Atte
Wow. To najbardziej konkretne znaki zapytania, jakie ktokolwiek mi wystawił do tego tekstu i musze odpowiedzieć.
Zaskoczyło mnie to, że twoje pytania były tak trafne! Czyli dokładnie takie, jakie cały czas oczekiwałam znaleźć w którymś z komentarzy i zastanawiało mnie, czy ktoś w końcu się zacznie nad tymi kwestiami zastanawiać! Masz dobre oko!
Mogę zdradzić, że już jedna z twoich wątpliwości, co do przyszłości Dana, zostanie wkrótce rozwiana. (Może za dwa, albo trzy rozdziały)
Dodam także, bo tutaj na Fanfiction tego jeszcze nie pisałam, a to wiadomość dla wszystkich.
TEKST JEST SKOŃCZONY.
Super wiadomość. Prawda?
Ja sądzę, że tak, w szczególności, że na tym świecie jest więcej niedokończonych fanficków niż tych zakończonych.
Przekonałam się bardzo szybko, (wstawiając "Petunia Evans, co by było gdyby"), że nie mogę zacząć wstawiać tekstu, puki ten nie jest skończony, bo gdy piszę jakiś rozdział, często wpadam na pomysł, który znacznie poprawia całość historii, a nie było go w wcześniejszych planach. Wtedy niestety trzeba dużo poprawić i pozmieniać sporo w już napisanych wcześniej rozdziałach. A gdy wcześniejsze rozdziały są już opublikowane… no cóż, nie muszę dodawać, że powstaje wtedy zamieszanie i tekst nagle zaczyna się rozsypywać.
Dodam, że kiedyś dokończę Petunie. Obiecuje! Ale kiedy? Nie wiem. Bo w czasie, gdy Petunia poszła w odstawkę, napisałam naszą Lamie Dana, teraz prawie kończę Fanficka o Voltronie i mam też już spory zarys i sporo tekstu z tematem Omegaverse. Więc Petunia wciąż musi czekać…
Co do Dana. Dla zainteresowanych dodam, że najwcześniej rozdziały wstawiam na Wattpad; wattpad . com user/Fantastmania
I w tym samym czasie na; archiveofourown works/19667878/chapters/46586926
Niestety na szarym końcu jest dopiero Czasami spore opóźnienia i niestety związane jest to z tym, że na wstawianie tekstu jest najbardziej kłopotliwe. Znikają odstępy i inne szczegóły, które chciałabym, aby w tekście były.
Wstawiam rozdział tygodniowo, zawsze w okolicach weekendu. (W piątek, albo w niedzielę) więc jeśli ktoś chce być na bieżąco oraz czytać w nieco przyjemniejszej odsłonie wizualnej, zapraszam np. na archiveofourown . org , albo Wattpad
Notka. Dziś dla was chyba najdłuższy jak do tej pory rozdział. Zastanawiałam się intensywnie, czy go nie podzielić na dwie części, ale zdążyłam poprawić całość, więc wstawiam całość! Smacznego! (Zapewne i tak, znajdą się jakieś ukryte błędy.:))
Pozdrawiam i miłego czytania!
Fantastmania (Lilka)
Rozdział 14 - Las... Zakazany?
Obudziłem się pierwszy z policzkiem wtulonym w ramię Severusa. Już jakiś czas temu przyzwyczaiłem się do tego, że śpimy razem, więc nie czułem się źle z jego obecnością w moim łóżku.
Starałem się nie narzucać Severusowi za bardzo, a co za tym idzie, starałem się dawać mu od czasu do czasu trochę wolnej przestrzeni i nie odwiedzałem jego komnat codziennie.
Jednak spanie samotnie wydawało się z nocy na noc coraz bardziej trudne.
Zimna pościel. Cisza niezakłócana jego oddechem. Bez niego obok, łóżko zdawało się za duże, a noce trudne do przespania w całości.
Wtuliłem policzek w zagłębienie jego szyi. I poruszyłem się lekko starając się rozwikłać zagadkę, jaka brzmiała, co robimy w moich komnatach i dlaczego czuje się tak dziwnie lekko? Tak, jakby grawitacja przestała istnieć!?
Nie mogłem sobie kompletnie przypomnieć, co robiliśmy wczorajszego dnia i jak wylądowaliśmy w moim pokoju kompletnie nadzy i wyraźnie po jakiś wyuzdanych czynnościach, z których miałem tylko niejasne przebłyski.
Zerknąłem na zegarek rejestrując, że było zdecydowanie za wcześnie bym uzyskał jakieś wyjaśnienia od kochanka.
Uśmiechnąłem się i przeciągając opuściłem łóżko.
Gdy jakiś czas później wyszedłem z łazienki, posprzątawszy nieco szokujący chaos tam panujący, mężczyzna wciąż spał. Przekręcił się tylko na bok i wtulił twarz w moją poduszkę.
Wysunąłem się z sypialni i skierowałem do małego aneksu kuchennego.
Zaopatrzyłem się w pokoju życzeń w kilka rzeczy, które wydawały mi się niezbędne. Takie jak dzbanek na wodę, filiżanki i talerzyki. Zaradny Zgredek, codziennie sprawdzał, czy czegoś w mojej małej przestrzeni nie brakuje. Zawsze miałem pełną puszkę z kawą, kilkanaście rodzajów herbat i zdawać by się mogło, pudełeczko w którym codziennie pojawiały się inne ciasteczka.
Nigdy wcześniej nie byłem tak bardzo świadom, jak wiele skrzaty domowe robiły dla czarodziei. Zgredek jednak, od kiedy uzyskałem swoją własną przestrzeń w Hogwarcie, zaczął się wszystkim zajmować niczym mój prywatny skrzat domowy, starający się zadbać o najmniejszy szczegół, tak bym nie musiał absolutnie nic robić samemu. Byłem mu za to jednocześnie wdzięczny, a z drugiej strony niezwykle zakłopotany faktem, że poświęca on tyle czasu by mi usługiwać, skoro nie musi tego robić.
Stuknięciem różdżki zagotowałem wodę w dzbanku i rejestrując, że zbliża się siódma i Severus na pewno powoli się budzi, przygotowałem kawę dla niego malując śmietanką, twarz uśmiechniętego misia na powierzchni, za to sobie dolałem do filiżanki mnóstwo śmietanki i posłodziłem szczodrze. Zadowolony z efektu, skierowałem się powoli do sypialni.
Od wakacji moje zdolności, jeżeli chodzi o malowanie śmietaną na kawie stały się zadziwiająco dobre i wzory wyszły naprawdę ładnie.
Wchodząc zauważyłem, że Severus siedzi już na rogu posłania. Najwyraźniej zapach świeżej kawy i dźwięki mojej krzątaniny, obudziły go.
Patrzył się na mnie półprzytomnie błyszczącymi oczami, a na policzku miał odbity szew poduszki. Ukryłem swój uśmiech w swojej filiżance podając mu jego. Zerknął do środka i patrzył się na nią przez dwa moje łyki kawy po to, by jego głowa nieco się zachwiała jakby zasypiał na siedząco.
Zachichotałem cichutko, podniósł on głowę i zamrugał powoli starając się tak jakby, rozszerzyć powieki oczu. Gdyby był postacią z kreskówki pewnie wpadłby na pomysł podparcia sobie powiek zapałkami.
W końcu jednak wziął łyk, a że było to wręcz potrójne espresso ukryte w mlecznej ozdobie, jego oczy rozszerzyły się same. Nigdy wcześniej nie widziałem by na kogoś kawa naprawdę działała. Większość ludzi pijąc kawę po prostu traktowała ją jak napój. Na Severusa działało to jak najprawdziwszy eliksir rozbudzający.
Po drugim łyku uznałem, że jest wystarczająco przytomny i nachylając się w jego stronę całując go.
- Dzień dobry.
Skinął głową i wziął kolejny łyk.
Skoncentrowałem się i przybrałem swoją ludzką postać. Zawsze, gdy to robiłem na początku chodziłem trochę jakbym miał zakwasy, więc zrobiłem mały spacer przez pomieszczenie by pozbyć się tego uczucia.
