Dan.
Na naszym wspólnym śniadaniu, moją najtrudniejszą misją było, przygryzanie swojego własnego języka.
Nieubłagalnie zbliżała się chwila w której, zarówno on jak i ja musieliśmy iść na lekcje, ale odkąd wstaliśmy z łóżka nie zamieniliśmy ze sobą ani jednego słowa.
Czułem po kościach, że sam z siebie nic nie powie i to ja musiałem przejąć inicjatywę. Wiedziałem o tym, bo wiedziałem, jakich słów powinienem użyć. W mojej głowie odtwarzałem sobie tą rozmowę już po raz dwudziesty podczas trwania posiłku i żadna z wybranych opcji nie kończyła się ciszą. Bowiem pierwszym słowem, jakie powinienem powiedzieć byłoby.
„Przepraszam Severusie za nieposłuchanie się ciebie i narażenie się na niebezpieczeństwo, ale…"
I zanim bym dokończył to zdanie zaczęłaby się nasza kłótnia. Dlatego nie powiedziałem nic.
Nie mogłem wczoraj nie zareagować. Musiałem się ujawnić i uratować Raphaela i Sarah. Gdybym tego nie zrobił już by nie żyli. To było coś, czego byłem pewien jak diabli, skoro praktycznie centymetry dzieliły ich od szczęk olbrzymich mięsożernych pająków.
Severus zakazał mi podejmować jakichkolwiek interwencji i teraz był na mnie zły. Z jednej strony cudownym uczuciem było mieć świadomość, że ktoś się o mnie troszczy. A z drugiej strony wiedziałem, że być może powinienem zareagować inaczej. Zrobić coś, co nie tyle by sprawiło, że pomógłbym przyjaciołom, ale i uchroniło mój sekret bycia Lamią. A ja nie tylko naraziłem się na śmiertelne niebezpieczeństwo, dosłownie, bo gdyby nie dziwna reakcja Akromantul to byłbym dla nich niczym szwedzki stół, to także całkowicie odsłoniłem się z swoim sekretem.
Niestety tak to ze mną było. Gdy dochodziło do jakiś ekstremalnych sytuacji zazwyczaj działałem, a nie myślałem. W mojej głowie zablokowała się w tamtym momencie myśl, że muszę działać by nie było za późno, ale patrząc się z szerszej perspektywy miałem zerowy pomyślunek na temat własnego bezpieczeństwa.
I właśnie o to Severus był wściekły.
I tu był cholerka problem.
Po tym jak Severus dziurawił sadzone jajka jakby sobie wyobrażał tam mnie samego na torturach podejrzewałem, że jak tylko otworze usta zaatakuje mnie on słownym atakiem niczym samuraj i będzie brutalnie niszczył, każdy argument, jaki przytoczę. Głośna pełna ostrych słów kłótnia wisiała w powietrzu.
W związku z tym, zaraz po śniadaniu nie odzywając się ani słowem pocałowałem go delikatnie na pożegnanie w policzek i uciekłem przez fiuu, a gdy tylko wyszedłem z kominka w swoim pokoju odetchnąłem głośno z ulgą.
Nie chciałem się kłócić.
Wrzuciłem swoje książki do torby i przeczesując lekko swoje włosy skierowałem się na pierwsze tego dnia zajęcia. Dzięki bogu nie miałem dziś żadnych Eliksirów.
Starałem się zignorować szarpiące moimi zmysłami zaniepokojenie, gdy kierowałem się na pierwsze lekcje. Cały czas oczekiwałem, że poczuje na ramieniu czyjąś rękę, która zaciągnie mnie w jakieś ciemne przejście by żądać wyjaśnień, co do wydarzeń z poprzedniej nocy.
Byłem tchórzem.
Dziękowałem Merlinowi za to, że przynajmniej śniadanie miałem już za sobą. Konieczność udania się do Wielkiej Sali, akurat dzisiaj? Koszmarna perspektywa, nawet nie chciałem o tym myśleć. Aurorzy jeszcze nie opuścili szkoły i parę razy wymijałem jakiegoś przedstawiciela tego zawodu na korytarzu, co powodowało mnóstwo plotek wśród uczniów.
- Podobno wczoraj w nocy dwójka gryfonów zgubiła się w zakazanym lesie. – szeptał z przejęciem Xemil, gdy siadaliśmy razem na obronie przed czarną magią. Różnie bywało na tych zajęciach ze względu na to, że w klasie była nieparzysta liczba osób i często obok mnie zasiadały różne osoby.
Najczęściej jednak był to Hernest bądź John.
Xemil Strasznie dużo gadał i nie dało się rady go powstrzymać, gdy miał coś do obwieszczenia. Tym razem obrał sobie mnie za cel, najwyraźniej uznał, że nie doszły do mnie jeszcze najświeższe wiadomości.
- Tak? - Zapytałem uprzejmie, naprawdę zainteresowany, co inni mówią na temat wydarzeń ostatniej nocy. Odkąd opuściłem pokój z nikim jeszcze nie rozmawiałem.
- Wyobrażasz to sobie? – Xemil rozszerzył swoje brązowe oczy wyraźnie podekscytowany. – W zakazanym lesie! Dopiero około północy ich odnaleziono!
- Straszne. – przytaknąłem. – Czy nic im się nie stało?
-Obydwoje od wczoraj są w skrzydle szpitalnym, a potem cały czas ktoś ich przesłuchiwał. Aurorzy się kręcą szukając winnych. Ponoć ktoś ukradł im różdżki i zaczął ich zaganiać w głąb lasu.
Zamrugałem czując nagły chłód na plecach.
Raphael nic o tym nie wspomniał.
-Może to byli śmierciożercy? – wtrącił się Hernest, który wychylił się z swojej ławki by włączyć się do rozmowy.
Zadrżałem.
Severus na pewno mnie zabije!
Jeżeli była nawet najmniejsza szansa na to, że w lesie byli śmierciożercy i mogli mnie zobaczyć w drugiej formie, to Severus mnie zabije.
- A to jeszcze nie najważniejsze. Xemil najwyraźniej chciał uprzedzić kolegę w przekazaniu informacji. – Nie zgadniesz, kto wyrwał dwóch gryfonów z szponów śmierci.
Zdrętwiałem cały jakbym wyczekiwał ciosu i...
- Severus Snape.
Zamrugałem.
- Ja wiem. -powiedział trochę za głośno. – Snape uratował gryfonów! Nie mogę tego pojąć! Ponoć uratował ich z szpon samych Akromantul.
- Kto by pomyślał, że to zrobi? – Hernest aż podskakiwał na swoim miejscu. – Snape! Jak myślicie, jakich czarów on użył? Ponoć tam była ponad setka tych pająków!
- Może je podpalił? - John który właśnie się dosiadł usłyszał ostatnie pytanie, od razu włączył się do rozmowy. – pająki raczej nie lubią ognia.
