Chapter Text

- Hasło do wieży Gryffindoru w tym roku to „Kolosalny wytrych".
Pokiwałem głową i wszedłem za Ginny do pokoju wspólnego.
Pokój był taki jak go zapamiętałem. Pełen uczniów i głośny. Nie dostrzegłem jednak nikogo z swojej starej klasy.

-Śpisz w innej części zamku, ale gdybyś miał łóżko w wierzy, byłbyś w tej sypialni. To sypialnia chłopaków z piątego roku. W pokoju wspólnym spędzamy dosyć sporo czasu, więc zawsze można tutaj kogoś spotkać.
Pokiwałem głową. Gryffoni z piątego roku wcześniej się do mnie odezwali i zaprosili na partie eksplodującego durnia. Najwyraźniej moje szczere wyznanie, że zaraz mi głowa eksploduje, tuż po lekcji transmutacji przy obiedzie, przełamało jakieś lody milczenia i przy stole siedziałem już miedzy nimi, zapoznając się z nowymi kolegami z roku. Było tu pięciu chłopaków i trzy dziewczyny.

Gwen, Giny i Alicja. Chłopaki. Hernest, Deve, Xemil, Scot i Jimm.
To właśnie Hernest machał teraz na mnie bym dołączył do ich stolika. Byłem nieco później niż myślałem, bo Ginny po zajęciach oprowadzała mnie po zamku, a ja nie odważyłem się jej przeszkadzać i spokojnie akceptowałem to, co mi pokazywała.
Teraz jednak z wielką radością zasiadłem do luźnej rozmowy i spędziłem przyjemnie czas, aż do kolacji.
Nigdzie nie było widać Harry'ego Pottera, Hermiony i Rona.
Przy stole gryfonów usiadłem jednak znowu miedzy pierwszym i drugim rokiem wciąż nie chcąc za bardzo zbliżać się do szóstego rocznika. Przecież piąty i szósty rok siedzieli najczęściej zaraz obok siebie.

Prawdę mówiąc tworzyłem w swojej głowie już plan tego jak ominąć dzisiaj pójście do wierzy lwów. Wcześniej planowałem po kolacji spędzić tam trochę czasu, ale później dotarło do mnie, że na pewno będzie tam teraz Harry Potter. A ja nie byłem pewien jak powinienem zareagować na jego widok.

Musiałem jednak zmienić plany, gdy ponownie pojawiła się Ginny.

- Jak skończyłeś to pokażę ci jeszcze inną droge do wierzy Gryffindoru, tak byś później bez problemu trafił do siebie.
- Eee.. prawdę mówiąc. Chciałem już dzisiaj iść do siebie. Trochę za dużo nowości na raz. – powiedziałem z uśmiechem wstając od stołu. - Ale dziękuje za całą twoją pomoc.
Ginny pokiwała głową, ale nie opuściła mojego boku.
- W takim razie potowarzyszę ci do twojego pokoju. Nie chcę byś się zgubił.
Już chciałem powiedzieć, że nie trzeba. Bo przecież to nie tak daleko, gdy dotarło do mnie, że ona to mówiła z zupełnie innego powodu. Ona chciała się ze mną rozmówić bez świadków.

Przyszło mi do głowy, że może to już!
Może już się domyśliła, kim byłem. Ale jej twarz miała zdecydowanie za bardzo zacięty wyraz. Musiało chodzić o coś innego.
Przeszliśmy przez całą wielką salę razem i skierowaliśmy się na trzecie piętro i całkowicie pusty korytarz. Tutaj nie było klas w użytku i raczej nikt tutaj nie zaglądał. Aż dziw, że cały korytarz nie zarósł pajęczynami.
- To tutaj. Jesteśmy na miejscu. - Powiedziałem obracając się do niej.
Nie zareagowałem, gdy zobaczyłem różdżkę wskazującą w moją stronę.
- Kim ty jesteś? – Zapytała bardzo władczym tonem i w tym momencie wyglądała bardzo podobnie do swojej matki, gdy przyłapywała bliźniaków na psikusach i chciała wiedzieć, który miał ten konkretny genialny pomysł.

- Wiesz kim jestem. Dan Lind. Przedstawiłem się o ile pamiętam. Mogłabyś opuścić różdżkę?

