SEVERUS

Na ten dzień czekałem od dłuższego czasu. Dan być może kompletnie nie zastanawiał się nad tym, ale ja i owszem. Dzień jego urodzin. Czułem się po części zobowiązany do tego by jakoś to z nim uczcić. W swoim poprzednim życiu urodziny obchodził w lipcu. Jednak wątpiłem by dalej chciał uważać ten dzień za dobrą datę obchodzenia tej uroczystości.

Nowa data, narzucona bądź, co bądź przez Dumbledora wydawała się z jednej strony chorym żartem, a z drugiej, promykiem nadziei.

Rzadko coś dobrego działo się 31 października, a ja naprawdę chciałem by zaczął świętować ten dzień i uważać za swój. Pakując prezent dla niego tego ranka dotarło do mnie, że się zmieniłem. Wszystko się zmieniło. Zarówno w szkole jak i poza nią.

Dostrzegałem to.

Wszyscy zachowywali się tak, jakby wielki topór kata zawisł nad ich głowami. Zarówno nauczyciele jak i uczniowie byli przepełnieni jakimś przygnębieniem. Za to mnie. W przeciwieństwie do innych, opanowywało coś, co w szalonym stanie w jakim teraz byłem nazwałbym, szczęściem.

Byłem szczęśliwy.

I mogłem to z zaskakującą łatwością przyznać. To tak jakby nastąpiła jakaś istotna zmiana. Zmiana, która odmieniła moje przeznaczenie. Dan był pełen szczęścia i dzielił się nim ze mną nader często. Wiedziałem, że wyczekiwał wieczoru. Na pewno przeczuwał, że mam dla niego coś specjalnego. Choć wątpiłem by się domyślił, dlaczego. Wszystko się jednak zmieniło, gdy moje ramie zapiekło.

Cholera.

Nie dziś. Proszę nie dziś. Jednak tego bólu nie dało się ani zignorować ani o nim zapomnieć. Spojrzałem na stół gryfonów.

Dan śmiał się właśnie z czegoś, co powiedział jeden z dzieciaków i pozwolił by na jego policzek nałożono więcej różu. Dogadywał się z wszystkimi bardzo dobrze.

Nigdy nie myślałem, że zobaczę kogoś z starszego rocznika bez przymusu spędzającego czas z pierwszakami. Dzieciaki gapiły się na Dana jak w jakieś bóstwo. Gdy coś mówił, słuchały i śmiały się razem z nim. Dla co najmniej dwudziestu osób stał się idealnym starszym bratem. Wydawało się mi, że cieszył go ten stan rzeczy. Wstałem wciąż trzymając się za ramię.

- Czy to on?

Drgnąłem spoglądając na Dumbledora. Kompletnie o nim zapomniałem. W tym roku, rzadko nawiązywał jakąś rozmowę. Nie narzekałem. mimo to, za każdym razem, gdy zdobywałem jakieś informację od Czarnego pana powtarzałem mu to. W końcu niezależnie od tego, jakim potworem był ten staruszek, to pozbycie się lorda Voldemorta brzmiało o niebo lepiej. Dumbledore wiedział też o przypuszczeniach moich i Dana, co do nowego nauczyciela obrony. Nie wiem co myślał na ten temat, ale nie mogliśmy tu rozmawiać. Nie gdy parę miejsc dalej siedział Peret. Wycofałem się tylnym wyjściem i skierowałem do swoich komnat. Zanim jednak przebrałem się w szaty śmierciożercy do moich drzwi nie mógł być Dan. Było za wcześnie. Otworzyłem Dumbledorowi.

- Widzę, że jesteś już prawie gotowy.

Pokiwałem głową. Nie było potrzeby bym coś mówił.

- Uważaj na siebie chłopcze. Niezależnie od tego, co się ostatnio działo. Naprawdę nie chcę by coś ci się stało.

Wykrzywiłem się zakładając maskę. Już skierowałem się do kominka by odejść, gdy następne słowa Dumbledora mnie zatrzymały niczym niewidzialna ściana.

- Poczekam tu na ciebie.

Odwróciłem się bardzo powoli.

- Nie ma takiej potrzeby. – powiedziałem matowym głosem.

- mimo to chcę to zrobić.

Otworzyłem i zamknąłem usta nagle szczęśliwy, że mam już założoną maskę i dyrektor nie widzi wyrazu mojej twarzy.

- Za niedługo powinien pojawić się tu Dan. – mówię po prostu.

Liczę, że starzec zrozumie, co mam na myśli. Zarówno Dan jak i Dumbledore unikali się tak płynnie jakby mieli ułożony grafik, który ustalał, którymi korytarzami mogą o danej porze dnia chodzić.

