Martisz — bardzo dziękuję za komentarz.
Rozdział 45
Najczarniejsza godzina
Tuż u wrót Hogwartu rozgrywała się walka na śmierć i życie, o każdą piędź ziemi. Cały dziedziniec był zawalony gruzem z rozbitych murów, gdzieniegdzie płonęły szczątki zerwanego dachu i tliły się kule ognia, którymi Śmierciożercy ciskali w stronę zamku w pierwszej fazie bitwy. Liza miała wrażenie, że znalazła się w samym środku piekła. Oczy szczypały i gryzły od dymu, a przez wysuszone i ściśnięte gardło ledwie przechodziły jakiekolwiek słowa. Polegała głównie na zaklęciach niewerbalnych, rzucając je jak automat. Protego, Impedimenta, Expulso! I znów zasłona, urok, a potem unik przed nadciągającą klątwą i natychmiastowy kontratak. Nawet nie podejrzewała, że była w stanie robić to tak szybko. Jednak w takiej sytuacji człowiek odkrywał w sobie umiejętności, o których istnieniu nie miał dotychczas pojęcia. Może był to po prostu pierwotny instynkt przetrwania.
Kilkunastoosobowa grupa, złożona z członków Zakonu Feniksa, aurorów i nauczycieli utworzyła półokrąg, starając się unieszkodliwić przeciwników, nim ci zbliżą się do wejścia do zamku. Uczniowie zostali w środku. Stanowili drugą linię obrony i walczyli z tymi napastnikami, którzy zdołali się jakoś przedrzeć. Vector pocieszała się myślą, że mimo wszystko byli tam o wiele bardziej bezpieczni niż tutaj. Nie miała pojęcia, jak bardzo się myliła.
Duszące pnącza Sprout widocznie dobrze wypełniły swoje zadanie, tworząc skuteczne zasieki, bo nikt nie mógł dostać się do zamku od strony szklarni. W ten sposób chroniły też skrzydło szpitalne — miejsce, które chcieli obronić za wszelką cenę. Ale droga od frontu i zachodnia flanka stanęły otworem. Część obrońców, która objęła tam stanowiska, wycofała się zaraz po upadku tarczy. Inni nie zdążyli.
Nad głowami obrońców z wizgiem przeleciało kilku czarodziejów na miotłach. Atakiem dowodził Oliwer Wood. Miotając zaklęciami w olbrzymy, próbowali odwrócić ich uwagę od zamku i odciągnąć od zewnętrznych murów, okalających dziedziniec — a raczej tego, co z nich zostało. Pomysł, który wydawał się dobry na papierze, niezbyt skutecznie działał w praktyce. Gruboskórne olbrzymy prawie nie zwracały uwagi na kąsające ich oszałamiacze. Nie kwapiły się też jednak, by podejść pod sam zamek po tym, jak część z nich została poparzona strumieniami ognia z żygaczy.
Szyk obrońców złamał się, gdy jeden z ciężko opancerzonych trolli bojowych zdołał dotrzeć aż pod wrota. Nie zatrzymały go nawet najbardziej zjadliwe zaklęcia; sunął do przodu jak burza. Wszyscy błyskawicznie rozpierzchli się, szukając osłony, a rozszalały troll z ogłuszającym rykiem wywijał dookoła nabijaną kolcami maczugą, siejąc postrach. Jego małe, okrutne oczka, błyszczące w szczelinach hełmu, szukały celu — i znalazły go, gdy jego wzrok padł na Flitwicka, który nie zdążył się schować. Troll uniósł maczugę nad głowę, a potem grzmotną nią w ziemię z tak ogromną siłą, że kilka płyt dziedzińca pękło na drobne kawałki. Przez moment wydawało się, że cios spadł prosto na niewielkiego profesora; ten jednak zdołał się przetoczyć między nogami przeciwnika, udowadniając tym samym, że niski wzrost mógł czasem stanowić zaletę, a tytuł Mistrza Pojedynków nosił całkowicie zasłużenie. Rzucił zaklęcie zamrażające na trolla, zanim ten w ogóle zdążył się zorientować, gdzie zniknął walczący z nim czarodziej.
Nie było jednak czasu na to, by cieszyć się tym drobnym zwycięstwem, bo nadciągał kolejny atak — z nieba spadała chmara dementorów. Kolejny raz powracali nad zamek, by siać zamęt w szeregach obrońców. Nim Liza zebrała się w sobie, by wyczarować Patronusa, obok niej przemknęła świetlista sylwetka kozła. Nadstawiając rogi do ataku, oderwał się od ziemi i uderzył w dementorów, odrzucając ich poza dziedziniec.
Vector odwróciła się prędko.
— Aberforth! — zawołała, zdumiona. Była pewna, że nie widziała go na odprawie w Wielkiej Sali.
— Nie mogłem opuścić tego szaleństwa, prawda? — sarknął, jakby odpowiadając na jej niezadane pytanie. — Śmierciożercy tylko raz wystawiają to przedstawienie, no nie?
Sama obecność na polu bitwy kogoś, kto nosił nazwisko Dumbledore, dodawała otuchy, chociaż Aberforth pewnie by się obruszył, gdyby odważyła się cokolwiek wspomnieć na ten temat. Nie odezwała się więc ani słowem, skupiając się na tym, by jak najdłużej bronić dostępu do zamku. Po ataku trolla nie udało już im się zewrzeć szeregów. Każdy usiłował związać walką najbliższego przeciwnika, broniąc albo usiłując zdobyć fragment dziedzińca. W pobliżu rozlegały się ogłuszające ryki olbrzymów — wyglądało to jakby teraz zaczęły walczyć między sobą — tak jakby dotychczas nie było wystarczająco wiele zamieszania.
Nagle gdzieś nad ich głowami błysnęło jaskrawe światło, rozcinając nocne niebo jak błyskawica. Vector nie miała pojęcia, czym dokładnie było potężne zaklęcie, które trafiło prosto w Wieżę Astronomiczną. Przez moment wydawało się, że nic poważnego się nie stało i że mimo wszystko konstrukcja wytrzyma. Z oddali nie dało się dostrzec żadnych większych uszkodzeń. Zaraz jednak rozległ się głośny huk walących się murów. Wieża zachwiała się, niczym potężne drzewo, w które uderzył nagły podmuch wiatru, a potem powoli pochyliła do przodu, jakby chciała złożyć głęboki ukłon. Liza stała jak spetryfikowana, nie mogą uwierzyć własnym oczom. Wieża runęła z ogłuszającym hukiem, wzniecając kłęby szarego pyłu, cudem nie zawadzając o najdalej wysunięte, zachodnie skrzydło zamku.
Boże. Auriga. Tam była Auriga.
„Nie, na pewno już dawno opuścili wieżę, jak wszyscy pozostali. Musieli zejść na dół po pierwszym ataku dementorów" — próbowała się uspokoić, na tyle, na ile było to możliwe, gdy wciąż trzeba było rzucać zaklęcia, walcząc z kolejnymi nacierającymi napastnikami.
Jednocześnie jakiś rozpaczliwie racjonalny głos z tyłu jej głowy szeptał, że nie widziała w holu nikogo z jej grupy, a skoro tak to…
„Przestań od razu zakładać najgorsze! Na pewno dotarli tam później, Wieża Astronomiczna jest… była przecież najdalej."
Rozproszona, na moment opuściła gardę i pomimo panującego dookoła zamętu przestała zwracać uwagę na otoczenie.
Coś, prawdopodobnie jakieś wewnętrzne przeczucie, kazało jej nagle spojrzeć w prawą stronę. O kilkanaście kroków od niej stał Śmierciożerca. Maska musiała mu spaść, być może na skutek jakiegoś wcześniejszego starcia, bo na jego skroni i policzku dało się dostrzec smugę zaschniętej krwi. Z wyglądu niewiele różnił się od uczniów, którzy wspierali ich w obronie zamku — pewnie nie miał jeszcze nawet dwudziestu lat. Inni napastnicy atakowali bez wahania, ten zastygł w bezruchu, tak jakby był śmiertelnie przerażony. Pomimo że otaczały ich ciemności nocy, rozpoznała tego chłopaka; jego twarz wyraźnie oświetlała łuna jednego z pożarów. Chociaż Vector umknęło jego nazwisko, przed jej oczami pojawiło się wyraźne wspomnienie ucznia, który jeszcze niedawno zasiadał w szkolnej ławce. Ze zmarszczonymi brwiami pochylał się nad tablicami numerologicznymi, porównując swoje obliczenia z treścią podręcznika.
Pani profesor, czy mogłaby pani jeszcze raz wytłumaczyć korelację w tym przykładzie? Chyba nie rozumiem.
Wiedziała, że powinna go unieszkodliwić, ale coś powstrzymywało ją od podniesienia różdżki.
„To jeszcze dziecko" — przemknęło jej przez myśl. — „Na Merlina, co my robimy…"
Była pewna, że Śmierciożerca zdoła się opamiętać i wycofa, widząc, jak naprawdę wyglądała ta bitwa, uwolni spod wpływu szaleńca, który kazał im zaatakować Hogwart. Nie wierzyła, nie chciała wierzyć, że ich wszyscy niedawni uczniowie z premedytacją szli zrównać z ziemią zamek, który przez siedem lat był ich domem.
Nagle gdzieś z góry nadleciała świetlista smuga jednego z licznych, zbłąkanych zaklęć. Odbiła się rykoszetem od murów, o mało co nie trafiając w chłopaka i raptownie wyrywając go z odrętwienia. Odruchowo skulił głowę w ramionach, cofając się o krok. Nie zareagował jednak tak, jak spodziewała się Vector. Zamiast rzucić się do ucieczki, uniósł różdżkę i skierował ją prosto na swoją byłą nauczycielkę. Liza natychmiast poderwała swoją, chcąc się bronić. O ułamek sekundy za późno. Purpurowoszkarłatny promień już pędził w jej stronę z prędkością lecącego pocisku, a ona dopiero pospiesznie przywoływała swoją osłonę. Zaklęcie Śmierciożercy ześlizgnęło się z nie do końca uformowanej tarczy i uderzyło ją w prawy bok. Aż zabrakło jej tchu. Zgięła się w pół, o mało co nie upadając.
Obok niej pojawił się auror w szarym płaszczu i szybko unieszkodliwił chłopaka. Ktoś inny, chyba Aberforth, podtrzymał ją za ramię.
— Musimy się wycofać do zamku! — zawołał Flitwick. — Prędko, będę was osłaniać!
Zrobił krok w stronę wejścia, ale zaraz musiał uskoczyć przed ogromną masą akromantuli. Te jednak nie zwracały żadnej uwagi na czarodziejów. Uciekały z wnętrza zamku przez jedną z wyrw w ścianie, sprawnie przedzierając się przez gruzy i zrujnowane mury. Najwyraźniej zmierzały w stronę Zakazanego Lasu. Wydawało się, że unoszą ze sobą jakoś zdobycz; ktoś znajdował się w samym środku tego kłębowiska, bezradnie szamocząc. Nie byli jednak w stanie pomóc tej osobie.
— Możesz iść? — zapytał Aberforth z zaniepokojeniem. Od szkieł jego okularów odbijały się płomienie. Pożar szalał już w kilkunastu miejscach; chociaż nie miał nic do strawienia, podsycany czarną magią, wydawał się coraz bardziej rozprzestrzeniać.
Liza, zaciskając zęby, pokiwała głową, trzymając się za bok. Zmusiła się do tego, by spojrzeć w dół, spodziewając się, że ujrzy tam otwartą, krwawiącą ranę; jednak poza ciemniejszą smugą na sukience nie dostrzegła żadnego śladu po klątwie. Z początku sądziła, że nie będzie w stanie się ruszyć, ale promieniujący ból powoli zaczął ustępować, zmniejszając do tępego mrowienia, jak po mocnym uderzeniu. Nie wiedziała, czym dokładnie oberwała, ale wyglądało na to, że zaklęcie nie było śmiertelne.
Kolejny fragment murów rozpadł się na kawałki, zburzony przez wciąż walczące ze sobą olbrzymy. Obrońcy pospiesznie wycofali się do zamku, osłaniając się przed lecącą w ich stronę salwą klątw.
Diabelskie sidła, splecione razem, wiły się jak wielkie ciemnozielone cielska węży. Utworzyły coś w rodzaju niskiego, grubego wału, który był niemal nie do przebycia. Smagały grubymi odnóżami każdego, kto tylko spróbował się zbliżyć do zamku i tym sposobem przejście od wschodu, od strony szklarni, stało się ostatnim niezdobytym punktem obrony na błoniach.
Neville, stojąc w jednym szeregu z profesor Sprout i Hooch, a także kilkoma członkami Gwardii, gorączkowo rzucał zaklęcia ponad tą barierą, starając się odeprzeć ataki Śmierciożerców. Przez długi czas przeciwnicy nie mieli pojęcia, jak poradzić sobie z tą żywą przeszkodą. Sidła były odporne nawet na ogień. Niestety, któryś z nich najwidoczniej wreszcie przypomniał sobie lekcje zielarstwa z pierwszego roku. Błysnęło ostre światło. Neville zmrużył oczy, osłaniając je przedramieniem przed silnym blaskiem. Gdy ponownie spojrzał na dziedzińczyk, ujrzał, że pnącza pospiesznie wycofują się do szklarni. Szala zwycięstwa momentalnie przechyliła się na stronę Śmierciożerców.
Kilka kolejnych chwil bronili się rozpaczliwie przed ich zaciętymi atakami. Neville nie pamiętał później, czy zdołał rzucić jakiekolwiek zaklęcie poza Protego, tak szybkie i agresywne były klątwy przeciwników. Wiedział za to, że ich szyk prędko się złamał. Śmierciożercy nigdy nie zamierzali przystąpić do tego starcia jak do regularnego pojedynku, z zachowaniem wszelkich zasad. Nikt nie walczył tutaj jeden na jeden, tak jak opisywano to w książkach o tej sztuce. Dwóch lub trzech Śmierciożerców obierało sobie za cel jedną osobę, chcąc jak najszybciej przełamać jej obronę. I po prostu zabić.