- W tobie jest coś dziwnego. – mówiła nie opuszczając dłoni. – Nie jestem głupia, Lind. Ten dzisiejszy „taniec" na korytarzu. Ty dobrze wiedziałeś, że są tam porozstawiane pułapki i nic nie powiedziałeś! Masz osobne pokoje z dala od wieży. Jesteś na piątym roku, a McGonagall przepytała cię z zagadnień, których nigdy wżyciu nie słyszałam, a ty znałeś odpowiedzi! I na zajęciach z obrony otwarcie mówiłeś, że nie popierasz Dumbledora! A mimo to jesteś w tej szkole i domu lwa! – Giny napięła się jakby szykowała do rzucenia jakiejś klątwy. – I co najważniejsze, unikacie się wzrokiem. Ani podczas obiadu. Ani podczas kolacji nawet kątem oka nie zerknąłeś na stół prezydialny, a i Dumbledor unika patrzenia na nasz stół. Kim ty jesteś? Nie zostawię tego pytania bez odpowiedzi!

Byłem trochę zaskoczony jej gwałtownością. Ale szybko do mnie dotarło, że teraz nie było łatwo. Voldemort czający się tuż za rogiem i coraz bardziej aktywni śmierciożercy.

Ginny była jedną z poważniej rannych uczennic przetrzymywanych w Wrzeszczącej Chacie zeszłego roku. To jasne, że była bardziej podejrzliwa niż wcześniej.
Rozważałem dobrą chwilę, co miałbym jej powiedzieć. Nie miałem jednak pojęcia, czy cokolwiek co powiem, będzie miało dla niej sens.
Co miałem teraz zrobić?
Nie mogłem zdradzić, kim byłem. Wręcz widziałem już w wyobraźni, jak Dumbledore wychodzi z za rogu i bez mrugnięcia okiem rzuca na GinnyObliviate. Nie chciałem jej narażać na jakiekolwiek nieprzyjemności.
Westchnąłem i już chciałem ją zacząć zapewniać, że naprawdę nie wiem, o co jej chodzi, gdy pojawiły się nowe osoby.

- To wąż, który się ukrył w ludzkim ciele. – obróciłem się po to by stanąć twarzą w twarz, z Harrym Potterem i zamarłem na jego widok.
Tuż za chłopakiem podążała wyraźnie zaniepokojona Hermiona i nieco spanikowany Ron. Gdy rudzielec dostrzegł swoją siostrę wyraźnie mu ulżyło. Podbiegł natychmiast do Ginny stając obok niej i rzucił nieprzychylne spojrzenie w moim kierunku.
Kochany porywczy Ron.
Gdyby chcieli, to zobaczyliby, że nawet nie miałem wyciągniętej różdżki.
Ale patrząc się na to z ich perspektywy, mieli prawo do obaw. Nowy chłopak, który nagle dołącza do tak późnego rocznika. I do tego wygląda nieco dziwnie.
Westchnąłem zrezygnowany.

-Chcesz coś ode mnie? – zapytałem po prostu. Patrząc na swoją starą twarz czułem się nieswojo. Mimo podobizn, ten chłopak był zupełnie inny. Inaczej się uśmiechał, ubierał i nawet stał. To tak jakbym oglądał swojego ojca. Albo raczej jego ojca. Jamesa Pottera.
- To ja raczej powinienem zadawać pytania. A moje pytanie brzmi. Czy pamiętasz o tym, co mówił dyrektor?
Napiąłem się i zacisnąłem zęby. To był zdecydowany cios. Ostrzeżenie. Przypomnienie.
- Dobrze wiem, co mówił dyrektor. – Odpowiedziałem starając się mówić spokojnym głosem. I spojrzałem mu prosto w oczy. – I przestrzegam jego zasad.
Coś dziwnego przebiegło przez aurę magiczną Pottera. Wyglądało to jak wściekłość. Cofnąłem się odruchowo nie rozumiejąc, dlaczego był na mnie taki zły. Przecież nie zrobiłem mu nic, czym zasłużyłbym sobie na tą wrogość!

