, ponieważ gdyby tak się stało, równie dobrze mógłbym zwinąć się w kłębek i czekać w ciemnym kącie, aż przyjdzie po mnie Megatron. Tak jak powiedział Bumblebee, musiałem sprawić, by poświęcenie Optimusa nie poszło na marne. Więc prowadziliśmy negocjacje z oblechem, który torturował Bee, pertraktowaliśmy z 'conem, negocjowaliśmy z Jetfirem. I tej nocy Mikaela spała w moich ramionach pod surrealnymi egipskimi gwiazdami.

Dzień trzeci. Nadzieja w moich dłoniach rozleciała się w drobny pył, ale, dla Optimusa, zahartowałem swoją duszę i ruszyłem przez ognie piekielne, by go ocalić. Ponieważ nie powinien dla mnie umrzeć. Nie byłem tego wart. Było to niewłaściwe, katastrofalne i, jakimś cudem, istniała dla mnie szansa, bym to naprawił. Jeżeli potrafiłbym go wskrzesić, wtedy mógłbym znów spoglądać w elektrycznie niebieskie oczy Bumblebee, mógłbym trzymać Mikaelę w ramionach bez prześladujących mnie „co by było, gdyby…", mógłbym powstrzymać świat od stania się pustym echem Cybertronu. Gdybym tylko mógł przywrócić Optimusa do życia!

I wtedy umarłem.

Nie wiem, czego spodziewałem się po życiu w zaświatach, ale z pewnością nie było to spotkanie z przodkami lidera Autobotów. Cholera, myślę sobie. A czego mogłem oczekiwać? Mój egoizm kosztował Ziemię jej ostatniego obrońcę. Każda śmierć, którą widzieliśmy na ekranach, była przeze mnie. To mój błąd uruchomił cały łańcuch wydarzeń. Może to nie ja zabiłem Optimusa, ale to była moja wina. Ale nie tak to widzieli Starożytni Prime'owie, a czy oni nie byli najlepsi, by kogoś osądzać? Nawet stojąc tam – gdziekolwiek właściwie się znajdowaliśmy – ta myśl mnie upewniła. Jeżeli zrobiłbym coś ich potomkowi, to oni byliby tymi, którzy by mnie ukarali. Zamiast tego pochwalili mnie, obdarowując nagrodą za wypełnienie zadania. I podzielili się ze mną – zdradzieckim człowiekiem – sekretem Matrix, której nie można było znaleźć, tylko otrzymać.

I wtedy wróciłem.

Kto zyskuje sobie prawo do powrócenia do świata żywych? Ja? Najwyraźniej. To znaczy… dowody są zbyt wystarczające, by im zaprzeczyć. A Matryca… mogłem wyczuć jej siłę, poczuć sposób, w jaki szumiała w moich dłoniach, będąc częścią czegoś, czego nigdy wcześniej nie doświadczałem, a jednocześnie pulsowało we mnie i w każdej otaczającej mnie istocie. Kiedy wbiłem ją w klatkę piersiową Optimusa, poczułem przyciąganie tej siły, czułem, jak przechodzi przeze mnie prosto w niego. Może „zgaśnięcie" było lepszą analogią, niż sądziłem – ponieważ jego przeciwieństwo także wydawało się prawdą. Część mnie znajdowała się w ogniu Matrix, która znów rozpaliła życie Prime'a.

Wracając do rzeczywistości. Wziąłem głęboki wdech odpychającego nocnego powietrza, ponownie potrząsając głową. Niepokojące myśli – nie dlatego, że były makabryczne, ale było ich zbyt wiele. Nie do objęcia umysłem. Tak wiele się zmieniło. Nie potrafiłem poradzić sobie ze wszystkim naraz i nie byłem pewien, jak podzielić to na składające się pomału w całość fragmenty. Optimus był inny, ja byłem inny, dynamika relacji między mną, a moimi rodzicami była inna. Mikaela i ja w dzień i w nocy mówiliśmy sobie „kocham cię". Bumblebee… czasami prawie mnie czcił. I wszyscy pragnęli kawałka mojego czasu – Major Lennox, Mama i Tata, Generał Morshower, Mikaela, Skids i Mudflap, Leo, Prezydent, ludzcy medycy i, co cztery godziny jak w zegarku, Ratchet.

Więc nawet jeżeli czasami mnie denerwował, byłem wdzięczny za mądrość medyka. Zapewnił mi kilka nocy dobrego snu, a także parę dni, bym sobie wszystko ułożył, zanim stawię czoła snom. Będę czuł wdzięczność, nawet jeśli objawy głodu będą same w sobie prawdziwym koszmarem.

Ale ja także potrzebowałem odrobiny czyjegoś czasu i dlatego znajdowałem się tutaj, zamiast leżąc przyjemnie nieprzytomny w łóżku. Kierowałem się do niego. Leżał na plecach, obserwując gwiazdy. Był to kolejny niepokojący obraz – on, powalony na ziemi…

Kiedy się zbliżyłem, przyjął pozycję siedzącą.

