Severus
Zabić, poćwiartować, zniszczyć.
Cholerny chłopak!
Takie mniej więcej myśli krążyły w mojej głowie, gdy Dan w końcu się mnie posłuchał i znikł z polany. Spojrzałem złowrogim wzrokiem na nieprzytomną gryfonkę i dzięki następnemu czarowi diagnostycznemu otrzymałem informację, że dawka jadu, jaką dostała mieściła się w normach i najdalej jutro obudzi się z tego nienaturalnego snu. Z jej nogą pielęgniarka powinna sobie bardzo szybko poradzić, więc nie musiałem się o to martwić. To co mnie teraz przysparzało pytań to ten gryfon.
Rapheal Brown właśnie wpakował się w spore tarapaty.
- Niewolno ci nikomu powiedzieć, że widziałeś Linda w tej formie. Rozumiesz? Nikomu, a w szczególności ani słowa dyrektorowi.
Dzieciak, który do tej pory patrzył się w miejsce gdzie zniknął Dan teraz spojrzał na mnie z przestrachem.
Nie zdążył jednak nic odpowiedzieć, bo w tym samym momencie na polanę dotarli nauczyciele. Dumbledore, Hagrid i depczący mu po piętach zasapany profesor Flitwick.
- Dzięki Merlinowi. Dzieci. Czy nic wam się nie stało? – Dumbledore wyraźnie odetchnął z ulgą.
- Panna Blome jest nieprzytomna. Radziłbym ją natychmiast przetransportować do skrzydła szpitalnego. Już jej podałem antidotum na jad Akromantuli, ale to nie są jej jedyne urazy.
- Och. Tak oczywiście. Hagridzie, Filiusie zabierzcie proszę pannę Blome, a my zajmiemy się Panem Brown.
- Się robi psorze. - Pół- olbrzym nachylił się i podniósł nieprzytomną dziewczynkę zawracając w stronę zamku. Mały profesorek, który tyle co stanął i złapał jeden oddech, westchnął z rezygnacją i wycierając chusteczką czoło, wykonał zwrot o 180 stopni, by potruchtać za olbrzymem.
- A pan, panie Brown, jakieś urazy?
Dzieciak pokręcił głową.
- Czy w takim razie mógłbym cię prosić abyś w drodze do szkoły opowiedział mi co się stało?
Gryfon wyraźnie się zawahał przed odpowiedzią, a ja przezornie rzuciłem mu jeszcze jedno, ostrzegawcze spojrzenie nad głową dyrektora.
W końcu zaczął opowiadać. Byli na szlabanie jeszcze z dwójką starszych uczniów Slytherinu i to ich oskarżył o wpakowanie ich w tarapaty. Wiedziałem, że mieli oni wspólny szlaban ze względu na magiczny pojedynek sprzed kilku dni, na którym ich przyłapałem. Wciąż nie wiedziałem, dlaczego doszło do sprzeczki i rzucania w siebie zaklęciami, bo nawet moi ślizgoni nabrali wody do ust i milczeli.
W normalnych okolicznościach od razu bym mu przerwałbym podczas jego oskarżeń, ale tym razem milczałem, naprawdę byłem ciekawy wersji dzieciaka, nie wspominając o tym, że widział on Dana.
Raphael powiedział, że dwaj ślizgoni złośliwie przecięli smycz z zwierzakiem jakiego wyprowadzali, a ten uciekł natychmiast w las. Gryfoni mieli nadzieję, że zaraz złapią północnika, ale zaraz po tym jak znaleźli się między drzewami, ktoś pozbawił ich różdżek i poprzez wytrwałe, rzucanie klątw w ich kierunku zmuszał ich do ucieczki.
W końcu, jak znikąd pojawiły się Akromantule.
- To było straszne. Ugryzły Sarach, a ona straciła przytomność. -opowiadał z przejęciem, gdy byliśmy już niedaleko wejścia do zamku. Widziałem zbliżających się w naszą stronę aurorów co zaniepokoiło mnie ze względu na Dana. Miałem nadzieję, że zdążył wrócić do zamku niezauważony.
- I wtedy pojawił się D….
- Ehm… zakasłałem starając się powstrzymać gryfona bo ten się zapędził.
Ten za pauzował i westchnął.
- Profesor Snape nas uratował. - Powiedział Raphael jakimś matowym głosem.– pojawił się znikąd i nas uratował.
Zamrugałem. Myślałem, że Brown powie po prostu, że jakimś cudem uciekli.
Dumbledore przeniósł na mnie swój wzrok.
O cholera.
Czyżbym miał zasłynąć, jako wybawca gryfonów? Zabije Dana.
- W ostatniej chwili Severusie? Cóż za dramatyzm. Jestem pewien, że jesteś wstanie dokończyć mi tą opowieść sam. Pana Raphaela na pewno będą jeszcze chcieli przesłuchać aurorzy.
- Nie ma o czym opowiadać dyrektorze. – powiedziałem szybko. Starając się jeszcze ustalić jeden tor wydarzeń, gdy jeszcze dzieciak słyszał. Nie byłoby wesoło, gdyby nasze zeznania się różniły.
- Panna Blome była nieprzytomna, a Brown w potrzasku. Nie było czasu na zastanawianie się nad niczym więcej. Złapałem ich i teleportowałem się stamtąd.
- No cóż. I tak będziesz musiał udzielić odpowiedzi Aurorom, Severusie. Pan również, panie Brown. I musimy też powiadomić twoich opiekunów.
XXXX
Zanim wróciłem do swoich komnat byłem tak zmęczony, że zignorowałem fakt konieczności odbycia poważnej rozmowy z Danem i zasnęliśmy w swoich ramionach bez słowa.
Wiedziałem, że nie mogę go winić za bycie tym, kim jest. Mógł mi obiecywać różne rzeczy, ale to i tak nie zmieni jego reakcji w danej sytuacji. Uznał, że nie może czekać na wsparcie i musi interweniować by uratować przyjaciół, więc to zrobił. Nie było sensu bym się na niego złościł.