Ubrałem się i skończyłem już wiązać buty, podczas gdy Severus wyszedł z łazienki, zdecydowanie o wiele bardziej przytomny. Miał w dłoniach swoje buty, a na ciele koszule i spodnie z dnia poprzedniego. Wcześniej znalazłem na podłodze w łazience jego i swoje rzeczy totalnie przemoczone i w przypadku Severusa, nawet pozbawione kilku guzików. Wysuszyłem je, naprawiłem i powiesiłem mu na prysznicu, ale nie wiedziałem, czy skórzane buty, z których wylałem wodę, można potraktować tym samym zaklęciem, więc zostawiłem je tylko oparte o ścianę. Widząc teraz bose stopy Severusa doszedłem do wniosku, że buty mogą być nie do odratowania skoro i on tego nie zrobił.
Odchrząknąłem podnosząc wzrok i by spotkać się z nim spojrzeniem.
- Severusie?
Skupił na mnie wzrok.
-Nie pamiętam za bardzo ostatniego wieczoru. Czy stało się coś istotnego?
Severus przez chwilę patrzył się na mnie takim wzrokiem, jakby istotnie zapadła w nocy jakaś decyzja wagi światowej. Jednak już po chwili potrząsnął głową.
- Kochaliśmy się.
- Część z tego pamiętam. – Przyznałem rumieniąc się lekko. –Ale czuje się jakbym miał niepełny obraz, dlatego pytam.
Mistrz eliksirów wyprostował się i otrzepał szatę.
- Tak naprawdę to sam chciałbym wiedzieć. Nie wiem czy pamiętasz, ale Czarny Pan mnie wczoraj wezwał.
Poczułem gulę w gardle.
- Taaa, a ja poszedłem do twoich komnat, a tam był, Dyrektor.
Severus pokiwał głową.
- I co było dalej?
- Nie wiem. Gdy wróciłem Dumbledore powiedział mi, że opuściłeś moje kwatery zaraz po wejściu, a ja znalazłem cię w zalanej łazience dopiero po północy.
Potarłem powieki oczu i poprawiłem swoje okulary. Nie pamiętałem tego, co się ze mną działo przez cały wieczór. Jak przez mgłę kojarzyłem spotkanie z Dumbledore.
- Najwyraźniej było to dla ciebie trochę za dużo. – usłyszałem. – Dumbledore, moja nieobecność. - Severus poczochrał moje włosy i uśmiechnął się lekko. wykrzywiłem wargi, bo nie lubiłem, gdy to robił. To dzieciom czochra się włosy! Ja dzieckiem nie byłem! Jednak nic nie powiedziałem, bo zobaczyłem w jego oczach coś nowego.
Wydawał się jakiś inny. Patrzył się na mnie też jakoś inaczej. Jego wzrok był bardziej intensywny. Wręcz palił moją skórę.
- Może troszeczkę. – Przyznałem cicho. – Spotkałem się też wczoraj z Ronem i Hermioną. –dodałem.
- Czy wszystko w porządku?
Pokiwałem głową.
- Oni wiedzą, że to nie ja. Ten drugi Harry Potter. Oni wiedzą, że to ktoś zupełnie inny. -powiedziałem z uśmiechem - I są tym tak strasznie zmartwieni. - dodałem ciszej.
- Cieszysz się z ich zmartwienia?
Pokiwałem głową i zaraz nią pokręciłem.
- Nie cieszy mnie to, że są tacy zaniepokojeni, ale cieszy mnie, że zauważyli zmianę. I mimo, że mają teraz do czynienia z prawdziwym Harrym Potterem. To martwią się o mnie.
- To raczej jest oczywiste. Nie istnieje na tym świecie nikt taki jak ty.
Po tych słowach poczułem się po prostu cudownie! Być może Severus nie zamierzał tego powiedzieć w taki sposób, ale ja poczułem się nagle naprawdę lekko i cudownie szczęśliwy, wyjątkowy i mimo, że te słowa tak naprawdę nie padły, kochany.
Chwyciłem jego dłoń i zacisnąłem na niej palce. Kochałem tego mężczyznę, a usłyszeć z ust ukochanego, że jest się kimś, kogo nie można zastąpić… to cudowne uczucie.
- Mam coś dla ciebie.
Uniosłem brew w pytaniu, nawyk który mimowolnie przejąłem od kochanka.
Severus podszedł do swoich szat przewieszonych przez poręcz krzesła i po chwili trzymał w dłoniach małą fiolkę z jakimś eliksirem.
No cóż. W końcu miałem do czynienia z mistrzem eliksirów. Oni lubią robić eliksiry.
Uśmiechnąłem się na tą myśl złośliwie.
- Czy powinienem wiedzieć, co to jest profesorze? Czy jak odpowiem źle zostanę ukarany? -zapytałem z uśmieszkiem.
Severus wywrócił oczami.
- To raczej mało prawdopodobne byś znał ten eliksir, w końcu jest to mój własny wynalazek. Dla ciebie.
Przyjąłem z wahaniem fiolkę. Nie było nazwy na wierzchu tylko ciąg jakiś słów po łacinie. Dostrzegłem tam parę zaklęć oraz kilka znanych mi składników.
Zerknąłem na Severusa.
- Powiesz mi, co to robi czy mam sam się domyślić?
- Czyżby język się panu wyostrzył Panie Lind?
- Uczyłem się od mistrza. Więc?
Krzywy uśmiech.
- Może wypijesz i sam się przekonasz?
No cóż, Dlaczego nie?
Odkorkowałem i wypiłem miksturkę, która smakowała jak ziołowa wódka. Skrzywiłem się nieco i mlaskając językiem sięgnąłem po filiżankę by popić ten smak ostatnim łykiem kawy. Magle jednak wszystko zaczęło mi się rozmazywać przed oczami. Zamrugałem. Obraz się wyostrzył i znowu przyblakł. Prawie po omacku chwyciłem filiżankę i spojrzałem na Severusa wciąż mrugając. Wcale nie stawało się lepiej.
Zdjąłem okulary i wytarłem je w koszulę. Rozglądałem się po pomieszczeniu i mrugałem zawzięcie, gdy nagle, wszystko ustało. Obraz przedmiotów dokoła mnie stał się nadzwyczaj ostry.
Spojrzałem na okulary, które trzymałem wciąż w dłoni i na Severusa.
- I jak?
Otworzyłem usta, po czym je zamknąłem, potem powtórzyłem tą czynność jeszcze raz. Wciąż nie wypowiadając ani słowa.
-Przejdźmy więc od razu do badań.
Severus bezceremonialnie popchnął mnie na fotel, na którym usiadłem i wyczarował znaną mi już tablicę wypytując się mnie o to, co widzę, a czego nie. Potem rzucił jeszcze parę zaklęć i zapisał wyniki w swoim notesie.
- Powiedz mi. Dlaczego ja mam wrażenie, że byłem twoim królikiem doświadczalnym?
- Testowałem już ten eliksir na ludziach. – oświadczył fachowym głosem. - W tamtym roku potwierdziłem już wszystkie wyniki. Eliksir został też już opatentowany przez jedną z firm, a końcem roku będzie upubliczniony, jako lek na niedowidzenie.
- To, dlaczego tak dokładnie zacząłeś mnie sprawdzać skoro ponoć jest taki super?
Severus zaświecił mi światełkiem w oczy.
- Jesteś nieco inny niż reszta badanych, a eliksir jest oparty w dużej mierze na własnym materiale biologicznym. Każdy eliksir musi być wzbogacony o część osoby, która go chce wypić.
- Jak eliksir wielosokowy?
- Do wielosokowego dodaje się składnik pod koniec i produkcję jednego kociołka można rozdzielić na wiele porcji. W tym eliksirze dodaje się materiał biologiczny dużo wcześniej. Już w pierwszym tygodniu z czterech jakie należy przeznaczyć na ważenie.
- Czyli zacząłeś go robić dla mnie już cztery tygodnie temu?
Severus przewrócił oczami. Teraz dzięki ostrości widzenia dostrzegałem mnóstwo szczegółów, jakie mi wcześniej umykały. Severus miał malusieńką bliznę na wierzchu dłoni, tak jakby go ktoś kiedyś uderzył linijką. Miał też bardzo spracowaną i wysuszoną skórę na opuszkach palców. A jego oczu, te niesamowicie głęboko czarne oczy, były jeszcze piękniejsze.