- Witaj, Sam.

- Witaj, Optimusie.

Wyciągnął dłoń.

- Czy do mnie dołączysz?

Jego dłoń – nie tyle oaza bezpieczeństwa, co mój osobisty azyl. Cokolwiek potrzebowałem. Wspiąłem się na ciepły metal.

- Co robisz?

- Doceniam.

Zaśmiałem się, dobrze znając to uczucie. Smak soku pomarańczowego, orzeźwiająca czystość ciała po prysznicu, dźwięk śmiechu Mamy, zapach skórzanych siedzeń Bumblebee, widok błyszczących oczu Mikaeli – wszystko to było skarbami, których wcześniej tak naprawdę nie rozumiałem.

- Tak dużo do ogarnięcia, prawda?

Dokładnie wiedział, o czym właśnie mówię.

- Tak. W rzeczy samej, chłopcze.

Niegdyś, przed zmianą świata, jeżyłem się na to słowo. Wydawało się tak protekcjonalne, nawet gorsze od po prostu nazywania mnie „człowiekiem". Podkreślenie, że byłem młodym człowiekiem. Ale kiedy spojrzał na mnie swoimi nowo zapalonymi oczami i powiedział „chłopcze, wróciłeś po mnie!" z podziwem i… i miłością w swoim głosie, w końcu usłyszałem słowo takim, jakim było – wyrażeniem czułości. Nie miał prawa nazywać mnie „swoim synem", więc „chłopiec" stało w kolejce jako kolejne najlepsze określenie. I może to było największym dla mnie szokiem.

- Ale co ciebie sprowadza tej nocy? – zapytał lider Autobotów. – Ratchet wysyłał mi sygnał co trzydzieści sekund, póki w końcu mu nie powiedziałem, że osobiście dopilnuję zażycia przez ciebie twojego lekarstwa, po czym wyłączyłem odbiornik.

Zacząłem się śmiać. Taa, cały Ratchet. Chwilę później westchnąłem.

- Zdałem sobie z czegoś sprawę i to przez cały dzień nie dawało mi spokoju.

- Co to jest?

- Kiedy… - mój głos ściszył się, wypełniając szacunkiem. – Kiedy rozmawiałem ze Starożytnymi Prime'ami… powiedzieli mi coś… o Matrycy.

Miałem teraz całą jego uwagę. Rzecz jasna wiedział o tej części. Z tego, co mówił pozostałym, było jasne, że wiedział o wszystkim, co się dzieje, odkąd pierwszy raz położyłem dłoń na Matrix, ale nie rozmawialiśmy o tym. Nie mieliśmy czasu.

- Kontynuuj.

- Powiedzieli, że nie może być znaleziona, tylko otrzymana. Że trzeba sobie na nią zasłużyć.

- Tak.

- Ale… - to ta niepokojąca część. – Ale użył jej Upadły.

Światło w jego oczach było łagodne.

- Tak, użył.

- Ale…

- Był kiedyś Primem, Sam. Kiedyś był taki jak… ty czy ja.

Taki jak Optimus. Spojrzałem w jego życzliwe oczy, próbując sobie to wyobrazić – wyobrazić Optimusa uruchamiającego Żniwiarza Słońc z żadnych innych pobudek jak pragnienie zemsty. Usiłowałem wyobrazić sobie, jak zdradza Bumblebee i morduje go, tak jak Upadły zamordował swoich braci. Wzdrygnąłem się.

- Tak – rzekł delikatnie Transformer. – To dlatego został nazwany Upadłym. Kiedyś był kimś innym.

- Ale… jak…?

- Nie chcę wiedzieć, w jaki sposób upadł – odparł sztywno. – Mam nadzieję nigdy nie zrozumieć, jak Prime mógłby to zrobić.

- Boisz się tego – słowa wyszły, zanim zdołałem o nich pomyśleć.

Westchnął, spoglądając w dół.

- Jak Prime z Primem… tak.

- CO?!

CO?!

Zaśmiał się, po czym złapał mnie, zanim prawie wypadłem z jego dłoni.

Czy on naprawdę mówił to, o czym myślałem, że mówił?!

- Nie jestem Primem! – krzyknąłem do niego. – Nie mogę być! Ja… ja jestem tylko człowiekiem. Tylko dzieciakiem.

- Jesteś Samem – poprawił uroczyście. – Sam tego nie rozumiem, ale wiem te dwie rzeczy. Matryca odpowiada tylko Prime'owi, a ja jestem dzisiaj w świecie żywych.

Odchyliłem się. W głowie mi wirowało. To nie mogła być prawda. Nie byłem Primem! Nawet jeżeli człowiek mógłby nim być, to z pewnością nie ja. Byłby to Major Lennox albo… albo Prezydent albo ktoś. Nie ja.