- Harry, czy wy się znacie? -Hermiona przeskakiwała wzrokiem między mną, a nim.
- Poznałem tego węża na wakacjach. – odpowiedział nie patrząc na nią. A jego magia wycofała się i zaiskrzyła. Jego dłonie drżały.
Po raz kolejny to powiedział.
- Czyżby tiara przydziału się zepsuła? Jak nic pasował byś teraz jak w obrazek do mieszkańców Slytherinu.
I ponownie.
Zamknąłem na chwile oczy starając się uspokoić oddech. Już kilka razy wyciągnął na wierzch sprawę mojej przemiany. Wąż.
Byłem wężem.

- Mam wrażenie, że tak samo jak mnie i ciebie obowiązuje milczenie. – wysyczałem przez zęby, a on skrzywił się lekko, po czym uśmiechnął.
- Harry, stary. O co chodzi? Tym razem to Ron zadał pytanie. Trzy osoby, które przysłuchiwały się tej rozmowie niczym na meczu ping-ponga raz patrzyli na mnie, raz na Pottera.
Harry ich zignorował. Jego oczy błyszczały się niepokojąco, ale w tej chwili, poprzez mieszaninę magii, jaka panowała w jego ciele, nie miałem pojęcia czy z gniewu, czy smutku.
I w końcu to do mnie dotarło.
On też musiał zmienić całe swoje życie. Na pewno miał swoich przyjaciół. Na pewno miał opiekuna, który go wychowywał i z którym mieszkał aż do ostatnich wakacji. Teraz Musiał to porzucić i przenieść się do Hogwartu i udawać kogoś, kim nie jest. Nie dostrzegłem w nim aż takiej złości, gdy widzieliśmy się te kilka miesięcy temu, ale najwyraźniej od naszego spotkania, coś się zmieniło.
Jego życie też nie jest łatwe. Moje przypuszczenia potwierdziły się gdy zaciskając usta zbliżył się o kolejny krok i wbił swój wskazujący palec w szturchnięciu w moją pierś.

- Moje życie było ekstra! A potem. Przez ciebie. Wszystko szlag trafił! To ty wszystko schrzaniłeś.
- Dobrze wiesz, że to nie moja wina. – powiedziałem cicho odsuwając się nieco. Zerknąłem na swoich przyjaciół. Ile ja bym dał, by powiedzieć im o wszystkim. Móc z nimi usiąść i porozmawiać. Móc wyjaśnić. Oni na pewno by zrozumieli.
A przynajmniej miałem taką nadzieję.
Spuściłem głowę na swoje stopy by uniknąć ich nieprzychylnych spojrzeń. Pytaniem było, czy zaakceptowaliby to, kim się stałem? Dziwacznym stworzeniem bez przeszłości i rodziny. Lamia… byłem jeszcze w ogóle człowiekiem, czy klasyfikowałem się bardziej go podręcznika z magicznymi stworzeniami?
Może Ron i Hermiona by uwierzyli, że to ciągle ja. Uwierzyliby, że zawsze byłem i będę po ich stronie.
Ale inni?
Czasami nazywali mnie mordercą, zbawcą, kłamcą, bohaterem, zdrajcą.
Poglądy mieszkańców magicznego świata zmieniały się raczej szybko w przeszłości.
- Słuchajcie. Nie wiem, o co chodzi. Ale zakończcie to. Ok? Snape dał ci już dziś wystarczającą ilość szlabanów i musisz już iść do Filcha, a i on od tamtego roku jest wyjątkowo wredny. – Hermiona stanęła nagle miedzy nami.
Snape, szlabany?
Zamrugałem.
Oczy Harry'ego pociemniały.
- Zamknij się i nie wtrącaj! To ciebie nie dotyczy! – warknął odpychając Hermionę i wyciągając różdżkę zrobił krok w moją stronę.
Patrzyłem się jak Hermiona, po jego odepchnięciu, potyka się nieco i musiała oprzeć o ścianę by nie upaść. Popatrzyła się w górę na Harry'ego z czymś takim w oczach, co dało mi do zrozumienia, że w ciągu tego krótkiego czasu, który spędzili razem z Potterem. Zachował się on w stosunku do niej w ten sposób nie po raz pierwszy.
Coś się we mnie zagotowało.
Mimo, że Ron już układał na ustach zdanie „co ty wyprawiasz?" To ja nie czekałem. Z szybkością, która zawsze wszystkich zaskakiwała na pojedynkach, jednym płynnym ruchem znalazłem się przy nim, chwyciłem go za koszulę i popychając uderzyłem jego ciałem o ścianę.