- A nie spłonąłby razem z nimi? W końcu byli w środku lasu?
- To może jakieś potężne zaklęcie tarczy?
- Snape? – Hernest wydawał się wątpić, by Snape miał jakieś niezwykłe zdolności w dziedzinie obrony mimo, że od lat starał się o posadę nauczyciela OPCM.
- A eliksiry? To w końcu mistrz eliksirów.
- Oblał je czymś, co wypaliło im oczy? – próbował dalej John.
Spekulacje trwały dalej i chłopakom wcale nie przeszkadzało, że nie uczestniczę w dyskusji. W końcu Penaus zirytowany tym, że uczniowie nie pozwalają mu prowadzić lekcji rozdzielił naszą czwórkę nakazując nam przesiąść się do innych ławek.
Mnie zastanowiło, jakim cudem Severusa postawiono w takiej sytuacji.
Czyżby Dumbledore zmienił pamięć Raphaela w ten sposób, by chłopak sądził, że to Severus był na moim miejscu? Poczułem jednocześnie ulgę i smutek. Czułem się tak jakbym tracił przez to przyjaciół. To było jak stracenie Rona i Hermiony. Tak jakby nasze wszystkie przygody nie miały miejsca.
Czy Teraz Raphael nie pamiętał naszej szalonej ucieczki przez las? Mimo, że to było straszne przeżycie, które z pewnością większość osób chciałaby zapomnieć, to nie potrafiłem się pozbyć z serca poczucia straty.
Najbardziej jednak z tego wszystkiego zaniepokoiła mnie wzmianka o śmierciożercach. Wczoraj podczas całego zajścia jakoś nie wpadłem na pomysł by się zapytać Raphaela o to, dlaczego się nie bronił i dlaczego był aż tak głęboko w lesie. Całe zdarzenie było mocno podejrzane.
- Panie Lind. Proszę o uwagę.
Podskoczyłem na swoim miejscu podnosząc głowę po to by napotkać nieco zirytowany wzrok nauczyciela Obrony przed czarną magią stojącego zaraz nad moją ławką.
-Przepraszam profesorze.
Nauczyciel zmrużył oczy, a słysząc ciche chichoty w sali przesunął złym wzrokiem po uczniach.
- Skoro wszyscy są aż tak zaabsorbowani wydarzeniami, jakie miały miejsce tej nocy, a pan Lind do tego stopnia rozpatruje to wszystko, że nie słyszy jak wzywam go już po raz trzeci, to jestem pewien, że każdy już zdążył obmyśleć plan działania, jaki by podjął w przypadku spotkania Akromantuli! Proszę na następne zajęcia napisać szczegółowy plan działania, w przypadku znalezienia się w takiej sytuacji, z uwzględnieniem co najmniej piętnastu różnych zaklęć.
Zbiorowy jęk przeszedł przez salę.
- A co nam pan powie panie Lind? Ma pan już jakiś plan? Może się podzielisz z resztą klasy. Co zrobiłby pan w przypadku spotkania Akromantul?
- Zwiewałbym. – odpowiedziałem szczerze. Do tej pory w końcu zawsze to robiłem, gdy przyszło mi się spotkać twarzą w twarz z tymi pająkami.
- Czy mam przypomnieć, że te pająki potrafią poruszać się szybciej niż biegnący człowiek? Ucieczka najpewniej skończyłaby się w paszczy stwora. Jakieś inne pomysły? Czego boją się pająki?
Zastanowiłem się chwilę. Szkoda, że wczoraj nie pomyślałem o tym by rozważyć różne zaklęcia ofensywne i defensywne. Mogło się przydać. Teraz było i tak na to za późno.
- Woda wydaje się ok. ogień też.
- Coś jeszcze? Czy nic nie mieliście na temat tych pająków na opiece nad magicznymi stworzeniami?
- Raczej nie noszę Bazyliszka w kieszeni tak by móc nimi straszyć Akromantule. – powiedziałem cierpko i nagle mnie olśniło. Bazyliszek.
Czy możliwe, że pająki wyczuły we mnie coś, czego ja nie wiedziałem? Tylko raz w życiu widziałem, aby ci mieszkańcy zakazanego lasu okazywały obawę przed jakimś innym stworzeniem. I był to właśnie bazyliszek chowający się w rurach Hogwartu na drugim roku.
Czy chodziło o to? Czy moje dziwne ciało miało coś wspólnego z bazyliszkiem? Czy dlatego widziałem świat w innych barwach niż reszta czarodziei? Może to pozostałości zdolności tego stworzenia do zabijania i petryfikowania wzrokiem?
A może ogólnie chodziło o to, że pająki boją się węży? Zdaje mi się teraz, że w walce pająka z wężem to wąż by wybrał bez problemu.
Podniosłem głowę zaskoczony, gdy nagle zobaczyłem, że reszta uczniów podnosi się z swoich miejsc.
Nie słuchałem, co mówił profesor, ale najwyraźniej mieliśmy wykonywać jakieś ćwiczenia w rzucaniu zaklęć i dlatego po chwili ławki znikły, a uczniowie ustawili się po jednej stronie Sali.
Nie myliłem się.
Do końca zajęć celowaliśmy w wielki zbiornik z wodą za pomocą różnego rodzaju zaklęć używających płomienie.
Penaus powtarzając, że ze względu na strukturę ciała pająków i ich wąskich długich i najczęściej owłosionych odnóży, są one bardzo podatne na ogień. Jeżeli potraktuje się jakiegokolwiek pajęczaka tego typu zaklęciem, jego odnóża zajmą się ogniem, jako pierwsze, a bez swojej mobilności Akromantula przestanie nam zagrażać.
Starając się więc nie myśleć kompletnie o moim prawdopodobnym pokrewieństwie z wielkim wężem, zacząłem skupiać się na barwach magii moich kolegów z klasy.
Było to ciekawe zjawisko, które zawsze mnie fascynowało i wielokrotnie zanim sam próbowałem rzucić jakieś zaklęcie, przynajmniej raz obserwowałem jak pozostali to robią. Skupiali swoją magię przenosząc ją do ręki, po to by w rozbłysku światła zmieniała się ona w konkretne zaklęcie wylatując z końca różdżki.
Wyglądało to nadzwyczaj efektownie.
Gdy zaklęcia są dobrze powiedziane to mają zawsze ten sam kolor. Różnią się tylko siłą magiczną włożoną w dany czar.
Zastanawiało mnie zawsze, jakim cudem kolor własnej magii każdego z czarodziei zmienia się w coś całkowicie innego za pomocą różdżki.
Wiedziałem, że różdżki mają pomóc w skupieniu mocy magicznej i jej ukształtowaniu, ale zawsze mi się wydawało, że jest nieco dziwnym, że na siłę zmieniamy własną magie w coś innego tylko po to by dostosować ją do standardów jakiś zaklęć.
Kiedyś widziałem jak Dumbledore użył magii bezróżdżkowej.
