Snape chyba jednak miał jakieś ukryte pokłady zrozumienia i współczucia, skoro W późniejszym okresie czasu ani słowem nie poruszył tematu mojej okropnej zmiany.
Nie dało rady jednak mieszkać z kimś w jednym domu i nie rozmawiać w ogóle. Więc zarówno ja, jak i Snape znaleźliśmy kilka neutralnych tematów, które nie sprawiały, że któryś z nas się denerwował.
Reportaże w gazecie były bardzo pomocne. Obydwoje z równą zjadliwością denerwowaliśmy się na poczynania Knota. Wywracaliśmy oczami na każdą wzmiankę w artykułach na temat rodziny Malfoy i obydwoje uważaliśmy, że codziennie wstawiane krótkie wróżby na odwrocie gazety, są równie zabawne, co połykanie szkła, a mimo to i tak każdy z nas je codziennie czytał jakby były to nie wróżby, a dowcipy.
Nie miałem ze sobą żadnych książek, ani prac domowych do odrobienia, więc często przeszukiwałem półki by poszukać jakiś tytułów by zająć swój czas, podczas, gdy Snape zajmował się jakimiś swoimi badaniami w małej pracowni do eliksirów w piwnicy.
Mężczyzna ku mojemu zaskoczeniu, widząc jak męczę się z niektórymi tytułami czytając najwyżej po dwie kartki dziennie, dał mi kilka książek przygodowych i po raz pierwszy w życiu mogłem zrozumieć, dlaczego Hermiona zawsze miała coś pod ręką do czytania. Historia młodego odkrywcy, który badał jakieś starożytne przeklęte ruiny w Amazonii była mieszanką fikcji i faktów. Seria zajęła mi czas na kilka dni i pozwoliła naprawdę skutecznie zapomnieć o tym jak bardzo jest teraz moje własne życie popaprane.
Przez dwa pierwsze tygodnie nie padło ani razu imię dyrektora. Nie wspomnieliśmy także ani słowem o Hogwarcie, oraz jego roli nauczyciela i szpiega. Sam też nie poruszałem nawet w swoich myślach tematu swojej przeszłości, przerwanej edukacji czy odebranych przyjaciół. Sam zakazałem sobie też myśleć o sobie, jako o Potterze. Byłem Dan. Bez nazwiska. Bez niczego. Tabula rasa.
Poruszanie się wychodziło mi coraz lepiej i schody, kiedyś mój największy koszmar, stały się z czasem polem do treningu. Gdy przechylałem się w tył za barierkę i utrzymując się za pomocą ogona, zwinnie i szybko, praktycznie z głową w dół, potrafiłem przesunąć swoje ciało z jednego piętra na drugie omijając całkowicie stopnie nawet ja sam byłem z siebie dumny. Choć Snape, gdy mnie przyuważył przy wykonywaniu tego manewru przez chwilę stał i po prostu mrugał z głupkowatym wyrazem na twarzy, który wyrwał mi pierwszy chichot z ust od tygodni.
Zdołałem już też zbadać najbliższą okolicę, choć Snape zakazał mi wyraźnie opuszczać granice ogrodu zbyt często. Wspinanie się po drzewach i przesuwanie swojego ciała między gałęziami przypominało mi prawdziwą zabawę w małpi gaj.
Starałem się żyć chwilą.
Zaczął się lipiec i cały dom i ogród zalało palące na skwar słońce.
Nie miałem siły się ruszać i myśleć, a moje ciało podczas tego gorąca tak się rozleniwiło, że jak tylko wychodziłem na słońce, kładłem się w trawie i nie ruszałem przez dobre parę godzin.
Jednak, gdy moje lenistwo w cieple zmieniło się w tydzień, Snape się zirytował.
- Dobrze, że nie dostałeś jeszcze do tej pory udaru. Ale teraz już najwyższy czas z tym skończyć, bo inaczej następnym razem jak pojawisz się na słońcu to chyba usmaży cię już całkowicie. Marudził, gdy podawał mi maść na oparzenia. Mimo że wyraźnie moje łuskowane ciało lubiło promienie UV to moja ludzka skóra niełatwo to znosiła.
