Rozdział dwudziesty pierwszy

Różdżka

Postanowiono więc, że Gellert wyjedzie na kilka miesięcy do Ameryki, aż wiadoma sprawa przycichnie – o ile przycichnie. Najpierw jednak Grindelwald, w towarzystwie prababki Elżbiety, udał się do domu, to znaczy do Nurmengardu, by spędzić parę dni z innymi Grindelwaldami – a kuzynów było wielu.

Prawdę mówiąc, zamek był jego domem tylko symbolicznie, bo Gellert wciąż się przenosił pomiędzy siedzibami licznych krewnych. W Nurmengardzie jednak się urodził, a więc właśnie to miejsce, wedle obyczaju, uznawano za jego główną siedzibę.

Elżbieta wyskoczyła z łódki, przycumowała ją, i przystanęła na chwilę, podziwiając widok.

Zamek robił ogromne wrażenie. Był wielki, usytuowany na stromej skale, skała zaś znajdowała się na magicznej wyspie Tegerstein*, na Jeziorze Bodeńskim. Wschodzące słońce oświetliło białe mury, barwiąc je na tysiąc odcieni, od bladego różu po głęboką purpurę.

- Alpenglühen** – szepnęła wiedźma z nabożnym szacunkiem.

Stali na brzegu, aż słońce wznosło się wyżej i mury przybrały swoją zwyczajną, białą barwę.

- Babciu – spytał Gellert, tknięty nagłym przeczuciem – Czy Nurmengard był kiedyś więzieniem?

Stara czarownica spojrzała na niego, jakby mu wyrosła druga głowa.

- Żaden trzeźwo myślący mag by tego nie uczynił – odparła stanowczo – Choć położenie byłoby odpowiednie. Na skale, do tego na wyspie… Rzecz jasna, nie jest łatwo stąd wyjść, jeśli nie masz różdżki, a pan zamku nie chce cię wypuścić. Ale plany jednoznacznie określają funkcję Nurmengardu. To twierdza i siedziba, nie więzienie.

Po czym, już w zamku, rozłożyła kilka planów i Gellert otrzymał pierwszą w życiu lekcję magoarchitektury, na przykładzie Nurmengardu, Beauxbatons i Azkabanu.

- Masz porównanie – wyjaśniła Elżbieta – Pomiędzy twierdzą rodową, zamkiem użytku publicznego i więzieniem. Jak widzisz, różnice są ogromne.

- Skąd masz, babciu, te plany? Czy nie powinny być tajne?

- Plany Beauxbatons są sprzed wielkiej przebudowy, od tego czasu zamek znacząco unowocześniono. Ten plan na wiele się nie zda, gdyby… Zresztą, jeśli idzie o publicznie dostępne budynki… Nieważne.

- Co, babciu?

- Cóż, i tak się dowiesz – mruknęła Batory – Jeśli chcesz do nich nielegalnie wejść, najprościej jest przekupić kogoś, kto tam mieszka… A co do planów Azkabanu, to tylko szkic. Można go zrobić z lotu ptaka.

- Da się podlecieć tak blisko?

- A od czego mamy lunety? – Elżbieta uśmiechnęła się kpiąco.

- A czy nie ma zaklęć, które zakłócają…

- Są, a jakże – odparła Elżbieta, wciąż uśmiechając się złośliwie – Ale, wyobraź sobie, istnieją też lunety niemagiczne. Te na ogół działają poprawnie.

Ostatnie krople deszczu wciąż spadały z liści, a rozgrzana ziemia już parowała.

Luizjana powitała go ciepła, tropikalną mgłą, jakże odmienną od jesiennych, zimnych, alpejskich mgieł.

Gellert został w Baton Rouge do grudnia, ucząc się tak panowania nad swoją mocą, jak i przyrządzania chutneyów. Prababka Joyce uczyła go odczytywać znaczenie cieni, pokazywała mu lokalne drzewa i zioła, ale nie pozwoliła nawet tknąć swoich szisz.

- W tym wieku palił nie będziesz! – oznajmiła surowo.

- Ale one są lepsze niż przepowiednie. Pokazują, co będzie. – Zaprotestował Gellert.

- Pokazują tylko strzępy przyszłości. Czasem mocno nieprzyjemne. Niejeden próbował powstrzymać to, co uznał za wielkie nieszczęście… i sam sobie rzucał klątwę w stopę. Zawsze trzeba patrzeć na całość – odparła prababka.

Najprzyjemniejsze były jednak deszczowe, parne popołudnia, gdy liczne kuzynostwo grało w planszówki i słuchało gramofonu. A nie był to byle jaki gramofon – prababka Joyce zaczarowała go tak, by można było słuchać muzyki z przyszłości.