- Zacząłem już na wakacjach. Musiałem jeszcze przeprowadzić testy. Nie wiedziałem jak na mój eliksir zareaguje to, że nie jesteś tak do końca... jak inni badani. Zażywałeś wcześniej, co prawda inne eliksiry, ale ten jest oparty na twojej krwi, więc wolałem wszystko sprawdzić dwa razy. Choć nie wiedziałem, czy zdążę do Halloween. Nie wszystko wyszło tak jak zaplanowałem, ale przynajmniej eliksir się nie rozbił po tych naszych wczorajszych wygibasach.
Severus w końcu zakończył swoje badania wyraźnie usatysfakcjonowany.
Uśmiechnął się do mnie i pogładził po policzku. Ostatnio uśmiechał się naprawdę często.
- Do Halloween? Dlaczego konkretnie ten dzień?
- Chciałem jakoś uczcić twoje urodziny, Myślałem o wypadzie do mugolskiej części Londynu, do restauracji i kina, a na końcu dać ci ten eliksir.
Zamurowało mnie. To brzmiało zupełnie jak… randka?
- C- co?
- Chciałem w jakiś sposób uczcić twoje urodziny. Zapomniałeś? Według dokumentów masz urodziny 31 października.
Kino, restauracja. Prezent?
Zacząłem głęboko oddychać. Ściskało mnie w brzuchu, a policzki paliły mnie żywym ogniem rumieńca.
- I byłbyś gotów zabrać mnie do mugolskiego Londynu po to, by obchodzić ze mną ten dzień?
- A co właśnie powiedziałem? - Severus przewrócił oczami. - Tylko dostałem wezwanie i wszystkie plany się zmieniły. – pocałował mnie delikatnie w usta. – Ale obiecuję, że spróbujemy to zrobić w najbliższy wolny weekend. O ile chcesz?
Pokiwałem intensywnie głową przytulając się do niego. Nigdy mu nie będę w stanie wyjaśnić ile znaczy dla mnie to, że pozwala mi się dotykać i tulić w ten sposób jak teraz.
Staliśmy tak jeszcze przez chwilkę, a ja swoją magią dotykałem delikatnie tą należącą do niego. Byłem taki szczęśliwy i chciałem by choć trochę tej mojej radości poczuł.
Severus zaznaczył jeszcze, co prawda, że eliksir może jeszcze przestać działać. W teorii jednak powinien być on niezawodnie skuteczny do końca mojego życia, co było naprawdę ekstra.
-Zjemy śniadanie razem? Mam jeszcze coś dla ciebie.
Pokiwałem głową nie chcąc mówić, że to, co mi dał już mi w zupełności wystarczy i zasiadłem do stolika z uśmiechem witając Zgredka, który przyniósł nam posiłek.
Choć według polityki zamku te stworzonka raczej niechętnie usługują posiłkami w prywatnych komnatach to nigdy nie narzekał, gdy prosiłem go o dostarczenie nam czegoś do komnat.
Zgredek bardzo szybko zniknął, a ja sięgałem już po tosty, wyjątkowo bardzo głodny, gdy Severus się nade mną nachylił i pocałował w kark kładąc na stoliku jeszcze jedną małą paczuszkę.
-Tylko nie myśl sobie, że zjesz wszystko sam.
Zmarszczyłem brwi i z uśmiechem odpakowałem paczuszkę. W środku w małym słoiku był przejrzysty blado złoty gęsty płyn, a na etykiecie jakieś słowa w nieznanym mi języku.
Zmarszczyłem brwi.
-Miód?
Wzruszył ramionami.
-Zauważyłem, że lubisz jeść miód. Ten powinien ci zasmakować. To wytwór magicznych pszczół bagiennych. Ten konkretny był zbierany w porze kwitnięcia słonecznego lotosu.
Odkręciłem słoiczek i powąchałem go. Słodki upojny zapach połaskotał mnie w nos, więc chwyciłem łyżeczkę i bardzo dokładnie zebrałem cienką warstwę z wierzchu już planując włożyć sobie ją do ust, gdy większa dłoń chwyciła mój nadgarstek i Severus z błyskiem w oku objął wargami łyżeczkę.
-Hey! -Sapnąłem oburzony, a ten chwycił mnie za brodę i pocałował. Jego język był pełen słodyczy miodu, gdy pieścił mnie swoimi ustami, a ja jęknąłem na stratę, gdy z diabelskim błyskiem w oczach odsunął się siadając naprzeciwko mnie.
-I jak ci smakuje prezent?
Zarumieniony spojrzałem na wciąż trzymaną przeze mnie łyżeczkę i oblizałem wargi. Posmak miodu był nieziemsko przyjemny, jak lekki pyłek osiadający na języku. Ale to nie był w tej chwili jedyny smak, jaki pozostawił słodycz na moich wargach.
-Bardzo dobry, dziękuję.
Spuściłem wzrok czując się bardzo zakłopotany, gdy on uśmiechnął się w bardzo zadowolony z siebie sposób. Nie mogłem nic na to poradzić, coraz bardziej zakochiwałem się w Severusie Snape.
Zjedliśmy wspólne śniadanie prowadząc już normalną lekką rozmowę. Ze względu na to, że zostawiłem swoją torbę z książkami u niego udaliśmy się wspólnie do jego kwater bym prosto stamtąd udać się do klasy eliksirów na pierwsze lekcje, które akurat tego dnia miałem w lochach. Przeciągaliśmy dzisiejsze rozstanie najdłużej jak się dało i raczej niechętnie najpierw ja, a dopiero kilka minut później Severus wyszliśmy z jego kwater.
Wciąż i wciąż na nowo dziękowałem mu za wszystko w myślach siadając do ławki i wyciągając z torby przybory do ważenia eliksirów, gdy Snape ogromnie spóźniony wszedł do sali.
Na jego twarzy widniał jakiś ponury wyraz, którego jeszcze dziesięć minut temu tam nie było, ale jak nasze spojrzenia się spotkały, jego oczy zabłysły.
Uśmiechnąłem się spuszczając głowę.
-Dzisiaj będziemy omawiać eliksir, którego prawdopodobnie, nikt z was nigdy na oczy nie będzie nigdy widział. Eliksir życia. Otwórzcie na stronie 366 i zróbcie eliksir bazowy. Macie pół godziny.
To w jego stylu. Zawracać uczniom głowę eliksirem, którego nigdy w życiu nie wykorzystają.
Z uśmiechem otworzyłem książkę zabierając się do pracy.
Czułem się tak lekko! Pomimo, że początkowe plany Severusa dotyczące moich urodzin nie wypaliły. To i tak moim zdaniem, ten poranek, spokojny i czuły jak dwaj kochankowie po upojnej nocy, a jednocześnie normalny i ciepły, jak nasze wspólne śniadanie, był cudowny.
Brak okularów bardzo szybko zwrócił uwagę gryfonów.
Wcześniej, gdy miałem jeszcze oprawki na nosie mój nietypowy kolor oczu i źrenic nie wyróżniał się aż tak bardzo, jednak teraz nawet ludzie, którzy mnie mijali na korytarzu oglądali się za siebie.
Moi nowi koledzy byli bardzo podekscytowani faktem tej zmiany w moim życiu.
- To super, że nie musisz już nosić okularów. Zauważył Raphael.
Z tym drugoklasistą rozmawiałem bardzo często. Był on z mugolskiej rodziny i kiedyś wspomniał, że jest na stypendium, bo rodzice nie chcieli dać ani grosza na jego edukacje. Dyrektor był na tyle dobry, że przed radą szkoły wywalczył ostatnio wiele pieniędzy na stypendium dla osób, które miały problemy finansowe.
Mimo, że moje uczucia, co do Dumbledora były ostatnio raczej niezbyt ciepłe. To nie mogłem zaprzeczyć, że części osób on naprawdę pomógł.
Teraz siedząc przy stole byłem otoczony osobami, które zainteresował brak moich okularów i niezwykle mocno mnie radowało to, jak jeden za drugim ze złością marszczyli brwi i czoła.
- Miałeś urodziny? I nic nam nie powiedziałeś? - Sarah brzmiała na obrażoną.
- Mogliśmy urządzić super imprezkę w wierzy. Zostałbyś też w końcu u nas w dormitorium na noc. -To był jeden z pierwszorocznych. Nick.
- On nie może idioto. – Raphael pokręcił z pobłażaniem głową i zerknął w moją stronę jakby szukał potwierdzenia. – Zapomniałeś, że musi wracać na leczenie na każdą noc?
