Chapter Text

Notka. Udało mi się poprawić i oto przed nami. Drugi rozdział w ten weekend!

Od przyszłego tygodnia ta tendencja może się zmniejszyć, bo będę miała sporo pracy, ale z całą pewnością w piątek, albo niedzielę będę dodawała rozdziały.

Pozostawcie jakieś komentarze i pozdrawiam.

Fantastmania.

Dan

Gdy Snape wyszedł jeszcze przez chwilę patrzyłem się na miejsce, z którego się teleportował. Ten dzień musiał nastąpić. Dzień prawdy.

Mimo, że zaczęło mi się podobać to życie z Snape'em to wiedziałem, że nie mogło trwać to wiecznie. Wiedziałem to, ale i tak trudno było mi się z tym pogodzić.

Zabrałem się za tort. Najpierw upiekłem cienkie biszkopty. Potem zająłem się masą. Zdecydowałem się na mieszankę składającą się z kremu waniliowego, czekoladowego i kawowego. To powinno mu smakować.

Na koniec dekorację. Zrobiłem do tego malusieńkie ziarenka kawy z ciasta. I trochę bitej śmietany. Wyglądał elegancko i byłem pewien, że też będzie mu smakował, bo ograniczyłem cukier jak tylko mogłem.

Ponieważ go wciąż nie było, zdecydowałem się przejąć dzisiejsze obowiązki skrzata na siebie i ugotować nam obiad.

Wołowina na winie z zapiekanymi ziemniakami, oraz świeże liście sałaty w nieco słodszym sosie.

Skrzat ciągle się plątał obok mnie dopytując się czy czegoś nie może zrobić. Ale ja naprawdę chciałem to zrobić sam.

Właśnie krytycznie oglądałem ziemniaki zastanawiając się czy przypadkiem nie dodałem za dużo soli, gdy usłyszałem odchrząkniecie.

Obróciłem się gwałtownie.

Snape stał w drzwiach do kuchni unosząc brwi.

- Co robisz?

Uśmiechnąłem się do niego.

- Postanowiłem coś sam dzisiaj przyrządzić. Możesz usiąść do stołu zaraz wszystko przyniosę.

Snape uśmiechnął się krzywo. Po czym przywołał zaklęciem kieliszki.

- Ma pan ochotę na wino panie Dan?

Pokiwałem tylko głową, a on wyszedł.

Skrzat w końcu mógł mi pomóc przy przenoszeniu wszystkiego na stół w jadalni gdzie Snape właśnie nalewał wino do dwóch lampek.

Usiedliśmy i podczas posiłku prowadziliśmy luźną rozmowę o niczym. Potem przyszedł czas na deser. Gryzek posprzątał szybko przynosząc kawę i tort. Snape obserwował jak odkrawam mu kawałek kładąc na talerzyk.

- wszystko było wyśmienite. Nie wiedziałem, że potrafisz tak dobrze gotować.

Wzruszyłem ramionami połechtany pochwałą.

- Często gotowałem i piekłem u Dursleyów. Zważywszy na to, że Dudley pochłaniał gigantyczne porcje zawsze było u nich zapotrzebowanie na jedzenie.

Skąd to zainteresowanie gotowaniem? To raczej nie jest popularne Hobby wśród młodzieży.

Poruszyłem się niespokojnie.

- Cóż. Musiałem coś robić by później samemu móc coś zjeść, więc trudno to nazwać hobbym… - przerwałem, zdając sobie nagle sprawę, że powiedziałem za dużo. – Ale to nie istotne. Jak panu podobał się pomysł tych małych ziarenek o smaku kawy? Wygląda to oryginalnie, prawda?

- Dan. Co miałeś na myśli mówiąc, że musiałeś coś robić by dostać jeść?

Wzruszyłem ramionami czując, że się czerwienie.

- to nic istotnego. Może ma pan ochotę na jeszcze jeden kawałek ciasta? Bo jak nie to odniosę resztę do kuchni.

Chwyciłem tace, ale dłoń Snape'a, która nagle złapała moje ramie zatrzymała mnie.

- Powiedz mi.

Poczułem się nagle słabo. Dlaczego on naciskał? Przecież… to już nie ważne. To nie istotne. To nawet nie moje życie.

