Chapter Text
Notka 1. Sceny +18. Jestem beznadziejna w pisaniu tego typu scen. No ale… tekst pisany jest nie dla zarobku, a dla zabawy, więc przymknijcie oko na te koszmarne opisy.
Notka 2 dziś rozdział nieco dłuższy. (Od teraz powinno być takich więcej)
Notka 3. Nie macie żadnych pytań? Wszystko jest w miarę jasno napisane?
Notka 4. Do zobaczenia w przyszły tydzień. (tak jak pisałam. Rozdziały będą wstawiane raz w tygodniu w okolicach Weekendu.)
DAN
- GRYFFINDOR!
Wykrzyknęła Tiara Przydziału zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, bądź pomyśleć.
Tak jakby stary kapelusz mnie rozpoznał i od razu przydzielił, bo miał serdecznie dość przekonywania mnie, że lepiej pasowałbym do Slytherinu. O ile dobrze kojarzę, prowadziliśmy tą rozmowę już na pierwszym i później, na drugim roku. Kapelusz uważał, że bardziej pasowałbym do Slytherinu. Ja wolałem Gryffindor.
Chyba, że coś się zmieniło i teraz, podczas ponownego przydziału jednak doszedł do wniosku, że Gryffoni to moi prawdziwi towarzysze. Oddałem profesor McGonagall kapelusz i uśmiechnąłem się do niej. Ona skinęła mi głową i również się uśmiechnęła. Dla niej byłem po prostu nowym uczniem.
Dobrze pamiętam, że parę razy był jakiś starszy uczeń przenoszony z szkoły do szkoły i w ciągu mojej nauki w Hogwarcie, co najmniej trzech z nich trafiało do Gryffindoru. Nigdy jednak taki uczeń nie lądował w naszej grupie wiekowej, więc nie wiedziałem jak inni z domu lwa odnosili się do „nowych"
Wiwaty od strony stołu były trochę jakby zaspane. Część uczniów plotkowała jeszcze zawzięcie, więc mój przydział zauważyło w ogóle tylko parę osób. Łatka. „nowy" brzmiała raczej jak coś, co do czego odnoszą się obojętnie.
Usiadłem na krańcu stołu starając się nie patrzeć w stronę Hermiony i Rona. Nowy, prawdziwy Harry, siedział razem z nimi i o czymś rozmawiali. Zapiekło mnie w środku i zastanowiło oczywiście, o czym dyskutowali? Nie mogłem jednak do nich podejść, bo było to niestety teraz niemożliwe.
Odwróciłem wzrok spoglądając na Severusa. Siedział on przy stole prezydialnym i wydawał się być czymś rozdrażniony, a gdy nasze spojrzenia się spotkały, jego oczy zabłysły i uśmiechnął się ironicznie.
Czego się spodziewałeś Severusie? Sam przecież mówiłeś. Raz gryfon, zawsze gryfon.
McGonagall poprosiła parę razy o cisze i zaczęła dalszy przydział pierwszorocznych. Wkrótce usiadła obok mnie jeszcze ósemka dzieciaków. Trzy dziewczynki i pięciu chłopców.
Wydawali się przestraszeni i niespokojni. Uśmiechnąłem się do nich. Mimo złości na całość sytuacji, to powrót do Hogwartu mnie uspokajał. Więc podejrzewałem, że i mój uśmiech musiał być pokrzepiający, bo wkrótce i pierwszoroczni zaczęli się nieco rozluźniać i miedzy sobą zapoznawać.
Dyrektor, na którego starałem się nie patrzeć od początku uczty powitalnej, wstał na krótką chwilę witając wszystkich nowych uczniów i krótko życząc smacznego. O mnie wspomniał tylko krótkim zdaniem, że ze względów zdrowotnych nie będę mógł sypiać w dormitorium Gryffindoru.
Nie patrzyłem na niego. A on nie patrzył na mnie.
- Z jakiej szkoły się przeniosłeś? – Zapytał się mnie chłopiec z drugiego roku o czekoladowych włosach. Jego magia wręcz iskrzyła z zainteresowaniem.
- Nie chodziłem wcześniej do szkoły. – odpowiedziałem używając przyszykowanej wcześniej historii.
I się zaczęło. Dlaczego mam takie dziwne oczy? Dlaczego nie mogę mieszkać w dormitorium? Skąd pochodzę?
Kolacja miała się prawie ku końcowi. zanim pojawił się ktoś z piątego roku gryffindoru.
Przywitała mnie z zwykłym i neutralnym „cześć" a jej magia koncentrowała się w dłoni tak jakby była gotowa rzucić w każdej chwili jakieś zaklęcie.
Ginny wydawała się być jakaś inna niż wtedy, gdy widziałem ją po raz ostatni.
Odchrząknąłem.
- Cześć.
- Jestem Ginny Weasley. Prefekt piątego roku Gryffindoru. – mówiła dalej i dopiero teraz dostrzegłem odznakę na jej piersi.
- Dan Lind. - Przedstawiłem się uśmiechając.
Trochę dziwne spotkanie. Przedstawiać się komuś, kogo znam.
- Profesor McGonagall poleciła mi oprowadzić cię po szkole. Wiem, że będziesz spał w innych komnatach. – powiedziała jakby nieco zrezygnowanym głosem i z lekką nutką zazdrości. Miałem wrażenie, że podejrzewała mnie o bycie jakimś bogaczem, który ma specjalne względy. No cóż. Nie miałem grosza przy duszy. – Jutro spotkamy się w wielkiej Sali i będę ci wszystko tłumaczyć i odprowadzać cię na zajęcia przez pierwsze dni. Jakbyś miał jakieś pytania to też na nie odpowiem.
Pokiwałem głową.
- Dziękuję.
- Dobrze. To do jutra.
I odeszła.
Szybko poszło.
Nieco zaskoczyło mnie to, że nie zaprosiła mnie do grona swoich rówieśników. To chyba było by normalne, zważywszy na fakt, że od jutra będę miał z nimi zajęcia szkolne. Nie zrobiła tego jednak i była też oszczędna w tonie głosu, jakby zaznaczała teren chcąc powiedzieć, że nie chcę nawiązywać bliższych relacji. Gdyby było to nasze pierwsze spotkanie pomyślałbym, że jest sztywniarą.
Zerknąłem dalej i dostrzegłem, że siada niedaleko Neville'a, a ledwo dwa siedzenia dalej był Harry Potter. Jakkolwiek by to dziwnie nie brzmiało, skoro nie tak dawno temu sam używałem tego nazwiska.
Ku mojemu szokowi… Dostrzegłem, że Potter zerka na mnie i mówi coś, co wzbudziło zainteresowanie innych. I chwilę później, dostrzegłem parę nieufnych spojrzeń skierowanych w moją stronę.
Och. To wszystko tłumaczyło. Najwyraźniej Harry'emu polecono, zrazić do mnie moich starych przyjaciół.
