Dan.
Miałem dziwny i nierealny sen. Z jednej strony wydawało mi się, że jestem zanurzony w wodzie, a z drugiej, że unoszę się w powietrzu, a wiatr szarpie moimi włosami jak podczas lotu na miotle.
Moje ciało unosiło się delikatnie w cieniu i byłem niejasno świadomy jakiś postaci czających się w mroku, a przed swoimi oczami dostrzegłem coś dziwnego, co było jedynym źródłem światła w bezkresnej pustce. Kiedyś widziałem coś podobnego w mugolskiej telewizji, jakbym patrzył się na etap tworzenia bardzo grubej szklanej szyby. Rozgrzane do czerwoności szkło jednak nie stygło tylko jarzyło się i falowało.
Nie to było jednak najdziwniejsze, a fakt wielkości tego obiektu, bo rozmiarami mogłem to przyrównać tylko do jakiejś planety.
Czy to było słońce, A ja znajdowałem się w kosmosie? Tylko, dlaczego czułem wiatr na policzkach, a postacie, które widziałem tylko kątem oka zdawały się jak najbardziej prawdziwe i rzeczywiste?
Cienie, czające się w odległym krańcu pustki jak dementorzy, napawały mnie niepokojem, więc instynktownie starałem się zbliżyć do źródła ciepła. Poruszyłem się niczym pływak starając przemieścić w wybranym przez siebie kierunku i szybciej niż to było możliwe zbliżałem się do czerwonego, żarzącego się obiektu. A gdy zatrzymałem się ledwo kilka metrów od niego dotarło do mnie, że to nie jest słońce, a po drugie, nie było tutaj aż tak gorąco, jak powinno.
Rozejrzałem się w wszystkie strony i w końcu potwierdziłem. To była wrząca lawa spływająca w bezkresnym wodospadzie. Wypływała ona z niekończącego się źródła dalej niżeli mój wzrok mógł sięgnąć i płynęła równe głęboko by zniknąć w nicości.
Chociaż wiedziałem, że nie powinienem tego dotykać, to wydawało mi się miłą perspektywą by nieco ogrzać swoje przemarznięte ciało korzystając z ciepła tego wodospadu.
Wykonałem jeszcze kilka ruchów pływaka i w końcu wystarczyło wyciągnąć dłoń w stronę tego płynącego ognia. W moim umyśle przemknęła informacja, że gdybym był tak blisko prawdziwej lawy, już zaczął bym się żywcem gotować, a mimo to w jakiś sposób docierało do mnie, że to sen. Więc nie musiałem się niczego obawiać.
I nagle dostrzegłem cień w czerwieni. Dokładnie naprzeciwko mnie. Skupiłem wzrok na tym miejscu. Wydawało mi się, jakby po drugiej stronie tego wodospadu ktoś stanął.
Przez chwilę się wahałem, ale nie mogłem powstrzymać swojej ciekawości. Wyciągnąłem dłoń i musnąłem palcami wodospad chcąc wiedzieć, czy naprawdę mogę to zrobić.
I gdy to zrobiłem, całość powierzchni zafalowała, znieruchomiała i zaczęła ciemnieć, a za barierą zabłysły czerwone jak krew oczy napełniając mnie niepokojem i przerażeniem.
Chciałem się cofnąć, ale ułamek sekundy później szczupła dłoń przebiła się na moją stronę chwytając mój nadgarstek. Krzyknąłem spanikowany, próbując się wyrwać.
Pociągnięto mnie mocniej, a mnie ogarnęła panika. Sen zaczął zmieniać się w koszmar.
Szarpałem się wytrwale, ze wszystkich sił próbując się uwolnić z uścisku szczupłych palców. Wiatr się wzmógł, szarpiąc moimi włosami i wyjąc mi w uszach potwornym jękiem jak u żywego stworzenia.
A te przerażające czerwone oczy wciąż wbijały się wprost we mnie.