Zbiorowy jęk zawodu przebiegł przez całe towarzystwo. Najwyraźniej większość zapomniała, że nie mogłem zostać w wierzy Gryffindoru.
- Ale wyobrażacie sobie urodzinową imprezkę i Halloween razem!? Dlaczego ja nie mam urodzin w Halloween? - Jęczał Hernest, opadając na miejsce naprzeciwko mnie. W tej chwili siedziałem wśród osób z rocznika pierwszego drugiego trzeciego i piątego. Tylko jeszcze z siódmym rocznikiem nie zaznajomiłem się aż tak bardzo.
- A kiedy ty masz urodziny?
Sarah spojrzała na niego krytycznie.
- Boże Narodzenie. – jęknął z żalem wyraźnie załamany.
- To super! Dlaczego aż tak rozpaczasz? Ja bym chciała mieć urodziny w Boże Narodzenie.
-Więc nie wiesz, o czym mówisz! Normalne osoby dostają prezenty urodzinowe osobno i prezenty na Boże Narodzenie osobno. Ja nie mam czegoś takiego. Nikomu się nie chce wysyłać podwójnych prezentów na ten sam dzień, więc dostaje jeden! Nie wspominając o tym, że nie mogę zorganizować imprezki z przyjaciółmi. Każdy ma jakieś inne zajęcie w tym czasie.
Część osób pokiwała głowami w zrozumieniu.
- Ja też mam głupią datę na urodziny. – oświadczył Raphael. – Walentynki.
Wszyscy wybuchnęli głośnym śmiechem, a ja śmiałem się razem z nimi. Obserwując ich kolory magii, myślałem o tym, jakie to wszystko miłe. Tak siedzieć z przyjaciółmi i gadać o prostych przyziemnych sprawach nie związanych z wojną. Raphael był wyraźnie rozemocjonowany, Chłopak właśnie opowiadał, jakie to dostawał prezenty z okazji urodzin. Prawie wszystkie miały w sobie elementy serduszek bądź napisy LOVE. Wszyscy jego koledzy z drugiego roku śmiali się z niego. Ale nie tylko oni. Moi koledzy z rocznika głośno dokuczali mu z tego powodu i śmiali się przy tym. Nie było jednak żadnego napięcia. Po prostu grupa przyjaciół i to było takie cudowne!
Wbiłem wzrok w swój obiad zastanawiając się nad swoim własnym losem. I po wzięciu paru uspokajających wdechów w końcu. Odważyłem się na coś, czego unikałem od tygodni.
Podniosłem wzrok na stół prezydialny.
Dumbledore rozmawiał właśnie cicho z profesor zielarstwa, ale tak jakby czując mój wzrok, jego twarz zwróciła się w moim kierunku.
Jego oczy nie były już aż tak żywo błękitne jak pamiętałem. Wydawały się przygaszone, a skóra na jego twarzy, była prawie przeźroczysta.
Może poprzedniego wieczoru nie widziałem tego zbyt dobrze, ale Dyrektor naprawdę wyglądał niewyraźnie.
Uśmiechnął się do mnie lekko i skinął głową.
Dłonie zaczęły mi drżeć. Oddech uwiązł w gardle. Poczucie zdrady nie odeszło. Byłem zbyt przerażony by się do niego zbliżyć. Zbyt zraniony by nawet dać mu jakikolwiek znak. Zamknąłem oczy i odwróciłem głowę.
Nie byłem w stanie do niego podejść. Było na to za wcześnie. Czułem się tak, jakby mój los był ponownie w niebezpieczeństwie. Jakby fakt, że nawet do niego podejdę, mógłby mnie ponownie zranić.
Severus powiedział mi przed naszym rozstaniem tego ranka, że dyrektor zezwolił na to, bym wszystko powiedział Ronowi i Hermionie. Jednak jak miałem zareagować na te słowa? Czy naprawdę powinienem do nich podejść i jeszcze bardziej namieszać w ich życiach niż to zrobiłem do tej pory? Nie mogłem się pozbyć wrażenia, że gryfonom, byłoby lepiej beze mnie.
Bałem się o nich i o samego siebie. Zdecydowałem się jednak teraz o tym nie myśleć i nic nie robić.
Wróciłem spojrzeniem na wciąż dyskutujących gryfonów i napotkałem intensywnie wpatrzonego we mnie Raphaela.
Zamrugałem zaskoczony dostrzegając w jego magii jakieś napięcie, a na jego policzkach rumieńce. Nigdy wcześniej nie widziałem u niego takiego wzroku i zachowania, więc już chciałem zapytać się go, czy coś się przypadkiem niestało, gdy dzwonek na popołudniowe zajęcia przerwał wszystkie rozmowy i rozdzielił nas.
Dzień dłużył mi się niesamowicie i wydawał się nadzwyczaj napięty i pełen jakiś niedopowiedzianych słów. Czułem się tak jakby coś miało się stać. To było wrażenie jakby gdzieś na granicy słuchu, słychać było biały szum zagłuszający zarówno rozmowy na korytarzach jak i inne naturalne dla normalnego dnia dźwięki.
I to napawało mnie niepokojem.
Pojawiłem się tej nocy u Severusa nieco wcześniej niż zazwyczaj i miał on jeszcze szlaban z jakimiś uczniami w sali do eliksirów. Pojawił się przed dziewiątą i był zaskoczony na mój widok.
- Jesteś wcześniej. Czy coś się stało?
Pokręciłem głową.
-Chciałem tu być -powiedziałem przesuwając swoim ciałem po podłodze. Byłem już w wężej formie.
Mój kochanek zbliżył się do mnie, objął dłonią mój podbródek unosząc moją twarz, by delikatnie ucałować moje usta.
- Musze jeszcze na chwilę wyjść. Dzisiaj była jakaś spora wojna na drugim roku i musiałem przydzielić parę szlabanów. Przyszedłem tu żeby ci zostawić wiadomość, że będę później.
-Jaki dom ucierpiał? –zapytałem zaciekawiony.
Severus uśmiechnął się kącikiem ust.
- Przecież to oczywiste, że Gryffindor i Slytherin. Nikt nie chciał powiedzieć, o co poszło, ale doszło nie tylko do rękoczynów, ale i paru zaklęć.
- Wiesz. Gdyby to był konflikt Potter I Malfoy to nie byłbym zdziwiony, ale na drugim roku? Może znam ich? Którzy to?
- Wiesz, to dużo wyjaśnia. –powiedział z błyskiem w oczach- Na pewno znasz te dzieciaki. To Raphael Brown, Sarah Blome, Tai Hexar z Gryffindory drugiego roku. Z pierwszego Tristan Kowalski. Przynajmniej ci dostali szlabany.
- Tak znam ich. - Przyznałem- Ale co to niby wyjaśnia? Nie rozumiem.
- Masz na nich zły wpływ. - Oświadczył z diabolicznym uśmiechem.
Sapnąłem oburzony i uszczypnąłem go w ramię, a on się zaśmiał. Zamrugałem zaskoczony. On się naprawdę śmiał, a jego oczy błyszczały! Poczułem się głupio myśląc, że to naprawdę świetnie, że idzie na ten szlaban, skoro potrafi się uśmiechnąć. Raphael i reszta będą musieli mi to wybaczyć.
- Wrócę o dziesiątej. Dziś ich wziąłem na siebie, ale mają tygodniowy szlaban i od jutra przejmuje ich Hagrid, więc znowu będę wolny.
Pocałowałem go przelotnie i pozwoliłem odejść.
Stałem się dziwny, skoro szlabany dawane innym uczniom wydawały mi się czymś dobrym.
Gdy kładłem się spać, pomyślałem jeszcze, że to może wyjaśniać dziwne zachowanie Raphaela, jakie zauważyłem dzisiejszego dnia. Obiecałem sobie wtedy, że porozmawiam z nim na temat tego szlabanu. Może mistrz eliksirów nie wiedział, dlaczego doszło do konfliktu, ale musiałem przyznać, że teraz mnie to ciekawiło.
Następny dzień był bardzo głośny. Tym razem siedziałem wśród czwartego roku podczas obiadu, ale na kolacji zapytałem się Raphaela, o co poszło wczoraj z ślizgonami.
Jego uśmiech natychmiast znikł.