Co on im powiedział? Czy oni w to wierzyli?
Westchnąłem. Tył głowy mnie zapiekł, ale się nie odwróciłem by spojrzeć na dyrektora. Nie chciałem na niego patrzeć. Jego zdrada bolała mnie wciąż zbyt dotkliwie.
Coś mi się zdaje, że wiedziałem czyim pomysłem było zrażenie moich przyjaciół do mnie.
Dyrektor nie pozwalał mi wciąż żyć. Oddałem już wszystko. A on wciąż nie pozwalał mi odzyskać nawet części z tego, co miałem.
Teraz pomyślałem, że to jednak dobrze, że Severus powiedział dyrektorowi o nas. Nie chciałbym słuchać jego słów i jego zakazów mających na celu rozdzielenie nas. Podobał mi się nasz związek. Nie chciałem by nas odseparowano.
Dalsza część kolacji minęła mi na rozmowie z pierwszym i drugim rocznikiem uczniów Gryffindoru. Były to wesołe i rozemocjonowane rozmowy i mimo różnicy wiekowej wcale nie czułem się źle. Podobała mi się atmosfera panująca przy stole. Może fakt, że byłem nieco starszy, to jak się odzywałem wszyscy słuchali moich słów bardzo uważnie. I nawet nie zdawali się brać pod uwagę tego, że wcześniej nie uczęszczałem do Hogwartu. Rozluźniłem się i nawet zacząłem zastanawiać, dlaczego wcześniej nigdy nie rozmawiałem z młodszymi rocznikami. Ścisnęło mnie w żołądku na krótką chwilę, gdy pomyślałem sobie, że fajnie byłoby mieć brata bądź siostrę w ich wieku.
Z politowaniem patrzyłem jak dzieciaki pochłaniają jedną porcje deseru za drugą i dopiero, gdy zwróciłem uwagę jednemu chłopcu o imieniu Karl, by poprzestał jednak na trzech porcjach lodów, bo jutrzejszy dzień spędzi na kiblu, a nie w klasie. Z ogólnym śmiechem odłożono słodkości.
- To super, że te potrawy tak znikają i pojawiają się z znikąd. Chciałbym mieć taki stół w domu. Zauważył obżartuch od lodów odsuwając pucharek nieco dalej od siebie.
- To jedzenie nie pojawia się z znikąd.- powiedziałem. – przyszykowują je skrzaty domowe. I przenoszą za pomocą magii do wielkiej Sali.
- Skąd o tym wiesz? Zapytał zaskoczony drugoroczny o imieniu Raphael.
- Czytałem. – odparłem ostrożnie.- Jedzenia nie można wyczarować. – powiedziałem jeszcze przypominając sobie jeden z wykładów Hermiony. Można transmutować gruszkę w jabłko, ale to wciąż byłaby tak naprawdę gruszka. Jedzenia nie można wyczarować np. z kawałka drewna. Z resztą wątpię byście chcieli spróbować jabłka przemienionego z kawałka drewna. Moglibyście, co prawda ugryźć to jabłko, ale to wciąż było by drewno, więc nie bylibyście od tego ani syci ani szczęśliwsi. Nie wspominając o waszym żołądku, który z drewnianego jabłka by się nie cieszył.
Rozległy się chichoty i część chłopców zaczęła głośno komentować to jakby wyglądało to drewniane jabłko gdyby przeszło przez układ trawienny. Dziewczynki skomentowały to głośnym „FUJ" i rozległo się więcej śmiechów.
Wkrótce potem jedzenie znikło i należało iść do łóżek. Ginny jako prefekt wraz z chłopakiem z Gryffindoru piątego roku którego nazwiska teraz nie kojarzyłem, ale był to Jimm zebrali pierwszorocznych. Mnie zatrzymała profesor McGonagall.
- Pan nie idzie do dormitorium z innymi. Jestem pewna, że dnia jutrzejszego tam zawędrujesz, ale dziś radzę się skupić na rozpakowaniu i nałożeniu zaklęcia zastoju. -Profesor transmutacji była jakaś rozdrażniona, ale odniosłem wrażenie, że to nie na mnie więc rozluźniłem się i podążyłem za nią wychodząc z sali w ciszy.
- W Hogwarcie istnieje parę zasad. Żadnych wędrówek po ciszy nocnej i odwiedzin w zakazanym lesie. Bójki, kradzieże, pojedynki magiczne też są zakazane i surowo karane. Ze względu na pana nagłą zmianę w edukacji proszę oczekiwać sprawdzenia wiedzy na zajęciach. Musisz przynajmniej sobie poradzić z materiałem czwartego roku. Nie będzie żadnego pobłażania ze względu na pańskie prywatne nauczanie. Prawdę mówiąc nie jestem przekonana do wyników, jakie mi dostarczono.
Kiwnąłem głową. Spodziewałem się tego. Sam przeczytałem opinię nauczyciela na temat mojej rzekomej wiedzy.
Od Severusa wiedziałem, że jest to karta z prywatnych nauk prawdziwego Harry'ego Pottera i tylko zamieniono tam moje imię i nazwisko. Coś podejrzewałem, że Harry Potter będzie miał problemy z nauką.
- Dobrze pani Profesor.
Dotarliśmy do jakiś drzwi. Było to na trzecim piętrze i ku mojemu szokowi była to komnata zaraz obok tej, w której na pierwszym roku mojej nauki rezydował puszek.
Zerknąłem w stronę tamtych drzwi, ale wiedziałem, że wszystko zostało stamtąd usunięte więc raczej nie musiałem się obawiać, że zaraz wyskoczą z za rogu diabelskie sidła.
Zastanowiło mnie jednak, dlaczego byłem aż tak daleko od wierzy Gryffindoru. Chciano mnie oddzielić od pozostałych uczniów?
Pokój do którego mnie wprowadzono, był raczej skromy. Znajdował się tu tylko mały stolik, komoda i bardzo stary zestaw foteli, z którego każdy jeden wyglądał jak z innego kompletu, wyciągniętego wprost z starego mugolskiego magazynu lat pięćdziesiątych. Jakimś cudem znalazł się tutaj kominek, choć przecież w starych pomieszczeniach klasowych nie było to normą. Może wybrano to pomieszczenie ze względu właśnie na niego?
- proszę nie oczekiwać specjalnego traktowania panie Lind. - Odezwała się McGonagall. - Ze względu na to, że zaklęcie zastoju wymaga by przespać spokojnie przynajmniej 5 godzin, zdecydowano oddzielić się te komnaty od wierzy Gryffindoru dosyć sporą odległością. To pozwoli uniknąć odwiedzania znajomych w pańskiej sypialni i budzenia z fazy REM. Jednak każdorazowe znalezienie się na korytarzu poza ciszą nocną skończy się szlabanem, a argument , że nie zdążyłeś dotrzeć do swojego pokoju w wyznaczonym czasie nie będzie brany pod uwagę przy wymierzaniu kary. Pańskie bagaże już tu są. Życzę miłej nocy.