Ale byłem zły... i przestraszony.
Co gdyby mu się nie udało? Gdyby pająki dopadły jego ciało i zraniły bądź zabiły. Moje dłonie drżały, gdy wciąż nie mogąc zasnąć przytulałem go do siebie.
Nagle, perspektywa straty tego chłopaka napełniła mnie obezwładniającym przerażeniem. Coraz trudniej było mi zasypiać, gdy jego ciała nie było obok. Coraz trudniej było się skupić, gdy nie widziałem go w swoim pobliżu. Uwielbiałem chwilę, w których on czytał bądź odrabiał zadania siedząc na ziemi obok kanapy przed kominkiem. Opierał się wtedy plecami o moje nogi, co dawało mi sposobność poprawiania w spokoju prac uczniów jednocześnie czując jego ciało.
Nie chciałem tego stracić.
Z nagłym przerażeniem zdałem sobie sprawę, że jakby go zabrakło. Nie pozostało by mi już nic.
Od kiedy byliśmy razem cały mój świat skupił się na nim. Potrafiłem cały dzień myśleć o tym jak smukło i krucho wygląda szyja mojego kochanka i nie był to ani trochę nudny temat rozważań.
Jeszcze kiedyś w jakimś stopniu odczuwałem obowiązek wobec Dumbledora. Przysięgi, którą złożyłem Lilly. Ale teraz przestało mieć to znaczenie.
Jakby coś się stało Danowi... mój świat stracił by sens.
Nie rozumiem tego, kim się teraz stałem.
XXX
Cały następny dzień Aurorzy krążyli po szkole i wypytywali uczniów, czy wiedzą coś na temat tajemniczych obcych przebywających na terenie szkoły. Uczniowie z Slytherinu też byli przesłuchani, ale oprócz dokuczania młodszym uczniom nic innego nie można było im zarzucić. Przybyli rodzice dziewczyny i byli obecni przy tym jak Sarah Blome obudziła się w skrzydle szpitalnym o świcie. Niestety jej zaznania nie przyniosły nic nowego w sprawie tajemniczego prześladowcy.
Ku mojej irytacji rodzice młodej gryfonki uznali, że to naturalne by podziękować za uratowanie ich pociechy osobiście.
W ciszy przytakiwałem, gdy wylewnie mnie chwalili i dziękowali, po czym odrzuciłem propozycję spożycia wspólnej kolacji w restauracji i wróciłem do swoich kwater odprowadzany wzrokiem przez Albusa.
Cały czas miałem wrażenie, że staruch wiedział, co się naprawdę za tą historią kryje. Jednak Raphael milczał, a ja trzymałem się pospiesznie ustalonego scenariusza.
Kiedy wróciłem do swoich kwater byłem padnięty i marzyłem tylko o tym by w końcu zasnąć. Dana nie było.
Spodziewałem się tego, że nie będzie chciał dzisiaj tu przyjść. Chciał uniknąć kłótni. Nie mogłem sobie przypomnieć czy widziałem tą szczególną cechę w tym chłopaku wcześniej, ale od wakacji dostrzegałem to już setki razy.
On był osobą, która za wszelką cenę starała się uniknąć kłótni i sporów. Gdy spostrzegł, że coś mnie zirytowało bądź coś mi przeszkadza, natychmiast podejmował działanie mające na celu zmianę.
Wystarczyło, że skrzywiłem się nieco na pozostawioną na podłodze obok fotela szklankę z sokiem dyniowym, a Dan już nigdy więcej tego nie zrobił. Gdy poprawiłem zostawioną książkę odwróconą do góry grzbietem na stoliku tak, że brzeg okładki się załamywał już nigdy więcej tak żadnej nie zostawił i za każdym razem używał zakładek.
Takich drobiazgów było tysiące i nie od razu je dostrzegłem. Potem zacząłem się czuć jakbym, choć nieświadomie, narzucał swoją wolę Danowi.
On się dostosowywał do moich zwyczajów do tego stopnia, że to było aż przerażające. Zdawał się nagle przestać wyrażać własne upodobania i kompletnie zapomniał o tym, że ma jakieś odruchowe zwyczaje. Gdy o tym wspomniałem on zbył to uśmiechem i słowami, że to nie jest żaden problem.
Opadłem na swój fotel i rozejrzałem się po swoich komnatach.
Dla obcego wyglądało to tak jakbym ciągle był sam.
Nie było w moich kwaterach absolutnie niczego, co by świadczyło o obecności mojego stałego gościa. Nawet mały aneks kuchenny z sąsiedniego pomieszczenia wydawał się być używany tylko przez jedną osobę. Dan jak robił sobie coś do picia zawsze zaraz potem mył swój kubek i odkładał do szafki. Poduszka, którą czasami podkładał sobie pod głowę, gdy leżał przed kominkiem, była później odłożona na swoje miejsce, a w łazience była tylko jedna szczoteczka i wisiał jeden ręcznik. Jedynym, co się zmieniło w moich kwaterach było łóżko.
Ze względu na to, że chłopak musiał spędzać noce w swojej formie Lamii nie było mowy o tym by zmieściliśmy się razem na posłaniu, które wcześniej miałem w komnatach.
Nagle brak znaków świadczących o jego obecności zaczął mi przeszkadzać do tego stopnia, że z irytacją podniosłem się z kanapy planując udanie się do jego komnat, ale szybko się zatrzymałem.
Niech ochłonie po ostatniej szalonej nocy. Nie przyszedł dzisiaj i to był jego wybór.
XXXX
Następnego dnia Dan przyszedł do Wielkiej Sali razem z Raphaelem Brown. Zamrugałem na ten widok, bo prawdę mówiąc nie spodziewałem się abym miał możliwość zobaczenia dzieciaka w towarzystwie mojego kochanka przez najbliższy czas, w końcu nie codzienna dowiaduje się człowiek, że ktoś z jego znajomych potrafi przemieniać się w pół- wężą istotę.