Wahał się dłuższą chwilę otwierając i zamykając usta, więc w końcu mu przerwałem i powiedziałem, że skoro nie chcę mówić to nie będę go dręczył.
-Naprawdę, skoro to prywatna sprawa to nie mów. -Powiedziałem z uśmiechem. - Tylko nie pakuj się więcej w kłopoty.
- Na niektóre sytuację nie mam wpływu. - Jęknął chłopak, a ja uśmiechnąłem się myśląc o tym, jak to wielokrotnie sam używałem tych słów.
Istotnie na niektóre sytuacje nie ma się wpływu.
Przez dwa następne dni wszystko zdawało się być w porządku. Spędzałem czas z kolegami z Gryffindoru i z Severusem.
Profesor McGonagal zadawała mnóstwo prac i przypominała, że wszyscy powinni już składać jej oświadczenia, co do tego gdzie spędzą święta bożonarodzeniowe. Pani profesor zawsze chciała mieć tą dokumentację wcześniej niż inni. Na starożytnych runach profesor Bathsheda Babbling wzięła mnie na osobistą rozmowę zapowiadając, że jeszcze przed świętami będzie chciała mi zrobić test z wiedzy z poprzednich lat. Trochę się tym zdenerwowałem, ale w sumie czułem się na siłach. Już przeczytałem i przeanalizowałem podręczniki z poprzednich dwóch lat i byłem prawie pewien, że dobrze się przygotowałem, choć na pewno będę musiał trochę materiału jeszcze powtórzyć.
Za to zdziwiło mnie zachowanie Pana Pereta. Obrona przed czarną magią od incydentu na początku roku była przedmiotem… dobrym.
Nauczyciel wydawał się kompetentny. Nie wykonywał żadnych dziwnych posunięć i nie mówił podejrzanych rzeczy, choć cały czas starałem się go mieć na oku. Może myliłem się co do niego i on tak naprawdę nie był nikim istotnym i nie stanowił zagrożenia?
Severus też po ostatnim spotkaniu w gronie śmierciożerców raczej powinien odetchnąć i mieć przez parę najbliższych tygodni spokój. Tak więc nie spodziewałem się żadnej niepokojącej sytuacji i byłem zaskoczony, gdy tak się stało.
To było niecały tydzień po Halloween. Wylegiwałem się przed kominkiem Severusa, ucząc się do run, gdy rozległo się gwałtowne pukanie do drzwi.
Zamrugałem zaskoczony spoglądając na kochanka. Rzadko się zdarzało, by ktoś naruszał jego prywatny czas i jeszcze nigdy nie działo się to po ciszy nocnej. A teraz po zerknięciu na zegar, zdałem sobie sprawę, że było już po dziesiątej.
Severus wstał z swojego fotela i wyszedł z salonu, a ja obawiając się nieco, że to jakiś nauczyciel i będzie on musiał zaprosić go do środka wysunąłem się szybko zabierając ze sobą swoje rzeczy i schowałem się za drzwiami do sypialni. Snape jednak bardzo szybko wrócił. Rozejrzał się po komnacie i od razu dostrzegłem, że coś było nie tak.
-Co się stało?
-Dzieciaki pogubiły się w zakazanym lesie. -oświadczył zakładając szatę.
Rozszerzyłem oczy.
-Co?
Severus chwycił swój szal zarzucając go na ramiona i wyciągnął jakieś eliksiry ze swojego prywatnego składu zazwyczaj zamkniętego na klucz.
- Czekaj. Kto zniknął? Czy to znowu Voldemort?
Pokręcił głową zapinając płaszcz i chowając eliksiry do specjalnego pasa.
- To były te dzieciaki z szlabanu. Minerwa powiedziała, że nagle z niewiadomych przyczyn Hagrid stracił z mini kontakt. Mieli wyprowadzić jakieś nowe stwory Hagrida na spacer wieczorem. Nie mógł znaleźć dwóch dzieciaków. Tego Browna i jego przyjaciółkę Blome.
Severus już się zapiął i stanął przy drzwiach a mnie ścisnęło przerażenie. Raphael i Sarah?
- Musze iść. Znaleźli ślady pająków Dan, obawiają się najgorszego.
Przerażenie chwyciło mnie za serce.
Pająki. Aragorn? To było szaleństwo! Co pająki robiły tak blisko?
- Czekaj. Idę z tobą.
- Dan… nie możesz.
- Ale ja wiem gdzie jest ich gniazdo!
Severus zmrużył na mnie oczy.
- Co to znaczy, że wiesz gdzie jest ich gniazdo?
- To długa historia. Przybrałem ludzką postać. I zacząłem zakładać ciuchy.
- Dan. Nie idziesz! To jest niebezpieczne!
Zmrużyłem na niego oczy.
- To moi przyjaciele Severusie. Nie powstrzymasz mnie!
Mężczyzna zmrużył groźnie oczy.
- A niby jak masz zamiar ukryć swoją obecność przed innymi nauczycielami? Uczniowie nie biorą udziału w poszukiwaniach! To jest zbyt ryzykowne!
-Poradzę sobie. W przeciwieństwie do was, potrafię widzieć w ciemności.
To zamknęło usta mojego kochanka z głośnym klapnięciem.
Starałem się być jak najbardziej stanowczy podczas patrzenia na niego w tej chwili. Nie powstrzyma mnie. Musiałby mnie znokautować. A teraz, gdy byłem gotowy na atak nie było możliwości, aby mnie trafił. W końcu zobaczyłem w jego oczach, że to zrozumiał. Podszedł do mnie w dwóch krokach i pocałował mnie bardzo mocno.
-Jeżeli ktoś cię zauważy, nawet kątem oka, to cię przywiąże do ściany i nie omieszkam odebrać twojemu domowi wszystkich punktów. I ŻADNYCH akcji. Jeżeli narazisz się na niebezpieczeństwo, przeklnę cię Dan. Mówię serio. Jakbyś znalazł ich informujesz o tym mnie patronusem i znikasz. Rozumiemy się?
Pokiwałem głową.
Po minie Severusa widziałem, że nie za bardzo wierzył on w to, że w razie kłopotów się wycofam. Co ja gadam? Sam w to nie wierzyłem! Mimo to, wyszedł z kwater, a ja trzymając się cieni, pobiegłem za nim.
Na błoniach zebrali się już prawie wszyscy nauczyciele. Był wśród nich nawet Dumbledore. Schowałem się za drzwiami nasłuchując jak dyrektor dzielił nauczycieli na różne sektory lasu tak by mogli przeszukać jak największy teren.
Sam udawał się do gniazda Akromantul wraz z Hagridem, a profesor Minerwa miała zostać i czekać na aurorów, których również wezwano.
Nie minęło pięć minut, a nauczyciele już się rozbiegli wchodząc między drzewa, a ja prześlizgnąłem się przez trawę do lasu i tam, ukryty przed wzrokiem innych przybrałem postać Lamii.
W tej postaci wspięcie się na drzewo i poruszanie się między gałęziami było o wiele łatwiejsze niżeli jakbym biegł o własnych nogach na ziemi. Zastanawiało mnie czasami, dlaczego byłem takim łamagą, jeżeli chodziło poruszanie się za pomocą nóg. Potykanie się, wywracanie, czy sprawdzanie twardości mebli za pomocą dużego palca u stup. Będąc w swojej formie Lamii jeszcze nigdy nie miałem tego typu problemów. Oczywiście na początku miałem kłopot z odkryciem jak funkcjonuje moje ciało, ale po tym jak nauczyłem się tego, nigdy nie miałem trudności z zlokalizowaniem nawet najmniejszej części swojego ciała. Nigdy nie spadłem z drzewa, mimo że podczas wakacji często się po nich wspinałem, nigdy nie przytrzasnąłem sobie ogona drzwiami, czy nie zbliżyłem się nieświadomie do czegoś potencjalnie stanowiącego możliwość zranienia mnie. Drzewa miały mnóstwo wystających odłamanych gałęzi, albo śladów żywicy czy nawet zwykłej ptasiej kupy, w którą mógłbym teoretycznie wdepnąć.
Jednak mimo zdobywania normalnego zabrudzenia na swoim ciele, związanego z poruszaniem się tak dużym ciałem, to wszystko było tak łatwe do omijania jakbym był dziesięć razy mniejszy!