I wyszła.
Westchnąłem.
Skierowałem się do drugiego pomieszczenia gdzie zastałem nieco za małe jak dla mojej drugiej formy łóżko z czerwoną narzutą. Analizując to wszystko nietrudno było dojść do wniosku, że będę musiał pomyśleć o powiększeniu zarówno pomieszczenia jak i łóżka. Nie mogłem sobie w tej chwili przypomnieć żadnego zaklęcia, które by mi w tym pomogło, ale o to na pewno będę mógł poprosić później Severusa. Sam też będę musiał się tego w końcu nauczyć. Na pewno mi się to na przyszłość przyda. Zaraz obok okna były drzwi do jeszcze jednego pomieszczenia. W szarym kamieniu bez dostępu do dziennego oświetlenia była mała łazienka. Wydawała się być starym składzikiem na materiały pomocnicze w nauce. Wróciłem do sypialni i zerknąłem na kufer.
Wszystko załatwił dla mnie Severus. Nie miałem zbyt wielu własnych rzeczy. Tylko parę zestawów ubrań i komplet szat. Na pytanie o pieniądze powiedział, że jako uczniowi… „bez rodziny" przysługuję mi stypendium. Ale to jest tylko na najbardziej podstawowe rzeczy, takie jak książki i materiały szkolne, więc raczej niech nie oczekuję kieszonkowego na własne wydatki.
Severus nie wspomniał o tym, że może mi pożyczyć pieniądze. A ja nie pytałem. Nie wziąłbym ich i tak. Choć podejrzewałem, że dołożył z własnej kieszeni do nowych ubrań dla mnie, bo nic nie wspomniał o tym by Dumbledore przekazał cokolwiek na to bym ustatkował się w swoim nowym życiu.
Nie miałem teraz nic. Majątek Potterów w końcu nie był mój i korzystałem z niego nawet o tym nie wiedząc.
Ani miotły. Ani sowy. Ani zdjęć ani… wspomnień. Puste ściany skromnego pokoiku napawały mnie nagle odrazą i niepokojem. Musiałem się stąd wyrwać.
Wróciłem do salonu i wbiłem wzrok w kominek.
Wyciągnąłem swoją różdżkę i już po chwili w środku leżało parę drewien, które się paliły. Komnata się rozświetliła, a ja przelotnie spojrzałem na różdżkę. Mimo znajomego kształtu i mocy, jaka w niej była. Różdżka była teraz inna. Biała, wręcz wydawała się jak zrobiona z marmuru z małymi pęknięciami czerni. Ponoć Olivander ją przemalował dla mnie, ale wydawała się taka jakby… inna.
Zerknąłem na gzyms kominka.
Brak proszku Fiuu.
Skrzywiłem się.
Co teraz? Chciałem iść do Severusa. Bez fiuu nie dam rady. I wtedy pomyślałem o kimś, kto mógłby mi pomóc w tej sprawie.
- Zgredku? -zawołałem w przestrzeń licząc po cichu, że zadziała.
Skrzat pojawił się natychmiast w uderzeniu teleportacji.
- Zgredek przy… - skrzat urwał i spojrzał na mnie. Jego oczy stały się ogromne i jeszcze bardziej wytrzeszczone niż zazwyczaj. Zachowywał się jakby ktoś nagle na niego rzucił zaklęcie paraliżujące.
Jego zachowanie, zaniepokoiło mnie.
- Wszystko w porządku?
Skrzat potrząsnął głową.
- Proszę wybaczyć, ale Zgredek chyba zwariował. Bo to przecież panicz Harry zawołał. A panicz Harry nie ma twarzy panicza Harry'ego. Panicz Harry zmienił twarz i siedzi w innym ciele. Czy panicz Harry dobrze się czuje? Czy to przez Zgredka? Zgredek zrobił coś źle? Może Zgredek jest chory?
Zamrugałem. No proszę. Od razu mnie poznano. Na jakiej zasadzie działa ich magia, że mnie od razu poznał?
- Zgredku. Uspokój się, to dlatego, że tak naprawdę nigdy nie byłem Harrym. Moje imię teraz to Dan. Jestem Dan Lind. A prawdziwy Harry Potter zajął moje miejsce w wieży Gryffindoru. Mam nadzieję, że mogę liczyć mimo wszystko na twoją pomoc.
Skrzat zmarszczył nosek. Szarpnął się za uszy. I potuptał nogami.
- Teraz Panicz Harry, To panicz Dan. Panicz Dan potrzebuje pomocy Zgredka i nazywa go przyjacielem. Zgredek pomoże paniczowi Dan. Panicz Dan będzie bardzo zadowolony z Zgredka.
Pokiwałem głową uspokojony.
- Tak. Dziękuję. – uśmiechnąłem się, a skrzat zaczął podskakiwać szczerząc się radośnie. – Na razie prosiłbym cię o dwie rzeczy. Nikomu nie mów. Proszę. O tym, że wiesz iż wcześniej nosiłem imię Harry'ego Pottera. To tak naprawdę nie moje prawdziwe imię i moim imieniem jest teraz Dan Lind i wolałbym żebyś o tym pamiętał.
Skrzat pokiwał energicznie głową.
- Zgredek zrobi. Zgredek będzie pamiętał. Panicz Dan jest bardzo dobrym panem.
- Chciałbym cię też prosić. O ile to nie kłopot. Abyś zdobył dla mnie trochę proszku fiuu. Nie mam ani odrobinki, a potrzebuje się gdzieś dostać.
Zgredek przyniesie.
Skrzat zniknął i pojawił się parę sekund później trzymając w dłoniach słój z proszkiem. Przyjąłem go.
- dziękuję ci. Jestem naprawdę bardzo wdzięczny za twoją pomoc.
Skrzat zdawał się pękać z radości za te podziękowania.
- Czy Zgredek może coś jeszcze zrobić dla panicza Dan?
- Nie dziękuję. To wszystko. Jestem ci bardzo wdzięczny za pomoc.
- Zgredek zawsze pomoże paniczowi Dan. Panicz Dan jest bardzo potężny i dobry. Zgredek jest dumny, że mógł pomóc i każdy mu zazdrości, że panicz Dan od niego coś potrzebuje.
Uśmiechnąłem się nieco sztucznie. Nigdy nie rozumiałem tej wylewności skrzatów.
W końcu Zgredek zniknął, a ja używając proszku fiuu przeniosłem się do kwater Severusa.
Stał on przy oknie i popijał jakiś alkohol z pucharu. Uśmiechnął się do mnie widząc jak ledwo utrzymałem się w pionie wypadając z kominka.
- Styl i gracja Panie Lind.
Uśmiechnąłem się otrzepując popiół z szaty.
- Też cię miło widzieć.