- W takim razie dotrzymam mu towarzystwa.

Nagle do mnie dotarło. Tu wcale nie chodziło o czekanie na mój powrót. A o spotkanie z Danem. Chciał z nim porozmawiać. Bez świadków. Beze mnie. Owładnęło mną złe przeczucie, że Dumbledore coś mu zrobi. Wypowie słowa, które miałyby go zranić, przekonać do czegoś, nas rozdzielić. Przez chwilę miałem ochotę wyciągnąć różdżkę i zaatakować Albusa walcząc z nim tak jakbym chciał obronić swojej duszy przed zrobiłem tego jednak. Dumbledore jest dobrym strategiem. Dostrzega wiele. Nie jest też głupi. Na pewno domyśla się tego, że jak teraz namiesza, nie tylko straci szpiega, ale i zyska wroga, który nie spocznie puki się nie zemści. A jeżeli jego czyny rozdzielą nas i zranią Dana, nigdy więcej nie znajdzie u mnie szczerego poparcia. Ja też byłem dobrym strategiem. Na pewno nie dam sobą więcej tak łatwo manipulować jak kiedyś.

Dumbledore wiedział, co się teraz działo w mojej głowie. Zbyt długo byłem z nim tak upokarzająco szczery. Znał mnie tak dobrze, jak siebie samego. I wiedział też, że sposób mojego myślenia ostatnio się zmienił.

- Ostrzegam cię Dumbledore. - Syknąłem tylko w jego stronę i nabrałem sporą garść proszku fiuu.

Uśmiechnął się tylko do mnie w odpowiedzi tym swoim delikatnym dobrodusznym uśmiechem, a ja zagryzłem wargi.

Wszedłem w płomienie czując się jakbym popełniał błąd. Co sobie pomyśli Dan, gdy zamiast mnie zobaczy tu dyrektora?

Mimo faktu, że powinienem się skupić na tym, co się dzieje było to dla mnie trudne. Voldemort wezwał wszystkich i wykazał chęć uczczenia Halloween atakując jakieś mugolskie miasteczko.

Nie uczestniczyłem w ataku. Stałem na wzgórzu obok czarnego pana wraz z kilkunastoma śmierciożercami i obserwowałem jak jeden dom za drugim staje w płomieniach. To nie było przyjemne widowisko. W powietrzu unosił się zapach palonych syntetyków i ludzkich ciał.

Z trudem powstrzymałem odruch zakrycia twarzy swoją szatą. Od lat nie miałem przed oczami takiego widoku. Ale teraz stojąc i patrząc na to wspomnienia odżyły. Voldemort był potworem. Ale i ja sam też nim byłem. Przez mój umysł przemknęła twarz mojego kochanka. Uśmiechnięta i wpatrzona we mnie jakby świata poza mną nie widział. Nie zasługiwałem na to, by być z tak czystym i szlachetnym młodzieńcem. Podczas gdy ja patrzyłem się jak płoną miasta. On ryzykując swoim życiem wchodzi w najczarniejsze zakamarki po to by uratować ludzi, których najczęściej nie zna.

- Jak tam sprawy w Hogwarcie Severusie?

- Bez zmian mój Panie. -Odparłem automatycznie. Ale nagle mnie coś podkusiło, by mówić dalej.

– Niepokoi mnie jednak nowy nauczyciel obrony przed czarną magią. Jego zachowanie jest dziwne.

Zerknąłem na czarnoksiężnika oczekując jakieś reakcji. Czy on naprawdę wysłał tego człowieka do Hogwartu? To jego sługa?

Voldemort jednak nie oderwał wzroku od buchających w górę płomieni. Jego oblicze było bez wyrazu.

- Co masz na myśli?

- Odnoszę wrażenie, że pracuje on dla kogoś, kto chce sie wmieszać w naszą sprawę. nie wiem tylko, czy to sojusznik czy wróg.

Czarnoksiężnik powoli podniósł różdżkę i wysyczał zaklęcie. Niebo nad płomieniami zostało najpierw połknięte przez mrok i nawet poświata płomieni przygasła, i z tego mroku wyłonił się zielony i cieknący od jadu mroczny znak.

To był sygnał do odwrotu. Całość akcji trwała około 15 minut. 15 minut dla trzydziestu śmierciożerców to bardzo dużo czasu. Wystarczająco dużo, by zranić i zabić, a jednocześnie za mało, by zdążyły się tu pojawić wystarczająco duża grupy uderzeniowa aurorów. Widziałem jak jakaś zakapturzona postać stojąca na granicy widząc znak teleportowała się z trzaskiem.

- Coś więcej? – głos Czarnego pana mimo zgiełku był dobrze słyszalny.