Kuzynka Gwendolina najbardziej lubiła piosenkarza grającego na trąbce i wyśpiewującego swoje teksty ochrypłym głosem.

Kuzynka Kailani wolała coś, co piosenki nazywały „twistem", choć prababka Joyce mruczała, że „twister" to paskudne zjawisko pogodowe.

Kuzyn Ehecatl lubił takie wolne, romantyczne piosenki, które Kailani nazywała „samym lukrem, bez ciastka pod spodem".

Kuzynka Przeborka najchętniej słuchała jakiegoś łomotu, który wcale się Gellertowi nie podobał. Za wiele bębnów, rytmu, a za mało melodii.

Jedną piosenkę Grindelwald polubił szczególnie – choć nie miał pojęcia, o co chodziło z tą palmą.

I'm a steamroller baby
I'm 'bout to roll over yo
I'm a steamroller baby
I'm 'bout to roll over you
I'm gonna inject your soul
With some sweet rock'n'roll
And shoot you full of rhythm and blues

I'm a napalm-bomb
Guaranteed to blow your mind
I'm a napalm-bomb

Guaranteed to blow your mind

If I can't have your love now baby

There won't be nothing left behind

* wyspa/zamek Tegerstein pojawia się w starych kronikach i na starych mapach; miała być całkiem spora, oceniana na 2000 m2. A jednak – zniknęła. Nie ma jej.

** Pono zowie się to w naszej mowie „zorza alpejska", azaliż pojawia się wszędy, gdzie skały stoją wysokie. Sama widziałam nawet na Pałacu Kultury.

Czas płynął szybko. Nadszedł grudzień i Gellert powrócił w Alpy, razem z całą watahą kuzynów. Nie można było przecież zmarnować sezonu narciarskiego, prawda?

Prababka Ludwika, która najwyraźniej lepiej się czuła, w wolnych chwilach wyczarowywała przepiękne bańki i łańcuchy choinkowe – a choinek w Linderhofie było chyba tysiąc. Obrazy i zbroje śpiewały kolędy, z sufitu spadały zaczarowane płatki śniegu, wielkie i mieniące się wszystkimi kolorami tęczy.

Dopiero wtedy Gellert przypomniał sobie o liście od Aberfortha. Dostał go zaraz przed wyjazdem i, szczerze mówiąc, nie bardzo miał ochotę otwierać. Kiedy go jednak w końcu przeczytał, zawstydził się bardzo. Prababka Ludwika pomogła mu więc wyczarować piękną świąteczną pocztówkę i wybrać prezenty dla rodzeństwa Dumbledore`ów. Aberforth otrzymał opasłą księgę o anatomii magicznych zwierząt, autorstwa samej Ludwiki. Ariana, która ślicznie rysowała, dostała komplet kredek „Tysiąc kolorów magii", a Albus… No dobra, tego Gellert nawet nie wiedział, to było jakieś nadęte dzieło o historii magii.

Przy świątecznym stole zasiadło mnóstwo ciotek, kuzynów, współpracowników tudzież znajomych. Zjedzono siedem piętrowych tortów. Rozpakowano tysiące prezentów. Prababka Ludiwka nakazała skrzatom skrzętnie pozbierać kolorowy papier i wstążeczki (Gellert wiedział, że nie ma mowy o rwaniu ślicznych opakowań – papier trzeba było delikatnie rozwinąć, a potem porządnie poskładać. Był tak nasycony magią, że, raz porwany, nie dawał się posklejać żadnym Reparo).

Gdzieś pomiędzy tortem migdałowym a czekoladowym, Gellert zauważył, że prababka Elżbieta rozmawia z Ferencem. Grindelwald uśmiechnął się do siebie. Może jego złe przeczucia się nie sprawdzą?

A gdy w górę wystrzeliły fajerwerki, zapomniał już zupełnie o swoich zmartwieniach.

Kolejne dni i tygodnie mijały, jak różdżką machnął. Narty, konie, planszówki, książki. No i oczywiście ćwiczenia, które miały mu pomóc panować nad tym, co Widzi.

Spod śniegu wystrzeliły pierwsze przebiśniegi, potem krokusy, które ustąpiły miejsca konwaliom. Zamek Neuschwanstein szykował się na przyjęcie pierwszych uczniów.

- Babciu – zagadnął Gellert – Jakie symbole Domów wybrałaś?

Ludwika uśmiechnęła się tajemniczo.

- Zobaczysz we wrześniu.

A ze szkołą było jeszcze mnóstwo pracy. Od sztućców przez łóżka po miotły, wciąż czegoś brakowało. Najtrudniej było jednak z rodzicami.