Brown jednak uśmiechał się i wpatrywał w Dana jak w obrazek. Tak jakby obserwował swojego bohatera z książek przygodowych. Dan mimo, że był nieco blady na twarzy zdawał się być też szczęśliwy mogąc rozmawiać z przyjacielem.
Gdy jednak zobaczyłem go później podczas obiadu po raz drugi, od razu wiedziałem, że coś jest nie w porządku.
Chłopak wszedł powolnym krokiem do Wielkiej Sali. Poruszał się jakby odczuwał ból i patrzył dookoła nieco nieprzytomnym wzrokiem. Zdawał się nie słyszeć słów przyjaciół i po prostu stał niedaleko wejścia rozglądając się dookoła i nie skupiając na niczym konkretnym.
Co jest? Dlaczego nikt tego nie widzi? Czy sam musiałem przejść przez wielką salę i go zgarnąć? Przecież ewidentnie coś jest nie tak. Ale co? Na śniadaniu wcale nie wyglądał tak źle. Nie zaraz! Już wtedy wydawał się jakby mniej zaangażowany w rozmowy.
No nareszcie!
Koledzy z roku zainteresowali się stanem słaniającego się na nogach kolegi. Ulżyło mi, gdy zaczęli się kierować w stronę wyjścia, ale prawie wstałem od stołu, gdy dostrzegłem jak jego nogi się pod nim uginają i prawie upadł. Coś z nim było nie tak! Ile trzeba iść do skrzydła szpitalnego? Za długo jak będą iść w tym tempie! Powinni przetransportować go magicznie.
Szybko okazało się, że nie tylko ja dostrzegłem stan Dana. Ku mojemu zaskoczeniu, nie tylko młody Raphael Brown wstał od posiłku by pobiec za kolegą, ale i Hermiona Granger z zaciętym wyrazem twarzy, oraz nieco blady Ron Wesley. Dopiero z opóźnioną reakcją od stołu wstał Harry Potter i nawołując dwójkę gryfonów pobiegł za nimi.
O nie. Jeżeli tam się ma zebrać taki tłumek to nigdy nie dotrą do skrzydła szpitalnego!
Podniosłem się z swojego miejsca dokładnie w momencie, w którym przez całą wielką salę przetoczył się zimny przeciąg i olbrzymie drzwi Wielkiej Sali zatrzasnęły się z hukiem.
Z niewiadomych przyczyn, poczułem niepokój.
- Coś się stało Severusie?
Dyrektor spoglądał na mnie ze swojego krzesła, a Ja stojąc przez chwilę w miejscu próbowałem ułożyć swoje myśli. Miałem ochotę pobiec do drzwi by sprawdzić, czy wszystko w porządku. Rozsądna część mnie mówiła sobie, że zanim przejdę miedzy stołami uczniów i dojdę do holu, uczniowie będą już w połowie drogi do skrzydła szpitalnego.
Mimo to nie usiadłem i obserwowałem jak dwie uczennice z Hufflepuff wstają z swoich miejsc i kierują się w stronę wyjścia z Sali. Doszły do drzwi i nacisnęły klamkę, ta jednak nie puściła.
W moim żołądku osiadł się lód. Wyciągnąłem swoją różdżkę i pobiegłem dookoła stołu prezydialnego rzucając już w biegu zaklęciami, które miały na celu otworzenie bądź usunięcie zamkniętego przejścia. Nic nie podziałało. Dziewczyny, które przedtem starały się drzwi otworzyć uciekły pewnie nie chcąc być na mojej linii ognia. Cholera. Wysadziłbym je w tej chwili, gdyby nie to, że nie wiedziałem jak daleko od drzwi jest Dan po drugiej stronie.
- Severusie.
Dumbledore żwawym krokiem się do mnie zbliżał. Pewnie cześć z uczniów myślała, że zwariowałem rzucając zaklęciami tak bez potrzeby, ale wzrok dyrektora był poważny, a Minerwa, która była tuż za nim miała panikę w oczach.
- Nie otwierają się. Oświadczyłem tylko rozglądając się za innymi sposobami, dzięki którym mógłbym dostać się do hallu. Rozwalić ścianę? Okno? Przez kominek?
- Tylne drzwi. Zaproponowała Minerwa obracając się w stronę stołu prezydialnego.
Ale ja byłem głupi.
Trzeba było od razu tam iść. Już miałem sprawdzić czy i to przejście nie jest zablokowane, gdy to Dumbledore mnie uprzedził. Co najmniej kilkanaście zaklęć przefrunęło przez wielką salę, nie wywołując żadnego efektu! Nie było czasu na jakieś bardziej wymyśle sposoby.
- BOMBARDA MAXIMA.
Drzwi z częścią ściany wyleciały w powietrze i za stołem prezydialnym powstała dziura na korytarz. Gdyby nie Mcgonagall i dyrektor niewątpliwie ktoś dostałby lecącą w powietrzu łyżeczką bądź kawałkiem cegły. Tarcze jednak wystarczyły, a ja nie czekając pobiegłem.
- Zostań z uczniami Minerwo. Usłyszałem jeszcze za sobą głos Dumbledora, gdy przez cały zamek przetoczył się przeraźliwy dźwięk, a podłoga zachwiała się wywołując panikę wśród uczniów.
Co do cholery?
Przeskoczyłem przeszkody, jakie stanowiły szczątki ściany i wypadłem na korytarz, przedzierając się przez kurz. Zaraz za mną biegł dyrektor i Hagrid. Buczący dźwięk był tak donośny, że szyby w oknach drżały uniemożliwiając skonstruowanie jakiejkolwiek konkretnej myśli.
Już dostrzegłem schody prowadzące do głównego hallu. Wspiąłem się po nich prawie potykając i szarpnąłem różdżkę w górę oczekując przeciwników.
W holu była zbita grupka uczniów, a całość przestrzeni wokoło nich zdemolowana. Poręcz schodów się jeszcze lekko paliła. Tak samo jak drgające truchło olbrzymiej Akromantuli leżące tuż przed wciąż zamkniętym wejściem do wielkiej Sali.