Stęknął i zamrugał zaskoczony patrząc na mnie. W jego oczach dostrzegłem strach. Nie mam pojęcia jak wyglądała moja twarz, ale najwyraźniej wystarczająco przekonująco.
- Masz rację. – wysyczałem przez zęby. – jestem wężem, a węże atakują szybko. Wiec pamiętaj o tym. Pamiętaj, CO mówisz i DO KOGO mówisz. Puściłem go odpychając.
Odsunął się celując we mnie różdżką. Widziałem w jego oczach nieco paniki. Nie ważne, jakie zaklęcie teraz rzuci. Ostrzeżenie zostało przekazane. Nie pozwolę by tak traktował moich przyjaciół!
- Drętwota!
Uciekłem promieniowi krokiem w bok.
- Gryffindor traci 50 punktów, a pan, panie Potter, ma dodatkowy tydzień szlabanu z Filchem. Będzie on niepomiernie zachwycony. Odkąd w tamtym roku, mógł zaznać nieco władzy jako inkwizytor, tęskni za dręczeniem uczniów. Będziesz dla niego doskonałą pożywką. –Krzywy uśmiech wykrzywił wąskie wargi. - Zdaje mi się, że dzięki panu Gryffoni utracili wszystkie zebrane dzisiaj punkty. A pan Nowy. Ze względu na brak punktów ma tydzień szlabanu, ze mną. Codziennie. Po kolacji. Możemy zacząć już teraz.

Severus po prostu wyszedł z cienia. Wcześniej go nie było, a teraz był. I był jak zawsze, imponujący.

- A teraz reszta idzie do dormitoriów.
Dopiero po chwili wszyscy się otrząsnęli z szoku. Ron chwycił Harry'ego i razem z siostrą oraz Hermioną odeszli. Pojawienie się Snape'a było zbyt nagłe.
Odetchnąłem parę razy po to, by się uspokoić po tej całej chorej sytuacji, która właśnie miała miejsce.
- Chodźmy. Kociołki same się nie umyją.
Pokiwałem głową i w milczeniu poszliśmy w stronę lochów.
Minęliśmy po drodze paru uczniów i każdy bez wyjątku widział jak idę za Severusem. Na pewno pojawi się tysiące spekulacji, dlaczego. Znając życie… to jutro wszyscy będą sądzić, że to ja zaatakowałem biednego Harry'ego Pottera. Przynajmniej tak się zawsze działo. To było moje fatum. Pewnie gdybym wciąż był Harrym to i tak to ja byłbym winny całej tej sytuacji.
To moje przekleństwo.

Gdy weszliśmy do kwater mistrza eliksirów od razu skierowałem się do jego komnat i opadłem na sofę przed kominkiem. Nie paliło się w nim, więc machnięciem różdżki zapaliłem drewna.
Severus nic nie powiedział. Po prostu usiadł obok mnie, a ja oparłem głowę o jego ramię.
Potrzebowałem dłuższej chwili by to ogarnąć i zrozumieć, co się właśnie stało. A miałem spotkanie z Harrym Potterem i wygląda na to, że nigdy się nie dogadamy. Prościej by było gdybyśmy zostali przyjaciółmi, ale nie widzę ku temu raczej żadnych szans, jeżeli on będzie mnie oskarżał o swoje teraźniejsze położenie.
Wzdychając położyłem głowę na kolanach Severusa wyciągając się na poduszkach.
Wciąż nic nie mówiłem, a on nie pytał.
Severus lubił ciszę tak samo jak ja. Jeszcze podczas tych zaledwie paru dni, które spędziliśmy w swoich objęciach w domu na wakacjach bywało tak jak teraz. Nie rozmawialiśmy, po prostu siedzieliśmy obok siebie czytając bądź po prostu ciesząc się dotykiem drugiej osoby.
Podczas gdy ja mając głowę na jego kolanach spoglądałem w górę na jego twarz on obserwując mnie gładził moje włosy przeczesując je palcami.