- Dumbledor postawił cię w bardzo niekomfortowej sytuacji. Jeżeli nie nauczysz się, w jaki sposób możesz odzyskać swoje nogi, wyśle cię w sobie tylko znane miejsce.

Poczułem strach.

- odesłać? Gdzie?

- Gdzieś poza Wielką Brytanie.

Poczułem się po raz kolejny ostro zdradzony przez tego starca. Teraz. Po tym wszystkim. Chce się mnie po prostu pozbyć. Znowu.

- Jeżeli nie chcesz grać jak Dumbledor ci zagra, musisz nauczyć się zmiany. W ten sposób wróciłbyś do Hogwartu.

- mógłbym wrócić?

- Tak. Ale teraz powiesz mi dzieciaku to, co chce usłyszeć. O co chodziło z Dursleyami. Co znaczyło to, co powiedziałeś?

Westchnąłem.

-Chyba mogę śmiało powiedzieć, że znaczyło to dokładnie to, czego się pan domyśla.

Snape milczał chwile. Jego dłoń wciąż trzymała moje ramie.

- to nie była kochająca rodzina jak mniemam.

Pokręciłem głowa.

- nienawidzą magii. -Powiedziałem po prostu.

- czy bili cię.

Skuliłem się w sobie.

- Czasami.

- Zamykali? Głodzili?

Pokiwałem tylko głowa. Nie ufałem swojemu głosowi.

Dlaczego teraz? Dlaczego teraz to zdradzałem? Przyznawałem się do upokorzeń, które trwały latami.

- Dlaczego nigdy nic nie powiedziałeś?

Głos Snape'a brzmiał łagodnie. Nie współczująco. Ale i bez zwyczajowej ostrości.

Wziąłem uspokajający oddech i uśmiechnąłem się wymuszenie.

- Tyle się zawsze w szkole działo. Magia. Hogwart, nauka. Wszystko było takie nowe i takie dobre a jednocześnie przerażające, że nie zawracałem sobie głowy swoim życiem u wujostw… to znaczy w sumie to nie moje wujostwo… ale… no cóż. Tak naprawdę to dopóki nie dostrzegłem podobizn moich… to jego rodziców w zwierciadle Ain Eingarp. To nie wiedziałem nawet jak wyglądali James I Lily Potter.

Snape milczał, ja też zamilkłem na dłuższą chwilę. Wiedziałem do jakich wniosków doszedł Snape. To nie było trudne. Zdradziłem się i odsłoniłem w najbardziej możliwy sposób.

Może wcześniej nie zdawał sobie z tego sprawy. Ale teraz na pewno doszedł do tych wniosków bez problemu.

Moim największym marzeniem było mieć rodzinę. Kochającą rodzinę. Tak bardzo tego pragnąłem, że w zwierciadle pojawiły się twarze ludzi, których uważałem za rodziców mimo, że byli oni już martwi. I na pewno rozumiał też już, dlaczego czułem się zdradzony przez Dumbledora bardziej, niż uważał na początku. Dumbledor zabrał mi nawet wyobrażenie tego jak mogło by wyglądać moje marzenie.

Teraz nie miałem już naprawdę nic. Jakbym spojrzał w zwierciadło dnia dzisiejszego, nie było by ono wstanie pokazać tego, czego pragnę najbardziej. Bo o ile byli to wcześniej moi utęsknieni kochający rodzice. To teraz pewnie za każdym mrugnięciem oka widziałbym coś innego.

Nie… nie byłem szczęśliwy…

- Musisz się skupić na odzyskaniu twoich nóg. To teraz najbardziej istotne. Gdy to się stanie będziesz mógł wrócić do szkoły.

- A co jeśli nie będę w stanie ich odzyskać?

- Wtedy zostanę z tobą.

Zamrugałem patrząc na niego w szoku. Widziałem coś twardego w jego oczach.

- A szkoła? Voldemort? Przecież….

- Będą musieli sobie poradzić beze mnie. Obydwoje, Czarny pan i Dumbledore są siebie warci. Jak dla mnie mogą się teraz nawzajem pozabijać. Już dawno opracowałem eliksir, który pozwoli mi pozbyć się mrocznego znaku jeżeli będę miał do pomocy wężoustnego. Ty jesteś wężousty. Więc zostawimy to wszystko w cholerę i wyjedziemy. Do diabła z przysięgami i zobowiązaniami. Jak będę daleko od szkoły nie będę musiał nic robić.