Dłoń obcego nie puszczała, paląc swoim uściskiem paliły moją skórę niczym rozgrzany do czerwoności pogrzebacz. I w tym samym czasie ciemność za mną przybrała fizyczną formę i czarne jak smoła szponiaste dłonie poczęły szarpać moje ubrania i skórę, by odciągnąć mnie od obcego. Przez dobry moment nie wiedziałem, co było bardziej niebezpieczne, uwolnić się z dłoni trzymającej mój nadgarstek, czy pozwolić by czarne pazury mnie pochwyciły w swój drapiący uścisk.
To był chaos. Wrzeszczałem, szarpałem i uderzałem na oślep. Wszystko byle by się uwolnić od wszystkich agresorów.
I wtedy, przez pomarszczoną zastygłą tafle lawy zaczęła przechodzić postać, zobaczyłem ramię. kobiecą pierś i w końcu twarz.
Było to przerażające oblicze kobiety o czerwonych jak świeża krew oczach, osadzonych w twarzy jednocześnie pięknej, jak i przerażającej. Jakbym patrzył się na boginię śmierci, pragnącej przeciągnąć mnie do świata zmarłych jeszcze za życia, a jej mrożący krew w żyłach wzrok spoczął z niezwykłym skupieniem wprost na mnie.
Obudziłem się z wrzaskiem siadając gwałtownie.
-Dan! Wszystko w porządku! Spokojnie!
Ktoś położył mi dłoń na ramieniu, a ja po niedawnym koszmarze zbyt wytrącony z równowagi, szarpnąłem się w próbie ucieczki przed tym dotykiem.
Całe moje ciało przeszyło znajome uczucie przesuwania się mojej skóry, ale dopiero po chwili zrozumiałem, że jestem w drugiej formie. Wtedy było już jednak za późno, a moja reakcja zbyt gwałtowna.
Przetoczyłem się na bok i stratowałem stolik nocny stojący mi na drodze. Gwałtownie szarpnąłem ogonem, który z trzaskiem połamał jedną z podpór baldachimu nad łóżkiem przekrzywiając całość dachu w jeden punkt. I uciekając przed nieznanym instynktownie oddaliłem się wciskając w kąt między ścianą, a szafką nocną.
Dopiero wtedy zarejestrowałem, to gdzie się znajduję i na kogo patrzę. Rozszerzyłem oczy gapiąc się na Rona, który właśnie wstawał z podłogi, Hermionę wytrzeszczającą oczy, oraz dwójkę młodszych gryfonów stojących nieco dalej. Sarah patrzyła się na mnie z wyraźnym przerażeniem.
Czując jakbym się zapadał, skuliłem swoje ciało pod siebie i ukryłem twarz w dłoniach. Nie chciałem teraz na nich patrzeć. To, że widzieli mnie w tej formie. Było upokarzające. Czułem się nagi, odsłonięty w najbardziej wstydliwy sposób.
Niedawno przeżyty koszmar, wydarzenia z hallu Hogwartu, a teraz jeszcze do tego, moi przyjaciele musieli mnie widzieć w tym obrzydliwym stanie.
To było zbyt wiele.
Po moich policzkach spłynęły łzy, a ja się rozpłakałem jak zranione dziecko, którym się czułem. Szloch za szlochem moje ciało wyrzucało z siebie, żal i smutek, a ja nie mogłem tego w żaden sposób zatrzymać.
Poczułem na sobie dotyk i nim zdołałem podnieść wzrok, otoczyły mnie ramiona Hermiony, a jej pachnące brzoskwiniami włosy przysłoniły mi widok.
Hermiona tu była! Dotykała mnie! Przytulała głaszcząc po plecach!
Objąłem ją drżącymi dłońmi wtulając się w jej ramię wstrząsany kolejnym szlochem. W tle słyszałem jakieś rozmowy, choć nie rozumiałem słów, bo nie byłem w stanie się na nich skupić wystarczająco mocno by z pojedynczych słów jakie do mnie docierały, ułożyć sensowne zdania. Przez parę długich minut po prostu akceptowałem szanse przytulenia swojej przyjaciółki, za którą tęskniłem od paru dobrych miesięcy, a łzy nie przestawały płynąć po moich policzkach.