Wtedy magia której użył, miała ten sam odcień co jego aura magiczna. Stworzył wtedy olbrzymie pole ochronne podczas jednego z ataków śmierciożerców zeszłego roku.
W przeciwieństwie do normalnego Protego, które za pomocą inkantacji i ruchu błyszczy się intensywnym fioletem magia zaklęcia ochronnego Dumbledore bez różdżki, miała tą samą szarawą barwę jak jego własna aura.
Nie miałem pojęcia, czym różniły się te dwa zaklęcia oprócz kolorem magii. Czy któreś z nich było by skuteczniejsze?
Kilka metrów dalej Ginny wysłała wielką rozjarzoną kulę ognia w ścianę z taką siłą, że ta zaczęła się topić. Penaus natychmiast ugasił płomienie i usunął szkody chwaląc przy tym gryfonkę i zerknął na mnie ponaglająco. Najwyraźniej zauważył, że jeszcze nie zacząłem ćwiczeń.
Incendio.
Ignis.
Focus Flamma.
Igneus.
Fugillo.
Zaklęć wysyłających kule ognia. Strumienie jak z miotacza płomieni, zapalające mały płomyczek taki jak potrzebny do zapalenia świecy były ćwiczone przez wszystkich w klasie z mniejszym bądź większym skutkiem.
Zastanawiające ile różnych słów trzeba było znać by móc panować nad jednym z żywiołów.
Sam po kilku udanych próbach rozejrzałem się ukradkiem i przełożyłem dyskretnie różdżkę do drugiej ręki.
Po moich rozmyślaniach zaciekawiło mnie, czy też byłbym w stanie użyć magii bezróżdżkowej tak jak Dumbledore. Jak przez mgłę przypomniałem sobie, że kiedyś z odległości kilku metrów sprawiłem, że moja różdżka rozbłysnęła Lumos.
Podniosłem dłoń i bez trudu skupiłem swoją magie w dłoni tak jakbym szykował się do rzucenia zaklęcia.
Ignis było najpopularniejszym zaklęciem więc kilka razy spróbowałem, choć z marnym efektem.
Nieco krzywo się uśmiechałem jak moja magia po nieudanych próbach raczej mało efektywnie zaczyna spadać z moich palców niczym kisiel rozsypując się w powietrzu w nicość.
Próbowałem to ruszać palcem jak różdżką. To skupiać magie tylko w koniuszkach palców przed rzuceniem.
Nawet wyobrażenie sobie buchających płomieni nie pomagało.
W końcu zdecydowałem się na eksperyment, którego nigdy w całym swoim życiu nie do tej pory nie rozważałem.
Już wcześniej zdarzało mi się pleść magię.
To było ciekawe i czasami zajmujące nudę zajęcie.
Takie jak bazgranie na marginesie kartek Rona, czy skrupulatne jak od linijki zaznaczanie flamastrem fragmentów tekstów Hermiony.
Po prostu, zajęcie czymś rąk.
Czasami plotłem kolory starając się z różnych barw robić jakieś kształty. Nie tylko warkoczyki. Raczej jak dzierganie na niewidocznym płótnie. Kiedyś po jednej z kłótni z Ronem, za pomocą kolorów magii wydziergałem wielki błyszczący się na czerwono środkowy palec wiszący w powietrzu i wskazujący na łóżko kumpla.
Wiem, że to dziecinne, ale w tamtym momencie, gdy byłem zły na rudzielca wydawało mi się to nieco satysfakcjonujące, że chłopak tego nie widział, bo spał, a środkowy palec prawie przez całą noc wisiał w powietrzu wskazując w stronę jego łóżka. Teraz wiedziałem, że nawet gdyby nie spał i tak by nie widział wtedy tego wytworu magicznego, bo tylko ja widziałem magię w ten sposób.
Teraz mnie zastanowiło czy nie powinienem tego wykorzystać w inny sposób. Przecierając swoje palce starałem się skupić magię w większej ilości, splotłem wici ściśle ze sobą zanim, machając obydwoma dłońmi tak by przybrało to spiralny kształt zaklęcia Ignis wypchnąłem ją w przód mówiąc zaklęcie.
Mój eksperyment można było opisać dosyć krótko.
Ze względu na to, że kula ognia, którą rzuciłem, przebiła się przez ścianę jak przez masło i wylądowała w samym środku dziedzińca, wypalając tam kształt jak po spadnięciu meteorytu. Zajęcia zakończyły się wcześniej, a profesor Penaus musiał zająć się naprawianiem szkód.
Po tak efektownym zakończeniu się zajęć obrony przed czarną magią, transmutacja i zielarstwo minęły już o wiele spokojniej.
Jednak wraz z mijającym dniem zbliżało się nieuniknione.
Udawanie, że wcale nie chciałem iść dzisiejszego dnia do pokoi Severusa, było nadzwyczaj proste.
Zazwyczaj z w nocy, z soboty na niedziele zawsze u niego bywałem. To był jakiś niepisany grafik, który wraz z nim stworzyłem i przestrzegałem jakby to był mój plan tygodnia, który musiałem odhaczyć.
W piątek po zajęciach od razu przenosiłem się do jego kwater. Tam mogłem spokojnie przybrać swoją formę Lamii i odrabiać zadania, podczas, gdy Severus załatwiał swoje sprawy takie jak poprawa prac uczniów, ważenia czegoś w swojej prywatnej pracowni, czy po prostu czytał książkę.
Taki czas spędzaliśmy w ciszy tylko wymieniając z sobą jakieś uwagi. On nie wtrącał się w moje zadania, a ja nie wypytywałem się go o testy, jakie przygotowywał dla uczniów.
W piątki czasami ktoś odwiedzał kwatery Severusa. Ślizgoni, mający jakieś sprawy do swojego opiekuna domu właśnie ten dzień mieli wyznaczeni na to by zawracać mu głowę swoimi problemami. Raz nawet usłyszałem Dracona wykłócającego się o jakąś zgodę na trening Quditcha o konkretnej godzinie w konkretnym dniu.
Czasami Severus musiał gdzieś wyjść i coś załatwić dla swoich ślizgonów, ale nigdy nie zapraszał uczniów do swoich prywatnych pokoi, więc nie musiałem uciekać go jego sypialni w obawie, że ktoś mnie nakryje.
Przesypialiśmy wspólnie noc z piątku na sobotę.
I Tego dnia zawsze należał do mnie.
Spaliśmy do późna. Jedliśmy obiad w kwaterach, a później najczęściej fiukaliśmy najpierw do Hogsmade, a później z Hogsmade Severus zabierał mnie teleportacją w różne miejsca.
Jednak głównie spacerowaliśmy. Nad Tamizom w Londynie, albo w Austrii deptak nad Dunajem, czy przez rozległy park w Bonn w Niemczech.