Dlatego też otulany delikatnymi kolorami unoszących się wici magicznych bez problemu wspiąłem się na drzewo i począłem kierować w konkretnym kierunku bez przeszkód.
Musiałem znaleźć przyjaciół. Tylko gdzie ich szukać?
Miałem lepszy wzrok niż reszta. Dostrzegałem rzeczy, których inni nie widzieli i czas było to wykorzystać.
Nie miałem żadnego super węchu, czy super słuchu. Ale teraz jak jeszcze nigdy wcześniej starałem się wyostrzyć swój wzrok i brak okularów mi w tym pomagał. Każda istota pozostawiała specyficzny ślad koloru po sobie. Już dawno to widziałem w postaci unoszących się strzępów pajęczyn w powietrzu nie zdając sobie sprawy, że inni tego nie widzieli.
Jeżeli ktoś dotykał szklanki. Widziałem zostawione przez niego odciski palców w kolorze magii jaka konkretną osobę oznaczała. Severusa otaczała ciemno czerwona poświata. Pewnie gdyby się dowiedział, że kolor jego magii ma tak gryfońskie odcienie, byłby oburzony.
Ze względu na to, że każdy się pocił i miał inną skórę. Każdy zostawiał inne ślady. Raphael pozostawiał po sobie poświatę bardzo jasnego czerwonego koloru, prawie pomarańczy.
Po niedługim czasie, przemieszczając się nad głową drepczącego Flitwicka, który zdawał się nawet mnie nie usłyszeć, bo tak głośno sapał od swojego truchtu, w końcu znalazłem tą pomarańcz. I skoro znalazłem ślad magii Raphaela to niedaleko także musiała być Sarah. Jej magia ciągnęła się granatowymi urywanymi strzępami.
To nie wyglądało za dobrze, oby nie było za późno.
Potwierdziło się także to, co powiedział Severus. Postrzępione jak grube włosie ślady magii pozostawione przez Akromantule także tutaj było. Nie znalazłem jednak potwierdzenia dla tego, że zostali przez pająki porwani.
Udałem się głębiej w las. Około dwa kilometry dalej metrów dalej, spotkałem dyrektora i Hagrida. Gajowy zawodząc nieco zapewniał, że Aragog nigdy by nie skrzywdził uczniów Hogwartu, a dyrektor ponaglał go by szli szybciej. Najwyraźniej kierowali się w stronę gniazda.
Zmarszczyłem brwi i przesunąłem się nieco dalej. Omijając światło z różdżki dyrektora przyspieszyłem i ku swojemu zaskoczeniu odkryłem… że ślady się rozdzielają.
Zmarszczyłem brwi. Pająki przeszły w innym kierunku, uczniowie w innym. Nagle też stały się całkowicie samotne. Tylko Raphael. Dostrzegłem też coś bardziej ciemnego w czerwieni. Rozejrzałem się i zsunąłem z drzewa.
Przyglądając się podłożu z szokiem odkryłem krew.
Cholera.
Nachyliłem się nieco i starałem odkryć, co tak dokładnie się stało. Wyglądało na to jakby to Sarah została ranna, a Raphael podpierając ją na swoim ramieniu pomagał jej iść dalej.
Dzielny dzieciak. Ale dlaczego posuwali się dalej? Już w tym momencie powinni być pochwyceni przez pająki! I dlaczego nie widziałem śladów używania magii? Czyżby nie mieli swoich różdżek? Coś mi się tu nie zgadzało.
Rozejrzałem się i zamrugałem, gdy księżyc wychylił się z za chmur. Teraz nie było to dla mnie dobre. O wiele szybciej i sprawniej poruszałem się jako wąż. Ale teraz w świetle księżyca każdy mógł mnie zobaczyć i rozpoznać o ile znalazł się wystarczająco blisko.
Przesunąłem się dalej i ponownie wspiąłem na drzewo przyspieszając. Widziałem wyraźnie jak Raphael zakręca to raz w jedną to raz w drugą stronę. Nie wyglądało jakby uciekał. Bardziej jakby szukał drogi wyjścia. Pająki nie pozwoliły by mu na taki błędny spacerek.
I wtedy do mnie dotarło!
Pościg nie odbywał się w tym samym czasie.
Sarah musiała zostać ranna i Raphael starał się znaleźć wyjście. Z jakiegoś powodu już w tamtym momencie musiał nie mieć różdżki, bo nigdzie nie było widać śladów rzucanych zaklęć. Dopiero w późniejszym czasie pojawiły się pająki i podążyły śladem gryfonów, tak jak teraz robiłem to ja. Tylko skąd się tutaj wzięły? To nie był ich teren polowań.
To wyglądało raczej tak, jakby ktoś specjalnie je tu sprowadził i wysłał za gryfonami.
Musiałem ich jak najszybciej znaleźć.
I niecałe trzy kilometry dalej tak się stało.
Charakterystyczna magia zagęszczała się i doszły do tego jeszcze dźwięki, rozbrzmiewające w ciszyny nocnej jak upiorna muzyka. Nie wyglądało to dobrze.
Spojrzałem na swoje ciało i w mojej głowie zaczęła się tworzyć wiązanka przekleństw. Nie było czasu na myślenie o przemianie. Najszybciej jak to tylko mogłem, ruszyłem do przodu.
Z gałęzi na gałąź minęło tylko kilka chwil i już Dostrzegłem pierwsze pajęczaki. Wyczuły moją obecność, ale ja nie dawałem im czasu na reakcję.
Kilka z nich zebrało się dookoła wielkiego drzewa. Wymachiwały gwałtownie włochatymi odnóżami i w mojej głowie wyglądało to tak, jakby rozszarpywały czyjeś ciało na strzępy.
Opadłem na ziemię ledwo parę metrów od olbrzymich potworów przesunąłem się między nimi tak szybko by nie zdążyły mnie zaatakować i obracając się z jasnym zamiarem w moim umyśle, napiąłem całe ciało i uderzyłem ogonem w trzy najbliższe mi włochate cielska.
Siła z jaką to zrobiłem wstrząsnęła całą moją osobą, ale i wysłała agresorów z olbrzymią siłą na pobliskie drzewa. Wyszarpnąłem różdżkę i spojrzałem w stronę gdzie kończył się ślad Raphaela.
Była to jakaś jama w ziemi. Z za prawie całkowicie zarośniętej korzeniami kryjówki dostrzegałem wpatrzone we mnie przerażone brązowe oczy.
Dzięki Merlinowi, Zdążyłem! I jakimś cudem, oni też zdążyli znaleźć schronienie na czas!
Obróciłem się w stronę Akromantul i szukałem pierwszego, który by zaatakował.
Ale tak się nie działo.
„Kle, kle, kle, kle"
W ciemności nocy dźwięki ich olbrzymich zaciskających się szczęk brzmiały przerażająco. Dostrzegałem około 15 wielkich jak osły ośmionogów zwisających z gałęzi, czy trzymających się skał czy pni drzew. Byliśmy oddaleni kilometry od ich normalnych terenów do polowań! Nie powinno ich tutaj być!
Dziesiątki par oczu wpatrywały się we mnie i nie ruszały się ani o minimetr odkąd się pojawiłem niczym zdjęcia zatrzymane w pół ruchu.
Czyżby to jak wyglądało moje ciało wywołało na nich, aż taki szok?
Zerknąłem ponownie na Raphaela. I cofając się w tył i wciąż obserwując Akromantule dotarłem do jego schronienia. Korzenie obrastające dziurę, w którą się wcisnęli, były poszarpane jak przez rębak do drzewa. Pająk używając swoich szczęk starały się przedrzeć siłą do gryfonów. Najwyraźniej były za duże by się przecisnąć przez korzenie.
Nagle sytuacja doszła do punktu, kiedy nie wiedziałem, co robić dalej. Obniżyłem swoje ciało i starając się nie patrzeć w twarz Raphaela przysiadłem obok nich na ziemi. Wsłuchując się w przerażone urywane oddechy chłopaka, starałem się znaleźć odpowiednie słowa.
- Czy wszystko w porządku? –zapytałem mając nadzieje, że nie przeraził się mojego wyglądu za bardzo by odpowiedzieć. Severus mnie zabije! On na pewno wymaże jego pamięć!
Zerknąłem kontem oka w dół. Sarah była nieprzytomna i leżała na ziemi pod Raphaelem, a on chronił ją własnym ciałem. Chłopakowi należał się Order Merlina za odwagę i poświęcenie!