- Jak tam twoje samopoczucie? - Severus podał mi drugi puchar. Uniosłem brwi bo raczej niechętnie podawał mi alkohol. Czyżby sądził, że dziś go potrzebowałem?
- w miarę dobrze. Ale zaczęły mnie już boleć plecy. Więc nie obraź się, ale ściągnę już spodnie.
Istotnie to trwało już nieco za długo. Cała podróż pociągiem, uczta. To było już prawie 14 godzin. Bule kręgosłupa już jakiś czas temu zmieniły się w nieznośne swędzenie, a teraz po podróży kominkiem i lekkie mdłości.
Severus uśmiechnął się i jego oczy zabłysły.
- Już? Tak bez gry wstępnej?
Wykrzywiłem usta i wystawiłem mu język. Spróbowałem łyk alkoholu. Było to jakieś jasne wino. Pachniało intensywnie kwiatami i było dosyć słodkie. Snape szarpnął mnie za koszule i nasze usta się spotkały.
Jego wargi były wzbogacone o smak innego wina, ono miało nieco cierpkawy posmak, co nadawało jego pocałunkowi jakiegoś zakazanego i erotycznego charakteru. Jęknąłem mimowolnie, gdy przyciągnął mnie bliżej siebie.
- Hmmmm. Te słodkie usta. -wyszeptał, gdy się rozdzieliliśmy.
- Dałeś mi słodkie wino, gdy sam masz wytrawne. Więc to raczej nie dziwne. – odpowiedziałem z uśmiechem gładząc jego policzek.
- Ja nie miałem na myśli wina.
Zarumieniłem się i przymykając oczy przytuliłem do jego piersi. Czułem przyjemne drżenie swojego serca, gdy tak pozwalał mi dotykać swojej skóry.
Jak to dobrze, że miałem przynajmniej jego.
Severus jeszcze spał, gdy się obudziłem.
Miła pobudka. Moja głowa spoczywała na jego ramieniu, więc otaczał mnie jego zapach.
Cudownie. Uśmiechnąłem się i przeciągnąłem. Severus powiększył swoje łóżko specjalnie po to bym mógł się zmieścić na nim w swojej drugiej formie, więc teraz mój ogon nie musiał leżeć na ziemi podczas snu, choć to nie gwarantowało tego, że byłem przykryty.
Wierciłem się w nocy, jak to opisywał Severus, więc najczęściej budziłem się z odkrytym ogonem. O ile nigdy wcześniej mi to nie przeszkadzało. To teraz poczułem się nieco niepewnie myśląc, że nie jestem osłonięty, podczas gdy za komnatami Severusa jest mnóstwo ludzi.
Nie marzłem w niego. Ale też czułem się o wiele lepiej w cieple, a w komnatach Severusa nie było ciepło.
Zmarszczyłem nos podnosząc się powoli. Gorąca kąpiel była by przyjemna. Zerknąłem na zegarek. Prawie siódma.
Westchnąłem. Trzeba wstawać.
Wczoraj poszliśmy spać dopiero około północy. Po tym jak już wrócił z dormitorium ślizgonów, gdzie witał nowych uczniów i przypominał zasady około godziny 22.00 był już cały mój.
Kochanie się z nim w murach zamku miało jednocześnie coś zakazanego i pięknego.
Hogwart był dla mnie zawsze miejscem cudów. Magii. Barw.
Odkąd też i Severus wspomniał o tym, że dostrzegam więcej niż inni, zacząłem zwracać na to jeszcze większą uwagę i Severus przez chwilę się na mnie gapił nieco dziwnie, gdy powiedziałem mu, że dla mnie każdy jego eliksir, niezależnie od tego, że waży ten sam wywar trzy razy, to każde trzy kociołki eliksiru mają dla mnie inną barwę.
Obruszył się wtedy nieco i zauważył, że nie jest możliwe, aby podać do każdego eliksiru taką samą ilość każdego składnika jak w poprzednich. Różnice wagowe wynoszą przecież czasami parę gram, Czy deka.
Pokiwałem mu wtedy głową wspominając, że to może był powód moich problemów.
Starałem się uzyskać konkretną barwę, a z tego co mówił jest to prawie fizycznie nie możliwe, więc kończyło się tym, że dodawałem za dużo składników i mój kociołek nadawał się do wyrzucenia.
„To następnym razem skup się na samych instrukcjach i odpowiednich składnikach"
Nie powiedziałem mu, że najczęściej i dla mnie same składniki mieniły się tak różnymi barwami, że i z ich wybraniem miałem zawsze problemy.
Wstałem z posłania ziewając. Severus poruszył się i pod wpływem mojego ruchu obudził.
- Dzień dobry. Uśmiechnąłem się i pocałowałem go. Zawsze był trochę nieprzytomny po przebudzeniu. Zazwyczaj na śniadanie schodził w trybie zombie nie odzywając się ani słowem i dopiero kawa go budziła. Podejrzewałem, że jakby zaatakował nas troll, to zanim by zdołał się podnieść i chwycić różdżkę przewróciłby się co najmniej jeszcze trzy razy i zamiast zaklęciem ogłuszającym, najpewniej walną by trolla poduszką.
Uśmiechnąłem się na tą myśl.
Teraz też. Severus co prawda przyjął mój pocałunek, ale nie odezwał się tylko zamrugał powoli jakby chciał bardziej otworzyć oczy, chociaż powieki i tak mu opadały. Rozczochrane włosy. Rozłożone na łóżku ciało.
Wyglądał seksownie.
Czy ja kiedykolwiek myślałem inaczej?
Uśmiechnąłem się i zacząłem obsypywać jego ciało pocałunkami i dotykiem. Oddychał coraz szybciej. Mimo że nie wypowiedział wciąż ani słowa. Jęknął, gdy zassałem jego sutek.
To były takie dobre dźwięki.
Pocałowałem jego pępek schodząc niżej i otarłem się o jego pobudzoną erekcje swoim ciałem. Mój własny penis również się pokazał wychodząc z łusek. Kiedyś zapytałem czy nie brzydzi się moją wężą formą. Czy nie ma nic przeciwko. I wtedy. Mimo że byłem wciąż w formie węża zrobił mi cudowny zabieg, który doprowadził mnie do chmur.
Postanowiłem też teraz, że to moment, w którym chciałbym mu się za tamten zabieg odwdzięczyć. Za wszystko odwdzięczyć. Za to, że jest i mnie nie zostawił. Za to, że nie brzydzi go moje ciało.
Ściągnąłem z niego resztkę okrycia, a on wygiął się w moją stronę zachęcająco.
Był zdecydowanie bardziej, zacnie obdarowany przez naturę niż ja. Najwyraźniej to prawda co mówią o mężczyznach z dużymi nosami.
Przyszła mi nagle na myśl osoba bez nosa i uśmiechnąłem się złośliwie. Szybko jednak wyrzuciłem to z swoich myśli. Nie chciałem myśleć o tym potworze, gdy miałem swojego kochanka pod sobą.