Jednak najistotniejsze było to, że nie dostrzegłem w grupce uczniów Dana.
Panna Granger miała uniesioną w górę różdżkę, jakby zamarła w tej pozie i nie ruszała się od jakiegoś czasu. Ronald Wesley był zielony na twarzy i chyba najlepszym wyjściem byłoby się od niego odsunąć, bo miałem wrażenie, że jego następnym posunięciem będzie zwymiotowanie obiadu.
Reszta była bardziej bądź mniej przerażona i zapłakana. San Harry Potter ukrywał twarz w dłoniach kuląc się na ziemi. Olbrzymi osmolony okrąg, niczym w epicentrum ognistego tornada, był wyraźnym wzorem tego, jak magiczny ogień omiatał zarówno kamienie jak i wszystko dokoła. Ale gdzie był Dan?
Rozejrzałem się jeszcze raz i rozszerzyłem oczy w szoku dostrzegając kolejne dwa ciała pająków i szczątki tego, co było jeszcze kiedyś drzwiami wejściowymi do Hogwartu.
Przełknąłem gulę w gardle podchodząc do nich i wyglądając na dziedziniec. Zobaczyłem jeszcze kilka następnych ciał Akromantuli wielkości wózków na zakupy, częściowo strawionych przez płomienie. Lecz ani śladu Dana. Spojrzałem jeszcze raz z przerażeniem na zniszczone wejście. Jakim cudem to się stało? Co za siła tego dokonała? Czy to atak Voldemorta? I gdzie jest Dan?
Obróciłem się w stronę uczniów i dostrzegłem pobladłą z przerażenia twarz Dumbledora. Patrzył się on na pozostałości drzwi Hogwartu jakby Voldemort właśnie stanął w progu z pełną armią, a my mieliśmy do pomocy tylko przerażone dzieci.
Ominąłem dyrektora i ponownie byłem przy zbitej grupce uczniów. Hermiona w końcu opuściła różdżkę, ale przerażenie wciąż gościło na jej twarzy.
-Co tu się stało. Zażądałem odpowiedzi. Kto tu był. Kogo widzieliście i Gdzie jest Da… Gdzie jest Lind?
Przez mój głos, oddalony od wrzasku tylko o dwie okrawy, młodsze uczennice rozpłakały się na dobre.
- Dana tu nie ma. On pomógł nam i przegnał pająki. –wtrącił szybko Raphael Brown, co sprawiło, że spojrzałem na niego uważnie dostrzegając, że wyraźnie starał się mi coś przekazać oczami. Skoro to on odezwał się jako pierwszy to znaczyło… O NIE. Spojrzałem na twarze dzieciaków. Sekret Dana.
- Gdzie on teraz jest? Porwano go?
- Nie. Nikogo tu nie było. Tylko my. –tym razem to Hermiona Granger się odezwała. Jej głos lekko drżał. -jak się pojawiły Dan użył ognia i ich przegnał.
Ogniem? Dan zrobił to sam? Taki huragan ognia który przypiekł kamienie? Podejrzewałbym Dumbledora o takie zdolności. Ale ten chłopak?
-Nie ma czasu Severusie. Dumbledore w końcu do nas podszedł po otrząśnięciu się z szoku. –Musimy ewakuować uczniów i natychmiast zatrzymać tego, kto jest za to odpowiedzialny. Hagridzie zabierz uczniów do wielkiej Sali i nie pozwólcie by ktokolwiek się tu dostał i to zobaczył, musimy zamknąć szkołę. Severusie chodź ze mną.
Hagrid skinął głową.
Na Merlina, Ewakuacja szkoły.
-To na pewno ten Penaus. Syknąłem do Dumbledora zanim ten się odezwał. –musze go znaleźć i…
-Dyrektorze.
Obróciłem się za siebie. To Granger do nas podbiegła wyrywając się z grona uczniów.
-Ja chcę powiedzieć, że to nie była część ataku.
-Co? -nie zrozumiałem.
-Chcę powiedzieć, że z tego co widziałam głównym celem było zamknięcie nas i wpuszczenie tu Akromantul. One się tu pojawiły jak za sprawą świstoklików. Brama Hogwartu… to był Dan.
Zamarłem słysząc te słowa, a Dumbledore otworzył usta w szoku.
Drodzy państwo. Chyba nadszedł dzień sądu ostatecznego. Dziewczyna zyskała moją pełną uwagę. Najwyraźniej ona, w przeciwieństwie do pozostałych znajdujących się tutaj uczniów wiedziała, co oznacza zniszczenie bramy i ten przeraźliwy dźwięk wprost z podziemi.
-Panno Granger?
-To było na pewno nieświadomie. –tłumaczyła dalej. –wątpię by Dan rozumiał, co zrobił i wątpię też by się spodziewał tego, że tak się stanie… On… - zawahała się. – Chciał nas uratować. Zareagował. Jego jedynym celem było wygnanie pająków z Hogwartu. On przez przypadek zniszczył wrota do Hogwartu, wątpię też by zdawał sobie sprawę, że zniszczenie wrót oznacza zniszczenie bariery ochronnej.
Jakiego, cholernego, czaru, użył, ten, dzieciak?
-Gdzie on jest Granger?
Wahanie zagościło na jej twarzy.
-Jestem w pełni świadomy wszystkiego co dotyczy pana Lind. –powiedziałem powoli by dobrze mnie zrozumiała. – A teraz powiedz mi gdzie on jest. Może być poważnie ranny.
-On jest… on… udał się do lochów.
Chciałem tam od razu biegnąć, ale Dumbledore mnie zatrzymał.
-Severusie...
-och do cholery uśpij Penausa, to nic się nie wydostanie poza Hogwart.
-Wciąż nie możemy tego tak zostawić.
Wymyśl coś, mam ważniejsze rzeczy na głowie! - wysyczałem. –Granger. Tylko ja, Dumbledore i ci którzy go teraz widzieli wiemy jak wygląda Dan, z nikim więcej o tym nie rozmawiaj.