Uspokojenie się, zajęło sporo czasu, Hermiona wciąż mnie przytulała i mówiła błahostki cichym głosem. Wdychając jej zapach walczyłem z swoimi myślami. Tak bardzo za nią tęskniłem.
Moja droga przyjaciółka. Przez ciało przeszedł mi dreszcz, gdy przypomniałem sobie jak Akromantula chwyciła ją za ramię ciągnąc po podłodze do swoich pobratymców. To wspomnienie sprawiło, że podniosłem na nią wzrok i mrugając przyjrzałem się jej uważnie.
Uśmiechnęła się lekko i smutno. Otwierała już usta, ale to ja byłem pierwszy.
-Wszystko w porządku?
Zaśmiała się cicho.
-To ja miałam zadać to pytanie. Wszystko w porządku?
Pokiwałem głową uważnie jej się przyglądając.
-Zemną ok. To ciebie widziałem w szczękach pająków.
Hermiona zbledła nieco na twarzy.
-Nic mi nie jest. Dzięki tobie. Uratowałeś mnie, dziękuję.
-Na pewno? –zapytałem zerkając na jej ramię i puściłem ją. Nie chciałem w końcu sprawiać jej bólu.
-Na pewno. Mam tylko lekkie obtarcie i siniaka na ramieniu gdzie mnie chwyciła, ale nie jest to nic poważnego.
Odetchnąłem z ulgą i napiąłem się nieco bardziej podkulając swój ogon, gdy nad ramieniem przyjaciółki dostrzegłem obserwatorów.
Ron siedział na łóżku z opuszczonymi ramionami, patrząc się w naszą stronę nieprzytomnie. Jednak, gdy nasze oczy się spotkały uśmiechnął się jakby z ulgą.
-Cześć stary.
Zamrugałem zdając sobie sprawę, że to zostało wypowiedziane tonem głosu, który znałem. Wytarłem oczy i opuściłem głowę chcąc przed przyjaciółmi ukryć swoje uczucia.
-Wiecie?
-Domyśliliśmy się. –wytłumaczyła Hermiona, a jej głos zadrżał. –Dlaczego nam nie powiedziałeś? Nie dałeś nawet znaku? C-co się z tobą stało? Czy to sam-wiesz-kto cię tak przeklął? TO jego wina?
Opuściłem wzrok na swój łuskowany ogon wzdychając. Istotnie, można było pomyśleć, że jest to wynikiem rzuconej klątwy. Jakiejś naprawdę paskudnej dodajmy do tego.
-Dan wszystko w porządku? –Raphale podszedł bliżej i stanął po mojej drugiej stronie. Jego wzrok przesunął się po moim ogonie. Był zaniepokojony. Ale zdawał się wierzyć, że nic mu nie zrobię.
-Tak. Czuję się już lepiej. -potwierdziłem
-Byłeś nieprzytomny ponad godzinę. –zauważyła Hermiona.
-Nic mi nie jest... po prostu... zrobiłem coś głupiego i to wszystko skumulowało się komplikując sprawę. –powiedziałem, nie chcąc mówić na głos, że tak naprawdę głównym powodem mojego złego samopoczucia było to, że Raphael ostatnią noc spędził w moim pokoju, a ja nie chciałem mu narzucać widoku mojego ohydnego ciała.
-Jesteś wężem. –Szepnęła Sarah. Spojrzałem na nią ostrożnie. Nie do końca rozumiałem, co ona tu robiła.
-Ja jej powiedziałem. –przyznał się młody gryfon. –ona domyśliła się, że to co mówiłem o tamtej nocy to nie jest prawda. I ja jej powiedziałem. Nie złość się. Chciałem jej tylko uświadomić, kto jest prawdziwym bohaterem tamtych zdarzeń.
Westchnąłem spoglądając z wahaniem na Sarah.
-Dan... Ja dziękuję, że mi tam wtedy pomogłeś. Jej oczy się zaszkliły łzami. –dziękuję. Bez ciebie... zginęlibyśmy tam. Jeszcze zanim zemdlałam byłam pewna, że się nie obudzę.
Wielkie jak grochy łzy popłynęły po jej policzkach.