Obrysowywał opuszkami małżowiny moich uszu, później przesunął palcami na moje policzki i w końcu czoło. Chwycił delikatnie moje okulary ściągając je, a świat dookoła rozmazał się, a jego oblicze straciło ostrość, mimo, że nie lubiłem, gdy to robił, to nie sprzeciwiałem się, ponieważ przeprowadzał swoje badanie dalej. Teraz ten przyjemny dotyk osiadł na moich wargach, a ja wzdychając lekko ucałowałem wnętrze jego dłoni.

Wydawało mi się w tej chwili, że chciał się on nauczyć rysów mojej twarzy na pamięć.

Wyciągnąłem rękę w górę i położyłem ją na jego policzku. Wyczułem lekki zarost i uśmiechnąłem się zaczepnie.

- Drapiesz. - Szepnąłem. Uśmiech. Nie widziałem tego, ale jego usta na pewno były rozciągnięte w uśmiechu.

Uniosłem się i wdrapałem na jego kolana obejmując dłońmi jego kark. W końcu obraz przestał być aż tak rozmazany i miałem jego oblicze wyraźne i piękne zaledwie parę centymetrów od swojego. Uśmiech mistrza eliksirów już się skrył, ale czarne oczy były ciepłe i wpatrzone we mnie. Pocałowałem go krótko, a potem wzdychając położyłem głowę na jego ramieniu.

- Musisz już iść. – powiedział chwilę później w mój kark.
- Ehem…
- Cisza nocna się zbliża, a cała szkoła widziała jak ze mną szedłeś na „szlaban". Swoją drogą, nie wyczyściłeś jeszcze ani jednego kociołka.
- Ehem…
Nie chciało mi się ruszać.
- Dan, jest już po dziewiątej. Idź do siebie i wróć później. Ja też muszę sprawdzić czy ktoś się nie włóczy po ciszy nocnej.
- Nie możemy tak zostać?
- Raczej nie. – usłyszałem.
Przynajmniej nie tylko ja miałem problemy z wstaniem.
- Nie możemy się sklonować i wysłać nasze kopię by za nas robiły te wszystkie rzeczy?
Snape westchnął.
- Chciałbym. – przyznał szczerze - Pamiętaj też, żeby nie pojawiać się przed dziesiątą. Czasami będę musiał dawać uczniom szlabany.
- dziewiąta. – Zanegocjowałem.
- Czyżbyś chciał ratować uczniów przed szorowaniem kociołków?
- Tak. Sądzę, że będą mnie za to kochać. – zaśmiałem się. – Będę taką dobrą wróżką ratującą ich przed złym smokiem.
- Złym smokiem?
- Nie pasuje opisywanie cię wężem. Bo to ja w końcu jestem wężem. – powiedziałem lekko, ale zaraz zmarkotniałem przypominając sobie dzisiejszą kłótnię z Harrym Potterem.
Dlaczego moje życie nie mogło by być, choć odrobine mniej skomplikowane.
- Miałeś dzisiaj lekcje z Harrym Potterem. Prawda?
- Tak.
- Co się tam stało?
- Dałem mu szlaban i zabrałem punkty.
- To już wiem. -zaśmiałem się cicho -Teraz się pytam, co się stało?

Poruszył się niespokojnie pode mną. Poszukałem dłonią okularów. Byłem pewien, że Severus odłożył je na mały stolik obok sofy. Mam je!

- Wspomniałem coś o tym, że powinni wrócić z swoich wakacji już do klas, bo zaczynamy lekcję, a on odpowiedział, że moje wakacje polegające na pieprzeniu się z wężem, były na pewno czymś, co wolałbym zapomnieć.
Napiąłem się na całym ciele i w końcu założyłem okulary patrząc na niego w szoku.

- Mówisz poważnie?
Snape uśmiechnął się gorzko.