Nie czekałem na odpowiedź. Pobiegłem w dół schodów do lochów. Jest tylko jedno miejsce gdzie mógł teraz być Dan.
Tysiące czarnych scenariuszy przetoczyło mi się przez głowę zanim dotarłem do swych komnat i wbiegłem do środka.
W połowie węża postać leżała na ziemi obok kanapy.
Nie zareagował, gdy go zawołałem po imieniu, ani też wtedy gdy klękając obok chwyciłem jego ciało w swoje ramiona. Głowa bezwładnie zwisała w dół.
Machnięciem różdżki zatrzasnąłem i zablokowałem drzwi, po czym kolejnym machnięciem przelewitowałem Dana do łóżka w sypialni.
Zbadałem go doszukując się przyczyny jego stanu. Z jego ogonem coś było nie w porządku, a czar diagnostyczny to potwierdził. Miał uszkodzoną bądź złamaną którąś kość. Naprawiłem szkodę różdżką, ale to była jedyna nieprawidłowość, jaką wykryłem, a i to nie tłumaczyło dlaczego Dan był nieprzytomny. Wniosek więc pojawił się sam, Skoro to Dan zniszczył wrota Hogwartu to i pewnie zaklęcie, jakiegokolwiek by nie użył, jakoś się na nim odbiły rykoszetem i teraz był wyczerpany magicznie.
Nie było to dobre dla czarodziei, a nie wiem jak działało to na istotę którą był. Po raz chyba już tysięczny odkąd zobaczyłem go po raz pierwszy, żałowałem mojego braku wiedzy na temat jego rasy.
Przywołałem eliksir wzmacniający i spróbowałem go wybudzić. Bez efektu.
Wiedząc, że nie mogę zostawić tej sytuacji tylko dla siebie, wysłałem do Dumbledora wiadomość o tym jak wygląda sytuacja.
Fakt że nie mogłem znaleźć sposobu by go obudzić napawał mnie strachem, Cały czas sprawdzałem czy jego puls wciąż jest wyczuwalny i czy przypadkiem nie jest mu za zimno bądź za gorąco.
Musiałem jednak wiedzieć co dzieje się na zewnątrz, a nie mogłem zostawić Dana samego. gdyby istniała naprawdę konieczność ewakuacji, musze o tym wiedzieć, nie uśmiechało mi się stanięcie twarzą w twarz z Voldemortem, gdy mój kochanek leżał nieprzytomny do tego w swojej formie lamii. Zniszczenie barier ochronnych Hogwartu było bardzo poważną sprawą. Ale kogo poprosić o pomoc?
Zacisnąłem wargi w złości świadom tego, że zakres osób, którym mogłem zaufać co do Dana był naprawdę niewielki.
Cholera. Jak się nazywał ten ulubiony skrzat Dana?
-Zgredek.
Skrzat pojawił się z opóźnieniem i wyglądał jakby był czymś mocno zaniepokojony.
-Zgredek się pojawił jak pan woła.
- Musze wyjść. Zostań tutaj i popilnuj Dana.
Skrzat skupił wzrok na leżącym na łóżku, a jego oczy stały się wyłupiaste, gdy zauważył jego wygląd.
Wziął on wdech jakby się zapowietrzył i nie odpowiedział gapiąc się natarczywie na pół wężom istotę.
-Skrzacie.
Nie zareagował. Elfowi nawet powieka wyłupiastych oczu nie drgnęła.
Co jest? Dlaczego skrzat zareagował aż tak? Przecież znał Dana, a lojalność tych stworzeń powinna trwać bez zachwiania.
Tym razem jednak działo się coś niepokojącego.
Zasłoniłem skrzatowi widok na nieprzytomnego stając przed nim.
-Zgredku.
Stworzonko w końcu zamrugało jakby wybudzone z jakiegoś dziwnego stanu i skupiło wzrok na mnie.
-Sprowadź tu natychmiast Raphaela Brown. –oświadczyłem pewien, że od skrzata nic więcej nie wyciągnę, a ten dzieciak był jedynym, któremu teraz mogłem jeszcze jakoś zaufać.
Skrzat wycofał się w tył z wciąż wytrzeszczonymi oczami i w końcu zniknął z głośnym trzaskiem deportacji.
Skierowałem się do salonu sądząc że tam lepiej będzie przyjąć dzieciaka i starałem się nieco uspokoić, tak by nie przestraszyć gówniarza od razu na początku. W końcu nie byłem ulubieńcem gryfonów. Trzeba jednak przyznać, że Brown dochował tajemnicy i nie wyjawił ani dyrektorowi, ani aurorom, że widział tamtej nocy Dana.
Wdech wydech. Musisz być racjonalny.
Trzask oraz jakieś ciężkie oddechy sprawiły, że odwróciłem się za siebie, jednak za sobą nie dostrzegłem tylko Brown, ale i Granger, Wesleya i Blome.
Wściekłość zapiekła mnie, gdy skierowałem swój wzrok na skrzata mrużąc oczy, a Zgredek skulił się i zakrył głowę dłońmi. Zanim jednak zdołałem cokolwiek powiedzieć Granger zrobiła dwa kroki w moim kierunku.
-Zmusiliśmy go żeby nas zabrał, to coś z… Danem. Prawda? Chcemy pomóc.
-Głupie smarkacze! A nie przyszło wam do głowy, że jest powód dla którego wezwałem tylko jedną osobę? Co tu robicie!? I co tu u diabła robi Blome!?
Czy oni zdawali sobie sprawę, w co się wpakowali? Nie, Nie wiedzieli!
-Ja… ja jej powiedziałem. –bąknął Brown nagle bardzo zdenerwowany i blady na twarzy.
Zacisnąłem palce w wściekłości przed sobą w powietrzu, tak jakbym chciał go udusić na odległość.
-Czy ja ci do diabła nie mówiłem abyś nikomu nie mówił!? –wrzasnąłem wściekły. Miałem ochotę nim potrząsnąć tak by wytrzepać z niego tą głupotę.
-Czy nie przyszło ci gówniarzu do głowy, że zakazałem ci o tym rozpowiadać, bo konsekwencje mogą być straszne dla każdego, kto o tym wie?