— Szukajcie osłony! — zawołała profesor Hooch.
Neville skoczył za murek, inni próbowali znaleźć schronienie pomiędzy budynkami szklarni. Niestety, szybko okazało się, że te oferowały złudne bezpieczeństwo. Nagle rozległ się dziewczęcy krzyk, przebijający się nad odgłosami bitwy, dobiegającymi z dziedzińca, i świstem zaklęć, które śmigały w powietrzu.
— Poddajcie się albo ona zginie! — zawołał któryś ze Śmierciożerców.
Neville ostrożnie wyjrzał zza murku i zobaczył coś przerażająco. Zamaskowany mężczyzna trzymał Hannę Abbott. Czubek jego różdżki był przytknięty do szyi dziewczyny.
— A, jest jeden bohater. — Biała beznamiętna maska zwróciła się w stronę Gryfona. To Neville znajdował się najbliżej. Nie miał pojęcia, gdzie byli pozostali, ale nawet się nie rozejrzał; nie mógł oderwać spojrzenia od Śmierciożercy, tak jakby w ten sposób mógł go powstrzymać przed skrzywdzeniem Hanny. — Tylko bez żadnych wygłupów.
Hanna wpatrywała się w Neville'a szeroko otwartymi oczami. Były pełne niemego błagania. Chłopak wahał się przez moment, a powoli opuścił różdżkę. Nie mógł… nie odważyłby się zaryzykować. Niezależnie jak szybko rzuciłby klątwę czy zaklęcie rozbrajające, tamten i tak by go uprzedził. Śmierciożerca, dostrzegając jego bezradność, rozkoszował się chwilą triumfu. W jego oczach, widocznych w otworach maski, błyszczały złośliwe iskierki, głos ociekał drwiną.
— Popełniliście duży błąd, dzieciaczki. Nikt nie może rzucić wyzwania potędze Czarnego Pana i…
Nie skończył. Coś śmignęło w powietrzu, nadlatując od strony szklarni numer trzy. Rozległ się głośny trzask i na głowie mężczyzny rozbiła się gliniana doniczka z czerwonym wzorkiem. Bez słowa osunął się na ziemię. Jego towarzysze odwrócili się gwałtownie, ale nie zdążyli nic zrobić.
Neville skoczył w stronę osłupiałej Hanny i wciągnął ją za murek. Obydwoje z niedowierzaniem obserwowali stamtąd rozwój sytuacji.
Diabelskie sidła, które najwyraźniej zdołały przegrupować się w szklarni, obrzuciły Śmierciożerców wszystkimi pociskami, jakie znalazły się w ich zasięgu — gdy skończyły się donice, w ruch poszły ciężkie worki z ziemią i keramzytem, skrzynki, sekatory, łopatki i pozostałe narzędzia ogrodnicze. Potem, pełznąc po ziemi jak złowrogie węże, rzuciły się na przeciwników, zbijając ich z nóg i młócąc grubymi pnączami na prawo i lewo niczym macki jakiegoś przedwiecznego potwora.
Śmierciożerca, który wcześniej zaatakował Hannę, wciąż nieco zamroczony od ciosu, próbował właśnie z trudem się pozbierać. Maska mu spadła, kaptur zsunął się na plecy, a z rozbitej skroni spływała krew. Spojrzał w stronę Neville'a i Hanny, mamrocząc pod nosem jakieś przekleństwo. Macając wokół, próbował znaleźć swoją różdżkę. Gryfon wiedział, że powinien jakoś zareagować, choćby strzelić w tego faceta zaklęciem oszałamiającym, ale coś sparaliżowało jego ruchy. Może sprawił to wyraz oczu tego człowieka — czaiło się w nich coś nieludzkiego, ponura zapowiedź zemsty za wcześniejszą porażkę.
Gruba macka diabelskich sideł uderzyła Śmierciożercę w plecy w momencie, gdy ten przymierzał się do ataku. Ponownie wytrąciła mu różdżkę, a potem chwyciła od tyłu za szyję. Dłonie mężczyzny skoczyły ku grubemu pędowi, rozpaczliwie próbując go oderwać. Ten jednak zaciskał się jak pętla, dusząc bez żadnej litości. Na szyi mężczyzny nabrzmiały ciemne żyły, w szeroko otwartych oczach pojawiła się panika, a z gardła wydobył okropny charkot.
Neville odwrócił twarz i mocno objął Hannę. Skulili się za murkiem, starając się zajmować jak najmniej miejsca.
— Nie patrz — szepnął. — Nie patrz.
Wątła osłona nie mogła jednak oddzielić ich od tego, co działo się tuż obok. Słyszeli, jak mężczyzna rozpaczliwie się szamocze, jak zwierzę schwytane we wnyki, walcząc o życie, dławiąc się i bezskutecznie próbując zaczerpnąć powietrza. Żaden z jego towarzyszy nie kwapił się, by pospieszyć mu z pomocą, już dawno zrejterowali z pola walki.
Chwilę później rozległo się obrzydliwe, głośne chrupnięcie i głuchy odgłos padającego ciała. Diabelskie sidła skręciły Śmierciożercy kark.
Mury Hogwartu zadrżały. Wydawało się, że gdzieś niedaleko uderzył grom; szyby w wykuszowych oknach sali szpitalnej aż zadzwoniły w ramach, a z sufitu posypało się nieco tynku. Płomienie świec, oświetlających salę zamigotały niespokojnie, o mało co nie gasnąc. Poppy, która przez ostatnie półtorej godziny pracowała niemal nieprzerwanie, odwróciła się od łóżka swojego aktualnego pacjenta z różdżką w dłoni, nastawiona na natychmiastowe rzucenie zaklęcia ochronnego, gdyby kolejny atak był wymierzony bezpośrednio w skrzydło szpitalne. Minęło kilkanaście sekund; odgłosy walki wciąż do nich docierały, ale były odległe i przytłumione, więc na powrót zajęła się zszywaniem rany. Za szczęście w nieszczęściu należało uznać, że ta część zamku znajdowała się z dala od miejsc, w których toczyła się najbardziej zacięta walka. Ani na moment nie myślała o tym, że jeszcze parę dni temu jej główną troską było łagodzenie skutków Cruciatusów, którymi Carrowowie karali uczniów. Skupiała się na tym co tu i teraz.
Pierwsi ranni zaczęli docierać do sali krótko po rozpoczęciu bitwy; właściwie zaraz po upadku tarczy. Poza poparzeniami i obrażeniami po klątwach, były też „zwykłe" urazy: złamania, zwichnięcia, skręcenia i rany powierzchowne. Uczennice i uczniowie, którzy zgłosili się do pomocy w skrzydle szpitalnym, okazali się nieocenionym wsparciem — Poppy sama nie dałaby rady zająć się wszystkimi rannymi. I chociaż jedna czy dwie osoby sprawiały takie wrażenie, jakby same miały zaraz zemdleć, starały się pomagać najlepiej, jak potrafiły — rzucały zaklęcie zamrażające na rany, podawały eliksiry przeciwbólowe i maści na oparzenia czy przygotowywały środki opatrunkowe.
Początkowo wydawało się, że sytuacja była, mimo wszystko, opanowana. A potem wydarzyła się pierwsza tragedia. Jeden z obrońców — niedawny absolwent Hogwartu, pracownik poczty w Hogsmeade — zmarł jej na rękach, po prostu wykrwawiając się na śmierć. Nie udało jej się powstrzymać szybko rozprzestrzeniającej się klątwy. Dwóch innych pacjentów znajdowało się w bardzo poważnym stanie — Poppy stanęła przed koszmarnym wyborem, którego obawiał się każdy medyk — musiała zająć się ratowaniem tych, którym w obecnych warunkach dało się pomóc i mieli największe szanse na przeżycie, a nie przeprowadzaniem skomplikowanych operacji; zwłaszcza, że i tak z dużą dozą prawdopodobieństwa zakończyłyby się niepowodzeniem. Z bólem serca kazała położyć najciężej rannych nieco na uboczu. Merlinie, jak ona spojrzy potem w oczy ich rodzinom, jeśli, jeśli…
Mogła rzucić na nich tylko doraźne zaklęcia stabilizujące i liczyć na to, że dotrwają do momentu, w którym będzie się mogła nimi zająć. Nic nie wskazywało jednak na to, że prędko to nastąpi — bo wciąż nadciągali kolejni potrzebujący pomocy. Asystujący im czarodzieje i czarownice prędko wracali na pole bitwy, skąpo udzielając informacji o tym, co się tam działo, co mogło oznaczać tylko jedno — sytuacja robiła się coraz bardziej poważna.
— Szczuroszczet się skończył! — zawołała Lisa Turpin lekko spanikowanym głosem.
Pomfrey obawiała się, że ten moment nadejdzie prędzej, niżby tego chcieli. Jej składzik był dobrze wyposażony, ale nie miała tu miejsca na przetrzymywanie ogromnych zapasów.
— Weź na razie maści z aloesu i rumianku, są równie dobre — poleciła w biegu, klękając przy Anthonym Goldsteinie. Leżał na noszach pod ścianą. Wszystkie dostępne łóżka były już zajęte — z połowy nie mogła skorzystać, bo nie chciała kłaść pacjentów w pobliżu okien. Gdyby zostały wybite, poraniły by ich odłamki szkła.
Poppy dotknęła szyi i przegubów Goldsteina. Chłopak w żaden sposób nie zareagował. Jego twarz była trupioblada, poprzecinana nienaturalnymi fioletowymi żyłkami; pod oczami miał ciemne sińce, a jego pusty wzrok był wbity w sufit. Zaraz po tym jak z trójką innych uczniów dotarł do skrzydła szpitalnego, podano mu antidotum, ale wydawało się zupełnie nieskuteczne — nie dostrzegła żadnej, nawet najmniejszej poprawy. Czyżby źle zdiagnozowała objawy? Jeśli tak, to młody Krukon wkrótce stanie się kolejną ofiarą tej bezsensownej wojny.
Uniosła wzrok i przywołała gestem stojącą nieopodal Romildę Vane. Dziewczyna podeszła bez wahania, chociaż wydawała się równie blada jak Goldstein. Przyklęknęła przy noszach obok pielęgniarki.
— Nie poprawiło mu się. Czy nie można mu podać drugiej dawki eliksiru? — zapytała z wahaniem Romilda.
Poppy pokręciła głową.
— To zbyt niebezpieczne, zadławiłby się. Już jest nieprzytomny, nie docucimy go. Spróbujemy inaczej.
Wyciągnęła ze swojej podręcznej torby lekarskiej maść z kory wiggenu i łez feniksa. Ręka jej nawet nie zadrżała, gdy smarowała cienką warstwą ciemny ślad po klątwie na przedramieniu Krukona. Dotychczas gospodarowała tym specyfikiem bardzo oszczędnie, bo miała na podorędziu tylko to jedno niezbyt duże pudełeczko. Starała się odepchnąć od siebie myśl, że może trafić się ktoś ciężej ranny, dla kogo zabraknie lekarstwa.
— Maść powinna powstrzymać tę klątwę. Obserwuj jego stan. Zwołaj mnie natychmiast, gdy odzyska przytomność. Dopiero wtedy podamy mu drugą dawkę — powiedziała. Zostawiła Vane razem z Goldsteinem i wróciła do innych poszkodowanych.
W pewnym momencie nowi pacjenci przestali pojawiać się w skrzydle szpitalnym. Nie oznaczało to jednak niczego dobrego; zostali po prostu odcięci. Co gorsza, przeciwnik najwyraźniej zdołał przedrzeć się przez główne punkty obrony, bo zaczął zapuszczać się także do tej części zamku. Sytuacja musiała być tak dynamiczna, że nikt nawet nie zdołał przesłać im ostrzeżenia Patronusem. Niewielka grupka obrońców, złożona z młodszych uczniów i mieszkańców Hogsmeade, zdołała odepchnąć pierwszą falę napastników.
Korzystając z krótkiej chwili spokoju prefekt Ravenclawu, Robert Pernell, zaproponował, by jakoś zablokować korytarz. Pomysł został przyjęty przez aklamację — opuszczenie skrzydła szpitalnego i przedostanie się do osób, które walczyły w głównej części zamku i na dziedzińcu nie wchodziło w grę. Musieli przede wszystkim zadbać o bezpieczeństwo pacjentów. Wszyscy, którzy nie byli zajęci przy rannych, zabrali się za wznoszenie barykady, wykorzystując w tym celu szkolne ławki, krzesła, a także kilku innych mebli i skrzyń, wyciągniętych ze schowka znajdującego się przy infirmerii. W momencie, gdy była już prawie gotowa, do grupy dołączył jeden z aurorów.
— Szef mnie przysłał, żebym tu pomógł — wyjaśnił, gdy już wszyscy upewnili się wzajemnie co do swojej tożsamości. Na twarzy aurora wyraźnie dało się dostrzec zmęczenie. Lewy rękaw jego płaszcza był poszarpany, jakby napadło na niego jakieś dzikie zwierzę.
— Jest pan ranny? — zapytała Poppy natychmiast.
— Nic takiego, głupstwo — powiedział lekceważąco auror. — Wilkołak podszedł za blisko. Ale nie zdołał mnie ugryźć — dodał prędko, dostrzegając jej spojrzenie.
— Ale podrapał pana. Trzeba zdezynfekować — zarządziła, wskazując by usiadł na najbliższym wolnym krześle. Auror nie należał na szczęście do osób, które odmawiają pomocy medycznej, gdy jej potrzebują i spełnił polecenie.
Sama przemyła jego skaleczenia środkiem dezynfekującym.