-byłam przerażona i chciałam jechać do domu. Natychmiast. W tamtym roku... ja byłam w wrzeszczącej chacie, wciąż mi się tamto śni i... -koniec zdania przerwał jej szloch.
Hermiona podeszła do dziewczyny i przytuliła ją gdy ta łkała cichutko.
-i tobie dziękuję Hermiono... -załkała w ramiona gryfonki.- za tamten rok... uratowaliście nas... Ty i Roni Harry.
-Tak właściwie. To uratował cię ten sam facet mała. Wtrącił Ron, a ja wytrzeszczyłem oczy patrząc się na niego w szoku. Nie zdołałem go jednak powstrzymać...
-Harry Potter to Dan.
Raphael wytrzeszczył na niego oczy, Sarah zszokowana aż przestała płakać, Hermiona spojrzała niedowierzająco na Rona. A ja ukryłem twarz w dłoniach.
-Ron, jesteś takim IDIOTĄ. Wrzasnąłem.
-Co?
-Nie idiota... Totalnym Debilem. –Dodała Hermiona I zarówno ja, jak i Hermiona w tym samym momencie posłaliśmy w jego stronę zaklęcie żądlące.
-AŁA. Co jest?
-Nie przyszło ci do głowy, że istnieje powód, dla którego Harry nam nic nie powiedział? –zapytała dziewczyna.
-Czy ty myślisz, że ja wam nic nie mówiłem, bo miałem taki kaprys? – jęknąłem.
-Nadzwyczaj wielkim, totalnym, Wesleyowym, durniem!
Wszyscy podskoczyliśmy, gdy to ostanie zdanie głębokim głosem wypowiedział Snape, stojący w progu drzwi do sypialni. W jego dłoni była różdżka, którą skierował na dzieciaki stojące jak sparaliżowane.
-NIE!
Rzuciłem się do przodu zasłaniając ich własnym ciałem.
Snape się skrzywił. Po czym widząc rozpacz w moich oczach westchnął.
-Tylko tą ostatnią informację. –przekonywał mnie.
-Ale... Sev... profesorze Snape... Ja..
Zbliżył się do mnie i położył dłoń na moim ramieniu.
-Tak będzie bezpieczniej i dla ciebie i dla nich. Tylko tą ostatnią informację. Obiecuję.
Zrezygnowany obróciłem się do Sarah i Raphaela. Wydawali się być przestraszeni.
-Wybaczcie. Ale profesor Snape musi rzucić na was zaklęcie zapomnienia.
Wytrzeszczyli oczy w strachu.
-Ale... dlaczego?
-Nie możecie wiedzieć tego co usłyszeliście. Tak naprawdę Raphaelu. –spojrzałem w jego stronę. -Nie możecie też wiedzieć jak wyglądam.
-Ale my nikomu nie powiemy. Przysięgam. –chłopak brzmiał na przerażonego.
-Tu nie chodzi o przysięgi i obietnice, a o wasze bezpieczeństwo. Może kiedyś sobie to wszystko przypomnicie, dlatego powiem wam, że to naprawdę jest zbyt poważne by to tak zostawić.
-Ale ja nie rozumiem. My naprawdę... możemy złożyć przysięgę. -Sarah znowu płakała. –Czy to tak źle wiedzieć, że mnie uratowałeś?
Ciepłe uczucie osiadło w mojej piersi ogrzewając moje serce. Sarah była uroczą dziewczyną. Miałem ochotę ją przytulić i pomóc jej magii i uczuciom odnaleźć spokój, tak by poczuła się lepiej. Nie zrobiłem tego jednak. Nie byłem z nią w na tyle bliskich relacjach by mój uścisk był dla niej komfortowy.
-To naprawdę wiele dla mnie znaczy, że mi to teraz mówisz. Ale niestety nie mogę się zgodzić. Profesor i tak obiecał, że zniknie tylko informacja o tym kim byłem wcześniej. nie zapomnisz o tym co się stało.
-Ale... -Raphael już chciał wysnuć jakieś argumenty.