Zbladł i skulił się w sobie, a Sarah wyglądała jakby miała się rozpłakać. Nagle fakt tego że te dzieciaki były tak młode i naiwne przeszkadzał mi niesamowicie. Coś podejrzewam że nawet gdyby nie pojawiła się tu tak duża grupa to i tak ten Brown miałby problemy z przypilnowaniem Dana.
Zazgrzytałem zębami.
-Niech pan nie krzyczy. Jesteśmy tu aby pomóc. I wszyscy wiemy jak… wygląda Dan. sama widziałam jak reszcie uczniów dyrektor wymazywał wspomnienia tego, co się stało dzisiaj w holu i rozumiem, że nie wolno tego rozpowiadać. Granger miała zdecydowanie niewyparzony język.
-Konsekwencjami będziemy martwić się później. –Dodał Wesley wychodząc naprzeciw. –Co mamy zrobić?
Przetarłem oczy zmęczonym gestem, nagle czując się jakbym trafił w głębokie gówno. Cholera. Jeszcze brak jednego ucznia mogłem McGonagall wyjaśnić, ale aż czterech? Pięciu licząc z Danem. Teraz cała szkoła na pewno stała w gotowości.
Warknąłem w stronę nieba przekleństwo.
–Skrzacie, idziesz do Mcgonagall i mówisz jej, że cała ta zgraja jest pod moją opieką i ma się dobrze. Nie chcę by szukała ich po całym zamku.
Zgredek zniknął.
-WY! - Wskazałem palcem na gryfonów –Macie tu siedzieć i się nie ruszać! Komnaty są zamknięte na cztery spusty więc nikt tutaj nie wejdzie od strony korytarza, ale każdy może się tu dostać siecią Fiuu. Jak usłyszycie kogoś innego niż ja. Macie natychmiast mnie o tym powiadomić i zrobisz to ty Granger. Szczęście w tej całej waszej głupocie, że na pewno potrafisz wyczarować patronusa z wiadomością.
Pokiwała głową.
-Nie wychodzić, nie ruszać się, nie dotykać niczego. Jakby Dan się obudził natychmiast macie mnie powiadomić.
-Gdzie jest Dan? –Raphael zabrzmiał na spanikowanego.
Powstrzymałem kolejne przekleństwa, przeszedłem między nimi wchodząc do sypialni.
Chłopak wciąż miał zamknięte oczy i leżąc tak w białej pościeli wydawał się być całkowicie bezbronny. Czarny ogon leżał na łóżku splątany w ten sam sposób w jaki go ułożyłem i nie poruszył się ani o minimetr.
Cała złość mnie opuściła zastąpiona troską. Mój głupi bohater. Podszedłem do niego i sprawdziłem jego temperaturę przykładając dłoń do bladego czoła.
Dlaczego on wciąż był nieprzytomny?
Podniosłem wzrok na wchodzących gryfonów. Cóż to za dzień nastał, że taki tłumek uczniów z domu lwa przebywał w mojej sypialni.
Uczniowie wbili wzrok w nieprzytomnego, a ich twarze wyrażały tysiące różnych uczuć. Sarah zastygła w progu wytrzeszczając oczy po raz pierwszy konfrontując usłyszany opis z rzeczywistością, chłopak który widział tą formę już dwukrotnie podszedł jako pierwszy stając obok posłania, ale mimo że wyciągnął dłoń nie dotknął Dana. Jego oczy wyrażały troskę i smutek.
Granger z Wesleyem stali blisko siebie i trzymali się za ręce. W ich wzroku dostrzegłem coś co pozwoliło mi przypuszczać, że wiedzą już kim był Dan, ale wciąż nie mogą w to uwierzyć.
-Pilnujecie go. Nie wiem dokładnie dlaczego jest nieprzytomny, choć to może mieć związek z wyczerpaniem magicznym, a jeśli tak jest, potrzebuje odpoczynku i snu. Ja musze iść. Musze wiedzieć co się dzieje, chyba, że wy coś wiecie.
Musiałem zapytać dwa razy by w końcu doczekać się odpowiedzi.
-Niewiele profesorze. Wszystkich uczniów od razu wysłano kominkami do dormitoriów,. Mocno się postarano by nikt nie widział drzwi wejściowych i dyrektor zadbał by nikt nie pamiętał o tym, co się stało.
Zacisnąłem wargi i zerknąłem na Brawn. Dumbledore nie zobliwatował ani jego ani Granger z Wesley. Starszych gryfonów jeszcze rozumiałem, pewnie chciał dać Danowi pretekst do rozmowy z przyjaciółmi. ale ten młody gryfon był inną sprawą. I nie podobały mi się wnioski, do jakich doszedłem, bo wyglądało na to, że dyrektor nie nabrał się ani trochę na naszą zmyśloną historyjkę odnośnie wypadków w zakazanym lesie i dobrze wiedział, że Dan tam był. Przeklęty starzec wciąż robi z nas głupców.
Granger powoli podeszła do łóżka i chwyciła dłoń nieprzytomnego, a ja skierowałem się do drzwi. Dumbledore był teraz pierwszy na liście, musiałem w końcu wiedzieć na czym stoję.
-Profesorze.
Obróciłem się za siebie patrząc na Granger, która wybiegła z sypialni za mną.
-Nie mam czasu na żadne rozmowy panno Granger.
-Ja chce wiedzieć tylko jedno. Musi nam pan powiedzieć. - W progu za nią pojawił się Wesley. – Proszę.
Wiedziałem co chcieli usłyszeć. Potwierdzenie. Nie mogłem im jednak powiedzieć, że on jest Harrym Potterem, bo to nie była prawda.
-To dłuższa rozmowa panno Granger. Jak się obudzi, to sami z nim o tym porozmawiacie.
-Czyli to prawda! To naprawdę on! Wesley zabrzmiał na jednocześnie szczęśliwego i przerażonego.