— Jak to wygląda? — zapytała półgłosem, nie chcąc denerwować uczniów.
— Kiepsko — przyznał auror. — Gdy Lights mnie tu odsyłał, utrzymywaliśmy jeszcze dziedziniec, ale Śmierciożercy wdzierali się już do środka przez tajne przejścia. Straciliśmy przynajmniej kilku ludzi w holu, głównie u… — urwał. Poppy pobladła. Nie musiał mówić nic więcej. W milczeniu skończyła przemywać jego ranę.
Auror, nie zwlekając, poszedł pomóc przy obronie głównego korytarza.
— Ja mogę wrócić i walczyć! — poderwał się nagle Terry Boot. Miał obandażowaną głowę i pociętą twarz i ręce. Przypominał zakrwawioną mumię. Zaraz jednak się zachwiał, co przeczyło jego słowom. Amanda Harrow zdołała go podtrzymać, chroniąc przed upadkiem, chociaż chłopak był wyższy od niej o głowę.
— Nigdzie nie pójdziesz — fuknęła na niego Pomfrey. Nie miała czasu na to, by studzić zapał lżej rannych pacjentów, rwących się do powrotu w to piekło. — Leż spokojnie i nie przeszkadzaj!
Upewniwszy się, że jej pomocnicy poradzą sobie z wyznaczonymi im zadaniami, z ciężkim sercem podeszła do oddzielonej parawanem części sali, gdzie znajdowali się pacjenci w krytycznym stanie. Wiedziała, że teraz będzie musiała dokonać kolejnego trudnego wyboru — i zdecydować, kogo operować najpierw. Nader wątpliwe było, czy uda jej się przeprowadzić dwa skomplikowane zabiegi jeden po drugim. Największym wrogiem był teraz czas, którego po prostu nie miała.
Los podjął jednak tę decyzję za nią.
Jedna z osób oczekujących na pomoc już nie żyła.
W powietrzu wznosiły się tumany pyłu i kurzu. Auriga, kaszląc, z załzawionymi oczami, po omacku odnalazła drogę, idąc wzdłuż ściany. Gdy sklepienie zaczęło się walić, schroniła się w tej samej niszy, w której wcześniej ukrywała się z uczniami. Nie miała pojęcia, w jaki sposób dotarła tam tak szybko — w ogóle nie zarejestrowała tego momentu. Gdyby nie pole antyportacyjne, byłaby gotowa przysiąc, że bezwiednie się tam teleportowała. Na szczęście nie została przysypana gruzami, zaś przed mniejszymi fragmentami walącego się sklepienia zdołała się osłonić zaklęciem tarczy. Była nieco przykurzona, ale nie licząc kilku drobnych zadrapań i otarć cała i zdrowa. Gdy już wszystko się uspokoiło, a ostatnie kawałki cegieł i zaprawy staczające się z rumowiska zastygły w bezruchu, zdołała bez większego trudu opuścić swój bezpieczny przyczółek.
Korytarz tonął w niemal kompletnych ciemnościach; gdy runęły ściany i sufit gwałtowny podmuch powietrza zgasił ostatnie płonące pochodnie. Szła ostrożnie, by nie skręcić nogi i nie upaść. Powierzchnia była nierówna, na posadzce walały się mniejsze i większe okruchy gruzu, zgrzytało potłuczone szkło. Chyba żadne okno nie ocalało. Gdy oddaliła się nieco od najbardziej zrujnowanej części korytarza, uświadomiła sobie, że powoli zaczynała dostrzegać zarysy pomieszczenia. Z zewnątrz wpadało nieco światła — domyśliła się, to pomarańczowy poblask łuny pożaru, który trawił stadion quidditcha. Pomimo sporej odległości, docierała nawet tutaj.
Nagle uświadomiła sobie, jak mocno zaciskała palce na różdżce. Przez moment nie mogła uwolnić się od wrażenia, że nigdy już nie zdoła ich rozprostować. Dotyk gładkiego chłodnego drewna dodawał jej jednak w jakiś sposób otuchy. Póki miała różdżkę w ręce, mogła się bronić.
Zawahała się na moment, a potem zapaliła światełko na jej końcu, by zbadać najbliższe otoczenie. Kurz powoli opadał, odsłaniając rozmiar zniszczeń. Uniosła wyżej różdżkę, kierując wąską strugę bladoniebieskiego światła na sufit. Nie wyglądało to dobrze. Zawaliła się nie tylko spora część korytarza, ale również część klatki schodowej. Zejście na niższe piętro tą samą drogą, którą uciekli Horacy i uczniowie stało się tym samym niemożliwe. Musiała poszukać innej, a najbliższe schody prowadzące na czwarte piętro znajdowały się w zupełnie innej części zamku.
Zastanawiała się, czy Śmierciożercy również zdołali uciec. Pomyślała mściwie, że najlepiej byłoby, gdyby sufit zawalił im się na głowy, ale chyba nie mogła liczyć na taki pomyślny zbieg okoliczności. Cóż, najważniejsze, że obecnie odgradzało ją od nich rumowisko. Miała nadzieję, że Goldstein i reszta dotarli do skrzydła szpitalnego i że tamta część zamku, znajdująca się z dala od głównego wejścia, wciąż była w miarę bezpieczna. Coś ścisnęło ją w gardle na myśl, że Śmierciożercy, gdyby się tam wdarli, urządziliby krwawą jatkę. Nie mieli żadnego poszanowania dla życia, pewnie nawet by się nie zawahali. Odepchnęła od siebie te ponure myśli; teraz musiała skupić się na własnym przetrwaniu.
Po chwili namysłu zgasiła światełko na końcu różdżki. Odległa łuna pożaru rzucała wystarczająco wiele blasku, by mogła zorientować się w otoczeniu, a wolała nie awansować się ze swoją obecnością. Poczekała, aż oczy na powrót przywykną jej do ciemności, a potem ruszyła powoli korytarzem. Dookoła panowała kompletna cisza. Trudno było uwierzyć, że gdzieś tam, niedaleko wciąż trwała bitwa. Ten spokój nie przynosił jednak ulgi. Wręcz przeciwnie, potęgował niepokój. Zastanawiała się, czy trafi na sprzymierzeńców, czy na przeciwników. Miała nadzieję, że będzie to ta pierwsza opcja — z kolejnego starcia mogłaby już nie wyjść obronną ręką. Wcześniej przywołana bariera, a zaraz potem tarcza poważnie podkopały jej siły. Czuła bolesne pulsowanie w skroniach i zmęczenie, jak po długim, wyczerpującym biegu.
Od wielu lat niemal każdej nocy wędrowała po Hogwarcie, dobrze znanymi ścieżkami i tymi, które odkrywała na nowo, gdy klatki schodowe i niektóre odnogi korytarzy zmieniały swoje położenie. To, co z początku wydawało się atrakcyjne przez sam fakt, że w swoich szkolnych czasach nie mogła z taką swobodą chodzić po zamku o każdej porze dnia i nocy, szybko stało się rutyną. Nigdy nie zaznała lęku, poruszając się nawet po najciemniejszych i najbardziej odludnych miejscach ani gdy samotnie wracała do swojej wieży nocą, po odprowadzeniu do domów uczniów. Czuła się tutaj po prostu bezpiecznie. Resztki tego przekonania zniknęły po bezpośrednim starciu z wrogiem. Nerwy miała napięte jak postronki. Trzymała się z daleka od okien, by nie narazić się na oberwanie jakąś zbłąkaną klątwą. Niecelnie rzucone zaklęcie mogło pokonać bardzo długi dystans, nawet dwieście-trzysta metrów. Nasłuchiwała przy każdym zakręcie korytarza. Nie mogła teraz polegać na szczęściu, musiała zachować ostrożność. Możliwe, że zaczynała popadać w paranoję, ale w pewnym momencie zaczęło jej się wydawać, że towarzyszyło jej nie tylko echo jej własnych kroków. Chwilę później usłyszała przytłumiony, głuchy huk, jakby gdzieś w oddali runęło coś ciężkiego. Pomyślała od razu o uszkodzonym korytarzu, ale dźwięk dobiegał z zupełnie innego kierunku, jakby z zewnątrz. Niepokoiło ją, że nie potrafiła go zidentyfikować, ale postanowiła nie martwić się tym, na co nie miała żadnego wpływu. Najważniejsze, że w tym miejscu sufit nie leciał jej na głowę — w przypływie czarnego humoru uznała to za jakiś plus.
Dotarła wreszcie do końca korytarza. Tutaj również było ciemno jak w grobie, jednak na samym końcu, niczym blask latarni morskiej, migotało pojedyncze światełko, dodając w jakiś sposób otuchy. Utkwiła w nim spojrzenie i nieco przyspieszyła kroku. Miejsce wydawało się bezpieczne, nie dostrzegła żadnych śladów walki, nie licząc kilku wybitych okien. Nie bywała zbyt często w tej części zamku, ale wiedziała, że jeżeli na rozwidleniu pójdzie w lewo, powinna dotrzeć do głównego korytarza. Stamtąd byłoby już blisko do jednej z bocznych klatek schodowych; mogłaby zejść prosto na parter i wesprzeć obronę w jednym z newralgicznych punktów.
Nie zdążyła jednak zrealizować tego zamiaru. Nagle zdała sobie sprawę, że naprawdę ktoś za nią szedł. Serce na moment jej zamarło, a potem zaczęło bić jak szalone. Zastygła w bezruchu, nasłuchując — tutaj nie było się gdzie schować. Nieznajomy stąpał ostrożnie, pewnym, ale niezbyt szybkim krokiem, jakby nie do końca znał otoczenie. Zdradził go zgrzyt szkła pod nogami. Odwróciła się błyskawicznie i bez namysłu miotnęła klątwą, zanim dobrze przyjrzała się ciemnowłosemu mężczyźnie w szarym płaszczu, który właśnie wyłonił się zza rogu korytarza. O sekundę za późno uświadomiła sobie, że z pewnością nie był Śmierciożercą. Facet zdążył się jednak uchylić.
— Okropnie przepraszam! — zawołała, przerażona tym, co zrobiła. Merlinie, o mało co nie zraniła przypadkowo jednego z sojuszników — tylko tego im brakowało!
— No, odruch ma pani najzupełniej prawidłowy — powiedział mężczyzna, spoglądając na wyrwę w ścianie. Zareagował zaskakująco spokojnie, biorąc pod uwagę fakt, że gdyby nie wykonał tego uniku, zaklęcie Aurigi trafiłoby go prosto w środek klatki piersiowej. — To ja przepraszam, nie powinienem się tak skradać, ale nie byłem pewien, czy to nie ktoś z tamtych.
Teraz, gdy mogła mu się lepiej przyjrzeć w świetle pochodni, przypomniała sobie, że widziała tego mężczyznę podczas odprawy w Wielkiej Sali. Stał razem z Kingsleyem i Remusem; Flitwick wspomniał w przelocie, że to jeden z aurorów. Dopiero wtedy zauważyła, że kilku funkcjonariuszy w cywilu dołączyło do grupy obrońców; po przewrocie w ministerstwie nie miała najlepszego zdania o przedstawicielach władzy. Symbolizowali reżim i wykorzystywano ich głównie do tłumienia demonstracji i prześladowania czarodziejów, którzy mieli niewłaściwe pochodzenie. Mimo to w ich szeregach najwyraźniej wciąż znajdowało się kilku porządnych ludzi, skoro zdecydowali się wesprzeć Hogwart w potrzebie.
— Jest pani tutaj sama? — zapytał auror.
Auriga skinęła głową.
— Osłaniałam odwrót mojej grupy. Śmierciożercy nas zaskoczyli, musieli sforsować jedno z tajnych przejść na piątym piętrze. Rozdzieliliśmy się w ferworze walki.
— U mnie tak samo. Wciągnęliśmy Śmierciojadów do środka, próbowaliśmy rozbić na mniejsze grupy i eliminować, ale było ich po prostu za dużo. Musieliśmy wycofać się na wyższe piętra. Nie wyglądało to dobrze z mojej perspektywy. Wcześniej straciliśmy dziedziniec. Z tego co wiem, najskuteczniej broniły się szklarnie.
Poczuła, że w środku robi jej się bardzo zimno. Dziedziniec. To był ten kluczowy punkt obrony, który musieli utrzymać za wszelką cenę. Ale gdy dementorzy spędzili obrońców z wież, a atak Śmierciożerców rozbił defensywę na błoniach, droga do dziedzińca stanęła otworem. A stamtąd do wnętrza zamku.
— Był pan tam? Na błoniach?
— Gdybym tam był, to już bym prawdopodobnie nie żył. — Spojrzał na nią z wahaniem, jakby chciał dodać coś jeszcze, ale nagle się rozmyślił. — Walka przeniosła się do holu. Profesor McGonagall dowodziła obroną, używając przeciwko Śmierciożercom wszystkich dostępnych mebli.
— Mebli? — Auriga lekko uniosła brwi w zdziwieniu.
— Posłała na nich szarżę biurek. Nigdy bym na to nie wpadł, ale wyglądało na dość skuteczne.
Wykorzystanie takiej taktyki brzmiało absurdalnie, ale zapewne ciężkie, dębowe meble, odpowiednio zaczarowane, działały jak taran. Sinistra dobrze znała możliwości Minerwy, jeśli chodziło o transmutację, i nie zdziwiłaby się, gdyby tamta przygotowała jeszcze parę równie miłych niespodzianek dla Śmierciożerców.
— Dokąd pani szła? — zapytał auror.
— Na parter, chciałam dotrzeć do holu, mieliśmy się tam zebrać, jeśli stracimy wieże.
— Nic tam już nie zdziałamy. Roi się tam od Śmierciożerców, polują na kogo się da. Nie ma co włazić im pod różdżki.