Unikaliśmy miejsc zamieszkałych przez Czarodzieji i miejsc odwiedzanych przez turystów. To były takie nasze spokojne minuty, gdzie rozmawialiśmy o niczym ciesząc się towarzystwem i czasami karmiąc okruszkami kaczki, czy łabędzie.
Tylko kilka razy zdarzyło się byśmy jedli na mieście i byśmy zapuszczali się w miejsca gdzie można było spotkać więcej ludzi.
Obiecane przez Severusa Kino i tak sprawiło, że obydwojgu nam było strasznie głupio. Mnóstwo młodych nastolatków i raczej nieprzekonujący nas obydwoje film mający być w zamierzeniu komedią.
Mugole zdawali się mieć jakieś inne poczucie humoru.
Po naszej sobocie spędzaliśmy także zawsze noc z soboty na niedzielę razem. I dopiero w niedzielę opuszczałem kwatery Severusa dając mu czas dla siebie, samemu w tym czasie odwiedzając wierzę Gryffindoru. W poniedziałki ponownie się pojawiałem, a w tygodniu. W wtorki ponownie odpuszczałem. Co jednak nie znaczyło, że spędzałem te wieczory sam. Czasami we wtorki Severus odwiedzał mnie w moich pokojach.
Może nie czasami, a bardzo często. Bywało, że przychodził już tak późno, że leżałem w łóżku zasypiając, gdy on się pojawiał i w ciszy kładł się obok mnie. Zdarzało się jednak, że przychodził wcześniej. Tuż po kolacji w wielkiej Sali.
Spędzaliśmy wtedy nieprzyzwoicie dużo czasu w łazience nawzajem sobie pomagając się myć, choć więcej jest w tym z obmacywania i wylegiwania się w wodzie niż prawdziwego mycia. Bywało jednak, że nie pojawiał się w ogóle pewnie zajęty swoimi sprawami.
Lubiłem nasze wtorki.
Miało to w sobie coś z niepewności.
Przyjdzie dzisiaj, czy nie? Będzie wcześniej, czy później?
Wtorki były super.
W środy i czwartki czasami się u niego pojawiałem, a czasami nie.
To zależało od tego czy dużo czasu spędzałem z kolegami z Gryffindoru i czy byłem bardzo zmęczony.
Jednak piątki i soboty.
Odkąd staliśmy się parą, nigdy nie spędziliśmy tych dwóch nocy osobno.
A teraz. Z premedytacją planowałem złamać tą zasadę.
Powód?
Strach.
Prawdziwy ściskający wnętrzności jak imadło strach.
Wiedziałem, że mistrz eliksirów był na mnie zły.
Czułem to w jego magii, widziałem na jego twarzy.
Może nie byłby na mnie aż taki zły, ale jak poszła plotka, że drugorocznych rozbrojono i specjalnie wypuszczono na nich Akromantule, a odpowiedzialni za to są prawdopodobnie śmierciożercy. Nerwy Severusa na pewno się napięły niebezpiecznie.
Wiem, co chciał powiedzieć.
„obiecałeś mi, że nie będziesz ryzykował." „Ktoś niepowołany mógł cię zobaczyć." „śmierciożercy mogli cię zobaczyć. "
A ja?
Jak tchórz mimo tego, że był piątek nie poszedłem do jego kwater bo nie chciałem stanąć przed nim i się z nim kłócić.
On wiedział, jakie będą moje argumenty. Ale to i tak nie zmieniało tego, że był zły.
Więc jak jakiś dzieciak. Mnóstwo czasu poświęciłem na odrabianie zadań z Hernestem, Xemilem i Johnem, którzy więcej czasu poświęcali na to by nie kłócić się podczas wybierania z pudełka fasolek wszystkich smaków, niż na odrabianiu zadań.
Sam nie miałem ochoty na nic. Kolację też ominąłem, a obiad do tej pory stał mi w gardle.
Nie czułem się dobrze z tą sytuacją.
Wracając tuż przed ciszą nocną do swoich pokoi udawałem sam przed sobą, że wcale nie staram się znaleźć wymówki by do niego nie iść.
Ale wtedy znalazłem moją wymówkę. Czekała przed drzwiami do moich pokoi.
Raphael siedział na ziemi otaczając kolana dłońmi i zdawał się tam być już od dłuższego czasu. Kolana mi drżały z nerwów, gdy powoli podchodziłem do niego nie mając pojęcia, czego się spodziewać. Czy jego pamięć zmieniono? Czy wiedział, co się stało? Wiedział, kim byłem?
Słysząc, że ktoś się zbliża drugoroczny wstał i spojrzał na mnie. Wykręcał swoje palce w różne kierunki i zerkał z niepokojem na moją twarz.
-Możemy pogadać?
Otworzyłem drzwi i wpuściłem go bez słowa.
Przygotowałem nam herbatę i zapaliłem w kominku. Na szczęście w moich pokojach zawsze były w puszce jakieś ciasteczka i nigdy nie brakowało herbaty, czy drwa w do kominka. Zgredek jak zwykle o wszystko zadbał.
Raphael zasiadł w fotelu dokładnie naprzeciwko kominka skupiając się na płomieniach i wciąż unikając mojego wzroku.
-Jak się czujesz?
Zamrugał i odłożył filiżankę nie biorąc nawet łyka.
-Dobrze.
-A co z Sarah?
-Wyzdrowieje. Przyjechali jej rodzice by ją odwiedzić w skrzydle szpitalnym. Sarah jest wciąż nieco przestraszona i roztrzęsiona. Nie wiem, czy będzie chciała dalej uczęszczać do Hogwartu.
-Och. Niech się nie zniechęca, ma przecież tylu przyjaciół. Nie powinna z tego rezygnować zbyt szybko.
Skinął głowa.
Upiłem nieco herbaty również odkładając filiżankę. Smakowała jak popiół zmieszany z liśćmi. Moje dłonie drżały.
-Twoi rodzice nie przyjechali?
Raphael powoli pokręcił głową. Wiedziałem, że on nie ma łatwej sytuacji rodzinnej. Z tego co zrozumiałem z kilku skrawków informacji, miał dużo rodzeństwa i rodzice nie mieli pieniędzy.
-Moi rodzice nie chcieli mnie puścić do szkoły. W takich przypadkach, jeżeli ktoś z mugolskiej rodziny chce się uczyć, ministerstwo stosuje pewną skomplikowaną metodę polegającą na przekazaniu magicznej odpowiedzialności prawnej na innego pełnoletniego członka rodziny. Mój brat się zgodził za mnie świadczyć. Nie mieszka już z moimi rodzicami, przeniósł się kilka lat temu do Grecji. Tak właściwie się z nim nie widuję, bo na wakacje zawsze wracam do domu, jednak to on podpisuje wszystkie zgody. Rodzice tak naprawdę nie wiedzą, gdzie jestem w ciągu roku. Ich pamięć jest zmieniona i myślą, że to mugolski, rząd wysłał mnie do specjalnej szkoły. Ale skoro nic za mnie nie muszą płacić i karmić mnie muszą tylko podczas wakacji to nie jest aż tak źle.