Jednakże teraz mi nie odpowiedział, a ja musiałem wiedzieć jak ma się ich sytuacja.
- Raphael? - Spojrzałem mu na chwile w oczy. – Nie musisz się mnie bać. Chce ci pomóc.
Akromantule wciąż się nie ruszały. Te trzy, które powaliłem swoim uderzeniem podniosły się już i również stojąc w bezruchu obserwowały mnie. Bolał mnie bok ciała, którym w nie uderzyłem. Mam nadzieje, że nic sobie nie połamałem. Nie wiedziałem jak to wpłynie na moją przemianę.
-Raphael! -To już po raz trzeci.
-Dan… - jego głos zabrzmiał na spanikowany. – Dan. To ty, prawda?
Nie mogłem zaprzeczyć. Przesuwając swoje ciało tak by mieć w razie czego jak najlepszą możliwość ataku swoim ogonem, zacisnąłem różdżkę w dłoni jeszcze mocniej i starałem się wyglądać groźnie.
- Tak to ja. Jestem tu by wam pomóc! Mów do mnie na Merlina! Musimy iść! One na razie się na mnie po prostu gapią, ale nie wiem ile to potrwa! Musimy natychmiast stąd spadać!
Chłopiec milczał i drżał, ale musiał zdawać sobie sprawę, że nie ma innego wyjścia. Do wyboru miał mnie, lub pająki, a te na pewno by go zabiły. Może kumplowi, który nagle stał się wężem ufa trochę bardziej. Miałem nadzieje, że to nie zepsuje naszych relacji. O ile będzie to jeszcze jutro pamiętał.
Wyczołgał się na zewnątrz przeciskając ciało przez korzenie i sięgnął do dziury, by wyciągnąć Sarah. Dziewczyna bezwładnie pozwalała na mało delikatne manewry nie budząc się.
Nie patrzył na mnie. Nie wiem czy dlatego, że się mnie bał. Czy dlatego, że po prostu zaprzeczał temu, co widzi.
-Czy możesz chodzić?
Skinął głową i starał się podnieść Sarah. Ręce mu jednak drżały i wyraźnie był już bardzo wyczerpany. Nachyliłem się i szybko objąłem Sarah zarzucając ją sobie na plecy.
-Chodźmy. -Ponagliłem go w każdej chwili gotowy do tego by zacząć uciekać. Ale pająki wręcz rozstąpiły się przed nami dając nam przejście.
Czy moja postać, aż tak na nie wpłynęła? Dlaczego tak się zachowywały? Cały czas się wycofywałem w ten sposób, by mieć na oku przeciwników. I nagle, powoli pająki powoli zaczęły się ruszać. Ich ruchy, były prawie niedostrzegalne, gdy zaczęły się odsuwać schodząc nam z drogi. Wszystko by było piękne, gdyby nie to, że ich klekotanie przybrało na sile do tego stopnia, że bez podnoszenia głosu, Raphael by mnie nie usłyszał.
„Kle, kle , kle, kle…"
- Dan? - Głos chłopaka był przesiąknięty przerażeniem.
Nie odpowiedziałem. Popchnąłem go bardziej starając się ponaglić go do dalszej drogi. Wciąż nie obracałem się plecami do pająków. Gdybym był sam. Zwiewałbym już gdzie pieprz rośnie, ale nie było takiej możliwości, gdy miałem ze sobą towarzystwo. Raphael poruszał się bardzo powoli, a nogi uginały się pod nim jakby były po części pozbawione kości. Był na granicy omdlenia. Potykał się cały czas i upadał na kolana, a to znowu wstawał.
Jeszcze trochę. Jeszcze trochę. Metr za metrem. Byliśmy już, co najmniej 30 kroków od prawie nieruchomych i na wpół schowanych miedzy drzewami pajęczaków.
- Dan… głos chłopaka zabrzmiał tym razem naprawdę płaczliwie.
Obróciłem się gwałtownie i chwyciłem go zarzucając go sobie na drugie ramię i poprawiając uchwyt na Sarah ruszyłem sprintem.
Już podczas wakacji odkryłem, że mogę się poruszać naprawdę szybko w tej postaci. Jednak jeszcze nigdy nie robiłem tego z balastem dwóch osób, które dźwigałem. Ramiona mnie bolały jak cholera, ale najważniejsze było jak najszybciej oddalić się z tego miejsca, a ciągle przewracający się Raphael raczej nie nadawał się do ucieczki. Mój ogon z trudem, ale postanowił podźwignąć ten ciężar.
W ten sposób, oddalaliśmy się całkiem sprawnie. Przesuwałem się po nierównościach terenu uciekając jak najdalej tylko dam rady. Sarah była lżejsza, ważyła może 40 kg. Ale Raphael ciążył mi niesamowicie. Ile jedzą te dwunastolatki?
Oglądałem się cały czas za siebie, ale nie widziałem pościgu. Nie słyszałem też abyśmy byli śledzeni.
Może po pokonaniu około kilometra, miałem już dość. Prawie upadłem jak długi całkowicie wyczerpany, opadłem na ziemię myśląc jeszcze o tym by nie rzucić gryfonów zbyt gwałtownie zanim sam sapiąc uderzyłem ramionami o grunt. Puściłem dwa ciałka i od razu się obróciłem celując drżącą z wysiłku ręką we wszystkie strony.
Las był pusty. Tylko szelest liści i mój głośny oddech. Żadnego pościgu.
Odetchnąłem, przełknąłem suchość w ustach i opadłem na plecy wciąż jednak nie wypuszczałem różdżki z dłoni.
Ruch z prawej strony sprawił, że spojrzałem na Raphaela .
Chłopak gapił się na mnie szeroko otwartymi oczami. Był w potężnym szoku. Odwróciłem wzrok i zerknąłem na Sarah. Wciąż była nieprzytomna. Miała zakrwawioną nogę i była niezwykle blada na twarzy. Nachyliłem się nad nią sprawdzając, co jej dokładnie było. Oddychała.
-Co się jej stało?
Cisza.
Spojrzałem na gryfona.
- Co jej się stało? Dlaczego jest wciąż nieprzytomna?
Raphael wzdrygnął się pocierając ramiona.
- Pająk ją ukąsił.
Zacisnąłem szczęki. Cholera. Nie było dobrze.
- Musi się jej podać antidotum. Nie jestem w stanie cię nieść. Musisz iść sam. - Podniosłem swoje ciało ignorując fakt, że drżałem nieco. Byłem zbyt wyczerpany. Powinienem odpocząć. Jednak nie mogłem sobie na to teraz pozwolić.
Nachylając się podniosłem Sarah i rzucając zaklęcie przylepca przyczepiłem ją na wyczarowanych pasach do swoich pleców. Rzuciłem jeszcze jeden czar unieruchamiając jej zranioną nogę i obwijając ją bandażem. Nie byłem medykiem, to musiało wystarczyć.
- Dan.
Spojrzałem na chłopaka. Jego wzrok mówił tak wiele.
- Posłuchaj. Nie panikuj, nic wam nie zrobię. Musimy teraz jak najszybciej dostarczyć Sarah antidotum.
- Ale ty…
- Nie mogę na ten temat rozmawiać! - Jęknąłem czując się nagle zrozpaczony. Ile ja bym dał, by nie widziano mnie w tej postaci. Dlaczego akurat ten gryfon? Dlaczego on? – Zostaw to proszę! Nie wolno mi o tym rozmawiać. Nie wolno ci o tym wiedzieć! Nie możesz o tym wiedzieć! Rozumiesz?
Byłem zrozpaczony.
Raphael nie uciekł ode mnie. Nie krzyczał. Może gdyby zobaczył mnie w innych okolicznościach wyglądało, by to nieco inaczej. Mam nadzieje, że nie zacznie mnie unikać.
Chłopak w końcu zdawał się zapanować nad paniką i pokiwał głową.
Uniosłem różdżkę skupiając się na tym, co chciałem zrobić i przywołałem wspomnienie tego jak Severus tego ranka pocałował mnie swoimi smakującymi kawą i miodem ustami. To było szczęśliwe wspomnienie.
- Expecto patronum.
Rozbłysło jasne światło i z mojej różdżki wyskoczył mniejszy niż się spodziewałem kształt. Coś co wyglądało jak… kruk?