— Wobec tego powinniśmy iść do skrzydła szpitalnego — stwierdziła. — Skoro oni są już w zamku, trzeba go bronić.
Musieli coś zrobić. Cokolwiek.
— Brzmi jak plan. Posłałem tam wcześniej jednego z moich ludzi. Może się okazać, że teraz będzie to nasz główny przyczółek.
— Chodźmy więc — powiedziała Sinistra i ruszyła korytarzem.
— Zna pani drogę? — upewnił się auror, dołączając do niej.
— Tak jakby. Uczę tutaj od jedenastu lat. Na trzecim piętrze jest ukryte zejście do skrzydła szpitalnego, Śmierciożercy raczej go nie znajdą.
Mężczyzna skinął głową, przyjmując to do wiadomości. Przez chwilę szli w milczeniu. Auriga musiała w głębi ducha przyznać, że czuła się nieco pewniej w towarzystwie aurora. Gdy zeszli na niższe piętro, pozwoliła sobie na myśl, że chyba uda im się dotrzeć do celu bez przeszkód. Prędko jednak okazało się, że to założenie było nazbyt optymistyczne.
Omal nie wpadli na Śmierciożerców. Auror pierwszy ich zauważył. Znajdowali się na drugim końcu korytarza i szli niespiesznie, leniwym krokiem, wcale się nie kryjąc. Zaglądali do pustych klas, a ich zachowanie przypominało watahę wilków rozglądających się za potencjalną ofiarą.
— Niechże pani się schowa. — Auror pociągnął ją za łokieć, w mroczną wnękę pomiędzy kolumnami. Przywarli do ściany, w napięciu czekając, co zrobią Śmierciożercy. Przeciwnicy znajdowali się wprawdzie kilkadziesiąt metrów od nich, ale było już za późno na ucieczkę. Gdyby wykonali jakikolwiek ruch, na pewno ściągnęliby na siebie ich uwagę. Auriga miała wrażenie, że i tak zaraz ich usłyszą — serce waliło jej jak młotem. Zacisnęła palce na różdżce, szykując się do obrony. Auror wpatrywał się z napięciem w przeciwników, najwyraźniej kalkulując ich szanse.
Mieli jednak trochę szczęścia. Śmierciożercy, zamiast iść dalej głównym korytarzem, zdecydowali się skręcić w jedną z odnóg. Sinistra i jej towarzysz natychmiast wykorzystali ten moment, by dyskretnie opuścić swoją kryjówkę. Tym razem to auror prowadził. Auriga obejrzała się niespokojnie przez ramię, spodziewając się, że przeciwnicy w każdej chwili mogli wrócić na główny korytarz. Wtedy zostaliby dostrzeżeni i znaleźliby się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Odetchnęła swobodnie dopiero wtedy, gdy udało im się nieco zwiększyć dystans od wroga.
— Daleko jeszcze do tego tajnego przejścia? — zapytał auror półgłosem.
— Nie, jest za tym zakrętem… Na końcu tamtego korytarza.
Mężczyzna, ledwie wyszedł zza rogu, natychmiast się cofnął. Dał jej znak, żeby nic nie mówiła i ostrożnie się wycofał. Domyśliła się, co to oznaczało — tutaj także mieli towarzystwo.
— Niedobrze. Śmierciożercy za nami, Śmierciożercy przed nami — stwierdził auror, gdy odeszli kawałek w głąb korytarza, którym dopiero co tutaj przywędrowali.
— Ilu ich tam jest? — zapytała Auriga.
— Za dużo. Co najmniej czterech. Nie ma szans, żeby się przebić. Mówiła pani, że to tajne przejście jest za obrazem?
— Tak. I pewnie oni stoją dokładnie pod nim? — zapytała Sinistra retorycznie.
— Niestety, tak to wygląda. Jest tu w pobliżu jakieś inne zejście na parter?
— Nie tak dogodne jak tamto — odparła Auriga, gorączkowo zastanawiając się nad położeniem najbliższej klatki schodowej. Świadomość, że Śmierciożercy znajdowali się niemal na wyciągnięcie ręki, wcale tego nie ułatwiała. Skoro w stosunkowo krótkim czasie natknęli się już na dwie niezależne grupy, oznaczało to, że wróg zdołał przejąć tę część zamku. Gdyby zdołali wcześniej dotrzeć do tajnego przejścia, byliby już bezpieczni. Teraz zamienili się w osaczoną zwierzynę, wokół której stopniowo zaciskała się pętla. Nie była to miła świadomość.
Auror nie poganiał jej ani nie dopytywał się, jaką powinni teraz obrać drogę. Widocznie wystarczyło mu wcześniejsze zapewnienie Sinistry, że dobrze znała zamek i całkowicie zdawał się w tej kwestii na jej ocenę.
— Musimy się kawałek cofnąć — zadecydowała w końcu. — Do głównego korytarza.
Wrócili po swoich własnych śladach, znów nasłuchując i starając się wybadać otoczenie. Ściany wydawały się na nich napierać, a choć większość drogi była jasno oświetlona, w atmosferze czaiło się coś złowrogiego. Jakby czarna magia Śmierciożerców zdołała już wniknąć w mury zamku i zaczynała przejmować nad nim kontrolę. Jeszcze dwa zakręty, jeszcze jeden, potem długi prosty odcinek i dotrą do klatki schodowej, a stamtąd na parter.
Nie udało im się osiągnąć tego celu.
Od upragnionego zejścia na niższe piętro dzieliło ich może jakieś kilkanaście metrów, gdy zupełnie niespodziewanie natknęli się na kolejną grupę Śmierciożerców. Nie wiadomo, kto był bardziej zaskoczony tym spotkaniem. Przeciwnicy chyba nie spodziewali się, że kogokolwiek tu zastaną. Nie zaatakowali od razu, przecząc tym samym stwierdzeniu, że Śmierciożercy natychmiast zabijali wszystko, co się rusza. Auriga i auror wykorzystali ten moment niezdecydowania przeciwników i niemal jednocześnie skończyli w kierunku jedynego dostępnego schronienia — niezbyt szerokiego, nisko sklepionego bocznego korytarza. Ledwie się tam znaleźli, Sinistra uświadomiła sobie, jak wielki błąd popełnili.
— Dokąd to prowadzi? — zawołał auror, rzucając jednocześnie zaklęcie tarczy, które osłoniło ich obydwoje przez pierwszą klątwą, ciśniętą jednak tak niecelnie, że i tak nie zdołałaby im zagrozić.
— Donikąd. To ślepy korytarz — powiedziała zduszonym głosem, uświadamiając sobie, że wpadli w pułapkę bez wyjścia.
— Szlag by to!... I tym sposobem niemiły dzień stał się jeszcze gorszy… — mruknął auror.
— Myślicie, że się tam ukryjecie jak szczury? — zawołał jeden ze Śmierciożerców. Jego głos brzmiał młodo, ale był pełen buty. Najwyraźniej uświadomił sobie, że jego grupa miała znaczącą przewagę. — Dopadniemy was!
Zaraz po tych słowach w ich stronę posypała się istna salwa zaklęć, tak agresywnych, że aż wyrywały fragmenty murów. Powietrze było naelektryzowane od rozdzierających je strumieni energii, a ostry blask kłuł w oczy jak promienie słońca odbite od śniegu.
Auror bez słowa ustawił się tak, żeby osłonić Sinistrę. Nawet nie przyszło jej do głowy, żeby wyrywać się do walki. Podczas wcześniejszego starcia z Mulciberem nie miała innego wyjścia, a cała akcja była do pewnego stopnia przemyślania i zaplanowania. Teraz znaleźli się w ogniu walki i nie miała wątpliwości, kto z nich był bardziej doświadczony i lepiej przygotowany do tej potyczki.
— Jeżeli ujdziemy z tego z życiem, zapraszam panią za tydzień na obiad — powiedział nagle auror w krótkiej chwili przerwy pomiędzy rzucaniem zaklęć.
— Dobrze, ale to ja wybieram restaurację — odparła odruchowo, bez zastanowienia.
Wszystko wskazywało na to, że żadne z nich nie przeżyje, choć auror stosował dość skuteczną technikę, uznając że najlepszą obroną był atak. Rzucał zaklęcia w taki sposób, że odbijały się od ściany rykoszetem i wędrowały w stronę Śmierciożerców. Musiał jednak czynić to niemal na ślepo. Przeciwnicy, nieco zaskoczeni tym sposobem walki, wycofali się na bezpieczną odległość. Mieli jednak po swojej stronie czas i lepszą pozycję do rzucania zaklęć. Sytuacja wydawała się patowa. Auror potarł podbródek w zamyśleniu, ale dało się wyczuć, że nie miał żadnego konkretnego pomysłu, jak wymknąć się z tej pułapki. Zerknął na Sinistrę raz i drugi, jakby z wahaniem.
— Moglibyśmy spróbować odwrócić ich uwagę, a potem rzucić na siebie zaklęcie kameleona i spróbować się stąd wyślizgnąć — rzekł wreszcie.
— Teraz?
— Nie, poczekajmy aż poczują się jeszcze pewniej i stracą czujność.
Widać było jednak, że sam nie bardzo wierzył w powodzenie tego ryzykownego planu. Chyba mówił to tylko po to, by dać jej fałszywą nadzieję, że jakoś się z tego wykaraskają.
Wrogowie niestety nie zamierzali zrezygnować; w pewnym momencie zaczęli przypuszczać jeden atak po drugim, drwiąc z nich i chcąc najwyraźniej wykurzyć z kryjówki. Początkowo klątwy Śmierciożerców nie stwarzały większego zagrożenia. Potem jednak przeciwnicy zmienili metodę i zaczęli rzucać zaklęcia po lekkim łuku. Mieli większe pole manewru, niż Auriga i jej towarzysz, którzy nie mogli nawet odrobinę wychylić się ze swojej kryjówki, nie ryzykując podłożenia się pod lecące klątwy. Mury wokół przejścia do bocznego korytarza coraz bardziej przypominały ścianę po ostrzale z karabinu maszynowe, a z sufitu zaczęły lecieć fragmenty zaprawy. Zaklęcia Śmierciożerców zaczęły też powolutku robić się celniejsze; kwestią czasu wydawało się, nim wreszcie ich dosięgną.
Sinistra nie miała pojęcia, ile czasu tak upłynęło. Mogło być to kilkanaście minut albo godzina. Ze swojej pozycji nie mogli przypuścić skutecznego kontrataku. Pozostawało im osłanianie się tarczami i wyprowadzenie od czasu do czasu jakiegoś ofensywnego zaklęcia. Zastanawiała się, ile jeszcze tak wytrzymają, gdy tę patową sytuację przerwało coś zupełnie niespodziewanego — w zamku rozległ się magicznie wzmacniany głos Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Tak samo, jak poprzednio docierał do każdego zakątka, przenikając przez ściany.
— Walczyliście dzielnie. Lord Voldemort potrafi docenić męstwo — obwieścił. — Ponieśliście ciężkie straty. Jeżeli nadal będziecie stawiać opór, czeka was śmierć. Wszystkich. Nie pragnę tego. Każda przelana kropla krwi czarodziejów to strata i marnotrawstwo. Lord Voldemort jest litościwy.
— Litościwy jak jasna cholera — mruknął auror.
— Natychmiast rozkażę moim oddziałom, aby się wycofały — ciągnął dalej Voldemort. — Macie godzinę. Zbierzcie ciała swoich zmarłych. Zajmijcie się rannymi.
A potem zwrócił się bezpośrednio do Harry'ego Pottera, wzywając go, by przyszedł otwarcie stawić mu czoła; obwieścił, że będzie czekał na niego w Zakazanym Lesie.
Tak jak poprzednio jego głos miał w sobie coś takiego, że zdawał się przeszywać na wskroś. Wwiercał się w czaszkę, wdzierając wprost do umysłu, brutalnie i bez żadnego poszanowania dla jakichkolwiek mentalnych barier.
Śmierciożercy przez moment się naradzali. Rozkaz brzmiał jasno, ale wyraźnie nie w smak było im zostawić swoje ofiary przy życiu.
— …zaraza! Akurat teraz! — sarknął któryś.
— …słyszałeś Czarnego Pana.
— Powinniśmy chociaż odwalić tego psa — powiedział inny z głębokim niezadowoleniem, wystarczająco głośno, by obydwoje mogli to usłyszeć.
— Rozkaz to rozkaz — stwierdził wreszcie któryś rzeczowo. — Ej, wy tam! — zawołał. — Żyjecie tylko dlatego, że ktoś wam na to pozwolił! Nie zapomnijcie o tym! — Głos Śmierciożercy ociekał cyniczną satysfakcją, a jego towarzysze zaśmiali się pogardliwie.
Sądząc po odgłosie oddalających się kroków, przeciwnicy naprawdę odeszli. Auror nie opuścił jednak różdżki; nasłuchiwał przez dłuższą chwilę, potem wyszeptał jakieś zaklęcia ujawniające. Dopiero, gdy zyskał całkowitą pewność, że na korytarzu było już bezpiecznie, dał znak, że mogą opuścić kryjówkę.
Głos Voldemorta wciąż dźwięczał jej w głowie, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Tak jak poprzednio wzbudzał strach, ale po tym wszystkim, czego doświadczyła już dzisiejszej nocy, najbardziej dotkliwa była obłuda i cynizm, jakie stały za tymi słowami.
— Szkoda, że nie powiedział jeszcze, że sami siebie zaatakowaliśmy… — powiedziała zduszonym głosem. Do oczu cisnęły się jej łzy wściekłości i bezradności. Wspomniał o zmarłych. Zabitych, poprawiła się w myślach. Jak wielu musiało ich być? Jak duże ponieśli straty? W jej świadomości wszystkie osoby, które widziała nie tak dawno w Wielkiej Sali, gdy omawiali plany i dzielili się na grupy, wciąż jeszcze żyły. W tym zakątku Hogwartu byli całkowicie odcięci od głównej bitwy i wszelkich wieści. Wkrótce dowiedzą się, kogo stracili — i teraz to tej konfrontacji bała się najbardziej.