Ludwika i jej kuzynka Sydonia miały wprawdzie wpływy w świecie magicznym, a na mugolach, jako dystyngowane arystokratki, robiły wrażenie. Ale.

Ale…

Czarodzieje czystej krwi mieli swoje obiekcje.

- Wspólnie z mugolakami, Sydonia? – Befana Lastrega załamała ręce – Oni…oni mają wszy! Trzeba ich uczyć mycia rąk i zmieniania bielizny! A te ich przesądy! Ten ich Bóg! Moje wnuczki mają się uczyć z chłopcami, którzy myślą, że kobieta to istota upośledzona umysłowo i fizycznie?

Sydonia von-Einmal-Eins policzyła w myślach do dziesięciu, najpierw wprzód, potem wspak. Problem polegał na tym, że Befana miała sporo racji…

- Mugolacy oduczają się swej arogancji po pierwszym bardziej… intensywnym spotkaniu z wiedźmą – odparła ostro – Weź pod uwagę, że jest to dla tych dzieci zupełnie nowy świat. – Dodała spokojniej. – Są bardziej wystraszeni niż zadufani w sobie.

Mugole też mieli swoje obiekcje.

- Wspólna nauka dziewcząt i chłopców? – Kupcowa załamała ręce. – Kto potem zechce moje wnuczki za żony?

Sydonia zgrzytnęła zębami. Nienawidziła tego mugolskiego targu panien na wydaniu. Zdobyć męża, tylko to się liczyło. Robić wszystko, by się podobać. Jak małe pieski, chodzące na dwóch łapkach, by dostać przekąskę.

- Szanowna pani, czyż nie powinno się wybierać małżonka wśród równych sobie? – odparła poważnym tonem.

Kupcowa zamrugała.

- Ma pani na myśli… waszych młodzieńców? – zapytała.

- Rzecz jasna – odpowiedziała Sydonia – Czy wyobraża sobie pani skandal, który mógłby wybuchnąć, gdyby jeden z niemagicznych dżentelmenów odkrył, jakie zdolności ma jego narzeczona? Mógłby zerwać zaręczny… A co dopiero, gdyby odkrył magię u swoich dzieci? Jakże by się wtedy poczuł?

To dało kupcowej do myślenia.

- My, magiczni, nie jesteśmy licznym ludem – tłumaczyła Sydonia – Dlatego pragniemy, by nasze dzieci poznały swoich rówieśników. By mogły przebywać w towarzystwie, gdzie nie muszą kłamać i ukrywać swojej natury. A co do… nieobyczajności. Czy myśli pani, że nie mamy na to sposobów?

- Młodzi bywają tak nierozsądni… - westchnęła kupcowa – I potrafią zrobić wiele, by obejść najsłuszniejsze ograniczenia.

- Moja kuzynka, księżna von Bayern – Sydonia podkreśliła to nazwisko, wiedząc, że robi wrażenie – Nie dopuści do żadnej niesubordynacji.

Bywały i gorsze przypadki…

- Z katolikami? Żydami? Cyganami? Po moim trupie! – Pastor uderzył pięścią w stół. – Każdą wadę i słabość można wyplenić dyscypliną i ciężką pracą!

- A pamięta pan, co się stało, gdy spróbował pan zdyscyplinować syna? – Odparowała Ludwika.

To znaczy, kiedy naprawdę przesadził z ową dyscypliną, zdaje się… Bo takie drobiazgi, jak uderzenie w twarz czy straszenie diabłem to najwyraźniej było w tym domu normalne.

Zresztą, wśród mugoli to było normalne.

- Pamięta pan? – Powtórzyła z mocą Ludwika.

Pastor skrzywił się na samo wspomnienie.

- Ale złe zachowania należy karać, by grzech…

- Tłumaczyłam już panu, że mocy nie da się zniszczyć brutalnością. – Stwierdziła Ludwika królewsko-ministerialnym tonem.

- Jestem jego ojcem! Mam prawo go karać!

- Jak wykazało doświadczenie, nie może już pan – odpowiedziała zimno Ludwika – A może się mylę?

Mężczyzna milczał przez chwilę.

- Jesteście w stanie zapanować… nad tym? – zapytał cicho – Tak wstyd… Grzech!

- To żaden wstyd. Każdy może wytresować pieska, prawda? – Ciągnęła Ludwika.

- Tak – ożywił się pastor – Moja matka miała cztery pudelki, które pokazywały niezwykłe sztuczki… Ale co to ma do rzeczy?

- Pieska może wytresować każdy. Ale pański syn ma moc tygrysa. By nad nią zapanować, trzeba specjalisty – wyjaśniła cierpliwe Ludwika.

- Obiecuje pani, że on będzie normalny? Będzie ukrywał tę… odmienność? – W oczach mężczyzny pojawiła się nadzieja.