Nachylając się polizałem jego penisa, a gdy jęknął otworzyłem usta i ostrożnie zassałem go biorąc do gardła. Severus się wygiął w moją stronę i krzyknął z przyjemności. Kiedyś mi powiedział, że to co robię jest fizycznie nie możliwe. Najwyraźniej jednak dla mnie było i miałem co nieco więcej od wężych kuzynów niż tylko ogon, co jest elastycznym gardłem.
Uważając na zęby, które w tej formie miały nieco ostre kły brałem go ostrożnie do gardła i wypuszczałem. Znowu do wnętrza i zasysałem. Severus wił się i skręcał pode mną szarpiąc pościel. Nigdy nie mógł spokojnie przetrwać, gdy mu to robiłem.
Wydawał się też już bardziej rozbudzony niż jeszcze chwilę temu.
Swoją dłoń skierowałem ku mojemu własnemu podnieceniu. Widok kogoś, kto reagował jakby zanurzono go w morzu przyjemności nie był czymś, obok czego można było przejść obojętnie.
Jęknąłem biorąc oddech i pocierając gwałtownie swój własny penis w gorącej potrzebie zaspokojenia. Westchnąłem głęboko całując lekko główkę jego męskości zanim połknąłem go ponownie zabierając w swoje usta.
Pulsował i pęczniał w moim gardle, więc wiedziałem, że już nie zajmie to długo. Przytuliłem twarz do jego ciała i przełknąłem. Severus krzyknął. wziąłem krótki oddech i ponownie pochłonąłem przełykając po raz kolejny i kolejny, a Severus się szarpnął pode mną nie zdolny do tego by opanować swoje ciało. Wiedziałem, że to doprowadzi go na krawędź, więc wcale nie byłem zaskoczony, gdy chwycił moją głowę i moszcząc się w moich ustach wybuchnął głęboko w moim gardle. Pozwoliłem jeszcze na to chwileczkę, a potem wypuściłem go oblizując wciąż cieknącą spermę.
Wyglądał cudownie z tym błogim i szczęśliwym wyrazem twarzy, jaki teraz miał. Westchnąłem lekko i pociągając dłonią na swoim penisie, którego cały czas to ocierałem o pościel to gładziłem palcami. w końcu jęknąłem, dochodząc w swojej pięści, wciąż przy tym nie przestając go lizać i całować.
Popatrzyłem w jego oczy. Wydawało mi się, że ich czerń to rozżarzone czarnymi płomieniami węgielki pożądania. Patrzył się tylko na mnie.
W mojej głowie zaczęło się tworzyć jedno zdanie. Ale nie pozwoliłem mu wypłynąć na powierzchnie. Jeszcze nie. Jeszcze za wcześnie.
Podniósł się do siadu i przyciągnął mnie do siebie całując, tak jakby potrzebował smaku moich ust by przeżyć.
Musiałem bardzo się postarać by zatrzymać moje myśli. Jeszcze za wcześnie. Nie chcę by wszystko się zepsuło. Tak jak teraz jest dobrze.
- Dzień dobry. Powtórzyłem, gdy oderwał usta.
- Dzień dobry. Odpowiedział zachrypniętym głosem i z takim erotyzmem, że mój penis podskoczył.
Ewakuacja.. Natychmiast.
Podniosłem się szybko i podpierając oparcia jego łóżka zmieniłem.
- Musze iść.
Pokiwał głową, wciąż rozłożony na łóżku z leżącym na brzuchu penisem. Wyglądał jak zadowolony z siebie drapieżnik, który odpoczywa w słońcu po udanym polowaniu. Był wyraźnie zadowolony.
- Ty też musisz wstawać profesorze. – zauważyłem. – kąpiel była by wskazana przed śniadaniem. McGonagall zeszła by na zawał, jakby zobaczyła ten ślad spermy na twoim karku.
Severus przewrócił oczami.
- Jak tam twój pokój?
- Jak cela więzienna. - przyznałem szczerze. – muszę tam coś pozmieniać. Potrzebne mi większe łóżko i większa łazienka.
- W korytarzu na siódmym piętrze jest pokój życzeń. Tam powinno być mnóstwo niepotrzebnych rzeczy składanych tam od stuleci. Musisz tylko przejść korytarzem…
- Wiem gdzie. Znam ten pokój. – Przerwałem mu z zarozumiałym uśmieszkiem, a on przewrócił oczami. – jakbyś tylko mógł podać mi kilka zaklęć, jak powiększyć pomieszczenia, które mi udostępniono to sobie poradzę.
Severus machnął różdżką i przywołał kartkę pergaminu, na której napisał listę zaklęć, podczas gdy ja skończyłem się ubierać. Wziąłem karteczkę wsadzając ją do kieszeni i wykorzystałem jeszcze jedną szansę by pocałować go przelotnie.
- Teraz sobie poradzisz. A teraz znikaj, widzimy się na śniadaniu.
Pokiwałem głową.
- Przyjdę dzisiaj później. Wstąpię do wieży gryfonów by się „zapoznać"
Snape usiadł na łóżku.
- Jak się z tym wszystkim czujesz?
Wzruszyłem ramionami.
- Jeszcze nie potrafię określić. Tak jakoś, dziwnie.
Nie miałem nic innego do powiedzenia na ten temat, więc wróciłem do salonu Snape'a i wróciłem do udostępnionego mi pokoju.
I po wyjściu z kominka mrugałem zawzięcie rozglądając się po pomieszczeniu, w którym się znalazłem.
Przez chwilę myślałem, że przeniosłem się w złe miejsce.
Ale stojący w rogu kufer był niewątpliwie mój. Wyjrzałem szybko za drzwi i przekonałem się istotnie, że byłem w odpowiednim pomieszczeniu. Wróciłem wzrokiem do komnaty i uśmiechnąłem się szeroko.
Najwyraźniej Zgredek, zrobił wszystko za mnie. Kochany skrzat. Muszę mu za to później podziękować.
Puste ściany były teraz ozdobione ciemno czerwonymi tapetami, bardzo podobnymi do tych z wierzy Gryffindoru. Pod oknem był stolik do nauki zaraz obok wielkiego okna, które pojawiło się chyba tutaj znikąd. Półki na książki, a przed kominkiem niższy stolik kawowy i meble identyczne do tych, jakie są w wierzy.
Tak właściwie. Całe pomieszczenie przypominało teraz mała kopię pokoju wspólnego.
Uśmiechnąłem się mimowolnie od razu czując się lepiej.
Sypialnia też się zmieniła. Nie była może duża, bo było tam tylko łóżko i szafa. Ale było to spore łóżko.
To mnie zastanowiło. Czyżby zgredek wiedział, czego potrzebuję? A może to nie skrzat. A jakaś wyższa magia, która krąży po murach Hogwartu?