Patrzyłem na niego w szoku. Ucieczka. On naprawdę zabrzmiał jakby chciał to zrobić. Prawie jak para kochanków. Zarumieniłem się na ta myśl i popatrzyłem na niego w zupełnie innym świetle.

- Jesteś naprawdę dobrym człowiekiem Profesorze. Przepraszam, że kiedykolwiek w pana wątpiłem. Ale… jeżeli … dam rady. Chciałbym jeszcze wrócić do Hogwartu.

Snape pokiwał głową.

- Jeżeli się zmienisz. Jeżeli nie, masz alternatywę, którą ci podałem. Nie musisz godzić się na to, co zgotował ci Dumbledor. Ja też nie.

Zabrzmiał teraz na pełnego złości.

Spoglądałem na niego w szoku nie dowierzając jego słowom. Brzmiał zupełnie jak nie on.

- Dlaczego teraz profesorze? Dlaczego tak nagle postanawiasz to wszystko rzucić? Pracowałeś z dyrektorem od lat. I teraz tak nagle?

Nie byłem w stanie tego pojąć.

- Bo w końcu dotarło do mnie coś czego starałem się nie dostrzegać od wielu lat. I dopiero teraz, muszę zmierzyć się z tym faktem bez odwracania wzroku.

Zamrugałem.

- To znaczy?

- Jeżeli w jakimś planie Dumbledora, moja czy twoja śmierć była by mu na rękę. Zrobiłby to. Idziemy za przywódcami, bo mamy nadzieje na lepsze jutro, na życie w spokoju. A ja. Jakbym stał się już zbytecznym szpiegiem. Pozwoliłby mnie zabić. Chyba też dostrzegłem, że Dumbledorowi było by wręcz na rękę gdybyś podczas swoich pierwszych lat w Hogwarcie zginął i mógł cię wymienić na prawdziwego Harry'ego Pottera. Sam musiałeś dojść do tych wniosków. Sama ikona Harry'ego Pottera Chłopca - który - przeżył jest dla niego idealnym towarzystwem. Jednak Jak się okaże, że i jego śmierć wyjdzie dla niego z korzyścią to na to pozwoli.

Spuściłem głowę i potarłem swoje łuski na biodrze jakbym był ubrudzony.

- Dotarło to do mnie po przemianie. - Szepnąłem.

Snape zaczął się przechadzać po salonie wyraźnie zły.

- To wręcz ironiczne, że dopiero teraz to do mnie dotarło i to ty mi to uświadomiłeś.

Uśmiechnąłem się. Pochwała. Z jego ust. Szkoda, że w takiej sytuacji.

- To może zostawmy to i najlepiej już wyjedźmy. Wątpię bym dał rade z tymi nogami… to nie ma sensu.

Snape nagle stanął przede mną i chwytając mój podbródek szarpnięciem podniósł moją głowę w górę tak by móc spojrzeć mi w oczy.

- I zrezygnowałbyś z prób odzyskania przyjaźni Wesleya i Granger tak po prostu? Bez walki?

Zacisnąłem wargi i pokręciłem głową.

- Więc najpierw przynajmniej spróbuj.

Puścił mnie a ja nie opuściłem wzroku.

- Dziękuję. - Szepnąłem.

Poruszył się niespokojnie.

- To nie będzie łatwe Dan. Musisz wiedzieć, że nawet jak ci się uda przemienić, jak wrócimy do Hogwartu nie będzie ci łatwo. Dumbledor nie pozwoli byś przeszkadzał w jego intrygach.

Pokiwałem głową uśmiechając się lekko.

- znowu to zrobiłeś. - Powiedziałem po prostu.

- Co zrobiłem?

- powiedziałeś do mnie po imieniu i nie zareagowałeś, gdy nie tytułowałem cię profesorem. Nie przeszkadza ci to? Czy mogę też do ciebie zwracać się po imieniu?

Zawahał się i przez jego twarz przemknęły emocje. Rozważał przez chwilę moje słowa, po czym wzruszył ramionami.