-To jest naprawdę dla waszego dobra. Sarah, sama powiedziałaś, że ci pomagam już kolejny raz. Prawda? -dziewczynka pokiwała głową przez łzy- Teraz też tak się dzieje. To ma was uratować przed różnymi zgubnymi konsekwencjami. Wiecie przecież, że Harry Potter jest ścigany przez wielu złych ludzi. Nie chcecie przecież by zainteresowali się także i wami?
Obydwoje pokiwali głowami zgadzając się ze mną, a ja odsunąłem się z przestrzeni między nimi a mistrzem eliksirów.
Severus na mnie nie patrzył, gdy podnosił różdżkę i już chwilę później pomknęły dwa zaklęcia Obliviate.
Uśmiechałem się smutno gdy moi młodzi przyjaciele zamrugali nieprzytomnie i raczej sennie pozwolili się odesłać za pomocą kominka do Gryffindoru.
Byłem niepocieszony.
-Idiota.
Padło po raz kolejny w stronę Rona od Severusa.
Nie patrzyłem na przyjaciół wciąż zasmucony faktem, że z mojego powodu dwójkę dzieciaków musiano dzisiaj pozbawić wspomnień. Tak naprawdę. Niektórzy używali tych zaklęć jak Lumos. Pewnie sam, jeszcze rok temu w razie konieczności użyłbym tego zaklęcia. Jednak teraz czułem się strasznie z tym faktem. Tak jakbym pozwalał na gwałt umysłu bliskich mi osób. I tylko dla tego by zachować moją tożsamość w tajemnicy. Nie wydawało mi się to wystarczającym powodem. Czułem się z tym podle.
-Stary... przepraszam. Ja po prostu się ucieszyłem, że w końcu jesteś z nami. Poniosło mnie.
Spojrzałem w niebieskie oczy przyjaciela i skinąłem głową na to, że rozumiem.
Hermiona miała zatroskaną minę.
-Harry. Wytłumacz nam proszę, co się stało.
Pokręciłem delikatnie głową.
-Tak naprawdę nie jestem Harry. Nigdy nim nie byłem. Ten, który jest teraz w wieży Gryffindoru, jest prawdziwym Harrym Potterem. Ja go tylko zastępowałem.
Szok pojawił się na twarzach dwójki gryfonów na te nowinę.
Wymienili spojrzenia by się upewnić, że obydwoje zrozumieli to samo, zanim z wahaniem podjęli dalszą rozmowę.
-A.. a ten wygląd?
Wykrzywiłem usta.
- Nie znam odpowiedzi na to pytanie Hermiono. Pamiętacie jak zasłabłem podczas ostatnich egzaminów w tamtym roku? Obudziłem się już w takiej postaci i długie tygodnie nie mogłem odzyskać swoich nóg. Nie wiadomo skąd się wziąłem, dlaczego, po co. Takiego znalazł mnie Dumbledore w ruinach domu w dolinie Godryka, rzucił ma mnie zaklęcia i przez następne lata żyłem życiem Harry'ego Pottera będąc święcie przekonany, że tak naprawdę mam na imię.
Hermiona z Ronem wymienili spojrzenia i nagle ich miny stały się ponure.
- I tyle? To cała historia? -Hermiona wydawała się być rozdrażniona, a jej oczy błyszczały złością. -Tyle miesięcy nie wiedzieliśmy, co się dzieje... i nie ma nic więcej, co mógłbyś nam powiedzieć!?
Pokręciłem głową z smutnym uśmiechem.
-Naprawdę nie ma niczego więcej Hermiono. Miałem tylko informację, że nie jestem Harrym, że mam wybrać sobie inne imię i starać się żyć. Nogi odzyskałem ledwo tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego. Do tego czasu nawet nie byłem pewien czy będę w stanie wrócić do szkoły.
Hermiona usiadła obok mnie na łóżku. Kątem oka widziałem jak Snape machnięciem różdżki naprawia poczynione przeze mnie szkody i rzuca wciąż w stronę Rona nieprzychylne spojrzenie, a ten nieco blady stara się z całych sił na niego nie gapić.
-Nie ma nic więcej Hermiono. Jestem Dan.
-Rodzina? Krewni? Skąd...?
Jej głos się załamał.
Pokręciłem głową.