Znowu mnie coś pchnęło do powiedzenia więcej niż powinienem.

- Zawisł jakiś niepokój w Hogwarcie.

Voldemort w końcu oderwał wzrok od budynków w dole i spojrzał na mnie. Jego oczy zabłysły. Zainteresowałem go. Czekał na ciąg dalszy.

- Zmienił się nastrój w Hogwarcie Panie. Ktoś kto nie był przez ostatnie lata w szkole tego nie zauważy. - Powiedziałem to z świadomością, że podkreślam ile lat już w Hogwarcie jestem po to by przekazywać mu informacje - Sytuacja jest niepokojąca.

- Czy to tyczy się wszystkich? Nawet nauczycieli?Pokiwałem głową.

- Nawet Minerwa Mcgonagall zdaje się wykazywać sporą dozę nieufności w stosunku do swojego zwierzchnika.

Voldemort potarł o siebie swoje długie palce.- Kiedy to się zaczęło?- Jeszcze na wakacjach panie – powiedziałem ostrożnie dobierając słowa. Nie chciałem w końcu powiedzieć za dużo. -Na radzie pedagogicznej przed rozpoczęciem szkoły już coś zauważyłem, ale nie sądziłem, że ten stan rzeczy się utrzyma. Nawet grono Harry'ego Pottera uległo temu dziwnemu stanowi. Już nie spędza tak dużo czasu z swoimi przyjaciółmi. Zdaje się, że nieodwracalnie się pokłócili.

To już powiedziałem z świadomością, że zainteresuje to Voldemorta. Chciałem też by bardziej skupił się on na Potterze, a nie na jego przyjaciołach. W końcu. Dan byłby wdzięczny gdyby pannie Granger i Wesleyowi nie wisiał Voldemort nad ramieniem. A niewątpliwie jak przestaną w oczach innych być bliskimi przyjaciółmi Harry'ego Pottera, to Voldemort nie będzie zawracał sobie nimi głowy.

- Dobrze. – wysyczał czarnoksiężnik i spojrzał na mnie z leniwym uśmiechem. – Taka zmiana będzie zdecydowanie nam na rękę. Możesz odejść.

Skinąłem głową. Była już i tak, najwyższa pora ku temu. Aurorzy waśnie się ukazali na skraju wioski. Nie czekałem na rozwój wydarzeń. Teleportowałem się do Hogsmade. Gdy tylko wylądowałem w wynajętym specjalnie na tą okazję mieszkaniu w zdjąłem swoją maskę patrząc na nią z obrzydzeniem. Zdjąłem też swoją czarną szatę. Wyjrzałem z obskurnego mieszkania i spojrzałem na górujący na wzniesieniu Hogwart. Westchnąłem by uspokoić się nieco i sprawdziłem godzinę. Wskazówki pokazywały prawie północ.

Kolejny uspokajający oddech. Teraz czeka mnie coś jeszcze. I to będzie o wiele ważniejsze niż wojna czy Voldemort.

Dan.

Przeczesałem swoje włosy dłonią i obróciłem w stronę kominka biorąc garść proszku fiuu.

- Kwatery Severusa Snape'a Hogwart. Zielone płomienie rozbłysły i po przekroczeniu bardzo szybkiej bariery czarnych wirów zrobiłem krok wychodząc z kominka w swoich własnych kwaterach. Było to jak robienie bardzo dużego kroku po ciemku. Podczas gdy stopnia wcale nie było pod nogą. Dan zawsze się potykał podczas wychodzenia z kominka. Uniosłem wzrok. Tak jak myślałem. Albus Dumbledore wciąż tu był. stał za moją kanapą i spoglądał na mnie. Rozejrzałem się szybko, ale nie dostrzegłem Dana. Skierowałem twardy wzrok na dyrektora, rzucając te ohydne szaty na sofę.

- Co tu robisz? Gdzie jest Dan?

Dumbledore splata swoje długie palce i przeszedł salon po to by się do mnie zbliżyć. Nie bał się stanąć i spojrzeć mi w oczy. To chyba był dobry znak.

- oczekiwałem na twój powrót. – odpowiedział. A widząc że czekam na ciąg dalszy kontynuował.

– Dan opuścił twoje komnaty już jakiś czas temu.

Wyminąłem go i podszedłem do kredensu wyciągając z środka literatkę i ognistą. Nalałem sobie szklaneczkę nie pytając się go czy chce się przyłączyć.

- Czy stało się coś istotnego tego wieczoru?

Przełknąłem palący gardło płyn.- Nic, co mógłbyś teraz powstrzymać. Voldemort postanowił uczcić ten dzień w mugolskim miasteczku. Są tam już aurorzy. Jego nie ma. Koniec sprawy. - Jakieś plany na przyszłość?Pokręciłem głową. - Niczego nie mówił.Kiwnięcie głową. Wlałem w siebie kolejny łyk ognistej i odstawiłem szklankę na stolik tak gwałtownie że nieco się rozlało.