Przełknąłem gulę w gardle.
U Dursleów też nie miałem najlepiej, ale żeby nie mieć wsparcia od własnych rodziców?
-Musi być ci ciężko nie móc o tym z nimi porozmawiać.
Wzruszył ramionami.
-Nigdy nie miałem z nimi bliskich stosunków. Oni wychodzą z bardzo religijnych rodzin. Tacy fanatycy. W związku z tym chyba też uznali, że do ich obowiązku należy zaludnienie tego świata pobożnymi ludźmi. Mam szóstkę starszego i czwórkę młodszego rodzeństwa. Ja pochodzę z drugiej żony mojego ojca, a ostatnio jak byłem na wakacjach to matka była znowu w ciąży. Z tyloma osobami w domu z matką zamieniam może dwa zdania tygodniowo, a ojca prawie wcale nie widuję.
-Przykro mi.
Skinął głową.
Wiedziałem po co zaczął tą rozmowę i wyjaśnienia. Sam, też chciał się teraz dowiedzieć nieco o mnie. Chciał zrozumieć, kim i czym byłem.
-Mój wygląd wtedy cię zaskoczył. –zacząłem kulawo, starając się zrozumieć co naprawdę pamięta.
-Taaa… byłem, zaskoczony.
Rozluźniłem się teraz rozumiejąc, że pamięta wszystko.
Skupił na mnie wzrok przekręcając się w fotelu. Ciemnoczekoladowe oczy i włosy. Przyjemna twarz z zadartym do góry nosem. Wyglądał na naprawdę przyzwoitego i sympatycznego dzieciaka. Odkąd pojawił się w magicznym świecie na pewno przeżył mnóstwo dziwnych sytuacji, które były by mu oszczędzone w mugolskim świecie. Zapewne właśnie zaczął sądzić, że już się dostosował i rozumie tyle, co inni, a tutaj okazuje się nagle, że ja zmieniam się w coś dziwnego i znowu jego koncepcja rozumienia magicznego świata się zachwiała.
-To wszystko jest dla mnie samego nieco dziwne i nowe. Ja jeszcze w zeszłym roku byłem zupełnie normalny. Te zmiany. To, co widziałeś. Nie potrafię tego wyjaśnić. –potarłem swoje dłonie.- To po prostu się stało. Nagle obudziłem się w tamtej formie i musiałem całe swoje życie dostosować do nowej sytuacji. Nie chciałem cię niepokoić ani okłamać. To po prostu warunki, jakie narzucił mi dyrektor, a które muszę spełnić, jeżeli chcę uczęszczać do Hogwartu. Dlatego prosiłem cię byś nic nie mówił dyrektorowi. O tym jak wyglądam.
-On by cię wyrzucił?
Westchnąłem.
-Może nie od razu wyrzucił, ale obawiałem się, że żuci na ciebie zaklęcie zapomnienia. Nie pamiętałbyś o tym jak wyglądam, czy o tym że mnie w ogóle tamtej nocy spotkałeś. Nie chciałem by mieszano ci w głowie. Chciałem ci zaufać z moim sekretem.
O dziwo. Te słowa zdawały się sprawić, że Raphael się rozluźnił.
-Ja nic nie powiedziałem. Wszystko jest ok. Pamiętam cię.
Musiałem się do niego uśmiechnąć.
-Czyli. Ten twój wygląd. To na serio? To nie jakieś zaklęcie? To tak na serio, serio?
Zaśmiałem się.
-Tak. Najprawdziwsza materialna część mnie. Ale nie rozpowiadaj o tym nikomu. To nie powinno się stać. Tylko w tamtym momencie jak was znalazłem myślałem o tym, że muszę natychmiast działać. Gdyby nie to, pewnie wcześniej bym się przemienił tak byś mnie nie widział.
Raphael spuścił wzrok.
-Czyli ty nie jesteś chory. Tak? to chodzi o twoją przemianę?
Pokiwałem głową.
-Nie mogę cały czas być w jednej formie. Muszę się czasami przemieniać. A nie mogę tego robić przy ludziach.
-och.
Nie miałem pojęcia jak mam teraz interpretować dziwne zawirowania magii, jakie widziałem u Raphaela. Inaczej by było gdybym mógł go dotknąć. Wtedy mógłbym to wyczuć. Ale nie wydawało mi się, aby dobrym pomysłem było teraz chwytanie go za ramię. Wydawał się ponownie bardzo napięty i zestresowany.
Jednak mogłem zrozumieć jedno.
Wciąż do końca nie wiedział jak umiejscowić mnie w magicznym świecie.
-Nie znajdziesz nikogo wyglądającego jak ja w żadnej z książek. Nie usłyszysz także o tym na żadnym z przedmiotów czy od nauczycieli.
Przełknął.
-Więc… skąd.
-Nie wiem Raphael. Moje pojawienie się jest owiane wielką tajemnicą. Nie znam moich rodziców. Nawet nie wiem, czy jakiś mam. Znaleziono mnie wiele lat temu w miejscu, w którym nie powinienem być i oddano do pewnych ludzi na wychowanie. Jestem pewien, że sam wpadniesz na równie wiele pomysłów odnośnie mojego pochodzenia, co ja. Jednak nie ma nic pewnego. Jestem po prostu teraz Dan Lind i nikim więcej. Mam nadzieję, że mimo wszystko wciąż pozostaniemy przyjaciółmi?
Raphael zaczął intensywnie kiwać głową. I uśmiechnął się z wahaniem.
Raphael zdradził mi później, co się stało tego feralnego szlabanu. Byli tam z starszymi ślizgonami, którzy cały czas im dokuczali z powodu szlabanów. Mieli wyprowadzić na wieczorny spacer dwa północniki. Stworzenia przypominające mrówkojady o długich nogach biegaczy. Hagrid kazał im przejść się wzdłuż zakazanego lasu do jeziora i wrócić za godzinę.
Jednak jak tylko znikli z widoku chatki Hagrida jeden z ślizgonów złośliwie przecięli smycz Północnika, który wbiegł miedzy drzewa szybciej niż zdążyli zareagować.
Ślizgoni zostali, a on z Sarach weszli miedzy drzewa chcąc złapać stworzenie. Nie chcieli wejść daleko. Cały czas mieli prześwit na jezioro w zasięgu wzroku. Jednak nagle rozbłysło jakieś światło i ich różdżki zostały wyrwane z ich dłoni.
Wtedy wiedzieli już, że nie są sami.
Ktoś z premedytacją cały czas zagradzał im drogę i zaganiał ich głębiej w las. Sarach się potknęła i zraniła.
Raphael myślał, że może jak będą uciekać od tego, kto ich śledził w stronę Hogsmade to w końcu trafią na tory kolejowe i stamtąd już będą mogli wrócić. Ale prześladowca nie dał im spokoju. Poza tym zrobiło się już zupełnie ciemno.