Usiadłem na chwilę na miękkim materacu i uśmiechnąłem się szeroko.
Mój własny pokój! Własna przestrzeń tylko dla mnie! Nie cela więzienna jak w domu Dursleyów, czy wspólny pokój jaki dzieliłem z Ronem w Noże, czy współlokatorzy z wierzy Gryffindoru, ale faktyczne prywatne pokoje urządzone przytulnie i wygodnie udostępnione tylko dla mnie.
To było nowe i ekscytujące.
Łazienka była ostatnia. I teraz już byłem prawie pewien, że to musi być zasługa magii Hogwartu. Bowiem pomieszczenie było zdecydowanie większe, a wanna przypominała bardzo tą, którą widziałem w łazience prefektów.
Super.
Odkręciłem kurki i przybrałem swoją drugą postać. Wsunąłem swoje olbrzymie ciało do basenu udającego wannę i rozluźniłem się przyjemnie w gorącej wodzie. Prysznic był w formie olbrzymiej deszczownicy, którą jak ją włączyłem, zaczęła padać deszczem nad całą powierzchnią wody. Kolejna super funkcja niedostępna w normalnych łazienkach.
Tak się rozleniwiłem w przyjemnej wodzie, że prawie się spóźniłem na śniadanie.
Z raczej głupkowatym uśmiechem wbiegłem do wielkiej Sali, ale musiałem się zatrzymać wracając do rzeczywistości. Znowu. Nie mogłem usiąść obok Hermiony i Rona. Tam był już Harry.
Wzdychając zerknąłem na Ginny. Ignorowała mnie wyraźnie. No cóż. Najwyraźniej Gryffoni mieli już na mój temat jakieś zdanie. już teraz wiem, że nowemu nie jest łatwo znaleźć znajomych.
Usiadłem więc tak jak wczoraj. Miedzy pierwszym, a drugim rocznikiem. Rozmowa z nimi była niezobowiązująca i lekka. Niewiele o sobie mówiłem. W końcu. Moje poprzednie życie nie było moje. A moje nowe życie, miało niewiele historii do opowiedzenia. Głównym założeniem było to, że ze względu na powikłania pochorobowe nie mogłem chodzić do szkoły, a zajmował się mną praktycznie, całe życie personel medyczny.
Byłem sierotą i dopiero przed dwoma laty ministerstwo po mojej prośbie pozwoliło mi uczyć się przez jakiś czas u wykwalifikowanego czarodzieja. Ten miał ustalić czy nadaję się do Hogwartu. Wydano mi pozwolenie i tak wylądowałem tutaj.
Ot, to wszystko.
Więc całość mojego „życia" można było streścić w ciągu kilku minut.
Zanim skończyłem posiłek za mną już stanęła prefekt piątego roku.
- Nowy. Chodź. Oprowadzę cię szybko. Zaraz zaczną się lekcje.
Giny zerkała trochę niecierpliwie na swój zegarek. I podała mi plan zajęć.
- teraz mamy profesora Binnsa. Radzę ci robić notatki z książki, bo on sam ma głos, który potrafi nawet najbardziej pilnych uczniów doprowadzić do wyłączenia mózgu.
- Pokiwałem głową wstając i idąc za nią. Nawet nie zerknąłem w stronę stołu prezydialnego. Nie spojrzałem też na Harry'ego Pottera. I wyszedłem z Sali w progu omijając jakąś dziwną plamę na podłodze.
- Później, jak widzisz, mamy zajęcia z transmutacji, a po lunchu obronę przed czarną magią. Profesor McGonagall jest wymagająca i nie powinieneś liczyć u niej na obijanie się i nic nie robienie. O OPCM nic ci nie powiem. Mamy znowu nowego nauczyciela. Potem pójdziemy do wierzy gryfonów.
Pokiwałem głową, że rozumiem.
I Ginny zamilkła patrząc w przód.
Wydawała się być bardzo… zdystansowana.
Zajęcia z Binnsem były nudne jak zawsze. Ze względu na to, że poprzedniego roku już przerabiałem cały materiał. Nie wspominając o tym, że pisałem już tez z tego działu egzaminy, wszystko zdawało się jeszcze bardziej nudne niż zazwyczaj.
Severus zdobył od Dyrektora moje stare rzeczy z tamtego roku. Więc miałem też swoje notatki i swoje książki z pozaznaczanymi fragmentami. Ze względu na fakt, że Severus sądził, że to fatalny pomysł bym tylko gapił się głupio w przestrzeń przez cały rok i ja go popierałem. Mój dodatkowy przedmiot, jakim było wróżbiarstwo zmieniłem na starożytne runy. Miałem, więc pewną ilość materiału do nadrobienia, co też na pewno pozwoli mi zająć czymś moje myśli.
Podczas więc gdy Binns przynudzał pisałem intensywne notatnik z starożytnych run starając się zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Miałem dwa lata materiału do nadrobienia.
W tej klasie wszyscy mieli już parę, z którą siedzieli. Więc mnie pozostała ławka najbliżej ściany, którą zająłem sam.
Na następnej lekcji McGonagall. Skupiła się niestety tylko na mnie. Sprawdzała moją wiedzę magiczną. Sprawdzała jak sobie radzę z transmutacją. Co wiem o transmutacji? Całość zajęć męczyła mnie nieprzeciętnie i po nich, miałem wrażenie, że zadawała mi pytania nie tylko z wiedzy do piątego roku, ale i parę pytań z szóstego i siódmego roku nauki. Nie wiedziałem już później tez nawet czy odpowiadałem dobrze, czy wysnuwam jakieś niejasne teorie.
Obiad jadłem raczej mechanicznie wciąż nie będąc pewien czy mój umysł jest już w stanie opuścić salę transmutacji.
Potem jednak były zajęcia obrony przed czarną magią z Peretem Penaus.
Giny szła dosyć żwawym krokiem dyskutując z koleżankami z roku, a ja śledziłem je gapiąc się pod nogi.
Gdy w końcu dotarliśmy na odpowiedni korytarz potknąłem się i wykonałem jakiś dziwny taniec na palcach nóg byle by ominąć dziwne plamy, których korytarz był pełny! Znałem magię już na tyle dobrze by wiedzieć, że coś nowego i nieznanego jest najczęściej niebezpieczne. A ja nie pamiętam tych barwnych kleksów!
Usłyszałem chichot i podniosłem głowę.
Giny wraz z koleżankami patrzyły się na mnie i chichotały.
-Co ty wyprawiasz?
Zapytała, a ja zamrugałem patrząc się na jej stopy. Stała ona w samym środku jednej z plam. Teraz, gdy się przyjrzałem no obrzeżu plamy widziałem jakieś znaki. Czyżby runy? Ta konkretna była w dosyć ciemnym odcieniu granatu.
I wtedy przypomniałem sobie, co mówił Severus na temat tego jak pracują moje oczy. Inni nie dostrzegają tych barw, więc możliwe, że ona tego po prostu nie widziała!