- Jak już mówiłam, nasze prawo go do tego zobowiązuje…

I tak dziesiątki razy… „Z mugolactwem? Tymi brudasami?" „To grzech!" „A co z uczestnictem we mszy świętej?" „Mugolscy chłopcy są źle wychowani! Dziewczęta, owszem, ale te dzikusy?" „A kto się z nią potem ożeni?" „On ma przejąć warsztat!" „Od wieków sami uczyliśmy dzieci magii, sami wiemy lepiej, jak to się robi?" „Z Żydami?" „Z Polakami?" „Z Niemcami?" „ Jak to, obowiązek edukacji? Ale jej przodkowie chodzili do Durmstrangu, tradycja…"

- Zdumiewające – westchnęła Ludwika, patrząc na „swoich" nauczycieli – Jak niewielu ludzi obchodzi, czego się będą uczyć ich dzieci. O wiele bardziej interesuje ich, z kim. Ewentualnie, czy będziemy ich przymuszać do pacierzy. Albo ich im zabraniać.

- Przyzwyczaisz się – mruknęła Sydonia.

- Musimy ci wybrać różdżkę, Gellercie – oznajmiła prababka Ludwika.

- Wspaniale, babciu! Ale… Jest dopiero początek maja…

- Różdżkarze pracują przecież przez cały rok. A w naszym przypadku wolałabym unikać rozgłosu. Jutro pojedziemy do Zürichu.

Wycieczka latającym powozem była czystą przyjemnością. Oprócz Gellerta, Ludwika zabrała ze sobą dwoje mugolaków – Hipolita i Hodel. Hipolita Gellert już znał – chłopaka przygarnęli jacyś krewni prababki Elżbiety. Hodel musiała opuścić dom, bo jej rodzina nie doszła do ładu z magią…

Różdżkarnia mieściła się w drewnianym, malutkim domku, jednym z tych, które są o wiele większe w środku, niż na zewnątrz. Szyld głosił: „Różdżki – Yvette, Kalina, Tulia i Erle Baumgärtner".

Różdżkarka przywitała ich radośnie. Była wysoką, szczupłą, wręcz kościstą wiedźmą; spiczasta tiara na jej głosie i powłóczyste, fioletowe szaty jeszcze wydłużały jej sylwetkę.

- Yvette Baumgärtner – przedstawiła się – Zacznijmy od młodej damy… Mirt, jak mniemam, sądząc z imienia…

Siedem różdżek później, magia zdecydowała. Nie był to mirt lecz ku zdumieniu Ludwiki, vachelia.

- A cóż to takiego? – spytała stara wiedźma.

- Fieberbaum, drzewo gorączkowe. Z włosem z grzywy abraxana, dwunastka.

- Nie chcę chorować – szepnęła Hodel.

- Każde drzewo coś znaczy. – Cierpliwie wyjaśniała wiedźma. – Mirt jest w twoim imieniu, dlatego od niego zaczęłyśmy. Drzewo gorączkowe rośnie na bagnach, na południu Ameryki. Osadnicy oskarżali je o to, że powoduje gorączkę. Tak naprawdę choroby roznoszą komary, a z kory drzewa robi się lekarstwa. To dobre drzewo.

Hipolit trafił już za drugim razem. Lipa z włosem jednorożca.

Gellert potrzebował aż trzynastu różdżek. Jarzębina przyjemnie zawibrowała mu dłoni. Baobab wydawał się pasować. Dębowa różdżka wystrzeliła snopem iskier; końcówka cisówki rozjarzyła się przyjemnym blaskiem. Ale pani Baumgärtner wciąż kręciła głową, nieprzekonana. Wreszcie…

Buk. Buk płaczący z piórem żar-ptaka, trzynaście cali.

- Nic dziwnego – stwierdziła prababka Charlotta, kiedy Gellert pokazał jej swoją nową różdżkę. – W bukowym drewnie wycina się runy do wróżenia. Dawniej mugole trzymali wróżebne konie pod świętymi bukami. A i żar-ptaki są związane z przepowiedniami…

- Płaczący buk… - zmartwił się Gellert.

- I dobrze – odparła prababka – Zwykły buk to drzewo bogów. Wyniosłe. Pnące się do nieba. Dobre dla wizjonerów, przywódców duchowych i marzycieli. Dla pięknoduchów i teoretyków. Nie pasuje to do ciebie. Ty, jak widzę, prędko przechodzisz do działania, choć fantazji ci nie brakuje.

Swoje wątpliwości co do owych czynów Charlotta zachowała dla siebie.

Vachellia xanthophloea Ktoś wie, jak się po polski nazywa Vachellia xanthophloea

, ergo fever tree?

8