Tylko cud sprawił, że jak pojawiły się pająki znaleźli tą kryjówkę pod korzeniami drzewa.
Sarach co prawda została ukąszona. I wkrótce straciła przytomność, ale przez kilka minut. Puki sam się nie pojawiłem by ich uratować. Jakoś sobie radzili.
Reszta była już jasna.
Raphael po mojej i Severusa prośbie by nie zdradzać, że mnie tam spotkał po prostu zmienił imię osoby, która przyszła na ratunek.
I tak skończyliśmy w punkcie wyjścia.
Myślałem, że jak będę miał możliwość porozmawiać z Raphaelem to zmieni się nieco zasób mojej wiedzy na temat tego, co się tak naprawdę stało i czy naprawdę brał w tym udział jakiś śmierciożerca. Największym jednak pytaniem było to, dlaczego nie widziałem innych śladów.
Z wyjaśnień Raphaela wynika, że ktoś cały czas ich gonił i z wyraźną premedytacją spychał w jednym kierunku. Ja jako samozwańczy ekspert od widzenia magii mogę jednak powiedzieć… nie widziałem tam innych śladów magii.
Teraz pozostawało pytanie. Jakim cudem?
To nie miało sensu. Skoro ktoś ich gonił to musiałem także zobaczyć pozostałości magii osoby, bądź osób, które tam były. Ja jednak nic takiego nie mogłem sobie przypomnieć. chyba że, ze względu na to, że skupiałem się na śladach magii pozostawianych przez gryfonów za bardzo i świadomie ignorowałem magię wszystkich innych.
A przecież to nie tak że było tam całkiem pusto. Widziałem wszak nitki magii jednorożców. Wszelakiego rodzaju patyczaków, ptaków a nawet Centaurów. Wszystkich magicznych stworzeń zamieszkujących las. Jednak nie mogłem sobie przypomnieć żadnego innego człowieka.
Ślady pozostawiane przez magiczne istoty są zupełnie inne jak te pozostawiane przez ludzi. To co pozostawiają magiczne istoty bardziej przypomina pajęczynę unoszącą się w powietrzu. Ludzie zostawiają coś takiego jak wybuchy magii w miejscach, gdzie uderzyły ich czary. Wyraźnie odciski swoich dłoni czy stup, jeżeli mieli z jakimś przedmiotem bezpośredni kontakt.
Ja jednak pamiętałem tylko Raphaela i Sarach.
Żadnej innej ludzkiej istoty.
Czyżby ktoś świadomie zatarł swoje ślady?
Najlepszym wyjściem byłoby pójście jeszcze raz do lasu i zbadanie ścieżki, którą uciekali gryfoni.
Jednak nie było mowy o tym bym mógł to teraz zrobić. Po pierwsze. Ślady na pewno już bardzo mocno zwietrzały, a po drugie, nawet nie chcę myśleć, jakie zamieszanie by powstało gdybym udał się do lasu i ktoś mnie na tym przyłapał.
Trzecim i ostatnim punktem były Akromantule.
Nie, nie i jeszcze raz nie.
Jaki szaleniec udał by się w tej chwili do lasu, gdy Akromantule ledwo dobę wcześniej były, aż tak daleko od swojego legowiska.
Poza tym Raphael trzymający w swoich dłoniach filiżankę herbaty i patrzący się na mnie swoimi zmartwionymi brązowymi oczami nie wydawał się być w tej chwili zdolny do tego by opuścić mój pokój.
Usiadłem więc bliżej niego i rozmawiałem z nim cicho o różnych. Mniej istotnych sprawach do późnej nocy i sam nie wiedziałem, kiedy zasnęliśmy na naszych miejscach oświetlani ciepłymi płomieniami ognia z kominka.
XXXX
Godzina za godziną mijały lekcje, a niepokój mnie nie opuszczał. Całe moje ciało było napięte jakbym spodziewał się fizycznego ataku i niestety nie miałem pojęcia z której strony on nadejdzie. Musiałem iść dzisiaj do Severusa i się z nim skonfrontować, a obawa przed jego złością napawała mnie paraliżującym przerażeniem.
Przez ciało przechodziły mi dreszcze sprawiając, że drżałem jak z zimna mimo, że coraz szczelniej okrywałem się swoim płaszczem. Kierując się na obiad potknąłem się co najmniej 3 razy, a po wejściu do wielkiej Sali na obiad nogi się pode mną ugięły i upadłem na kolana z jękiem. I dopiero wtedy dotarło do mnie, w czym leży problem.
- Czy wszystko w porządku kumplu? – Hernest starał się pomóc mi wstać z marnym skutkiem, bo moje kolana zmieniły się w kisiel.
- Słabo się czuje. - przyznałem szczerze.
Ucisk w kręgosłupie był paskudny.
-Chcesz się czegoś napić? Może zaprowadzić cię do skrzydła szpitalnego? John i Hernest pomogli mi w końcu się podnieść i stanąć na słabych nogach.
- J- ja. Muszę iść do swojego pokoju.– wyksztusiłem.
Musiałem wrócić do swojego pokoju. Popełniłem straszną decyzję, która się teraz mściła. Już ponad dobę nie przybierałem swojej drugiej formy i do tego źle zinterpretowałem swoje złe samopoczucie nad ranem. Myślałem cały czas o Severusie, Raphaelu i ataku pająków. Przez ten cały czas, godzina za godziną czas uciekał, a ja teraz cierpiałem, bo zbyt długo nie byłem w swojej drugiej formie.
-Zabierzemy cię tam.
Chłopaki, moja deska ratunku zaoferowali mi pomoc. Mnie jednak perspektywa tego, że mam jeszcze dostać się na trzecie piętro napawała przerażeniem. Teraz gdy wiedziałem w czym leży problem całość mojego cierpienia skupiła się właśnie na tym.
- Dan. Co ci jest? Raphael podbiegł do mnie i wydawał się być mocno zaniepokojony, zaraz za nim byli już ku mojemu zaskoczeniu Ron i Hermiona.
Ewakuacja! Ile osób już skupiło na mnie uwagę? Musiałem jak najszybciej opuścić Wielką Sale.
-Idźmy stąd! - Błagałem Hernesta i Johna obawiając się większej publiczności.
Słyszałem jeszcze jakieś odległe. „zaczekajcie" i Gdy opuściliśmy wielką salę odetchnąłem z ulgą. Zaraz za drzwiami pojawił się jednak problem schodów.
Podniosłem głowę jakbym miał przed sobą swojego najgroźniejszego przeciwnika i zamarłem czując nowy, obezwładniający niepokój, gdy dostrzegłem zapalającą się kolorem podłogę. Drzwi do Wielkiej Sali i wejściowe do zamku, zatrzasnęły się z głośnym grzmotem, który sprawił, że szyby w oknach zagrzechotały. Moi przyjaciele podskoczyli przestraszeni rozglądając się nieco spanikowani po przestrzeni, a ja czując zimny pot na kręgosłupie obserwowałem zmieniające się barwy magii.