- Najwyraźniej było mu powiedziane, że stosunki Harry'ego Pottera i Severusa Snape nie są zbyt przyjazne, więc starał się wczuć w rolę. To, że powiedział coś tak bezmyślnego świadczy o tym, że jest kompletnym idiotą.
- Czy sądzisz, że on o nas wie? Zapytałem z przestrachem, ale ku mojej uldze on pokręcił głową.
- To miało na celu tylko mi dokuczyć. Przecież on mnie nie zna.
- Przesadził. – powiedziałem.
Snape pokiwał głową.

- Następną część zajęć spędziłem na odbieraniu mu punktów i dawaniu szlabanów pod groźbą by się zamknął. Nie posłuchał. Więc wywaliłem go do dyrektora. To co zrobił utwierdza w przekonaniu, że jest kompletnym idiotą. Przecież nikt nie może wiedzieć ani o tym, kim teraz jesteś ani o mojej znajomości z Czarnym Panem. A wzmiankę o wężu każdy mógł zinterpretować inaczej. Teraz ma jeszcze trudniej, bo na pewno musiał się gęsto tłumaczyć.

Zamknąłem oczy. Nie chciałem by mężczyzna zobaczył w nich moje zmartwienie.
Przypominały mi się nasze sprzeczki z poprzednich lat. Wolałbym już nigdy więcej do tego nie wrócić.

Kłóciłem się często z Severusem w przeszłości. Ale to głównie polegało na jego wzmiankach o „wspaniałym" Jamesie Potterze. Jednak później istotnie się dowiedziałem, że James Potter rzeczywiście był dupkiem dla Severusa. Więc przestałem się dziwić. A teraz to nawet mnie już nie dotyczyło, bo Potterowie nawet nie byli moją prawdziwą rodziną.

Później dowiedziałem się jeszcze, że część z tego jak się zachowuje jest podyktowana odgórnymi rozkazami. Nie mógł przecież uchodzić za przyjaciela Harry'ego Pottera, gdy dzieci Śmierciożerców siedziały w tej samej klasie i zawsze mogły o tym donieść swoim rodzicom. Patrząc się na to z tej perspektywy, cieszył mnie fakt, że nie byłem już Potterem i Severus nie musiał być dla mnie specjalnie niemiły.

Zarówno Hermiona i Ron wiedzieli o podwójnej roli Snape'a jako szpiega, więc niewątpliwie byli w olbrzymim szoku, gdy Harry Potter nagle wyskoczył z atakiem na mistrza eliksirów wyciągając na wierzch coś, co wspólnie ustaliliśmy, nie powinniśmy mówić w pobliżu ślizgonów.

Nie miał łatwego charakteru. Jednak go rozumiałem. A gdy nie musieliśmy przed innymi wyglądać na osoby, które ze sobą rywalizują. Poznałem go jeszcze lepiej. Jego złośliwości przestały mnie nawet denerwować, a zaczęły bawić, gdy przestały być, aż tak raniące jak kiedyś.
Był pewnym siebie, wykształconym mężczyzną. I naprawdę uwielbiałem być w jego silnych ramionach.
- Rozumiem wszystko Severusie. Dlaczego byłeś niemiły dla mnie z powodu Jamesa Pottera. Ale… bardzo często miałem wrażenie, że nie nienawidzisz mnie tylko ze względu na stare czasy. – spojrzałem mu w oczy, a on odwrócił twarz. – Dlaczego?
Wrócił do mnie wzrokiem i poruszył się chcąc wstać. Pozwoliłem mu na to. Podszedł do kominka i popatrzył na płomienie. Potem obrócił się w moją stronę.