-Powiedziałem, że nie mam na to teraz czasu! –Warknąłem chwytając proszek fiuu z pojemnika. – Niech wam tylko wystarczy, że istotnie jest on osobą, z którą spędziliście swoje pierwsze lata w Hogwarcie.
Granger zakryła sobie usta dłońmi jakby chciała powstrzymać głośny szloch, a jej rudy kolega odetchnął, wydawać by się mogło, że z ulgą.
Rzuciłem proszek pod nogi przenosząc się do wielkiej Sali.
Pobojowisko pozostawione po tym jak wysyłano uczniów przez kominki do dormitoriów było olbrzymie. Stoły przesunięto pod okna wychodzące na błonia, a na blatach wciąż były pozostałości obiadów. Trochę mnie zdziwiło, dlaczego skrzaty jeszcze tego nie sprzątnęły, ale zostawiłem to jako informację najmniej w tej chwili istotną. Największym jednak szczegółem rzucającym się w oczy z poświadczeniem, że coś jest nie tak był sufit.
Zamiast odzwierciedlenia prawdziwego nieba i jego aktualnej pogody, chyba po raz pierwszy od setek lat, każdy mógł zobaczyć prawdziwy sufit Hogwartu bez przetaczających się po nim chmur. Ten mały szczegół sprawił, że stanąłem na chwilę po prostu się gapiąc.
Zazwyczaj sklepienie Wielkiej Sali było półprzeźroczyste, każdy go widział mimo przetaczającej się po nim projekcji nieba, przypominało to nieco zasadę projektorów na zdjęcia, których używają mugole. Kiedy nie mają oni idealnej ciemności można dostrzec ścianę, na której wyświetlają zdjęcia.
Drzwi wielkiej Sali były otwarte, pewnie Dumbledorowi w końcu się to udało, bądź złamanie barier Hogwartu samo zniosło to utrudnienie. Skierowałem swoje kroki na zewnątrz i zwolniłem widząc pierwsze skrzaty stojące już w progu, w miarę gdy się zbliżałem dostrzegłem kolejne i kolejne stworzenia.
W całym holu stały dziesiątki skrzatów. Chyba wszystkie elfy opuściły kuchnie by tu stanąć. Był to nadzwyczaj niecodzienny widok, bo jeszcze nigdy nie spotkałem więcej jak dwóch, poza ich terytorium w kuchni. W całym tym mrowiu pomarszczonych uchatych istot stał Dumbledore, a będąc otoczony tym tłumem wydawał się jeszcze szczuplejszy i wyższy niż zazwyczaj.
Ruchy dłoni dyrektora były metodyczne i powolne, gdy czarami naprawiał drzwi wejściowe. Drewno było już na swoim miejscu tak samo jak stalowe wzmocnienia, a Dumbledore zajmował się właśnie najbardziej żmudną pracą.
Odkrywaniem pozostałości run. Skrzaty w jakiejś hipnotycznej ciszy obserwowały jego poczynania.
-Albusie.
Starzec przerwał i obrócił się za siebie patrząc na mnie bardzo zmęczonym wzrokiem. Westchnął.
-Nic z tego nie będzie Severusie. -Powiedział brzmiąc na naprawdę zmartwionego. –Nie zdołam odtworzyć zaklęć w jeden dzień. To za mało czasu. Trzeba cały zamek na nowo opisać i zabezpieczyć.
Zamrugałem.
-Wszystkie zaklęcia pękły?
Pokiwał głową.
-To co się stało. To jest coś więcej niż mógłbym dokonać. Co z Danem? –Jego głos zabrzmiał naprawdę szczerze, nie jakby obwiniał chłopaka, a naprawdę martwił się jego stanem zdrowia.
-Nieprzytomny. Nie reaguje na żadne bodźce ani eliksiry.
Skinięcie głową.
-Musimy zamknąć szkołę do czasu naprawienia wszystkich barier, nawet nie chcę myśleć jak to wpłynie na opinię Ministerstwa na nasz temat.
-Jak długo potrwa naprawienie szkód?
Dumbledore powoli potarł swoje oczy zmęczonym gestem.
-co najmniej miesiąc, nawet jak mi pomożecie i wezwę wszystkich zaufanych ludzi ten czas się nie skróci. Prawie wszystkie runy wygasły, przez co cała konstrukcja się załamała. Hogwart jest teraz niechroniony. Najlepiej by było zdjąć stare runy i narysować wszystko od początku, ale to i tak nie będzie to samo, co przedtem. Konstrukcję, którą ułożyli nasi założyciele nie da rady już odtworzyć.
Miesiąc. Mimo perspektywy tego, że oznaczałoby to, iż mógłbym spędzić z Danem dodatkowy miesiąc z dala od szkoły i tego szaleństwa, to konsekwencje zamknięcia szkoły na tak długi okres czasu będą katastrofalne. Dumbledore miał rację. Ministerstwo od lat próbujące wpłynąć na działanie szkoły w końcu miałoby powód by wkroczyć do akcji.
Nie wspominając o tym, że pracownicy ministerstwa nie byli teraz pewni. Lucjusz Malfoy pomagający przy odtworzeniu zaklęć ochronnych? Na pewno nie. Wtedy wszystko by na pewno szlag trafił. Nie wspominając o tym, że jak Voldemort dowie się iż szkoła jest teraz nie chroniona to biada temu zamkowi.
-A co z Penausem?
Cały czas to jego podejrzewałem o ten zamach jednak pchany obawą o Dana, nie podjąłem działań mających na celu zneutralizowanie go i miałem nadzieje, że Dumbledore zdążył to zrobić.
Widząc jednak jak starzec zaciska usta, a jego oczy zabłysły, odetchnąłem z ulgą. Dorwał go, a to było teraz jednym z priorytetów.
-Te czary, które sprowadziły pająki. To na pewno runy, choć i one przestały działać to znalazłem pozostałości znaków na ciałach pająków. Nie miałem czasu by go przesłuchać, ale w tej chwili jest zamknięty i upojony eliksirem żywej śmierci.
Zamrugałem zaskoczony.