Zrozumiała, co chciałem jej przekazać I widząc jej wyraz twarzy wiedziałem, że doszła ona do tych samych wniosków i strasznych obaw co ja. Rozpłakała się i ku moje uldze przytuliła do mnie.
Żadnych rodziców czy nawet mamki. Nie było wiadome nawet czy tak właściwie byłem kiedykolwiek człowiekiem. Ponownie w mojej głowie pojawiła się straszna lista ingrediencji które były użyte do wskrzeszenia Voldemorta i stworzenia mu nowego ciała. może i mnie tak stworzono. Z zwłok różnych istot wyciągając mnie nie z macicy matki, a z oblepionego od zakrzepłej krwi czarnego kociołka.
Przełknąłem łzy starając się uspokoić i przynajmniej cieszyć tym, że Hermiona się ode mnie nie odsunęła. Przytulała mnie równie mocno, co ja ją i płakała dla mnie.
- Dobrze się czujesz? Jak wychodziłeś z wielkiej sali wyglądałeś na chorego. –Zapytała, gdy się uspokoiła.
-Teraz już mi lepiej. I Cieszę się, że tu jesteście.
-A co ci tak właściwie było? Wręcz nie mogłeś ustać na nogach. – Ron usiadł ostrożnie na tle co naprawionym przez niego krześle tak jakby nie był pewien, czy jego Reparo zadziałało odpowiednio.
-Tak właściwie. To ja też chciałbym wiedzieć.
Snape, który niczym przyzwoitka stał przez jakiś czas przy drzwiach w końcu się odezwał.
Zarumieniłem się pod jego wzrokiem, święcie przekonany, że nie spodoba mu się to co zaraz usłyszy, w duchu już się przygotowując na to, co zaraz nastąpi.
-Poprzedniej nocy nie przemieniłem się... -wyszeptałem cichutko i zobaczyłem jak Severus zaciska usta w wąską linię, a Hermiona i Ron marszczą brwi nie rozumiejąc, o co chodzi w mojej wypowiedzi.
-A nie przemieniłeś się, DLACZEGO, jeśli można wiedzieć? –zapytał mój kochanek lodowatym tonem.
Westchnąłem i uśmiechnąłem się smutno do przyjaciół.
-Muszę się przemieniać w tą... formę... przynajmniej na kilka godzin w ciągu doby. – wyjaśniłem im cicho. –dlatego też nie mogę spać z innymi gryfonami w dormitorium.
-Co nie wyjaśnia, dlaczego zaniedbałeś ten rytuał ostatniej nocy? –Severus był rozdrażniony.
Potarłem swoje dłonie.
-Raphael do mnie przyszedł chcąc porozmawiać, a później został. Nie odważyłem się przy nim przemienić mimo, że już wie jak wyglądam.
-Został na noc, Tak?
Zarumieniłem się zawstydzony widząc złość w oczach kochanka. Umknąłem spojrzeniem. Przez ostatnie dni pojawiło się między nami napięcie, a teraz dodawałem do tego nowe pomyłki i błędy, jakie popełniłem.
-Hey, stary... -Ron wstał i nachylił się w moją stronę, a ja spojrzałem na niego. -Dlaczego tak właściwie jesteśmy konkretnie tutaj? W kwaterach nietoperza? –Zapytał szeptem, ale byłem pewien, że Snape to słyszał, bo zacisnął wargi, powstrzymując się przed jakimś zjadliwym komentarzem. I tak zachowywał się bardzo wzorowo, zwarzywszy na fakt, że gryfoni urządzili sobie coś w rodzaju kącika zwierzeń, w jego sypialni.
-No cóż, często tu bywam. Jesteśmy kochankami. - powiedziałem.
Ron odsunął się ode mnie tak gwałtownie, że niechcący się potknął na moim ogonie, i wylądował na tyłku, Hermiona zachłysnęła się powietrzem, zbledła, a następnie zaczerwieniła tak intensywnie, że rumieniec zalał jej ramiona i kark. Za to Snape wytrzeszczył na mnie oczy i po prostu zaniemówił.
-Ty powiedziałeś Dumbledore'owi. –rzuciłem w jego stronę. –Ja chciałem powiedzieć Ronowi i Hermionie z tego samego powodu.