- Co jest? - Hernest zacisnął mocniej dłonie na moim ramieniu wyciągając drugą ręką różdżkę.
Wszyscy wyczuwali, że coś jest nie tak jak powinno. Nie widzieli zawirowań magii tak jak ja, ale musieli coś poczuć, a ja uderzenie serca później usłyszałem coś, co przyprawiło całe moje ciało o dreszcze, a Raphaelowi wyrwał się krzyk przerażenia.
kle, kle, kle.
Zatrzaskiwały się w obrzydliwym dźwięku szczęki Akromantul, które pojawiły się jak za sprawą aportacji na suficie w holu.
Hernest i John puścili mnie po to by chwycić pewniej swoje różdżki, a ja upadłem na ziemie nie będąc już w stanie utrzymać swojej masy ciała. Nie padło jednak żadne zaklęcie. Sam nawet nie sięgnąłem po magiczny patyk sparaliżowany, a blady z przerażenia Raphael, opadł na kolana przy mnie i zacisnął drżące palce na moim ramieniu. To było dla niego za wiele. Ledwo dwa dni wcześniej prawie padł ofiarom tych olbrzymich stworzeń.
Spojrzałem na osoby, które były z nami w holu.
Hernest i John wciąż stali obok. Dalej dostrzegłem Rona, Hermione i ku mojemu zaskoczeniu Harry'ego Pottera! Gdy go zobaczyłem, zrozumiałem od razu, dlaczego Akromantule się tu pojawiły. To był atak wymierzony w Harry'ego Pottera.
Pająki zaczęły spuszczać swoje cielska w dół ściany klekocząc swoimi ohydnymi szczękami.
Krzyk za mną sprawił, że podniosłem głowę na schody. Stały tam trzy dziewczyny z młodszych roczników. Kolejne pająki zagradzały im drogę w górę schodów, zmuszając je przy tym by dołączyły do nas w dole. Byliśmy otoczeni.
- Pająki. Cholerne pająki. -Usłyszałem. Spanikowany pisk Rona. – Nie cierpię pająków.
- Skąd one się tu wzięły? -Hermiona wydawała się nieco bardziej pewna, ale wiedziałem, że to tylko pozory. Jej dłonie drżały. Ile było tu tych stworów?
- POMOCY!
Rozległ się krzyk. Ale to nie trzy młodsze uczennice zaczęły krzyczeć, a Harry Potter.
Mimo, że było to logiczne posunięcie to i tak wątpiłem by miało ono sens. Skoro ktoś postarał się o sprowadzenie tych potworów do Hogwartu, to też i na pewno pomyślał o tym by wyciszyć drzwi do wielkiej Sali tak by nikt nie słyszał, tego co tu się dzieje. Jednak ten pierwszy krzyk pociągnął za sobą kolejne. Trzy dziewczynki, które zdołały zbiec z schodów ścisnęły się w kupkę zaraz obok mnie i Raphaela zaczynając płakać i krzyczeć.
Jednak nasz czas już się skończył. Akromantule nie czekały na to byśmy zdążyli opracować plan działania. Jak na komendę, wszystkie na raz ruszyły w naszą stronę.
przesuwały się po suficie i ścianach potrącając wiszące obrazy spadające teraz na ziemię z trzaskiem. W sekundę zagrodziły wszystkie możliwe drogi ucieczki i nim zdołałem mrugnąć, już wisiały nad nami wielkie szczęki, a wysuwające się kły jadowe były pełne czarno zielonej obietnicy śmierci.
- PROTEGO!
Wrzasnęło parę głosów na raz, gdy uczniowie w rozpaczliwej próbie starali się ochronić swoje życia. Ron i Hermiona nieco dalej skulili się pod swoją tarczą. Chłopak był zielony na twarzy, ale mimo spotkania swoich największych koszmarów unosił różdżkę i się bronił. Potter skulił się na ziemi pod ich stopami i wyglądało to tak jakby się popłakał.
John i Hernest raz za razem powtarzali zaklęcie nad naszą grupką osób, w jakiej skład wchodziłem ja i czwórka młodszych rocznikiem, A pająki uderzały nieprzerwalnie wszystkimi swoimi włochatymi odnóżami w tarcze.
Oddychałem z trudem. Jęknąłem z bólu.
Jak na złość nie byłem w stanie się poruszyć. Popatrzyłem na swoją różdżkę, która bezradnie wskazywała kierunkiem ziemię nie mogąc zebrać myśli, a z sekundy na sekundę było coraz gorzej. Trudno mi było złapać oddech, pot spływał mi po ciele.
Moje zaklęcie nie zadziałało. Krzyknąłem czar, ale nic się nie stało. Traciłem ostrość widzenia.
Nie mogłem... teraz... stracić przytomności. Trzeba im pomóc. Otwieraj usta. trzeba tych pająków się pozbyć! Otworzyć drzwi i je wygnać. Ogniem. Wodą. Obojętnie. One muszą opuścić zamek. Mimo to nie byłem w stanie otworzyć ust.
I wtedy wrzask przeszył powietrze. Najpierw jeden, potem drugi. Przez zamazany obraz zobaczyłem, jak Potter się opiera o bok Hermiony, a ta odepchnięta zbyt gwałtownie przechyla się za tarcze. Olbrzymie szczęki jednego z pająków zacisnęły się na jej ramieniu i niczym w scenie z jakiegoś horroru, wyciągnęły ją poza barierę wprost w kłębowisko innych swoich pobratymców.
Czas się rozciągnął jak guma do żucia, gdy skoczyłem w przód starając się uratować przyjaciółkę. Wydawała się być tak daleko, a mimo to ja byłem przy niej w jednej sekundzie. Gołą dłonią chwyciłem kleszcze, które trzymały jej ramię rozwierając uścisk i gdy miałem ją już w swoich ramionach przesunąłem ogonem po ziemi zmiatając agresorów z taką siłą, że co najmniej pięć pająków rozbiło się z głośnym skrzekiem o ściany.
Wszystko działo się tak szybko, że Ron nie zdołał dokończyć imienia Hermiony, a jednocześnie tak wolno, że z dokładnością, co do milisekundy potrafiłem powiedzieć, że moja przyjaciółka zdołała zamrugać tylko dwa razy.
Mój obraz się wyostrzył na parę kolejnych przerażających sekund. Nie myślałem o tym gdzie jest moja różdżka i jaki czar mam teraz użyć. Pająki tym razem były zbyt blisko pozostawionych przeze mię ludzi przy schodach, którzy na ten jeden nieuważny moment skupili swój przerażony wzrok na mnie, a nie na potworach, które ich atakowały.