Zamrugałem zdając sobie nagle sprawę, że widziałem już tysiące razy wszelakiego rodzaju runy, rozmieszczone to tu, to tam po całym Hogwarcie, ale nie zdawałem sobie sprawy, że inni ich nie widzą.
- Eeee. Potknąłem się – powiedziałem.
- To było na początku. – zauważyła- Potem zacząłeś robić jakieś dziwne fikołki.
Zarumieniłem się i spojrzałem pod stopy.
- Eee.. Starałem się nie stanąć na łączenia między kamieniami. – Odpowiedziałem w nagłym pomyśle. – Robiłem tak, jako dziecko i nagle mi się przypomniało.
Ginny przewróciła oczami, a jej koleżanki wcale się nie kryły z tym, że się ze mnie śmiały..
- Chodźmy już nasz tancerzu. Jeszcze się zaraz spóźnimy.
Pokiwałem tylko głową i wymijając dziwne runiczne plamy czasami dużymi czasami krótkimi krokami dotarłem pod drzwi Sali. Jakoś nigdy nie myślałem, że starożytne runy mi się na coś przydadzą i nawet nie rozważałem chodzenia na ten przedmiot. Teraz jednak ten brak w mojej wiedzy mnie zirytował. Co tam było napisane?
Westchnąłem. Gdybym mógł, zapytałbym się Hermiony, często w końcu widziałem jak ślęczała nad książeczka z runami. Jednak teraz rozmowa z Gryffonką była niemożliwa.
W klasie Pan Peret Penaus powitał nas standardowym przedstawieniem się i sprawdzeniem listy obecności. później, zwrócił uwagę na to, że ze względu na to że co roku zmienia się nauczyciel w Hogwarcie to nasza wiedza jest niekompletna i mamy olbrzymie braki.
Zaczął też mówić o Voldemorcie, który przeprowadził ostatnio atak na miasteczko w którym mieszkało parę rodzin mugolaków. Wspomniał o opieszałości ministerstwa, które mimo zapewnień dyrektora i Harry'ego Pottera o powrocie Czarnego Pana, nie chciało akceptować tego faktu dopóki zeszłego roku Voldemort otwarcie nie zaatakował Hogsmade podczas jednego z wypadów uczniów by, jak mówią plotki pojmać i „niepotrzebnych uczniów" Hogwartu. Ale i też zabić samego Harry'ego Pottera.
Westchnąłem na to przypomnienie. Wielu uczniów i mieszkańców Hogsmade zostało wtedy rannych. Dobrze pamiętałem ten dzień. Voldemort uwięził uczniów dopominając się jego poddania. Ja, wtedy jeszcze jako Harry razem z Ronem i Hermioną wykorzystaliśmy oczywistą niewiedzę Voldemorta o tajemniczym przejściu do zamku jakie było w wrzeszczącej chacie. To wręcz ironia, że Voldemort ulokował więzienie dla uczniów właśnie tam. On jednak nie znał jej za dobrze. Przejście zostało wybudowane dopiero dla Remusa Lupina, a Tom Marvolo Riddle był w szkole o wiele wcześniej.
Nie byłem głupi, wiedziałem, że jak tylko się pokażę Voldemort mnie zabije i mój los prawdopodobnie podzielą pojmani uczniowie. Jeżeli nie wszyscy to na pewno ci „zbędni" jego mniemaniem.
Do dziś pamiętam jak wymieniłem z spanikowaną Hermioną spojrzenia i bez słowa pognaliśmy w stronę zamku. Pamiętam też jak po drodze spotkaliśmy Snape'a i Dumbledore'a biegnących do Hogsmade.
Zarówno dyrektor jak i Snape i McGonagall wydawali się być zaskoczeni widząc nas.
- Proszę odwrócić jego uwagę dyrektorze. Wrzeszczałem już z daleka i przystanąłem na chwilę by złapać oddech. Oni też przystanęli.
- Idziemy do bijącej wierzby. - Powiedziałem starając się by zrozumiał nasze przesłanie. – Damy Panu znak jak wszyscy będą bezpieczni. – I nie czekając na odpowiedz pognałem z przyjaciółmi dalej.
Słyszałem jak jeszcze profesor transmutacji za nami krzyczy, ale byliśmy zdecydowanie szybsi.
W ciągłym biegu dotarliśmy pod wierzbę bijącą i całą trójką wpakowaliśmy się do przejścia.
Ostatnio byłem tam w trzeciej klasie wiec całe przejście było pełne pajęczyn, które z wrzaskiem obrzydzenia ściągał z siebie Ron. Ale mimo tego oświetlając sobie drogę różdżkami i biegnąc, przeciskając się szczelinami, czasami wręcz kucając i klękając, kierowaliśmy się zapadającym i nieużywanym przejściem dalej w głąb.
Dzieciaki były zostawione same w zrujnowanym salonie. Pilnował ich tylko jeden śmierciożerca, którego ogłuszyliśmy i odebraliśmy mu wszystkie różdżki, jakie miał związując go. Reszta wrogów była na zewnątrz i stała ona obok Voldemorta. Naprzeciwko niego stał Dumbledore. Sam. Do dziś pamiętam ten strach jaki mnie opanował na ten widok. Dumbledore sam naprzeciw armii śmierciożerców.
Hermiona popatrzyła na mnie twardo i jasno dała do zrozumienia, że jeżeli zrobię coś głupiego to mnie ogłuszy i przeniesie przez przejście nieprzytomnego.
Więc razem z wszystkimi uczniami weszliśmy w przejście.
Wszystko to działo się bardzo szybko. Może około 15 minut od momentu spotkania dyrektora, a już wszyscy ponownie przeciskaliśmy się przez podziemny tunel. Część młodszych uczniów płakała. Ci którzy nie byli ranni pomagali tym którzy nie mogli iść o własnych siłach. Zamykałem pochód. Zablokowałem przejście i zastawiłem jeszcze dla pewności parę pułapek by być pewien, że usłyszę pościg jeżeli taki nastąpi. A jak tylko opuściliśmy w końcu ciemny tunel wysłałem Patronusa do Dumbledore'a by dać mu znać, że jesteśmy bezpieczni po czym razem z Hermioną i Ronem zasypaliśmy przejście. Było zbyt niebezpieczne by zostawić to tak jak było. Ja cieszyłem się jak najbardziej tym, że nikomu nic się nie stało. Nie widziałem już tego, co się działo w Hogsmade. Ale ponoć nagle Voldemort wpadł w szał i zniszczył wrzeszcząca chatę. Ale wtedy też pojawili się aurorzy i Voldemort się wycofał. Jednak nie można było już zaprzeczyć, że tam był. Plusem było też to, że Knot wpadł w taka niełaskę, że jeszcze tego samego miesiąca ludzie domagali się jego dymisji i jego stanowisko przejęła Pani Syntia Home. Wkrótce też potem Hogwart opuściła terrorystka Umbringe.