Wszyscy na siebie przez chwilę spoglądali w ciszy, w końcu Snape obrócił się gwałtownie i wyszedł, a ja dostrzegłem rozlewający się rumieniec na jego karku.
No proszę, zawstydziłem go do tego stopnia, że uciekł z własnej sypialni.
Spojrzałem na wciąż mocno zszokowanych przyjaciół.
-Naprawdę nie chce tego zatajać w tej sytuacji, w jakiej właśnie się znajduję. Chcę byście byli świadomi wszystkiego, co jest dla mnie istotne po zmianach, jakie zaszły.
-I uznałeś, że Ty i Snape, to...- Ronowi zabrakło słów.
-Harry ty mówisz poważnie? –Hermiona wciąż była czerwona na twarzy.
-Dan, Hermiono. To naprawdę teraz moje imię, a to jest naprawdę istotny fakt z mojego życia. Snape był ze mną przez całe wakacje... i to tak jakoś, po prostu się stało. Nie mam zamiaru z tego rezygnować. Podoba mi się mój związek z nim.
-Mogłeś sobie darować to „podoba". –Ron zamknął oczy oddychając płytko jakby był na granicy krzyku.
-Ha... Ekhm. Dan. To co mówisz brzmi trochę... -Harmiona zamachała dłońmi w powietrzu jakby chciała mi przekazać na migi jakąś prawdę, której nie rozumiałem.
-Nieracjonalnie, szalone, jakby był pod wpływem klątwy? –Dopowiadał Ron. –I do tego, to -Wskazał na ogon zamaszystym ruchem dłoni.
-Nic na to nie poradzę. –powiedziałem cicho patrząc na ogon i Uśmiechnąłem się smutno. –Przynajmniej nie teraz. Wciąż nie mogę się zmienić z powrotem. Mam potworne bóle pleców. A z Snape'em nie chcę nic zmienić. Nawet po to byście się z tym lepiej czuli. Zbyt długo żyłem w kłamstwie by teraz robić to dalej. Jeśli to wam przeszkadza, to niestety nie zmienię prawdy, po to by odzyskać waszą przyjaźń.
Poczułem ucisk w piersi i odwróciłem wzrok nie chcąc teraz na nich patrzeć. Hermiona jednak się nie odsunęła, a jej palce zacisnęły się na moich dłoniach mocnym, pewnym uściskiem.
-Nie odsuniemy się od ciebie. Jesteś w końcu naszym przyjacielem, niezależnie od tego, co się nie stanie. Ale wiesz, że on, jest nauczycielem. Czy to nie jest dla ciebie trochę, niezręczne? Co na to Dumbledore?
Otworzyłem usta by odpowiedzieć, ale nie padł żaden dźwięk.
-Dumbledore jest tutaj tematem tabu, panno Granger. - Snape znowu się pojawił w drzwiach. Byłem pewien, że podsłuchiwał, więc wcale nie zaskoczyło mnie jego ponowne pojawienie się w sypialni. Najwyraźniej zdołał już ochłonąć, bo jego twarz ponownie przybrała zwyczajową maskę.
Ron zbledł jeszcze bardziej, a Hermiona przegryzając wargi zawstydzona odwróciła wzrok. Podejrzewałem, że nieco im czasu zajmie przyzwyczajenie się do całej tej sytuacji.
-Temat tabu? –Hermiona w końcu zaczęła rozważać usłyszane słowa i spojrzała na mnie z pytaniem.
Pokręciłem głową. Nie chciałem o tym rozmawiać. Wątpię bym jeszcze kiedykolwiek znalazł siłę na to by porozmawiać spokojnie o Dumbledore.
-Porozmawiamy o tym kiedy indziej. –Snape dostrzegł, że nie chce już więcej tego ciągnąć–Teraz mamy inne sprawy na głowie.
Mężczyzna spojrzał mi prosto w oczy, zamknął je ma chwilę i ponownie otworzył. Odetchnął bardzo głęboko najwyraźniej walcząc z samym sobą i w końcu rozluźnił się wyglądając na nieco zrezygnowanego.