Sinistra nie lubiła okazywać słabości, nawet przy najbliższych, a co dopiero przy tym nieznanym jej mężczyźnie. Odwróciła więc wzrok, wbijając go w poczerniałą i poharataną od rzucanych zaklęć ścianę, próbując się opanować.
Auror na szczęście niczego nie zauważył. Podszedł do okna i ostrożnie zbadał sytuację, nie wychylając się na zewnątrz.
— Wygląda na to, że faktycznie wszyscy się wycofują — powiedział po dłuższej chwili, marszcząc brwi. — Nie do końca rozumiem, dlaczego teraz ich odwołał. Przecież mieli przewagę na prawie każdym polu.
Auriga spojrzała na niego, uświadamiając sobie, że rzeczywiście nie miało to żadnego sensu. Śmierciożercy mogli jeszcze długo wzajemnie gonić się z obrońcami po całym zamku, spychając ich na coraz wyższe piętra, ale prędzej czy później przygnietliby ich samą przewagą. Ta pozorna łaska i wspaniałomyślność niepokoiły, sugerowały, że krył się za nimi jakiś podstęp.
W milczeniu przeszli do Wielkiej Sali. Auriga ze ściśniętym sercem patrzyła na kolejne zniszczenia. Mury Hogwartu, które zawsze zapewniał im schronienie, nie wytrzymały zderzenia ani z magią, ani z brutalnym, fizycznym atakiem. Po drodze minęli Izbę Pamięci. Komnata, w której przechowywano trofea, wyglądała jakby przeleciał przez nią pocisk armatni. W zewnętrznej ścianie ziała czarną pustką ogromna dziura. Na posadzce leżało porozbijane szkło z gablot, a pomiędzy nim pogięte i zniszczone puchary i medale, które gromadzono przez dziesięciolecia. W kącie poniewierał się zabytkowy sztandar, który liczył kilkaset lat — był częściowo spalony. Straty w pamiątkach niewiele znaczyły, gdy zagrożone było ludzkie życie, ale skoro miejsce położone nieco na uboczu zostało tak bardzo zniszczone, to jak musiała wyglądać sytuacja w głównej części zamku?... Czy ktoś tam w ogóle przeżył?
Jej ponure rozważania na szczęście nie znalazły odzwierciedlenia w rzeczywistości, choć hol zamku sprawiał wrażenie, jakby przeszło przez niego tornado. Tutaj rozstała się ze swoim towarzyszem, który wspomniał, że musi sprawdzić, co z jego ludźmi. Dopiero gdy odszedł, uświadomiła sobie, że nie miała pojęcia, jak się nazywał.
W przeciwieństwie do opustoszałych korytarzy, w holu kręciło się sporo ludzi; jedni transportowali ostrożnie na noszach rannych i zabitych, drudzy odsuwali na bok gruzy i inne szczątki, bo ułatwić komunikację pomiędzy dziedzińcem a Wielką Salą. Wszędzie widziała znużone spojrzenia i przygnębione twarze. W grupie, która stała przy tym, co pozostało z wrót wejściowych, dostrzegła Minerwę, Kingsleya i Filiusa. Wszyscy sprawiali wrażenie zatroskanych. Zawahała się, zastanawiając się, czy zasięgnąć u nich wieści o sytuacji, czy od razu skierować się do Wielkiej Sali. Kwestię rozstrzygnęła McGonagall, która nagle odwróciła się w jej stronę.
— Aurigo — zawołała ją.
Sinistra podeszła bliżej. Podświadomie spodziewała się jakichś wyrzutów; ostatecznie nie było jej w miejscu, gdzie toczyła się najbardziej zażarta walka i mogła przydać się każda różdżka. Nic takiego jednak nie nastąpiło.
— Jesteś tutaj, dobrze — powiedziała Minerwa po prostu. Gdy odgarnęła z twarzy włosy, które wymknęły się z upięcia, Auriga zauważyła głębokie rozcięcie na jej policzku. Była potężną czarownicą, jednak walka musiała kosztować ją sporo sił, dało się to dostrzec w jej spojrzeniu. — Nic ci nie jest?
— Parę draśnięć. Nic poważnego.
— Możesz pomóc w Wielkiej Sali? Horacy i Pomona już tam są, powiedzą ci, co i jak.
— Oczywiście, zrobię, co się da.
Minerwa skinęła głową w podziękowaniu. Dotknęła lekko jej ramienia, a potem wróciła do Kingsleya i Filiusa, najwyraźniej po to, by omówić, jaką taktykę powinni teraz przyjąć.
Sinistra przeszła do Wielkiej Sali, trochę obawiając się, co tam zastanie. Komnata sprawiała jednak wrażenie niemal nienaruszonej, nie licząc częściowo wybitych okien i poprzesuwanych mebli. W środku panował półmrok — większość świec, które unosiły się w powietrzu, było zgaszonych, a widocznie nikt nie miał głowy do tego, by rozpalać je na nowo.
Zamiast tego gdzieniegdzie wyczarowano kule światła.
Pierwszą osobą, którą dostrzegła, była Liza. Siedziała na ławie niedaleko wejścia, tyłem do przesuniętego na ukos stołu, i wydawała się nieco blada i oszołomiona.
— Żyjesz! — powiedziała z ulgą, zrywając się z miejsca na widok Aurigi. — Boże, gdy zobaczyłam, że wali się wieża… Że mogłaś tam być…
— Wieża? — zapytała Sinistra automatycznie.
— Wieża Astronomiczna. Obawiam się, że nic z niej nie zostało. Przykro mi.
A więc to był ten odległy głuchy rumor, który wcześniej słyszała. Pomimo tego, co powiedziała Liza, ta informacja wydawała się absurdalna, nierzeczywista. Nie mogła uwierzyć, że miejsce, z którego niemal każdego wieczoru prowadziła obserwacje nieba, gdzie znajdowały się jej prywatne komnaty mieszkalne i gabinet po prostu w jednej chwili przestały istnieć.
Liza odwróciła się w stronę stołu i sięgnęła po jeden ze stojących tam kubków.
— Masz, napij się, dobrze ci to zrobi — powiedziała, wciskając jej w dłonie parujące naczynie.
Sinistra bez słowa przyjęła ofiarowany napój i upiła łyk, lekko parząc się w język. W pierwszym momencie nie rozpoznała nawet smaku i nie wiedziała, czy był to eliksir wzmacniający, czy po prostu gorąca herbata.
Jej wzrok prześlizgnął się po wnętrzu sali. Miała wrażenie, że patrzy na obraz, na którym działo się zbyt wiele na raz, tak jakby na jednym niewielkim płótnie malarz usiłował zawrzeć nadmierną ilość szczegółów, opowiedzieć zbyt wiele historii. Prawie nikt nic nie mówił; w tej wiszącej nad nimi ciszy dało się wyczuć coś upiornego, nienaturalnego — Wielka Sala była przecież zawsze pełna gwaru i życia, służyła jako miejsce integracji i spotkań. Zauważyła Aberfortha i Wilhelminę. Obydwoje wyglądali na znużonych; odpoczywali, siedząc przy stole Hufflepuffu. Kawałek dalej przycupnęła Padma Patil razem z Michaelem Cornerem. Dziewczyna gładziła go po ramieniu i coś do niego szeptała, ale on sprawiał takie wrażenie, jakby jej w ogóle nie słyszał. Lee Jordan rozłożył na stole przenośną radiostację i coś przy niej manipulował, najwyraźniej próbując zwiększyć jej zasięg — Auriga wątpiła, czy ktoś jeszcze odpowiedziałby na wezwanie o pomoc wysłane przez Potterwartę, nawet gdyby sygnał jakimś cudem dotarł do każdego zakątku kraju. W głębi sali dostrzegła stojących razem Weasleyów. W pierwszym momencie nie zrozumiała, wokół czego się tak zgromadzili, a potem między nimi zrobiła się luka, gdy Charlie podszedł do Percy'ego, który jako jedyny z rodziny trzymał się nieco na uboczu. Wtedy ujrzała ciało leżące na noszach. Molly klęczała u boku swojego martwego syna i gładziła go po włosach.
Vector powędrowała za jej spojrzeniem.
— Czy to…? — Z tej odległości Sinistra nie miała pewności, który z bliźniaków zginął.
— Fred — powiedziała cicho Liza.
— Kogo… Kogo jeszcze straciliśmy?
— Remusa — powiedziała martwo Liza. — I Dorę…
— Co takiego? — zapytała głucho Sinistra.
Jej umysł wzbraniał się przed przyjęciem tej informacji. Nie docierała do niej, chociaż dobrze wiedziała, że ponieśli ciężkie straty, a Remus dowodził przecież grupą na błoniach. Od razu pomyślała o ich najbliższych. Dziecko, które jeszcze nie wiedziało, że jest sierotą, matka, która nie miała pojęcia, że straciła córkę… Merlinie, kto przekaże tę informację Andromedzie? Kto jej o tym powie?...
— Jak to się stało…? Kiedy? — Nie wiedziała, czy miało to w ogóle jakieś znaczenie.
— Osłaniali odwrót całej grupy. Ale odcięli ich od zamku. Ktoś mówił, że Dora nie chciała go zostawić… — Liza nagle urwała i złapała się za bok, jakby przeszył ją nagły ból, a potem przysiadła na ławie.
— Co ci jest? — zaniepokoiła się natychmiast Auriga.
— Nic takiego. Trochę oberwałam, ale już mi lepiej.
Sinistra nie było przekonana.
— Lepiej sobie jeszcze trochę posiedź. Ja pójdę pomóc Horacemu i Pomonie…
Vector tylko pokiwała głową i ponownie sięgnęła po kubek z herbatą, który stał na stole.
Sinistra przeszła przez salę w kierunku podwyższenia, gdzie normalnie stał stół nauczycielski, bo mignął jej tam Slughorn. Uczniowie, którzy nie odnieśli żadnych obrażeń, skupili się w małych grupkach, szukając pociechy w milczącym towarzystwie drugiej osoby. Paru innych pomagało lżej rannym; Auriga domyśliła się, że najcięższe przypadki trafiły do skrzydła szpitalnego. Dopiero teraz dostrzegła, że w Wielkiej Sali kręciło się całkiem sporo skrzatów domowych. Co chwilę aportowały się i deportowały, przenosząc informacje i potrzebne rzeczy: eliksiry lecznicze, gorącą kawę i herbatę, koce i opatrunki. Nikt nie oczekiwał, że w jakiś aktywny sposób włączą się do walki, dlatego nawet nie uwzględniono ich przy omawianiu obrony, choć Hogwart był również ich domem. Wprawdzie tutejsi czarodzieje dobrze je traktowali, ale prawdę mówiąc, niezależnie od tego, która strona by wygrała, niewiele zmieniłoby się w ich sytuacji.
Horacy rozlewał właśnie z kolby leczniczy eliksir, dzieląc go na mniejsze porcje, a Pomona kończyła zakładać opatrunek na dłoni Cho Chang.
— Nic ci nie jest — powiedział Slughorn z wyraźną ulgą, gdy tylko ujrzał Sinistrę. — Na Merlina, miałem takie wyrzuty sumienia, że was tam zostawiliśmy! Jak wam się udało?...
— Mieliśmy trochę szczęścia. — Nie czuła się teraz na siłach, żeby wszystko opowiadać. — Ale z Tonym Goldsteinem było kiepsko, mam nadzieję, że dotarł do skrzydła szpitalnego. Nie wiecie, co z nim? — Spojrzała pytająco na Slughorna i Sprout, ale obydwoje tylko pokręcili głowami.
— Tutaj na pewno go nie ma — powiedziała Pomona. — Możemy poprosić któregoś ze skrzatów, żeby to sprawdził.
Auriga skinęła głową.
— Tak zrobię. Można wam z czymś pomóc? — zapytała.
— Trzeba by się zająć naszymi zmarłymi. — Slughorn spojrzał w stronę ciał leżących na noszach. Kilka z nich było przykrytych szarymi kocami, ale Remus, Dora i jakiś mężczyzna, którego nie potrafiła zidentyfikować, nie byli w żaden sposób zasłonięci. Auriga bez trudu zrozumiała, co miał na myśli.
— Zajmę się tym — powiedziała cicho.
Podeszła powoli do ciał poległych i spojrzała ze smutkiem na Remusa i Dorę. Leżeli tuż obok siebie i wyglądali tak, jakby lada moment mieli chwycić się za dłonie. Potem przeniosła wzrok na nieznajomego mężczyznę. Nie miała pojęcia, kim był. Auror w cywilu? Czyjś rodzic? Raczej nie żaden z mieszkańców Hogsmeade, tych znała z widzenia. Ale teraz wydawało się to pozbawione większego znaczenia. Niespełna dwie godziny temu ci ludzie byli żywi, mieli swoje marzenia, plany i oczekiwania, i zapewne żadne z nich nie sądziło, że ich droga tak gwałtownie dobiegnie końca, przekreślona przez wojnę. Znów pomyślała o małym Teddy'm i poczuła napływające do oczu łzy. Zamrugała szybko, a potem wyczarowała koce, by przykryć ciała. Chwilę później Dean Thomas i Seamus Finnigan przynieśli na noszach kolejną poległą osobę i cicho ułożyli na końcu rzędu. Jake Moorgate. Poczuła się tak, jakby w gardle utknęła jej nagle jakaś włochata kula. Na Merlina, ten chłopak ledwie tydzień temu skończył siedemnaście lat. Wyglądał, jakby spał, a na jego ciele nie było widać żadnych poważnych obrażeń; tylko jego skóra miała nienaturalny, woskowaty kolor i była poprzecinana drobnymi, ciemnofioletowymi żyłkami. Tak samo jak u Goldsteina... Tknięta jakimś przeczuciem, przyklęknęła przy jego boku i zbadała mu puls, dotykając najpierw nadgarstków, a potem szyi. Zatliła się w niej iskierka nadziei. Czyżby?... Tak, nie myliła się. Puls tam był, ledwo, ledwo wyczuwalny, ale był.