- Jestem związany przysięgą złożoną Lily Potter. – Powiedział, a ja zamrugałem.
- Przysięgom? Znałeś Ją?
- Tak. - Severus wrócił i usiadł obok mnie. – Znałem ją nawet bardzo dobrze. Przyjaźniliśmy się dosyć długo. Jeszcze przed Hogwartem. Mieszkaliśmy na tej samej ulicy. Jednak po pójściu do szkoły wszystko się zmieniło. Na początku było jeszcze w porządku, ale potem zaczął się ten konflikt z huncwotami. Nie mówię, że byłem bez winy zerwania naszej przyjaźni, ale byłem wściekły i obwiniałem o to Pottera. Od samego początku pracował na to, by nasza przyjaźń się skończyła, bo w końcu Gryffoni i Ślizgoni nie mogą się trzymać razem, a w jego ograniczonym mózgu moja przyjaźń z jedną „z nich" była aktem zdrady. A przecież nie będzie dokuczał dziewczynie z tego powodu więc siłą rzeczy wszystko skupiło się na mnie.
Patrzyłem na niego z uwagą i milczałem. Chciałem by kontynuował. Wyglądało na to, że musiał powiedzieć coś więcej niż tylko parę zdań, bym zrozumiał całość historii.
- Trafiłem do Slytherinu. Lily była w Gryffindorze. Już od pierwszego dnia przysięgaliśmy sobie, że to nic nie zmienia, ale James ciągle się wtrącał. Wiesz jak wyglądały nasze sprzeczki. Nienawidziłem huncwotów. Lily na początku szukała sposobu by nas pogodzić, ale w końcu zaczęła ignorować tą sytuację. Nie potrafiła się jasno opowiedzieć po mojej stronie. Wiesz. Była Gryffonem i chciała trzymać z swoimi, a jednocześnie przyjaźnić z wężem. Najprościej opisało by tą sytuacje porównanie, tego jakby Granger zaczęła chodzić z panem Malfoyem i wciąż się przyjaźniła z wami kompletnie ignorując momenty, w których, ty razem z Draco rzucacie na siebie nawzajem klątwami.
Och. To było by dziwne.
- Jakoś w piątej klasie dałem sobie spokój i przestałem próbować utrzymywać naszą przyjaźń skupiając się na własnym domu. To wtedy nasz konflikt wszedł na nowy poziom, bo zacząłem potajemnie studiować czarną magię.
Przez chwilę po prostu spoglądał w płonący kominek w ciszy.

-W pewnym momencie pojawiła się znowu Lily nagle zaczynając mnie przekonywać bym to zostawił i mówić, że brakuje jej naszej przyjaźni. Ale to by nic nie zmieniło, bo akurat wtedy też zaczęła chodzić z Potterem. A ten wciąż był dla mnie totalnym dupkiem. I tak się nasze drogi rozeszły. Byłem wciąż na nią zły za to, co się stało i za to, że wybrała na ukochanego gościa, który wraz z kolegami nigdy nie przepuszczał okazji rzucenia we mnie wyzwiskiem. Po szkole dołączyłem do śmierciożerców. Niewiele robiłem. Tylko eliksiry. w tamtym okresie czasu Czarny Pan nie był też, aż tak szalony jak w późniejszym okresie czasu. Szybko jednak się przekonałem, że śmierciożercy to nie tylko idee, ale nie było już odwrotu. Ci którzy chcieli opuścić bok czarnego pana dostawali bilet w jedną stronę. Zgłosiłem się do Dumbledora z prośbą o pomoc. Odesłał mnie, nie wierząc w moje słowa. Czułem się wtedy…

Zabrakło mu słów. Chwyciłem jego dłonie w geście pocieszenia potrafiąc sobie to wyobrazić. Jedni przyjaciele go zostawili. Drudzy bez wahania zabili gdyby zdradził Voldemorta, a człowiek do którego zgłosił się o pomoc, odesłał go.
Był sam. Wstał ponownie z sofy i wrócił na swoje miejsce przy kominku patrząc w płomienie.

- I wtedy wyszła ta przepowiednia. A Voldemort ze wszystkich dzieciaków na świecie wybrał właśnie dziecko Lily Potter. Nie czekałem, tylko od razu poleciałem do nich. Nie liczyłem na Dumbledora czy ministerstwo. Po prostu stanąłem na ich progu i kazałem im zbierać to, co najpotrzebniejsze i uciekać. To działo się tak szybko. Ledwo chwilę później pojawili się śmierciożercy. Zabrali więc różdżki i teleportowaliśmy się do domu Blacka.

Powstało zamieszanie, bo wciąż miałem szaty śmierciożerców. Mnóstwo oskarżeń. Parę razy wymówiono imię dyrektora. Mówiłem im, że byłem już wcześniej u Albusa i nic nie wskórałem. W końcu Lily wymogła na mnie przysięgę wieczystą. Patrząc się na to z późniejszej perspektywy mogłem to zostawić w cholerę i stamtąd odejść. Ale chciałem im pokazać, że nie jestem tym za kogo mnie biorą. Chciałem też może mieć szanse znowu normalnie porozmawiać z starą przyjaciółką. Więc złożyłem przysięgę.
Reszty już się domyśliłem.
- Przysiągłeś bronić syna Lily.