-Dostrzegasz jakąś zmianę w Hogwarcie?
Napiąłem się na całym ciele gdy w tym pytaniu usłyszałem nutę która mnie zaniepokoiła.
-Severusie?
-Wiesz, co się stało w holu głównym, prawda? Pamiętasz wszystko?
Pokiwałem głową.
-Pamiętasz wrota Hogwartu? Wywarzyłeś je, prawda? –dociekał dalej Snape.
Ponownie skinąłem głową. Przez umysł przeszły mi sceny z przerażającej konfrontacji z olbrzymimi pająkami i obezwładniający ból, gdy uderzyłem ogonem w olbrzymie wrota. W tamtej chwili byłem pewien, że złamałem sobie kilka kości.
Severus wydawał się być zmęczony, gdy podszedł do mnie i kucnął. Miałem wrażenie, że nie spodoba mi się to, co powie skoro zachowywał się tak w obecności dwójki gryfonów.
-Dan, na wrotach Hogwartu były runy ochronne Szkoły.
Nie powiedział nic więcej, a mnie nie trzeba było nic więcej mówić. Jego poważny wzrok trzymał mnie w miejscu, gdy przetwarzałem te informację.
-Osłony Hogwartu runęły. - powiedziała Hermiona tylko potwierdzając moje przypuszczenia. –teraz Hogwart jest niechroniony. Gdybyś przeczytał Historię Hogwartu wiedziałbyś, że nie powinno się niszczyć wrót. Można to dokonać tylko znajdując się w zamku i z użyciem naprawdę skomplikowanych czarów i run... Ale Dyrektor na pewno sobie z tym poradzi, prawda?
Severus wcale nie wyglądał jak ktoś, kto miał mi powiedzieć że wszystko jest w porządku więc nie odetchnąłem.
-To nie takie proste Panno Granger. Odbudowa osłon będzie trwała parę tygodni i na pewno nie będzie tak skuteczna jak przedtem. Dyrektor chce zarządzić ewakuację szkoły.
Ron sapnął, a Hermiona wytrzeszczyła oczy.
-To znaczy, że jesteśmy niechronieni? To dlaczego... dlaczego wciąż tutaj są dzieci. Jeśli śmierciożecy się dowiedzą dojdzie do ataku!
Hermiona miała rację. Jeśli śmierciożercy się dowiedzą, że Hogwart jest obecnie w tak opłakanym stanie to w każdej chwili mogą się tu pojawić. Nie wspominając już o ministerstwie, które wręcz będzie pławić się z zachwytu, że mogą wykorzystać tą sytuację. Konsekwencje tego, co się stało, co zrobiłem, związały moje wnętrzności w supeł.
Może i uratowałem kilka osób przed akromantulami, ale w konsekwencji, naraziłem setki innych na wielkie niebezpieczeństwo.
-Dlaczego Dumbledore nie zarządził jeszcze ewakuacji?
Snape spoglądał na mnie poważnie, gdy starał się odpowiednio dobrać następne słowa jakie wypowie.
-Możemy udawać, że ci nic nie powiedziałem Dan. Możemy już teraz uciec świstoklikiem i przeczekać czas renowacji. –Powiedział, ja jednak wiedziałem, że było jakieś „ale" I choć Snape nie powiedział ani słowa więcej, ja wiedziałem jak brzmiało to „ale"
-Dumbledore sądzi, że może mógłbym to naprawić. –Powiedziałem cicho.
-Przykro mi.
Pokręciłem głową. W końcu to nie była żadna nowość, że Dumbledore stara się mnie wykorzystać jak tylko znajduję się ku temu okazja. Tak naprawdę, wiedząc to co mi Severus powiedział i tak pewnie bym spróbował naprawić to co sam zniszczyłem. Nie chodziło jednak o to, czy zrobiłbym to z własnej woli, czy poproszony o pomoc. A o to, że Dumbledore znowu to robił.
Chciał mnie wykorzystać, nie dając nic w zamian.
Westchnąłem ciężko.
-Chodźmy tam. W końcu musimy się przekonać, czy sobie z tym poradzę.