- Sam, Bumblebee widział, jak uśpiona Matryca pod wpływem twojego dotyku budzi się do życia. To tylko dzieje się w obecności Prime'a. Rozmawiałeś ze Starożytnymi, przywróciłeś mnie do życia, dlaczego tak ciężko jest ci w to uwierzyć?

- Ponieważ to ja!

Nagle ciepło i tęsknota wypełniła moją klatkę piersiową.

- Jest takie ludzkie powiedzenie… nie widzieć lasu spoza drzew. Przestań pozwalać, by ten mały detal powstrzymywał cię od zobaczenia tego, co jest oczywiste dla całej reszty. Twoim przeznaczeniem było to, że ty, twoja ręka sprowadziła mnie z powrotem. Jesteś Primem.

I oto kolejny wielki fakt, którego nie mogłem przełamać ani pochłonąć w całości. Ale, gdzieś w głębi duszy, ulżyło mi w jednej kwestii – zdałem sobie sprawę, dlaczego Bee teraz prawie zawsze cytował kaznodziejów w moim pobliżu. To tylko Matrix. Nie ja.

- To nie ciężar, który powinien teraz spoczywać na twoich barkach, ale pomyślałem, że powinieneś być tego świadom.

Ponieważ to pozwoli mi lepiej spać.

- Świadom tego, że powinienem być dla ludzkości tym, czym jesteś dla Autobotów?

- Szczerze mam nadzieję, że nie. Wierzę, że nigdy nie będziesz musiał prowadzić swoich przyjaciół w bitwie przeciwko twoim braciom – westchnął ciężko. – Prawdę mówiąc nie wiem, co to oznacza, poza…

Podniosłem na niego wzrok, ale on nie zrobił tego samego.

- Poza czym?

- Że istnieje… między nami powinowactwo.

- Powinowactwo w sensie… przyjaźni?

Zawahał się, zanim w końcu nie wyjawił:

- Ratchet wykrył w twojej krwi cząsteczki cybertroniańskiego stopu metalu. Nie produkują energii, ale zostały oznakowane przez sygnaturę energii iskry. Nie były obecne w żadnych analizach, które wykonał przed wydarzeniami w Gizie.

Jego słowa odebrały mi dech w piersiach. W moim ciele było więcej kosmicznych rzeczy?

- Co to oznacza?

- Nie wiemy, ale cząsteczki są także obecne na powierzchni skóry twojej ręki, a także w znajdującym się na niej strupie.

Matrix. Była tylko pyłem… Cholera jasna!

- Dostało się to do mojej krwi?!

- Najwyraźniej – Optimus zawahał się.

- Jest więcej złych wiadomości, czuję to. Wyduś to z siebie, Prime.

- Sygnatura energii mojej iskry jest inna od momentu, w którym zostałem…

- Wskrzeszony – dokończyłem za niego.

Skinął głową. Spodobało mu się to określenie.

- Odkąd zostałem wskrzeszony, sygnatura energii mojej iskry lekko się zmieniła. Jest bardzo zbliżona do twojej.

- Co masz na myśli przez „zbliżona"? Jak bardzo?

- Prawie tak bardzo, jak energia Skidsa do Mudflapa.

Próbowałem objąć to umysłem.

- Jesteśmy braćmi krwi? – Optimus Prime i ja byliśmy braćmi krwi?!

Przyjmujący postać niebiesko-czerwonego Peterbilta Autobot zamrugał, przeszukując w Internecie znaczenie słowa.

Westchnąłem.

- Okej, zamierzam teraz łyknąć swoje tabletki i przez jakiś czas nie śnić.

- Sam… - spojrzałem na jego poważną twarz. Znów się zawahał. – Przepraszam.

Zamrugałem.

- Za co?

- Za martwienie cię. Tak wiele przeszedłeś…

- A ty nie? Spójrz, Optimusie, ja tylko… potrzebuję czasu, by to wszystko przetworzyć, ale jestem człowiekiem. Muszę to robić stopniowo.

Przytaknął, ponownie stawiając mnie na płycie lotniskowca.

- Rozumiem. Ale czy będziesz chciał znów się jutro ze mną widzieć? Jest jeszcze jedna sprawa, o której chciałbym z tobą porozmawiać.

- Jeszcze jedna?

- Nie dokładnie. Jest związana z twoim byciem Primem, ale masz już za sobą największe wieści. Reszta to tylko detale - świetnie. Detale. - Daj mi znać, kiedy będziesz gotów.

- Pewnie. Jutro. To samo miejsce, ta sama godzina.

Optimus sięgnął za siebie, podając mi butelkę wody. Bym mógł wziąć swoje tabletki. Jasne.

- Za legalne narkotyki – powiedziałem liderowi, wznosząc toast przed połknięciem leków. – Do zobaczenia rano.

- Śpij dobrze, chłopcze.

Pomimo mojej osoby i szaleństwa, jakim stało się moje życie, ciepło ukryte w tych słowach sprawiło, że się uśmiechnąłem. To, przynajmniej, było dobrą zmianą.

- Ty też, Optimusie.