- Musisz się nieco ochłodzić i poruszać.
Popatrzyłem na niego pytająco, a on westchnął.
-Niedaleko jest rzeka. Przy takiej temperaturze woda powinna być znośna, a jesteśmy na tyle daleko od..
- Chodźmy tam. Nie musisz mnie przekonywać. Chodźmy tam teraz.
- Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę że z twoim ciałem może być ci trudno pływać, i nie jesteśmy na „ty" panie Da…
- Przepraszam pana. Ale ja chce tam iść. Gdzie to jest? Który kierunek muszę obrać?
- Około dwa kilometry wzdłuż lasu na zachód - Zerwałem się natychmiast i już chwile później miałem w jednej dłoni ręczniki, a w drugiej plecak, do którego wrzucałem jabłka i wodę do picia. Gdy wróciłem do salonu Snape wciąż stał w tym samym miejscu.
- Wciąż nie pozwolił mi pan dokończyć. - Powiedział gorzko zakładając na piersi swoje dłonie.
Opadłem na podłodze do siadu i spojrzałem na niego wyczekująco w górę. Miałem nadzieje, że wyglądam niewinnie.
- Teraz już słucham. Przepraszam.
Snape, więc zaczął mnie pouczać o tym, że nie mogę się oddalać od rzeki nie ryzykować z wchodzeniem na głębiny, pamiętać o ukryciu się gdybym kogoś spotkał Nie, nie i nie…
Słuchałem i kiwałem głową. Starając się nie śmiać. Nagle dupek Snape, zaczął przypominać mi Hermionę z tymi jego wszystkimi zasadami i powagą.
- Dobrze profesorze. Możemy już iść?
Snape westchnął jakby pisał się na kontrakt z diabłem i ruszyliśmy w drogę.
Szedł ścieżką wzdłuż lasu szurając stopami i tak wykończony jakby sam się roztapiał. Nie dziwota. Wciąż nosił te swoje szaty w taki upał.
Dla mnie samego perspektywa zanurzenia się w wodzie podziałała jak wyzwolenie z piekła. Nic mnie teraz nie powstrzyma. Gdy znalazłem wystarczająco wysokie drzewo wspiąłem się po pniu i zacząłem przemieszczać przesuwając z gałęzi na gałąź. Snape obserwował mnie w milczeniu.
Gdy około 20 minut później dotarliśmy do wody uśmiechnąłem się szeroko. Zimna woda.
Natychmiast skierowałem się w jej stronę i znalazłszy dogodne zejście zacząłem badać dno. Nie było aż tak głęboko, a rzeka nie należała do dużych. W najgłębszym miejscu, jakie zlokalizowałem było może najwyżej trzy metry, z moim teraz długim na kilka metrów ogonem nie stanowiło to problemu. Musiałem jednak nieco uważać na ostre skałki. Ale rybki były super. Malusieńkie nie większe jak na trzy centymetry rybki pływały całymi chmarami dokoła mojego ciała z zainteresowaniem obserwując mój ogon. Zerknąłem na brzeg. Snape siedział w cieniu drzew na wyczarowanym przez siebie fotelu i czytał książkę.
Wysunąłem się z wody i zbliżyłem do niego wycierając szkła okularów palcami.
- Profesorze. Może zanurzy pan przynajmniej nogi. Woda jest przyjemna.
Snape podniósł wzrok znad tekstu.
- Nie. Oszczędzę sobie tej przyjemności pozostawiając ją tobie.
- A nie zdejmie pan przynajmniej szaty? Nie musi się pan męczyć w tych czarnych ciuchach, nie jesteśmy w szkole, a ja nikomu nie powiem.
Snape skrzywił się na mnie. Po czym marszcząc brwi sięgnął po różdżkę i rzucił zaklęciem w moje okulary.