- Ze względu na te wydarzenia, chcę wpoić państwu zaraz na początku parę zasad, które mam nadziej szybko zapamiętacie. – wróciłem myślami do klasy obrony.
Pan Peret uniósł różdżkę i miał bardzo poważna minę gdy machając nią mruknął coś pod nosem.
Napiąłem się oczekując jakiegoś ataku, ale nic takiego się nie stało. I dopiero, gdy usłyszałem zduszony jęk za sobą zrozumiałem, że jednak się myliłem.
Giny miała teraz na głowie intensywnie czarne włosy i ośle uszy. Innej dziewczynie wystawały zdecydowanie za długie zęby z buzi. Jakiś chłopak z Hufflepuff beknął właśnie potężnie wyrzucając z ust najprawdziwszy ogień. Więc ogólnie rzecz biorąc każdy „coś miał"
Wszyscy z wyjątkiem… mnie. Chyba już wiedziałem, czym były te dziwne runy na korytarzu.
- Bez paniki. Wystarczy zwykłe finite incantatem. – Uczniowie bez wahania natychmiast zajęli się ściąganiem zaklęć- Ale w czasie gdy będziecie się doprowadzać do porządku. Ktoś może mi powiedzieć jakiego czaru użyłem?
Hernest z Gryffindoru się zgłosił.
- To czar oślouszny, wrzosowy, jest też coś z zmianą głosu i koloru włosów.
- To nie wszystkie czary, jakich doświadczyliście, ale nie o to pytałem. Czy nie zauważyliście czegoś dziwnego w tym, co się stało? Tak dziewczynko z wciąż króliczymi uszami?
- Jestem Ginny Wesley. Wszystkie efekty pojawiły się równocześnie.
- Bardzo dobrze. 5 punktów. Czy ktoś wie, jakiego czaru użyłem?
- Gwendolin Sharp. To czar iskierki. – Powiedziała koleżanka z ławki giny. – czary musiały być na nas już wcześniej. Pańskie zaklęcie iskierki aktywowało je wszystkie.
- Pięknie. Kolejne 5 punktów dla gryfonów. To teraz najważniejsze. Powiedzcie mi kiedy zostały na was rzucone te zaklęcia.
Tym razem to jakiś inny chłopak z Hufflepuffu się zgłosił. Wydaje się że te zajęcia będą o wiele bardziej interesujące niż ostatniego roku z Umbringe. Nawet się z tego powodu cieszyłem.
- Jestem Troy Grey. Moim pomysłem jest to, że każde krzesło w Sali było jakoś przeklęte.
- świetny pomysł. Może go nawet wykorzystam następnym razem. 5 punktów. Ale to też nie to. Jeszcze jakieś pomysły? Mężczyzna rozejrzał się po Sali.
Nikt się nie zgłaszał.
- Dobrze. To może zapytamy się w takim razie jedynego ucznia. Który nie był pod działaniem żadnego zaklęcia, jakim cudem mu się to udało?
I ku mojemu przerażeniu jego wzrok spoczął na mnie.
Cholera. To tyle, jeżeli chodzi o bycie w cieniu i nie wychylanie się. Wszystko byle by uniknąć zwracania na siebie uwagi. A już myślałem, że nie zauważył.
Wręcz czułem jak wzrok każdego w klasie kieruje się na mnie.
- Jak ci na imię.
- Jestem Dan Lind.
Powiedziałem spokojnie. Muszę zachować spokój. Ale co cholera powiedzieć. Prawdę? Że widziałem pułapki na korytarzu? Bycie znowu kimś, kto widzi i słyszy coś czego inni nie dostrzegają nie jest raczej moim planem na nowe życie.
-Panie Lind. –uśmiechnął się, a jego spojrzenie było ostre jak u sokoła.- Może nam pan wyjaśnić, jakim cudem uniknął pan losu swoich kolegów z roku? Cały korytarz był pełen zaklęć pułapek. Nie mógł pan przejść i nie wejść w żadną.
- To całkiem ciekawe pytanie, bo nie mam pojęcia. – odpowiedziałem decydując się grać głupka.
Nauczyciel zmrużył oczy patrząc na mnie.
- Nie masz pojęcia. Wiesz w świecie, w którym czarny pan porywa dzieci i więzi je by dostać to, czego pragnie nie istnieje coś takiego jak łut szczęścia. Jest wiedza i umiejętności. Każdy w tej klasie dał się zwabić w pułapkę. Dlaczego ty nie?
Nagle zalał mnie zimny pot.
Ta rozmowa stała się nagle zbyt poważna.
Cofnąłem się nieco i zacisnąłem dłoń na różdżce w kieszeni już formułując na ustach zaklęcie tarczy gdyby tylko ten mężczyzna, choć poruszył dłonią.
- Widzi pan panie Lind. Moja dzisiejsza lekcja miała uświadomić uczniom, aby nikomu nie ufać. Nawet nauczyciel może ich zdradzić. Nawet dyrektor. Nawet uczeń. – powiedział patrząc prosto na mnie.
To było wyzwanie. Chciał mnie do czegoś zmusić. I nagle dotarło to do mnie. On wiedział, że jakimś cudem wiedziałem o pułapkach.
Nie miałem jednak pojęcia, co odpowiedzieć. Co było by dobrą odpowiedzią? Czego on się dowiedzieć chciał?
. Nie wiedziałem jeszcze, kim dokładnie był ten mężczyzna. Ale jedno było jasne. Przybył do Hogwartu w pewnym celu. Pytanie tylko czy na polecenie Dumbledore, czy Voldemorta. A może działał na własną rękę?
Co ja myślę? Oczywiste jest na pewno jedno!
- Wie pan, ja zdecydowanie bardzo słabo ufam osobą, które używają zwrotu „Czarny Pan. " Są oni tak samo zdradliwi jak sam Albus Dumbledore.
Mężczyzna zamrugał i odwrócił spojrzenie wyglądając na zamyślonego.
Nie byłem i nigdy nie będę po stronie Voldemorta. Jednak z drugiej strony, nie jestem także po stronie dyrektora. Nie byłem po niczyjej stronie. Jedynie swojej własnej.
Pan Peter Penaus zostawił temat i nie pytał się mnie o nic więcej do końca lekcji. A ja zdecydowałem, że powinienem na niego uważać. W końcu tylko śmierciożercy używają zwrotu „Czarny Pan".
Pytanie teraz było…. Czy ten mężczyzna, tak jak Severus opuścił armie tego ludobójcy, czy był szpiegiem w Hogwarcie. Jeżeli tak było. To musiałem jak najszybciej porozmawiać z Severusem. Jeżeli Voldemort wysyłał nowego śmierciożercę do Hogwartu by ten szpiegował dla niego i dostarczał mu informację. To znaczyło, że nie ufał już w pełni temu, co przekazywał mu Severus.