Pokiwał głową.

- Jak wiesz. Oni potem umarli, a Dumbledore wiedząc, że jestem pod przysięgą wziął mnie do swojego grona. A po latach Harry Potter pojawia się w szkole i popada w jedne kłopoty za drugimi. Już tyle razy uratowałem jego tyłek, a przysięga, która złożyłem przed laty wciąż mnie trzyma. – uśmiechnął się ironicznie- I nagle się okazuje, że to tak naprawdę nie był Harry Potter, a Dumbledore wręcz specjalnie wysyłał tego chłopaka na samobójcze misje pogrywając sobie zarówno ze mną jak i z nim.

Spoglądałem w jego oczy dostrzegając w nich tak wiele. Był zdradzany, porzucany, nie ufano mu, okłamywano. A mimo to stał tu przede mną i był człowiekiem, który wyznał prawdę właśnie mnie.

Moja wizja się zamazała i zdałem sobie sprawę, ze po moich policzkach popłynęły łzy. Zamrugałem by wyostrzyć obraz i dostrzegłem zaniepokojenie na jego obliczu. Już otwierał usta by coś powiedzieć, ale go uprzedziłem. Wstałem i zrobiłem dwa kroki, jakie nas dzieliły po to by go objąć i przytulić.

- Jesteś najszlachetniejszym człowiekiem, jakiego znam i nie zasłużyłeś na to cierpienie jakie cię spotkało. – powiedziałem w jego koszule. – Tyle razy mi pomagałeś. Teraz ja jestem twoim dłużnikiem i zrobię wszystko by spłacić ten dług.
Napiął się wyraźnie.
- Nie masz żadnego długu! Nie jesteś mi nic winien!
Pokręciłem głową i spojrzałem w górę na jego twarz. Czułem, że znowu po policzku potoczyła mi się łza, ale zanim przetarłem oczy Severus zrobił to za mnie. Cholera, ostatnio zrobiła się ze mnie straszna beksa!

Pocałował mnie sprawiając tym tak jak zawsze, że na chwilę przestało się liczyć wszystko inne i był tylko on i jego smak.

Potem niestety przypomniał, że już jest po ciszy nocnej i powinienem iść do siebie. Powiedział też, że nie musze tu się później przenosić, ale i tak po tym jak wróciłem do swojego pokoju od razu wrzuciłem garść proszku Fiuu w kominek, chwile później będąc już w jego kwaterach. Przybrałem forme Lamii i umościłem się w jego łóżku, czekając na jego powrót z patrolu. Gdy pojawił się w sypialni niedługo przed jedenastą nie był zaskoczony na mój widok.
Wziął prysznic i położył się obok mnie pozwalając na to bym go objął.
Moja dłoń spoczęła na jego piersi i poczułem pod palcami mocne silne uderzenia jego serca. I wtedy na to pozwoliłem. Na to by ta myśl wypłynęła na wierzch i uformowała w konkretne słowa.
Kochałem go.

Byliśmy razem ledwo parę dni. Nasz związek trwał od połowy sierpnia. Dokładnie… Dwa tygodnie. O Boże! Tylko tyle? To za mało! Chciałem spędzić z nim więcej czasu.
Więcej nocy.
Więcej dotyku.
Więcej.
Nie chciałem z tego rezygnować. Nie teraz gdy go odnalazłem. Nie teraz, gdy zdałem sobie sprawę, że go pokochałem.
Przytuliłem go mocno zaciskając wargi tak by nie wypowiedzieć tych słów na głos. Nie byłem pewien jakby Severus na nie zareagował. A nie chciałem by posądzał mnie o lekkomyślność, w szczególności po jego dzisiejszych wyznaniach.
Moje życie było zbiorowiskiem efektów złego fatum. Wolałem nie wywoływać czającego się za rogiem pecha i cieszyć się tym, co mam nie mówiąc nic.
Tej nocy, spałem bardzo dobrze.