Woda, która na nich została natychmiast znikła, a ja zamrugałem z ulgą. Snape przyniósł mi nowe okulary jeszcze w pierwszym tygodniu naszego wspólnego egzystowania. Czarne oprawki z zielonymi zausznikami. Nie były okrągłe jak moje stare raczej bardziej stonowane. W sumie to mi się podobały i widziałem w nich wszystko niesamowicie ostro.
- Teraz woda nie będzie zostawać na twoich szkłach. Powiedział jakby był to koniec konwersacji.
Westchnąłem, ale wróciłem na brzeg dziękując za zaklęcie.
Usiadłem w wodzie na skale i pozwoliłem by prąd ciągnął mój ogon w dół rzeki. Nie ruszałem się oczekując. Wkrótce rybki powoli podpłynęły i zaczęły mnie skubać po ciele swoimi małymi pyszczkami. Łaskotało to niesamowicie. Nie ruszałem się obserwując je i uśmiechając się bądź chichocząc, co chwilę gdy rybki znalazły jakieś miejsce na moim ogonie które wywoływało łaskotki.
- Panie Dan? Co pana tak bawi?
Podniosłem głowę. Snape stał na brzegu i marszczył brwi w moją stronę.
- Rybki.
- Słucham?
Zachichotałem.
- Rybki. Pływają tu malusieńkie rybki i jak się nie ruszam to zaczynają mnie skubać swoimi pyszczkami po ciele. To łaskocze.
Snape uniósł wysoko brwi.
- Jakby były to piranie zostałyby z ciebie same kości.
- Nie ma piranii w wielkiej Brytanii.
Snape nie odpowiedział, a ja zacząłem się zastanawiać czy on nie starał się zażartować. Ale ta jego poważna mina…
Patrzył się on w stronę mojego ogona bardzo uważnie. W świetle słońca w wodzie błyszczał się on naprawdę sympatycznie. Nie wiem jak widział to Snape. Ale dla mnie było to jakby każda z moich łusek błyszczała się kolorami szmaragdowej tęczy. Pogładziłem swoje biodro palcami czując miękkie łuski. Po raz pierwszy pomyślałem, że nie są aż tak paskudne. Zdawały się emanować wręcz jakąś tajemniczą poświatą, która otaczała cały mój ogon.
- Może jednak zdejmie pan szatę i zanurzy przynajmniej stopy? -Zapytałem wracając do niego wzrokiem. - I da się pan poskubać rybką. – dodałem z uśmiechem.
Snape patrzył na mnie chwilę i w końcu ku mojemu szokowi zdjął szatę. Byłem pewien, że te setki guziczków będą odpinane wieki. Ale on przesunął tylko dłonią miedzy materiałami i one same się odpięły. Pod spodem miał on biały podkoszulek, który wyraźnie przylegał do jego ciała, a mnie zaskoczył ten niezwykły widok bardziej niż cokolwiek w życiu.
Snape wcale nie był takim chucherkiem jak myślałem. Wcale też nie był patykowaty. Mimo że nie zdjął koszulki wyraźnie było widać wąskie biodra i lekko zarysowane mięśnie ramion. Nie był może umięśniony jak jakiś sportowiec, ale wyraźnie było widać, że robił coś by trzymać swoje ciało w formie. Ale co? Nigdy nie widziałem go nawet idącego szybciej. Snape schylił się i zdjął buty podwijając spodnie do kolan i dostrzegłem coś jeszcze. Znak na jego ramieniu.
- Wiedziałeś, że tu jest. Nie ma na co się gapić.
Podniosłem wzrok na jego twarz i zrozumiałem, że musiałem przyglądać się znowu nieco dłużej niż myślałem.
- Tak. -Powiedziałem tylko odwracając wzrok i ponownie skupiając się na wodzie. Westchnąłem starając się wyrzucić zbędne informacje z głowy.
To już mnie nie dotyczyło. Nie ważne. Voldemort już na mnie nie poluje i nie jestem istotny, nie jestem już dla niego ważny.
Przynajmniej jakieś pozytywy.