Kolejna sekunda rozciągająca się w godziny. Chwyciłem jeszcze Pottera i Rona, zagarniając ich mało delikatnie swoim ogonem w stronę pozostałych uczniów i sam, swoim olbrzymim ciałem, obwinąłem się dookoła dziewięcioosobowej grupki.
Dopiero wtedy czas zdawał się odzyskać swój właściwy bieg, a do mnie zaś dotarło, że byłem w swojej wężej formie na oczach osób, które nie powinny mnie takim widzieć.
Poczułem dreszcz na kręgosłupie i nie spoglądałem na ich twarze, postanawiając się skupić na czymś istotniejszym. Akromantule, które już zdołały się pozbierać po moich atakach, teraz niczym w jakimś koszmarnym "de ja vu" te setki par oczu zamierając w bezruchu, skupiły się na mnie
- Odejdźcie stąd! To nie jest miejsce dla was! -Wrzasnąłem ile sił w płucach.
Wciąż drżałem na całym ciele i z ledwością utrzymywałem pion, ale dzięki temu, że się przemieniłem przynajmniej widziałem nieco wyraźniej.
- Kle, kle, kle. –
ten dźwięk, który setki ofiar słyszały przed swoją śmiercią, wzmógł się jeszcze bardziej i niósł echem przez hol i klatkę schodową, jak jakaś upiorna mantra. Kto wpuścił to zło do szkoły pełnej uczniów?
- Dan… poczułem drżące palce Raphaela na swoim łokciu.
- Wszystko będzie dobrze Raphael. Trzymaj się mnie. Zerknąłem na niego krótko i dostrzegłem mnóstwo zszokowanych par oczu wpatrzonych we mnie. Odwróciłem głowę.
Objąłem chłopca obronnym gestem patrząc ponownie na Akromantule, ten bezruch pająków przerażał równie mocno, jak ich wściekły atak. Nie miałem pojęcia, czego się po nich spodziewać. Ostatnim razem ten ich bezruch, pozwolił nam na to byśmy uciekli. Teraz jednak nie mieliśmy gdzie uciec! Byliśmy w końcu w Hogwarcie, a zaraz za zamkniętymi drzwiami do Wielkiej Sali było mnóstwo dzieciaków jedzących właśnie obiad. Istniało także ryzyko, że pojawią się jacyś spóźnialscy, którzy będą chcieli zejść na parter.
Trzeba się pozbyć tych pająków z zamku!
ŁUP.
Coś uderzyło o drzwi Wielkiej Sali z głośnym hukiem i dotarło do mnie, iż ktoś próbuje się przebić przez drzwi. Najwyraźniej zorientowano się już, że coś jest nie tak i próbowano się do nas przedostać. Miałem nadzieje, że byli to nauczyciele, a nie uczniowie.
Pająki po raz kolejny z zawrotną szybkością zaczęły iść w naszą stronę klekocząc niebezpiecznymi szczękami. Decyzję podjąłem w sekundzie.
Całą swoją siłą jaką mogłem w sobie znaleźć zamachnąłem się ogonem kolejny raz atakując je w ten sposób, część pająków uskoczyła, ale co najmniej dwa z nich zderzyły się z moim ogonem, gdy rzucając w myślach jeszcze parę zaklęć, błagając w myślach o sukces i szykując się na ból, uderzyłem o drzwi wejściowe Hogwartu.
Huknęło jak z armaty, błysnęło i coś jak płonący żar przeszło przez wszystkie ściany holu z szybkością błyskawicy, a olbrzymie stalowe drzwi rozpadły się na drobne kawałki nie jakbym uderzył w nie ogonem i bezróżdżkową magią, a jakbym starał się je zdezintegrować.
Cały Hogwart zdawał się zajęczeć w posadach, a buczenie wypełniło uszy tak donośnym dźwiękiem, że nawet zagłuszył skrzek bólu pająków, który teraz wydawał się cichy. Moi towarzysze wrzeszczeli. Mnie samemu w głowie dudniło, ale nie zatrzymałem się ani na sekundę. Takie stwory nie powinny mieć prawa wstępu do szkoły, nie powinny zagrażać uczniom. Ten kto jest za to odpowiedzialny, odpowie za to.
Zagarnąłem dłońmi okrąg.
- Zróbcie tarcze! Wrzasnąłem jeszcze chwilkę wcześniej w nagłej obawie, że mogę nie do końca zapanować nad czarem, który miałem już na końcu myśli.
To Hermiona wrzasnęła zaklęcie tarczy tuż przed tym, jak wszystko połknął ogień.
Płomień wystrzeliwany jak wprost z gardzieli smoka okrążył cały hol główny i włochate cielska Akromantul od razu zaczęły płonąć. W akompaniamencie kolejnych buczących dźwięków, jakie wydobywały się z wnętrza zamku ten wrzask stworzeń był czymś, co będzie się z pewnością, wielu osobom śniło w koszmarach.
Agresorzy zaczęli uciekać, jeden z nich wciąż stojąc w płomieniach zaczął wariować i tarzać się po podłodze i uderzać na ślepo w ściany. Widziałem też dwa cielska, które leżały obok drzwi, ale nie miałem pojęcia ile z nich tak naprawdę zabiłem.
I nagle wszystko ucichło.
Zarówno dźwięki z głębi Hogwartu jak i krzyki wszystkich osób. Tylko cicho płonący w niektórych miejscach ogień skwierczał, ale po takiej kakofonii dźwięków to, wydawało się ledwo lekkim szumem.
Wtedy usłyszałem zbliżające się osoby i to przeraziło mnie niezmiernie! Zerknąłem jednak jeszcze na krótką chwilę na swoich towarzyszy. Podczas wypowiadania zaklęcia jeszcze raz dla ochrony otoczyłem ich swoim ogonem. Dziewięć par oczu gapiło się na mnie z otwartymi ustami gdy teraz powoli odsuwałem swoje łuskowane ciało od nich.
- Wszystko w porządku? -Zapytałem drżącym głosem.
Nie odpowiedzieli, a zbliżające się nieubłagalnie osoby wymuszały na mnie ucieczkę.
- Błagam! Nie widzieliście mnie! Nie widzieliście! - szepnąłem przejętym głosem. I uciekłem schodami w dół znikając w cieniu przejść kierując się do lochów i komnat mistrza eliksirów.
Kilka minut później byłem przed odpowiednimi drzwiami. Położyłem dłoń na gobelinie, za którym było ukryte bezpośrednie przejście do komnat Severusa. osłony mnie rozpoznały i wpuściły do środka, ale dopiero gdy opadłem z jękiem przed kominkiem dotarło do mnie, że coś było nie tak.
Zarówno adrenalina jak i strach opadły, a w tych pokojach czułem się bezpiecznie.
Skuliłem się w nagłym bólu, a niemoc zawładnęła moim ciałem. Opadłem bezsilnie na dywanik przed kominkiem. Nie zdołałem nawet zapalić ognia, a ciemność mnie przywitała i straciłem przytomność.