- Trochę trudno mi myśleć o tobie jak o zwykłym uczniu. Nie teraz. Nie w takiej sytuacji. Jeżeli chcesz. Możesz do mnie się zwracać… po imieniu. – Mimo że jego twarz była spokojna to czułem, że coś się między nami zmieniło. Może stało się to już jakiś czas temu. Ale teraz było to wyraźniejsze. Powiedziałem więc tylko z uśmiechem.

- Dziękuję Severusie.

Dni mijały i 1 września zbliżał się nieubłagalnie, a ja wciąż nie znalazłem sposobu na odzyskanie nóg.

Próbowałem już chyba wszystkiego.

Ale im bliżej było końca wakacji tym bardziej obawiałem się tego, że jest to nie możliwe.

Severusa zapiekł znak 12 sierpnia. A mnie ogarnęło istne przerażenie, gdy opuszczał dom. Mimo że Snape zaznaczył, że nie powinienem na niego czekać to i tak nie będąc w stanie spać czekałem przyklejony do szyby. Gdy tylko pojawił się około pierwszej w nocy na granicy bariery, otworzyłem natychmiast drzwi wychodząc mu na spotkanie.

Zamrugał wyraźnie zdziwiony tym, że mnie widzi. A ja zamarłem patrząc na niego. Moje dłonie wyciągały się w jego stronę by go chwycić i przytulić, sprawdzić czy nic mu nie jest. A jednak przycisnąłem je do swojej piersi.

- Mówiłem ci, że powinieneś iść spać. Powiedział Snape matowym głosem. Chyba też sam nie wiedział jak zareagować na moją obecność.

- Ja się martwiłem. Czy wszystko w porządku?

Snape potarł się po karku i uciekł wzrokiem.

- Nie jestem ranny, jeżeli o to pytasz.

Pokiwałem głową czując ulgę. Nie pytałem, co się działo na spotkaniu. Prawdę mówiąc nie chciałem wiedzieć. Jeżeli… kogoś torturowali? Zaatakowali jakiś mugolski dom? Naprawdę niewiedza bywa czasami bardzo dobrym wyjściem.

- Przepytywał wszystkich. Snuje plany związane z podbiciem Azkabanu. Oraz atakiem na ministerstwo. Nic więcej się nie działo.

Odetchnąłem z ulgą, a jednocześnie zalała mnie obawa. Azkaban i jego potworni strażnicy napawali mnie obezwładniającym lękiem.

Skierowaliśmy się w stronę domu i zaraz za progiem Snape ściągnął czarną szatę śmierciożerców.

- Nienawidzę Dementorów.

Snape spojrzał na mnie z ukosa.

- Słyszałem coś na ten temat. Znasz jednak już zaklęcie Patronusa, więc nie ma czego się bać.

Pokręciłem głową.

- To nie ma nic do rzeczy. Po prostu ich nienawidzę. Za każdym razem, gdy się zbliżają… ja… - zawahałem się. - Ja po prostu ich nie znoszę.

Potrząsnąłem głową.

- Ale zostawmy już to. Jesteś może głodny? Może coś ci przyszykować? Mogę ci jakoś pomóc?

Snape pokręcił głową.

- Nie. Wezmę tylko prysznic i pójdę do siebie. Ty też powinieneś już dawno spać.

Pokiwałem głową i podczas gdy Snape skierował się w stronę schodów ja udałem się do salonu. Wciąż tam spałem, mimo że schody już nie stanowiły problemu. Podobało mi się tam po prostu. Był kominek, w którym w deszczowe dni zapalaliśmy i żar rzucał przyjemny poblask na pomieszczenie. Poza tym było to przestronne i przyjemnie urządzone pomieszczenie. Wsunąłem się do środka chwytając za drzwi by je zamknąć.

- Dan?

Podniosłem głowę. Snape stał na trzecim stopniu i patrzył na mnie przez korytarz.

-Dziękuję, że na mnie zaczekałeś. – powiedział.

Poczułem jak rumieniec zalewa mi policzki. Uśmiechnąłem się do niego kiwając głową i zamknąłem drzwi opierając o nie swoje dłonie i czoło. Westchnąłem i uśmiechnąłem się czując ciepło rozlewające się po moim ciele.

Między nami, nastało wiele zmian.