Snape wędrował po kamienistym gruncie powoli, ale już wkrótce stanął obok mnie. Razem ze mną w milczeniu przez chwilkę obserwował rybki. Ze względu na to ze sam się nie ruszał te zainteresowały się także jego stopami.
Zerknąłem przez ramię jak parę z nich zaczęło skubać jego łydki.
Znowu mieć nogi. Móc chodzić i biegać.
Było by super.
Snape miał naprawdę spore stopy. Widok skubiących jego skórę rybek uspokoił mnie.
- Ile widzisz barw, gdy patrzysz się na swój ogon?
Podniosłem wzrok i zrozumiałem, że tak jak ja się gapiłem na jego stopy tak on gapił się na mój ogon.
Wróciłem wzrokiem do swojego ciała.
Jak to opisać? Nie wiedziałem w końcu, co on widział.
-teraz wydaje się nadzwyczaj błyszczący. Taki tęczowy. Na tle moich czarnych łusek dostrzegam załamujące się barwy zielonej tęczy. Tak jasne i kolorowe, że aż widzę poświatę.
Wyciągnąłem dłoń i zatrzymałem ją powoli około dwa centymetry od swojego ciała.
-Tak intensywne barwy, że dostrzegam to jak jakiś kolorowy przezroczysty dym wokoło mojego ogona, a jednocześnie wciąż przebijają się czerń. Moje łuski są bardzo ciemne.
Podniosłem wzrok na profesora.
- A jak Pan to widzi?
Snape spojrzał w moje oczy. Trudno było mi powiedzieć, co myślał ale jego głos był bardzo poważny.
- Na pewno nie taką kaskadę barw. Widzę również kolory odbijające się w twoich łuskach, ale to raczej odbicie słońca sprawia, że mam wrażenie, że nagle stały się one bardziej błyszczące. Jakby każda łuska miała poświatę innego odcienia czerni i zieleni. Niestety pojęcie tęczy zieleni jest mi całkowicie obce. Nie widzę tego.
Uśmiechnąłem się do niego.
To nie brzmiało jakby się mnie brzydził.
Poruszyłem się lekko i rybki pouciekały w mgnieniu oka.
- Jest piękny.
Zamarłem słysząc jego słowa.
Przez parę sekund zdawało mi się, że się przesłyszałem. On nigdy by nie powiedział czegoś takiego na głos. Słowo "Piękny" do opisania czegokolwiek, nie istniało w słowniku Snape'a. To było fizycznie nie możliwe. Gdy już chciałem uznać to za omany słuchowe, dostrzegłem kontem oka, że całe ciało Snape'a zesztywniało i Zdawał się być napięty na całym ciele do granic możliwości. To nie była normalna reakcja. A to znaczyło… że on naprawdę to powiedział.
Na moją twarz wystąpił rumieniec paląc mi policzki. On to powiedział, a sądząc po jego reakcji wyrwało mu się to wbrew jego woli. Przez dobrą minutę ani ja ani Snape nie poruszaliśmy się nawet o minimetr.
Rybki powoli ponownie podpłynęły do mojego ciała i tym razem jak poczułem delikatne skubnięcie zareagowałem niczym na wystrzał z pistoletu.
Obróciłem się i wycofałem się szybko w górę rzeki do trochę głębszej wody mijając Snape'a i nie patrząc na niego.
Zanurzyłem głowę pod wodę i uderzyłem się parę razy w twarz starając się otrząsnąć z szoku i wrócić do równowagi. Policzki jednak wciąż mnie paliły żywym ogniem.
Wynurzyłem głowę i spojrzałem w stronę nieba jakbym chciał znaleźć tam spokój. Woda spłynęła z mojego ciała. Odgarnąłem włosy do tyłu. Wziąłem dwa uspokajające oddechy. Nie pomogło.
Wróciłem spojrzeniem na Snape'a. Stał tam gdzie był i … patrzył na mnie.
Moje życie, chyba nigdy nie będzie normalne.
Notka. Do zobaczenia w przyszłym tygodniu.