— On żyje! — zawołała, zatrzymując Deana i Seamusa, którzy już zmierzali w stronę wyjścia, najwyraźniej po to, wrócić na dziedziniec i poszukać więcej ciał. — Prędko, zabierzcie go do skrzydła szpitalnego! — Rozejrzała się za najbliższym skrzatem i jej wzrok padł na Milczka. Przyniósł właśnie z kuchni tacę zastawioną kubkami z kawą i herbatą. — Milczku, uprzedź Poppy.
Skrzat lekko skinął głową i natychmiast się deportował, a Dean i Seamus pędzili już truchtem w stronę wyjścia z Wielkiej Sali, ostrożnie lewitując nosze z Jake'em.
Gdy odprowadzała ich wzrokiem, nagle dostrzegła Harry'ego Pottera, który nie wiadomo kiedy pojawił się w komnacie. Nie miałam pojęcia, jak długo tu był, w ogóle go wcześniej nie zauważyła. Wydawał się jakiś osamotniony, odległy, niemal nieobecny. Chyba nikt nie miał odwagi zapytać go, czy zdołał znaleźć to, czego szukał w zamku. Czy kupili mu wystarczająco dużo czasu. Kiedy chwilę później ponownie spojrzała w jego stronę, chłopaka już nie było. Musiał niepostrzeżenie wyjść z Wielkiej Sali.
Wróciła do Pomony i Horacego, żeby pomóc im przy rozdzielaniu eliksirów wzmacniających. Niektórzy ludzie sami podchodzili do stołu prezydialnego, żeby odebrać porcję i przy okazji wziąć kubek z kawą albo herbatą. Innymi trzeba było go zanieść, bo siedzieli pogrążeni w apatii, delikatnie zasugerować, że powinni wypić coś ciepłego, zarzucić koc na ramiona. I nie dotyczyło to tylko najmłodszych z obrońców. Nie pierwszy raz pomyślała, że to wszystko ich po prostu przerastało.
— Dlaczego?... Dlaczego? — usłyszała czyjś zdławiony głos. Spojrzała w tamtym kierunku. Nieopodal, na skraju ławy przy stole Gryffindoru siedziały Parvati Patil i Sybilla. Dziewczyna kryła twarz w ramieniu nauczycielki wróżbiarstwa, a jej ciałem wstrząsał zdławiony szloch.
— No, już, już… — mówiła zatroskanym tonem Trelawney, próbując ją jakoś pocieszyć, ale wyraźnie nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów. Sama wyglądała na bardzo przygnębioną. Zgubiła gdzieś swój powłóczysty szal, przez co wydawała się mniejsza, zagubiona.
Auriga zastanawiała się, kogo opłakiwała Parvati. W pierwszym momencie pomyślała z przerażeniem o jej siostrze, ale zaraz przypomniała sobie, że przecież wcześniej widziała Padmę całą i zdrową, razem z Michaelem Cornerem. Wahała się, czy do nich nie podejść, ale w tym momencie ujrzała wchodzącego do komnaty Oliwera Wooda. Niósł na ramieniu jakąś drobną bezwładną postać. Serce jej zamarło, gdy zobaczyła, kogo ułożył delikatnie na ziemi obok innych poległych.
Colin Creevey.
Skąd on się tu wziął? Nie miał prawa tutaj być! Nie miał przecież jeszcze siedemnastu lat, w dodatku był mugolakiem. Nie pozwolono mu wrócić do szkoły we wrześniu, jak w ogóle dowiedział się o bitwie?
Przystanęła obok Oliwera, który spojrzał na nią ponuro. Uświadomiła sobie, że coś do niej mówił, ale chociaż rozumiała każde słowo, nie mogła uchwycić ich sensu.
— …nie wiemy, jak się tu dostał. Znaczy, chyba odebrał wiadomość, którą wysłał Neville za pomocą tego zaczarowanego galeonu… Tak jak reszta Gwardii… Nikt… nikt go nie zauważył w tym zamęcie…
Interesuję się też astronomiczną fotografią, wie pani? Kiedyś polecę do Stanów, na obserwacje w Wielkim Kanonie. Tam musi być super, milion gwiazd do zobaczenia!
Wzięła głęboki oddech, jeden, drugi i trzeci. Zdołała jakoś opanować drżenie rąk i ogarniające ją uczucie przeszywającego na wskroś chłodu, a potem wyczarowała kolejny szary koc, ignorując wrażenie słabego protestu, jaki wyczuwała w swojej różdżce. Materiał opadł jak całun, przykrywając ciało chłopca, któremu nigdy nie będzie dane dorosnąć.
Wpatrując się w drobny kształt nieruchomym wzrokiem, miała w głowie tylko jedną myśl — jak bardzo bezsensowna, jak bardzo okrutna była ta wojna.
Teraz rozpiera was radość, tchórzliwe chabety, żeście nie walczyły, co? Macie uciechę, bo Harry Potter jest… jest martwy…
Słowa Hagrida wciąż dźwięczały w uszach Firenzo, chociaż ponury pochód, zmierzający w stronę Hogwartu, już dawno zniknął w oddali. Niektórzy z przechodzących Śmierciożerców obrzucili ich obelgami, nikt jednak nie podniósł na nich różdżki. Mieli na oku zupełnie inny cel — zdławienie wszelkiego oporu w Hogwarcie. Centaury ich nie obchodziły — przynajmniej na razie.
— Hagrid miał rację — rzekł gorzko Firenzo. — Jesteśmy tchórzami.
— A co, żałujesz, że cię tam nie było? — zapytał Zakała sarkastycznie, wskazując na błonia, usiane szczątkami armii Hogwartu i okaleczony zamek. Łuna pożaru, który wciąż trawił stadion quidditcha, rzucała pomarańczowy poblask na całą okolicę — zupełnie jakby ziemia chciała się rozstąpić i pochłonąć zamek Wprawdzie z tej odległości nie było dobrze widać wszystkich zniszczeń, ale bez trudu dało się zauważyć, że runęła jego najwyższa wieża. Strzelista sylwetka Hogwartu straciła sporo ze swoich eleganckich kształtów; elewacja była zdewastowana, okna powybijane, dachy częściowo zerwane. Ale mimo to zamek wciąż stał, dumny i w jakiś sposób niewzruszony. Wydawało się, że nie ulegnie, tak długo jak przy życiu pozostanie choćby jeden z jego obrońców.
— To są sprawy czarodziejów. Nie powinniśmy się wtrącać — odezwał się Ronan. Starał się brzmieć obojętnie, ale zdradziło go lekkie wahanie w głosie.
— Ale tu nie chodzi o jakichś czarodziejów — powiedział z naciskiem Firenzo. — To nauczyciele Hogwartu i jego uczniowie, których wszyscy doskonale znacie. Przyjmowaliście ich pomoc podczas ostrych zim. A niejeden z was szedł do Hagrida, gdy kamień utknął mu w kopycie, prawda, Folosie?
Folos poruszył się niespokojnie, podobnie jak kilku innych, którzy widocznie zostali obdarzeni dłuższą pamięć niż pozostali.
— Nie jest w naszym zwyczaju, by mieszać się w ich sprawy — rzekł jeden z najbardziej sędziwych centaurów, Ureus. Stojący obok niego Magorian nerwowo rozgrzebał ziemię przednim kopytem, jakby nie do końca zgadzał się z tymi słowami, ale nie odważył się zabrać głosu.
Firenzo machnął ogonem z frustracją. Słyszał to już setki razy. Gdy ocalił Harry'ego Pottera przez tym nieszczęsnym głupcem, opętanym przez Voldemorta, który pił krew jednorożca, by podtrzymać swego pana przy życiu. Gdy na prośbę Albusa Dumbledore'a przyjął posadę nauczyciela wróżbiarstwa w szkole. Gdy pomagał Hagridowi, gdy ten musiał szukać schronienia przed Śmierciożercami w Zakazanym Lesie.
— A od kiedy w naszym zwyczaju jest przyglądanie się bezczynnie jak mordowane są źrebięta? — zapytał ostro.
Większość centaurów miała na tyle przyzwoitości, by przynajmniej sprawiać wrażenie zakłopotanych. Przestępowały nerwowo z nogi na nogę, spoglądając po sobie. Morwena wydawała się najbardziej poruszona. Spuściła wzrok, ale w tym momencie Firenzo wiedział już, jaka będzie jej decyzja. A przynajmniej taką miał nadzieję.
— Wiesz, co zapisano w gwiazdach… Wiesz, co mówią są znaki… — rzekł twardo Urues, potrząsając grzywą siwych włosów.
— Patrzycie na znaki i ich nie widzicie! Zbliża się koniunkcja Jowisza i Księżyca, lada moment nadejdzie koniunkcja Wenus i Księżyca. Dwa wydarzenia, dwie możliwości!
— Znaki mówią, że świat czarodziejów, jaki znamy, upadnie — upierał się Ureus.
— Nic jeszcze nie jest przesądzone! Myślicie, że Czarnoksiężnik, który nie liczy się z nikim i z niczym zostawi nas w spokoju? Że uszanuje naszą niezależność? Gdy skończy wprowadzać swój nowy ład w świecie czarodziejów, weźmie się za nas — rzekł zimno Firenzo. — Pewien mądry człowiek powiedział, że przyjdzie czas, gdy trzeba będzie wybrać między tym, co łatwe, a tym co słuszne i to jest właśnie ten moment. Ja wiem, co teraz powinienem zrobić, a wy… wy róbcie, co chcecie.
Odwrócił się, poprawiając kołczan na plecach, a potem ruszył truchtem w stronę zamku, ściskając łuk w dłoni.
— Oszalałeś! — zawołał za nim Zakała. Chciał wygłosić jakiś zjadliwy komentarz o głupcach, którzy zbyt długo przebywali z czarodziejami i nabrali przez to złych, ludzkich nawyków, zapominając o tym, co wypadało porządnym centaurom. Ale nie zdążył.
Pierwsi z szeregu wystąpili Folos i Ronan, a zaraz za nimi Magorian i Morwena. Potem kolejne centaury, pojedynczo albo dwójkami ruszyły w ślad za Firenzo, każdy uzbrojony w łuk i z kołczanem pełnym białoopierzonych strzał na plecach. Ureus i kilka innych członków starszyzny wahało się najdłużej, ale w końcu i oni dołączyli do tego pochodu, uznając przewodnictwo Firenzo.
— Wszyscy oszaleliście — stwierdził cierpko Zakała. Został jednak sam na skraju Zakazanego Lasu, więc jego komentarz słyszały tylko drzewa i przyglądająca mu się z wysokości gałęzi sowa. Nerwowo zagrzebał kopytem w ziemi i zaklął pod nosem. A potem dołączył do pozostałych.
Podczas pierwszej fazy bitwy spłoszone hipogryfy i testrale uciekły w głąb Zakazanego Lasu. Jak wszystkie stworzenia bały się hałasu i ognia, jednak gdy wszystko się uspokoiło, część z nich, zaciekawiona, podeszła bliżej. Zatrzymały się na skraju błoń, wyglądając spomiędzy drzew i śledząc dziwny pochód obcych czarodziejów, zmierzających w stronę szkoły. Za nimi szło kilka olbrzymów. Hipogryfy jeżyły pióra na karku i posykiwały. Testrale spoglądały na wszystko spokojnie. Obcy roztaczali wokół siebie dobrze im znaną lodowatą woń śmierci, która unosiła się też na przyzamkowymi terenami. Wszystkie stworzenia wyczuwały, że wielu ludzi straciło już tej nocy życie.
Hardodziób poruszył się niespokojnie, gdy jego bystry wzrok wyłowił wśród tłumu obcych Hagrida; szlochał bezgłośnie, a łzy niknęły w jego długiej, splątanej brodzie. Hipogryfy nie potrafiły płakać, ale rozumiały, czym był smutek wywołany stratą; odczuwały go, gdy umierał ich partner, pisklę albo członek stada. Hagrid też musiał ponieść jakąś stratę. Niósł coś w ramionach, widocznie coś bardzo cennego, starając się chronić ten drobny kształt przed ciosami obcych, którzy nie szczędzili mu razów i klątw, brzmiących jak trzask bicza.
Hipogryf zaczął odczuwać irytację. Obcy krzywdzili Hagrida. Jakim prawem? Spojrzał w stronę zamku; okaleczony, ostrzelany licznymi zaklęciami i obrzucony pociskami wyglądał jak zniszczone gniazdo. Pochód obcych czarodziejów, zbitych w jedną, czarną masę, przypominał ciemną falę, sunącą w jego stronę, powoli i nieubłaganie.
I wtedy zrozumiał, jakie były ich zamiary. Uniósł pióra na karku, groźnie pochylając głowę. Skoro krzywdzili Hagrida, to zagrażali też innym znajdującym się w Hogwarcie czarodziejom. Hardodziób nie mógł na to pozwolić. W końcu to był też ICH zamek, ICH terytorium i należący DO NICH czarodzieje. Wydał z siebie niski, groźny pomruk, a potem zakwilił głośno, szeroko rozkładając skrzydła. Inne zwierzęta pochwyciły ten zew jak echo. Stojąca obok Hardodzioba Czarnoskrzydła pierwsza wzbiła się do lotu. W ślad za nią podążyły inne stworzenia. Bijąc mocno skrzydłami, pofrunęły wysoko, niczym dobrze zorganizowany oddział armii, wypatrując sposobności do ataku.