-Nie wystarczył normalny eliksir nasenny?
-Nie chciałem ryzykować tego, że się obudzi i jakoś uwolni. Pod działaniem eliksiru żywej śmierci może tak leżeć nawet miesiąc.
-Miał znak?
To było istotne pytanie.
Dumbledore ku mojemu zaskoczeniu pokręcił głową.
Brak znaku? To jak to? Nie jest w końcu śmierciożercą czy jest? To skoro nie było to Penaus, to kto? Choć może to zmyłka. Czyli śmierciożerca specjalnie nie oznakowany tak by się wmieszać w tłum.
-Ślizgoni?
-Wysłałem wszystkich do dormitoriów a Sinistra i Hagrid mieli zabezpieczyć wszystkie możliwe wyjścia i wejścia. Nawet sowy zostały zamknięte w sowiarni, a kominki zablokowane. Mam nadzieję, że nic nie wydostanie się zbyt wcześnie na zewnątrz. I tak trzeba ewakuować uczniów. Zrobiłbym to już teraz, ale nie mogę wysłać dzieci do domu bez zapowiedzi. Minerwa właśnie przyszykowuje listy do rodziców. Jednak w razie ataku wszyscy mają się ewakuować świstoklikami. Flitwick już wszystkim przyszykował awaryjne grupowe świstokliki.
Dumbledore ponownie machnął różdżką i na drzwiach pojawiło się kolejne 10 run które po chwili wygasły, przepisując się w tym samym momencie na unoszący się w powietrzu pergamin Dumbledora.
To jest żmudna praca, a z tego co mówił Dumbledore wynika, że trzeba te zaklęcia odtworzyć wszędzie, a wcześniej jeszcze usunąć stare. Co ten Dan narobił?
Spojrzałem na morze skrzatów wciąż gapiących się w ciszy na naprawiane szkód.
-Co jest z tymi skrzatami.
Dyrektor zmarszczył brwi, podczas gdy kolejne runy pojawiały się tym razem na progu. Zaśmiał się sztucznie.
-Prawdę mówiąc, nie wiem Severusie. Pojawiły się chwile temu i tak stoją po prostu się patrząc. Nie odpowiadają też na żadne pytania.
Skupiłem się na tłumie i po chwili dostrzegłem tam Zgredka. Niczym się nie wyróżniał od innych skrzatów. Nieco nieprzytomnym wzrokiem patrzył się w jednym kierunku.
-Jeszcze chwilę temu Zgredek był u mnie w kwaterach. Nieco dziwnie zareagował na wygląd Dana.
Dyrektor przerwał odkrywanie run.
-Dziwnie?
-Tak jakby go zamurowało. Musiałem powtarzać polecenie by mnie usłyszał i wydawał się jakiś… inny. Miałem wrażenie, że rozpoznał istotę jaką jest Dan. Tak jakby już kiedyś kogoś takiego widział.
Dyrektor skupił swój wzrok na wspomnianym skrzacie.
-Odkąd się tu pojawiły nie powiedziały ani słowa. Sądzisz, że ma to jakiś związek z Danem?
Nie wiem, ale ta cała sytuacja jest jakaś niepokojąca. A dużym pytaniem jest, jakim cudem Dan zniszczył osłony? Przecież nawet Voldemort nie próbował się podjąć tego niemożliwego do wykonania zadania.
Dumbledore odchrząknął.
-Może…, Jeżeli Dan w jakiś sposób wiedział jak zniszczyć osłony. To będzie też wiedział jak je naprawić.
Napiąłem się na całym ciele czując niepokój na wzmiankę o tym, że Dumbledore dostrzegał rozwiązanie problemu w tym chłopaku. Czy nie dość już od niego wymagał? Czy nie dość mu zabrał?
-Nie pozwalam byś się do niego zbliżył. –Warknąłem, a Dumbledore się wzdrygnął.
-Masz rację. Przepraszam. Nie chciałem tego w ten sposób powiedzieć. Pewnie on nie chciałby mnie nawet wysłuchać biorąc pod uwagę fakt, że ostatnio nie zamienił ze mną dwóch zdań.
-I masz w tym cholerną rację starcze, a teraz wybacz. Musze jeszcze skontrolować ślizgonów.
Zacząłem się przepychać przez tłum skrzatów, starając sobie utorować drogę do lochów.
-Severusie. - Zatrzymałem się, ale nie obróciłem w jego stronę. – Przynajmniej powiadom Dana o tej sytuacji.
Brak odpowiedzi, powinien być wystarczająco jasnym znakiem, co myślę na ten temat.
XXX
Notka numer 1. Trochę głupio, że robię to w takim momencie, ale mam krótkie ogłoszenia.
Udaję się na urlop do Polski!
I jak zapewne niektórzy się domyślają, oznacza to również przerwę od „Lamii"
Jak to zwykle bywa, gdy się wraca do swojego rodzinnego kraju, mam mnóstwo zadań do odhaczenia przed sobą i po prostu, nie będę miała dla naszego Dana czasu.
Pierwsze dwa tygodnie mam spędzić w swoim starym miasteczku, a trzeci przeznaczony mam na krótki wypoczynek i lenistwo.
Nie wiem, czy będę miała okazję wstawić coś w przyszłym tygodniu, bo to ostatni weekend przed wyjazdem. Możecie być jednak pewni, że za około miesiąc powrócę.
Notka numer 2.
Ekhm... Ekhm...
Teraz bardziej pozytywne ogłoszenia. Choć jest to też i związane z faktem, dlaczego pojawię się dopiero za około miesiąc.
Jeżeli nie odstraszę pewnej osoby swoimi koszmarnymi błędami, to możliwe, że w momencie powrotu będę mogła z czystym sumieniem wstawiać kolejne rozdziały.
Tak!
Pojawia się beta na horyzoncie!
Już wysłałam jej swoje pierwsze rozdziały i mam nadzieję, że znajdę w międzyczasie kilka chwil na to, by wraz z nią popracować nad formą tego tekstu.
Pozdrawiam, Fantastmania/ Lilka