Zamrugałem zaskoczony, gdy przekręcił spokojnie swoją głowę w moją stronę czekając na dalszą część zaklęcia.
Cholera.
Nie wyczarowywałem patronusa od wieków. Prawdę mówiąc nie wyczarowywałem go od ponad roku. Jak to się stało, że wyglądał on teraz inaczej? Gdzie się podział rogacz?
Uśmiechnąłem się smutno do ptaka.
Może fakt, że James Potter nie jest moim prawdziwym ojcem wpłynął na moją podświadomość do tego stopnia, że nawet mój patronus zmienił kształt. Przez moje ciało przebiegł żal. Teraz już absolutnie nic nie miałem wspólnego z moimi przybranymi rodzicami. Tak w sumie to oni, prawdopodobnie, nigdy mnie nawet nie widzieli, więc nie powinienem się z tego powodu dziwić.
Przełknąłem gulę w gardle i spoglądając na patronusa machnąłem po raz drugi różdżką i skupiłem się na postaci Severusa „Annuntiatio" "zbliżamy się od strony bijącej wierzby. Potrzebne Antidotum."
Kruk na moją prośbę zamachał skrzydłami i odleciał znikając szybko między gałęziami. Mam nadzieje, że Severus zaufa mojemu nowemu posłańcowi. W praktyce, ptak powinien przemówić moim głosem podczas przekazywania wiadomości, ale zawsze mogło coś pójść nie tak.
- Co to było? –Spytał chłopak.
- Patronus. Bardzo przydatne zaklęcie. –powiedziałem po prostu nie dziwiąc się jego niewiedzy, w końcu pochodził z mugolskiej rodziny.
-To był ptak?
Pokiwałem głową i nie ciągnąłem dalej tego tematu. Nie miałem teraz do tego serca. Spojrzałem na swój ogon. Teraz, gdy nie byliśmy w biegu zastanowiło mnie czy nie powinienem przyjąć ponownie ludzkiej formy. Wtedy musiałbym jednak świecić gołym tyłkiem. Poza tym. Nie miałem pojęcia, czy nie będę musiał znowu bardzo szybko uciekać. Zdaje się, że mój ogon może ponieść o wiele większe ciężary niż moje nogi.
Westchnąłem.
- Chodź, musimy się spieszyć.
Przesuwając się w przód pilnowałem by chłopak zbytnio nie zwalniał cały czas go poganiając. O ile jak byłem sam przemieszczanie się było szybsze i prostsze, tak teraz widząc różne ślady pozostawione przez mieszkańców lasu cały czas spodziewałem się ataku. Być może i w tym pomogłaby moja obecna postać. Skoro na pająkach wywarłem aż takie wrażenie, że zapomniały o swoich ofiarach i do tego pozwoliły mi odejść spokojnie, to może i inne stworzenia tak zareagują.
Gdy natrafiliśmy na polane którą już znałem, odetchnąłem z ulgą.
- To już niedaleko. Zaraz będziemy na miejscu.
Raphael mruknął coś cicho i zachwiał się nieco. Wychyliłem się natychmiast w przód łapiąc go by nie upadł i przez ten ruch dostrzegłem łzy na jego policzkach. Odwrócił natychmiast twarz. I wyrwał ramię z mojego uścisku. Cofnąłem się w tył.
- Raphael?
- Czym ty do diabła jesteś? - Wybuchnął nagle patrząc na mnie błyszczącymi oczami. – Co tam robiłeś!? Wszystko jest jakieś chore w tej szkole! Jesteście popieprzeni! Pająki, dręczyciele, a ty jesteś cholernym wężem! I to dosłownie!
Westchnąłem starając się nie okazać na swojej twarzy jak mnie zraniły jego słowa. Wiedziałem przecież, że w końcu to nastąpi. Wystarczyło dać mu trochę czasu, a po pierwszym szoku na pewno przyjdzie złość i nienawiść. Byłem kłamcą i czymś dziwacznym. Nawet nie było konkretnej nazwy na moje ciało. Pół wąż, Lamia, Gorgon. Nie ma nikogo innego na tym świecie takiego jak ja.
Nagle perspektywa wymazania wspomnień Raphaela nie brzmiała tak źle. Nie chciałem by mnie nienawidził. By się mnie bał.
-Ja przepraszam. – powiedziałem tylko.
Raphael zacisnął swoje usta, a na jego twarzy gościł gniew.
- Dan!
Obróciłem głowę.
Severus właśnie wbiegł na łąkę i zobaczyłem ulgę na jego twarzy.
- Sarah została ukąszona. – bardziej niż chętnie odwróciłem wzrok od Raphaela i spotkałem się w pół drogi z Severusem.
Położyłem natychmiast dziewczynę na ziemi, a mężczyzna już wyciągnął różdżkę i machał nad nią, zmarszczył brwi, po czym wlał w jej usta kilka fiolek z eliksirami.
Wciąż była niezwykle blada, ale oddychała, więc gorąco wierzyłem, że jakoś da rady. Młody gryfon stanął za mną.
- Co z nią? -Zapytałem cicho Severusa. -Czy wyjdzie z tego?
Mężczyzna zmarszczył brwi przewracając ciało dziewczyny z boku na bok. Zdarł jej nogawkę od spodni i mój prowizoryczny bandaż by obejrzeć zranienie.
- Jak dawno temu została ugryziona?
- N- nie wiem. Około pół godziny? Może kilka minut dłużej? Nie wiem. głos Raphaela drżał.
Severus pokiwał głową.
- Powinno być w porządku. To raczej nie ugryzienie jadowe, a usypiające.
Usłyszałem jak gryfon odetchnął z ulgą, a i mnie samemu też ulżyło.
Wszystko powinno być teraz dobrze. W ciszy obserwowałem napinające się ramiona Severusa i to jak wlewał jeszcze jedną miksturę przez ledwo uchylone wargi Sarah.
I wtedy jego wzrok spoczął na mnie, a jego czy były tak zimne, jak już o wielu tygodnie nie były.
- Znikaj do zamku! – wysyczał. -Nie powstrzymałem cię od zgrywania bohatera, ale już koniec na dzisiaj! Nikt nie może cię zobaczyć!
Nie mogłem powstrzymać się przed ucieczką spojrzeniem w bok, by nie musieć patrzeć mu w oczy. Wcale więc nie byłem zdziwiony, gdy usłyszałem kolejne słowa.
- A potem utniemy sobie pogawędkę. – oświadczył zimno.- A pan Panie Brown. Pan ma spore kłopoty. Oczekuję szczegółowych wyjaśnień!
Zerknąłem na chłopaka. Miał on znowu łzy w oczach i wydawał się niezwykle delikatny i kruchy taki brudny i obszarpany.
- PANIE LIND! Natychmiast do zamku! -warknął Snape. -Już wysłałem wiadomość, zaraz pojawią się tu inni nauczyciele!
Pokiwałem głową i spojrzałem jeszcze raz na Raphaela. Zaraz pojawi się tu Dumbledore. Czy jeszcze jutro będzie pamiętał, co się działo w lesie?
Odwróciłem głowę i schylając się tak by być jak najmniejszym przedostałem się w rekordowym tempie przez łąkę do drzew, na które zaraz się wspiąłem uciekając od miejsca, gdzie zostawiłem kochanka i kumpla. Wejście do zamku nie było obstawione. Więc wślizgnąłem się raczej bez problemu i jak tylko znalazłem się za bramą porzuciłem ogon i przewiązałem swoje nagie ciało kurtką. Potem przebiegłem na bosaka przez opustoszałe korytarze i już wkrótce byłem u siebie w pokoju.
Jutro musiałem stawić się i przyjąć konsekwencje tego, co zrobiłem. Mam nadzieje, że Raphael… mnie nie zapomni.
Była już prawie pierwsza w nocy, gdy opadłem na swoje łóżko, ale przewracałem się z boku na bok niezdolny do zaśnięcia. O drugiej przeniosłem się do pokoi Severusa i zastałem go siedzącego na krawędzi swojego posłania z szklanką ognistej w dłoni.
Westchnął, gdy mnie zobaczył. Nic więcej. Wypił alkohol do końca i położył się poklepując miejsce obok siebie zachęcająco.
Zasnąłem prawie od razu, mimo tysiąca pytań i wątpliwości, co do tego, co nas przywita jutro.