Hipogryfy i testrale nigdy nie walczyły dla sławy i chwały. Obca była im też jakakolwiek ideologia. Ale dwie sprawy były dla nich całkowicie zrozumiałe — poczucie przynależności i honor.
— Co to znaczy, że Harry Potter zniknął?— zapytała Minerwa z zaniepokojeniem, spoglądając po twarzach obecnych. Sytuacja wydawała się jako tako opanowana i w Wielkiej Sali znajdowali się praktycznie wszyscy, którzy wciąż byli zdolni do walki — skupieni w jednej, luźniej grupie niedaleko wejścia stali albo siedzieli gdzie popadnie, bo teraz nikt nie zwracał uwagi na podziały międzydomowe. Po drugiej stronie sali znajdowali się ci, którym już w żaden sposób nie można było pomóc. Auriga wszelkimi siłami starała się nie patrzeć w stronę miejsca, w którym rzędem leżały ciała poległych, przykryte jednakowymi szarymi kocami. Ktoś szlochał rozpaczliwie; nie odwracając się, wiedziała, że to Lisa Turpin. Dopiero niedawno dotarły do niej wieści o śmierci jej chłopaka, Tima Wilmara.
— Kto go widział ostatni? — dopytywała się McGonagall. Spojrzała na Filiusa i Pomonę, ale tamci tylko bezradnie pokręcili głowami.
— Chyba ja — przyznał Neville Longbottom. — Powiedział mi coś dziwnego. O wężu. Żebym spróbował zabić węża, jeśli tylko trafi się sposobność. Harry mówił, że musi zniknąć na chwilę, zrobić coś ważnego.
— I ty go puściłeś? — zawołał Seamus Finnigan, łapiąc się za głowę. — Nie zatrzymałeś?!
— A jak miałem go zatrzymać? — zawołał Neville obronnym tonem, który był podszyty rozpaczą. — Nie wiedziałem, nie miałem pojęcia, że…
— To chyba oczywiste, nie? — odezwał się Aberforth ponuro. — Poszedł prosto do Zakazanego Lasu. Stawić czoła temu bandycie.
— On chyba… Chyba nie potraktował tego wezwania poważnie? Wiedział, że będziemy walczyć do końca — wymamrotał Ernie Macmillan.
— Poświęcił się dla nas — szepnęła Hanna Abbott drżącym głosem. Wydawała się bliska łez.
— To poświęcenie na niewiele się zda — sarknął Dumbledore. — To koniec, nie rozumiecie tego?
Aberforth wypowiedział na głos to, o czym wszyscy pomyśleli. Cóż z tego, że mieli po swojej stronę zapał i motywację, i bronili wartości, które były dla nich najcenniejsze? W Hogwarcie rozgrywała się walka nie tylko o sam zamek, ale o przyszłość całego czarodziejskiego świata. Wszyscy wiedzieli, że jeżeli Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać odniesie sukces, wojna prawdopodobnie rozleje się na kontynent i nigdzie w Europie, ani poza nią nie będzie już bezpiecznie. Teraz jednak okazało się, że można walczyć ze wszystkich sił — i pomimo to przegrać.
Sinistra rozejrzała się dookoła. Ujrzała przygaszone, zniechęcone spojrzenia i poważne, pozbawione nadziei twarze. Uświadomiła sobie, że podarowana im godzina rozejmu właśnie dobiegała końca, zostało im może kilkanaście minut. Ostatnie chwile wolności.
Przełknęła ślinę, przywołując opanowany ton.
— Pamiętacie, jakie było wasze pierwsze wspomnienie z Hogwartu? — zapytała. Jej głos nawet nie zadrżał, jakby nagle znalazła gdzieś wewnątrz siebie siłę, by spróbować dodać innym otuchy, odegnać trochę spowijający ich mrok. Nie miała żadnego konkretnego planu, powiedziała pierwszą rzecz, jaka przyszła jej do głowy. Nie chciała, by spędzili tych kilka ostatnich chwil życia, trzęsąc się ze strachu przed tym, co miało nastąpić jak przerażone zwierzę.
Przez chwilę panowała kompletna cisza. Zapewne wszyscy zastanawiali się, czy nauczycielka astronomii nie postradała zmysłów. A potem rozległ się cichy, jak zwykle nieco rozmarzony głos Luny Lovegood:
— Pomyślałam, że jest taki ogromny. Zastanawiałam się, jak ludzie się tutaj nie gubią.
— Pamiętam, jak bardzo się bałem — odezwał się Neville Longbottom. — I wpadłem do jeziora. Ale Wielka Kałamarnica mnie wyciągnęła.
— A ja cieszyłam się i jednocześnie smuciłam — powiedziała Liza. Siedziała na ławie, niedaleko Aurigi, i chociaż wcześniej już kilka razy zdążyła zapewnić przyjaciółkę, że nic poważnego jej nie dolegało, Sinistra wyczuwała, że mijała się z prawdą. — Wiedziałam, że Tommy, mój młodszy brat, nie dołączy do mnie za parę lat, bo jest charłakiem. Hogwart stracił przez to trochę ze swojego blasku.
— Byłem zły, bo dopiero na dzień przed wyjazdem matka powiedziała mi, że nie mogę zabrać mojej ulubionej kozy jako towarzyszącego mi zwierzaka — mruknął Aberforth, a potem, jakby zmieszany, że zwrócił na siebie uwagę obecnych, machnął ręką i odszedł gdzieś na bok.
— Ja przeczytałam wszystko, co tylko się dało o Hogwarcie. I wydawało mi się, że wciąż wiem za mało — powiedziała cicho Hermiona Granger. Stała razem z Ronaldem Weasleyem; uwadze Aurigi nie uszło, że trzymali się za ręce.
— Wiesz, że jesteś jedyną osobą, która przeczytała „Historię Hogwartu" od deski do deski? — powiedział chłopak, uśmiechając się blado.
— Nieprawda, ja też ją czytałam — powiedziała Irma niespodziewanie, jak zwykle suchym tonem. Razem z Argusem trzymali się nieco na uboczu. Widocznie mieli sobie coś ważnego do powiedzenia w tych ostatnich chwilach. — I uważam, że każdy powinien.
— Połamałam witki w mojej miotle — rzekła Rolanda. — Przytrzasnęłam je drzwiami wagonu podczas wsiadania i, możecie wierzyć albo nie, przez całą podróż myślałam tylko o tym. Była zupełnie nowa. Dotarło do mnie, że jestem w Hogwarcie dopiero, gdy zaczęła się Ceremonia Przydziału.
— A ja spodziewałem się ujrzeć przy bramie dwugłowego trolla z ogromną maczugą — powiedział ktoś lekko. — Brat wmówił mi, że pilnuje wejścia.
Spojrzała w tamtą stronę. Auror, którego spotkała wcześniej na korytarzach szkoły. Razem walczyli o przetrwanie, a ona nawet nie zapytała go o imię. I nigdy już nie będzie do tego okazji. Zastanawiała się, jaka była jego motywacja? Dlaczego przyłączył się do walki? Czy miał tutaj rodzinę? Czy teraz tego żałował? Nie było widać po nim zdenerwowania, widocznie potrafił zachować zimną krew — albo bardzo dobrze się maskował.
Flitwick odkaszlnął i oświadczył bez żadnych ogródek:
— Jeśli miałbym być zupełnie szczery, a w tym momencie, dlaczego nie, to przyznam, że zastanawiałem się, jak poradzę sobie w tym świecie olbrzymów.
Kolejno odzywały się inne osoby — byli i obecni uczniowie, nauczyciele, mieszkańcy Hogsmeade. Ich pierwsze wspomnienia ze szkoły były czasami śmieszne, czasami absurdalne, innym razem zupełnie zaskakujące — różniły się od siebie tak, jak różniło się każde z nich, ale jednocześnie w jakiś sposób z tej mozaiki wyłaniał się jeden spójny obraz. Dla każdego z nich Hogwart był ważnym, specjalnym miejscem i dlatego zdecydowali się zostać w zamku. Dzięki tej rozmowie zrobiło im się trochę lżej, na moment zapomnieli o otaczającej ich ponurej, przytłaczającej rzeczywistości.
Sinistra kątem oka zauważyła, że do Wielkiej Sali wślizgnął się jeden z aurorów, który trzymał straż na dziedzińcu. Wydawał się mocno zaniepokojony. Wszyscy umilkli, wlepiając w niego oczy, jakby wyczuwali, że przyniósł złe wieści. Podszedł do swojego szefa, który stał oparty o ścianę — Auriga zdążyła się już zorientować, że „jej" auror był najwyższy stopniem — i szepnął mu coś na ucho.
— Jesteś pewien? — zapytał tamten.
— O co chodzi? — zapytała od razu czujnie Minerwa, podchodząc bliżej.
— Śmierciożercy idą w stronę zamku — powiedział dowódca aurorów.
McGonagall rzuciła zaniepokojone spojrzenie Kingsleyowi, a potem zwróciła się do obydwu funkcjonariuszy.
— Sądzicie, że szykują kolejny atak?
— Nie wygląda to na atak. Raczej jakby uznali, że już wygrali — stwierdził drugi auror ponuro.
Po chwili w zamku ponownie rozległ się magicznie wzmocniony głos Voldemorta. Obwieścił triumfalnie, że Harry Potter nie żyje. Twierdził, że ich bohater został zabity, gdy próbował niepostrzeżenie wymknąć się z oblężonego zamku.
— Wyjdźcie z zamku, padnijcie przede mną na kolana, a daruję wam życie — mówił, a jego głos przypominał syk węża. — Życie zachowają też wasi rodzice i wasze dzieci, wasi bracia i wasze siostry. Przebaczę wszystkim i razem zbudujemy nowy świat.
W Wielkiej Sali zapadła absolutna cisza. Przez chwilę nikt się nie poruszył, nie rozległ się żaden, nawet najlżejszy szmer.
— To kłamstwo. Musi kłamać — powiedziała Ginny Weasley cicho. Starała się zabrzmieć pewnie, ale głos jej się załamał. Nikt nie znalazł żadnych słów otuchy. Wszyscy, jak na komendę, przeszli przez zrujnowany hol i wyszli na nie mniej zniszczony dziedziniec. W oddali ujrzeli pochód, niespiesznie zmierzający w stronę zamku. Śmierciożercy nie zachowywaliby się tak, gdyby nie byli pewni absolutnie swego. Gdyby ten, którym im przewodził, nie doszedł do wniosku, że wreszcie osiągnął upragnione zwycięstwo.
— Gdy niebo rozgorzeje pożogą, śmierć spadnie z góry na białe maski — mamrotała do siebie Sybilla dziwnym, głuchym głosem, zupełnie niepodobnym do jej własnego. Jedna czy dwie osoby spojrzały w jej stronę, ale poza tym nikt nie zwracał na nią uwagi. — Gdy niebo rozgorzeje pożogą, śmierć spadnie z góry na białe maski — powtórzyła z jakąś rozpaczliwą nadzieją, tak jakby kolejna z jej wymuszonych przepowiedni mogła sprawić, że los odwróci się na korzyść obrońców.
Auriga nawet nie miała do niej pretensji. Każdy radził sobie z sytuacją tak, jak potrafił.
Sama była przekonana, że od śmierci dzieliły ich minuty, bo Voldemort — równie dobrze można było go tak teraz nazywać, bo cóż za różnica — wbrew temu, co mówił, nie okaże im litości.
Gdy Voldemort wraz ze swoją świtą dotarł do zamku, Śmierciożercy ustawili się w luźnym półokręgu. Auriga spodziewała się, że ujrzy u jego boku Severusa, jako jednego z tych najbardziej zaufanych przybocznych, ale nigdzie nie dostrzegła jego twarzy. Głośne dudnienie, od którego lekko drżała ziemia, świadczyło o tym, że i olbrzymy dotarły na miejsce; zatrzymały się za częściowo zrujnowanymi murami, otaczającymi dziedziniec. Do przodu został wypchnięty Hagrid, którego widocznie Śmierciożercy zdołali wziąć w niewolę. Wtedy obrońcy ujrzeli, że niósł w ramionach ciało Harry'ego Pottera. Nie było co do tego żadnych wątpliwości.
— NIE! — zawołała rozpaczliwie Minerwa. Chyba dopiero teraz do niej dotarło, że to naprawdę koniec, że nikt nie przyjdzie im z odsieczą, by jeszcze uratować sytuację. Wszystko, w co wierzyła, legło w gruzach, bo ich wybraniec zginął, tak jak wcześniej zginął Albus.
Auriga odnalazła spojrzeniem Lizę. Stała obok niej, blada i zapewne tak samo poruszona tym, co rozgrywało się przed ich oczami. Voldemort traktował to jak starannie wyreżyserowany spektakl, dziedziniec równie dobrze mógłby być dla niego sceną teatru. Cały świat wydawał się ograniczać do tego jednego miejsca.
— Zginął, próbując uciec, by uratować swoje własne życie — mówił, przechadzając się przed tłumem. Wszystkie oczy były wbite w jego wysoką postać. Ciemne powłóczyste szaty Voldemorta unosiły się lekko, gdy kroczył zamaszystym krokiem, przypominając dym. Sączył jad, cynicznie kłamiąc w żywe oczy, roztaczając przed nimi wspaniałą wizję nowego porządku, jaki teraz nastanie.
Chociaż niebo na wschodzie zaczynało już powoli szarzeć, zwiastując nadejście świtu, na zamek padł nagle jakiś wielki cień, jakby nasunęła się na niego ogromna chmura. Sinistra uniosła wzrok i ujrzała krążącą nad Hogwartem chmarę dementorów. Przypominały kłębiący się wir. Auriga nagle pojęła, jakie były intencje Voldemorta. Musiał w jakiś sposób nad nimi panować. Może faktycznie chciał sprawdzić, czy uda mu się przeciągnąć któreś z nich na swoją stronę, a reszty zamierzał pozbyć się za jednym zamachem. Pośle dementorów na tych, którzy nie będą mu się chcieli podporządkować. Wyssą z nich dusze, pozostawiając tylko puste skorupy. Taki los był im przeznaczony. Nauczka i ostrzeżenie dla tych, którzy chcieliby mu się jeszcze sprzeciwić.