- Co mu powiedziałeś? Jeżeli go znowu zraniłeś to przysięgam, nie zignoruję tego.

Nie wiedziałem jak wyglądała moja twarz. Ale podejrzewałem, że nie widać w moich oczach nawet kropelki przyjaźni, a wręcz przeciwnie, mnie samemu zdawało się teraz, że każde słowo, które wychodzi z moich ust jest trucizną, której musze się pozbyć.

- Przypuszczam, że pan Lind ma się całkiem dobrze. Nie rozmawialiśmy wiele. W zasadzie to opuścił te kwatery dosyć szybko.

Zmrużyłem oczy.- Pewnie ma z tym coś wspólnego fakt, że tu byłeś. Dumbledore westchnął i spojrzał w stronę płomieni w kominku. Gdyby nie to, że tak bardzo zawiódł moje zaufanie i stał się osobą, którą po części uważam za zło konieczne pewnie bym się zapytał czy czuje się dobrze.

A dobrze nie wyglądał. W ciągu ostatnich miesięcy zdawał się postarzeć o parę dobrych lat. Gdyby Czarny pan zobaczył go na własne oczy, na pewno bez wahania zaatakował by Hogwart. Dyrektor nie wydawał się teraz być osobą, której należy się obawiać. Tak w zasadzie wydawał się być po prostu zwykłym staruszkiem, który bardziej pasował do domu spokojnej starości, a nie do wojen.

Czyżby jego ostatnie decyzje, aż tak odbiły się na nim rykoszetem?- Czy Pan Lind mówił coś na mój temat? - Zapytał nie odrywając oczu od płonącego ognia w łem. Czyżbym miał rację? Nie wierzę!

- Nie. W zasadzie, nie mówimy wcale o jego poprzednim życiu. Zdaje się chcieć o nim zapomnieć, więc ja mu nie przypominam.

Pokiwał głową.

- Zauważyłem, że nie naciskał na odzyskanie swoich starych przyjaciół.

Zawahałem się przed odpowiedzią. Wiedziałem, co dyrektor miał na myśli. Też byłem tym zaskoczony. Spodziewałem się raczej, że od pierwszego dnia Dan będzie się starał odzyskać przyjaźń Rona i Hermiony. Nie robił tego jednak. W zasadzie to wiem tylko o jakiś dwóch krótkich wymianach zdań miedzy nimi. Wiedziałem o jednym powodzie, jaki nim kierował. To było raczej jasne po tym jak druzgocący cios otrzymał w czasie wakacji od dyrektora. Dan obawiał się tego, że dyrektor coś zrobi jego przyjaciołom. O ile nie wyobrażałem sobie by Albus zabił te dzieciaki. To istniały inne sposoby na uprzykrzanie życia. A dyrektor jasno dał do zrozumienia, że jeżeli dostrzega w tym jakiś cel, nie zawaha się nawet posłać kogoś niczym owieczkę ofiarną na stos. Mimo że sam nie jest człowiekiem, który by podłożył ogień. To jest kimś kto, przekazał by komuś innemu zapałki. Moje milczenie najwyraźniej powiedziało Dumbledorowi dosyć sporo, ponieważ starzec skinął powoli głową, jakby zrozumiał już wszystko i skierował swoje kroki w stronę drzwi. Zatrzymał się jednak jeszcze przed naciśnięciem klamki i obrócił w moją stronę.

- Przekaż panu Danowi wszystkiego najlepszego z okazji urodzin ode mnie. – zaczął. – I powiedz, że ma moje pozwolenie na powiedzenie o wszystkim swoim przyjaciołom.

Wytrzeszczyłem oczy. Po czym napiąłem się na całym ciele.

- Dlaczego teraz?

Dyrektor uśmiechnął się nieco sztucznie.

- Nie wszystko dzieje się tak jak oczekiwałem. Podejrzewam też, że panna Granger i pan Wesley już i tak się domyślili, że nie mają do czynienia z tą samą osobą. Dalsze ukrywanie tego nie ma zwyczajnie sensu. To rodzi tylko niepotrzebne kłótnie.

- Czyżby nowy pan Potter nie był taki jak oczekiwałeś?

Dumbledore nie odpowiedział. Patrzył się na mnie tylko przez dłuższą chwilę i milczał. Początkowo kpiący uśmieszek spełzł z moich ust. O czym w tej chwili myślał Albus Dumbledore?

- Dobranoc Severusie.

I wyszedł nie czekając na odpowiedź.