Byli zgubieni.
Nagle do przodu wyrwał się Neville Longbottom. Zanim ktokolwiek zdołał go powstrzymać, sam jeden rzucił się na Voldemorta, ale nim na dobre uniósł różdżkę do ataku, został rozbrojony.
— Ty chyba jesteś czarodziejem czystej krwi, dzielny chłopcze? — zapytał mroczny lord, patrząc na niego z góry.
— I co z tego? — zapytał Neville, podnosząc się z ziemi. Uniósł dumnie głowę, spoglądając prosto w oczy Czarnoksiężnika, nie okazując strachu, chociaż był przecież zupełnie bezbronny.
— Okazałeś męstwo i odwagę. Właśnie takich ludzi potrzebuję. Może ty się do mnie przyłączysz? Będzie z ciebie znakomity Śmierciożerca — zaszydził. Najwyraźniej bawił się wybornie, cieszył chwilą swego triumfu. Gdy Neville bez wahania odrzucił jego propozycję, Voldemort przywołał Tiarę Przydziału i obwieścił, że w Hogwarcie nie będzie już tradycyjnej ceremonii.
— Wszystkim wystarczy jedno godło, należące do mojego szlachetnego przodka, Salazara Slytherina. A Neville pokaże nam teraz, co stanie się z głupcami, którzy ośmielą mi się sprzeciwić.
Rzucił na Longbottoma zaklęcie pełnego porażenia ciała, a potem założył mu na głowę Tiarę Przydziału. Obrońcy Hogwartu poruszyli się niespokojnie, niektórzy zrobili krok do przodu, ale przed podjęciem jakiegoś zdecydowanego działania powstrzymały ich wycelowane w nich różdżki Śmierciożerców. Wrogowie mieli zdecydowaną przewagę liczebną. Voldemort zaś wykonał jakiś nieznaczny ruch swoją różdżką i Tiara Przydziału stanęła w płomieniach — a Neville wciąż nie mógł się ruszyć. Ktoś stojący za plecami Sinistry głośno wciągnął powietrze, ktoś inny zaszlochał, kryjąc twarz w dłoniach.
I wtedy, gdy wydawało się, że nadeszła najczarniejsza godzina, gdzieś nad ich głowami rozległ się śpiew feniksa. Wlewał otuchę i odwagę w serca obrońców. Auridze w pierwszym momencie wydawało jej się, że to jakaś halucynacja; przecież Fawkes zniknął, gdy zginął Dumbledore, nie miałby żadnego powodu, żeby tu wracać. Spojrzała w górę bez większej nadziei i ku swojemu zdumieniu nagle go dostrzegła: mały, ognistoczerwony punkcik, niepozorny, a przecież tak jasny na tle wszechobecnej ciemności. Feniks zerwał się do lotu, podrywając z jakiegoś niewidocznego miejsca na krawędzi dachu. Wydawało się, że biło od niego mocne wewnętrzne światło. Dementorzy wciąż kłębili się nad zamkiem, ale sprawiali wrażenie zdezorientowanych. Zaczęli się rozpierzchać i dzielić na mniejsze grupy. A Fawkes wciąż krążył nad dziedzińcem, broniąc obrońców przed zgubnym wpływem dementorów.
Wtedy od strony błoń rozległ się narastający tętent kopyt, a potem powietrze przeciął świst. Nim Sinistra zdążyła sobie uświadomić, z czym kojarzył się jej ten dźwięk, na zaskoczonych Śmierciożerców opadł łukiem deszcz strzał. Nie wszyscy zdążyli osłonić się zaklęciem tarczy. Centaury przemknęły galopem, nawróciły, i już miały nałożone kolejne pociski na cięciwy, nie mniej sprawnie niż zrobiliby to konni łucznicy. Posłali kolejną salwę w stronę przeciwników z drugiej strony, zupełnie rozbijając ich szyk.
W tym samym momencie atak przypuściły hipogryfy i testrale. Niewrażliwe na mroczną aurę, roztaczaną przez dementorów, rozpędziły ich na cztery wiatry, szarpiąc i drapiąc, a potem dosłownie runęły na olbrzymów z zatrważającym okrzykiem bojowym, przypominającym ni to skowyt, ni to kwilenie.
Groźne, gniewne, zacięte.
Wilhelmina w pierwszym momencie nie wiedziała, co się stało. Odsiecz przybyła tak nagle i niespodziewanie, że trudno było się zorientować, kto tak naprawdę zaatakował Śmierciożerców.
Jeszcze chwilę wcześniej razem z innymi bezradnie obserwowała spektakl, jaki urządził Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, bo cóż innego można było zrobić? Podjęli szaleńcze ryzyko i przegrali, a bandyta, który mienił się Czarnym Panem, napawał się swoim zwycięstwem. Udowodnił, że był gotów puścić z dymem cały świat po to tylko, by móc mienić się królem popiołów. O jego potędze miało najwyraźniej świadczyć to, że zdołał zamordować jednego dzieciaka, a teraz znęcał się nad kolejnym.
Wtedy właśnie atak przypuściły centaury, hipogryfy i testrale. Tłum Śmierciożerców rozpierzchł się na wszystkie strony, a Harry Potter, który wydawał się leżeć bez życia, nagle poderwał się na równe nogi. Neville Longbottom zdołał się jakoś wyrwać spod wpływu więżącego go zaklęcia. Zrzucił z głowy płonącą Tiary Przydziału i coś z niej wyciągnął. Błysnęła srebrna klinga.
Ze swojego miejsca Wilhelmina nie widziała dokładnie, co się stało, ale gdy tłum przed nią się przerzedził, dostrzegła na kamiennych płytach dziedzińca wijące się bezgłowe cielsko węża, a Longbottom trzymał w rękach Miecz Gryffindora.
Walka rozpętała się na nowo, bezładna, niezorganizowana i przez to o wiele groźniejsza niż przedtem. Każdy próbował znaleźć jakieś schronienie, umknąć spod stóp szalejących olbrzymów, które oszołomione bólem, brocząc z licznych ran, stały się zupełnie nieprzewidywalne. Tratowały zarówno obrońców, jak i Śmierciożerców. Wilhelmina przypadła do muru. W ostatniej chwili złapała za kaptur wierzchniej szaty jakiegoś dzieciaka, odciągając go z drogi pędzących galopem centaurów.
— Do zamku, prędko! — pogoniła najbliżej stojących uczniów.
Kryjąc się za fragmentami ruin ze zniszczonego muru, stopniowo zbliżali się do wejścia do szkoły. Nie było mowy o tym, by włączyć się do walki; w chaosie, jaki się rozpętał, równie dobrze mogliby trafić wrogów jak i swoich. Uczniowie wyskoczyli zza osłony i ostatnie kilkanaście metrów pokonali biegiem. Wilhelmina nie zdążyła.
Cios padł zupełnie niespodziewanie. Nigdy nie dowiedziała, skąd dokładnie nadleciało śmiertelne zaklęcie. Poczuła tylko mocne uderzenie w plecy, które ścięło ją z nóg, pozbawiając tchu i koszmarny, przeszywający ból w piersi.
Słyszała wokół siebie zamęt i krzyki przerażonych ludzi. Ktoś przebiegł obok niej, a może nawet potknął o jej ciało i przewrócił, ale ona nie miała już siły się podnieść. Chwilę później tuż obok rozległ się stukot kopyt i chrobot pazurów. U jej boku miękko wylądował hipogryf. Wilhelmina z ogromnym trudem odwróciła głowę i spojrzała w bursztynowe oczy, w których czaił się niepokój. Czarnoskrzydła trąciła ją lekko dziobem, wydając z siebie niski pisk. Trzymała skrzydła na wpół rozłożone, jakby chciała ochronić ją przed niebezpieczeństwem. Ale dla Wilhelminy było już za późno. Jej świadomość gasła, i w tym ostatnim przebłysku widziała na miejscu Czarnoskrzydłej inną hipogryficę, tak bardzo do niej podobną, tak znajomą — Kruczopiórą.
Tak, to jej ukochana klacz przyszła po nią. Śmierć przysłała swojego przewodnika, by zabrał ją w dalszą drogę.
Ostatkiem sił uniosła rękę i ostatni raz musnęła pióra na szyi Kruczopiórej… Czarnoskrzydłej.
Reginald… dzieci…
To była jej ostatnia myśl, nim pochłonęła ją ciemność.
Czarnoskrzydła trąciła dziobem dłoń Wilhelminy, raz i drugi. Ale jej ręka opadła bezwładnie. Hipogryfica zakwiliła cienko, żałobnie. W pierwszym momencie nic z tego nie rozumiała. Dlaczego Wilhelmina się nie rusza? Dlaczego nie odpowiada? Dlaczego nie wstaje? A potem nagle pojęła, co się stało.
Uniosła głowę. Pomimo panującego dookoła zamieszania, bezbłędnie wyłowiła z tłumu człowieka, który skrzywdził Wilhelminę. Widziała go przecież z góry, gdy przelatywała nad dziedzińcem. Jeżąc pióra na karku, ruszyła wściekłym galopem w kierunku Śmierciożercy, który, tak jak wszyscy pozostali, szukał sposobności, by przebiec przez dziedziniec i znaleźć schronienie w zamku. W ostatniej chwili spostrzegł atakującego hipogryfa i próbował przed nim uciec, ale na próżno. Czarnopióra dopędziła go i powaliła na ziemię, wytrącając różdżkę. Mężczyzna przeturlał się na bok i próbował odczołgać, usunąć z drogi rozszalałego hipogryfa, ale nie miał na to najmniejszej szansy. Czarnoskrzydła stanęła na tylnych nogach, wściekle bijąc skrzydłami, a potem opadła na Śmierciożercę z rozcapierzonymi szponami, jak ptak drapieżny na ofiarę.
Jej pazury cięły jak długie, ostre noże.
Sinistra niewiele zapamiętała z tego ostatniego momentu bitwy. Głównie potworny zamęt i lecące ze wszystkich stron zaklęcia. Wydawało się, że każdy walczył z każdym, że było tylko kwestią czasu, aż wszyscy się wzajemnie pozabijają. Główna część bitwy przeniosła się do Wielkiej Sali, choć walczono też w holu i na dziedzińcu.
Nie wiadomo skąd, pośrodku tego chaosu pojawił się Harry Potter. Wydawało się, że ten chłopak w krótkim czasie opanował sztukę stawania się niewidzialnym i pojawiania w najbardziej zaskakujących momentach. A może miał po prostu pod ręką swoją sławetną pelerynę-niewidkę. Gdy stanął do ostatecznego pojedynku z Voldemortem, inne starcia przestały się liczyć i raptownie ustały, tak jakby pomiędzy dwiema stronami konfliktu zapanowało nagle jakieś krótkotrwałe zawieszenie broni. Zarówno obrońcy jak i Śmierciożercy obserwowali i przysłuchiwali się temu, co mieli sobie do powiedzenia dwaj śmiertelni wrogowie. Voldemort wydawał się przekonany, że trzyma wszystkie atuty w ręku, ale szybko zaczął tracić pewność, gdy Harry punkt po punkcie wytykał mu błędy w jego rozumowaniu.
Przez wybite okna Wielkiej Sali powoli zaczęło wlewać się złocistoczerwone światło poranka, a chmury na zaczarowanym sklepieniu poróżowiały, ale mało kto to zauważył. Wszystkie oczy były skierowane na najpotężniejszego Czarnoksiężnika i siedemnastoletniego chłopca, którzy stali naprzeciwko siebie.
Sinistra nie wiedziała, czym dokładnie była Czarna Różdżka — opowieści o Insygniach Śmierci znała jedynie z baśni — ale obserwując jak na twarzy Voldemorta, która przypominała dotychczas beznamiętną, białą maskę zaczynały pojawiać się pierwsze ślady zdenerwowania pomyślała, że Potter trafił w sedno. Słowa, które naprawdę nią wstrząsnęły, nie dotyczyły jednak tajników magii i wzajemnych powiązań pomiędzy różdżkami.
— Severus Snape nigdy nie należał do ciebie! Przez cały ten czas był człowiekiem Dumbledore'a! — zawołał Harry.
Sinistra drgnęła, nie wierząc w to, co właśnie usłyszała. Więc Severus… nigdy ich nie zdradził? Przez cały ten czas prowadził podwójną grę, wypełniał w największym sekrecie misję zleconą przez Albusa, starając się ochronić szkołę od środka? W sali rozległ się szmer zdumienia, ale Auriga właściwie go nie usłyszała. Za to wydawało się jej, że tuż obok rozległ się głos Severusa, tak wyraźnie, jakby stał tuż obok niej.
Chcę tylko jednego. Przeżyć na tyle długo, by zobaczyć jego upadek.
Kolejne echo wspomnienia, którego nie potrafiła w żaden sposób umiejscowić. Kiedy mogliby odbyć taką rozmowę?
Ledwie zarejestrowała słowa Harry'ego, gdy ten oświadczył pewnym, mocnym głosem, że to on jest panem Czarnej Różdżki.
Voldemort miał na to tylko jedną odpowiedź.
— Avada Kedavra! — rzekł zimno, celując różdżką w swojego przeciwnika.
— Expelliarmus! — zawołał w tym samym momencie Harry Potter.
Smuga zielonego światła pomknęła na spotkanie szkarłatnoczerwonego. Wszyscy w Wielkiej Sali wstrzymali oddech. Dwa zaklęcia zderzyły się w powietrzu, rozległ się potworny, ogłuszający huk i oślepiający blask.
Voldemort padł martwy.
c.d.n.
