Notka. Była promocja w świecie fanfiction, dlatego rozdział jest dłuższy niż poprzedni. :D
Wygląda na to, że aniołki zesłały mi pomoc w postaci bety! (Poprzednia osoba z którą się kontaktowałam niestety znikła)
Rozdział pomogła mi ogarnąć The_Preety_Girl i liczę dłuższą współpracę.


Rozdział 20. Voldemort zmienia plany.

Severus

Voldemort, na tle kolejnego płonącego miasteczka, wyglądał jak ktoś pogrążony w ekstazie. Jego czerwone oczy błyszczały czymś niebezpiecznym, a wężową twarz rozciągał uśmiech. Koszmarny grymas na bladej twarzy wydawał się tak upiorny, jakby ktoś go wyciął skalpelem.

- Mugole są słabi. To czarodzieje powinni być na tym świecie nadrzędną rasą. Nie powinniśmy się chować przed zwierzętami całkowicie pozbawionymi drogocennej magii - syczał, podczas gdy ja klęczałem z trzema innymi śmierciożercami obok niego. Nie odesłał nas, byśmy towarzyszyli innym w niszczeniu miasteczka pod nami.
Budynek trawiony od pewnego czasu przez wewnętrzny ogień, nagle rozdarł wybuch, a płomienie wydostały się przez zniszczony dach jeszcze wyżej niż przedtem.

- Nie przyszliśmy jednak tutaj by podziwiać to przedstawienie. Chodźmy.
Deportował się, a nas magia poprowadziła za nim. Sala, w której się znaleźliśmy, była mi znajoma. To tutaj Czarny Pan lubił organizować swoje prywatne spotkania z sługami. Nie podnosiłem wzroku, gdy czarnoksiężnik przeszedł przez pomieszczenie powolnym krokiem, wyjrzał przez okno i obrócił się powoli. Światło księżyca świeciło mu w plecy, nadając jego twarzy upiornych cieni.

-Severusie.
Przełknąłem gulę w gardle.
-Tak, panie?
Przekazano mi właśnie informację, że na terenie Hogwartu dostrzeżono nietypową istotę. Wiesz, o co mi chodzi?

Zamrugałem, starając się przetrawić to, co usłyszałem. Dostał informację? Od kogo, do diabła? Penaus już sześć dni był pod działaniem wywaru żywej śmierci, a ograniczenia w komunikacji wciąż nie zostały zdjęte.
Nagły ból przeszył moje ciało, gdy Voldemort, zirytowany moim milczeniem, zdecydował się na to, by użyć na mnie Crucio.
Upadłem na kolana i zacisnąłem swoje zęby by zatrzymać krzyk w gardle.
Cholera, cholera, cholera!
-Severusie – syknął upominająco, gdy zakończył zaklęcie.
-Nie, panie. Nie wiem, o co chodzi.
Czarny Pan nie rzucił na mnie kolejnego Crucio, tak jak się spodziewałem, a jedynie przesunął swoją różdżką między palcami, jakby rozważał coś innego niżeli zaklęcia niewybaczalne.
-Chodzi mi o pół wężą istotę.
Zamarłem i wbiłem wzrok w podłogę by ukryć swój wyraz twarzy, tak, jakby nawet przez maskę, Voldemort mógł zobaczyć moje przerażenie na usłyszane słowa.

Nie zdążyłem się jeszcze uspokoić, a Czarny Pan opuścił swoje miejsce przy oknie, podchodząc bliżej i stanął nade mną. Czy to tylko moja wyobraźnia, czy on naprawdę promieniował lodowatą energią, niczym dementor wysysając wszelką nadzieję?

-Pół węża istota, Severusie. Do pasa człowiek, potem łuskowany węży ogon zamiast nóg.
-Nic mi na ten temat nie wiadomo, panie. – Byłem dumny, że mój głos nie zadrżał ani odrobinkę. – Nigdy czegoś takiego nie widziałem.
-Czegoś takiego, Severusie? -wysyczał zirytowany Voldemort.- To nie jest rzecz. To jest nasz nowy priorytet. Przyprowadzisz do mnie tą istotę.

W mojej ogarniętej chaosem głowie ułożyło się pytanie, którego nie odważyłem się zadać. Szybko przeformułowałem następne słowa, które chciały się wydostać z moich ust.

- A Harry Potter, panie? - zapytałem z nadzieją na to, że jednak ten szaleniec zmieni zdanie. Chyba po raz pierwszy na spotkaniach tego typu marzyłem o tym, by Voldemort ponownie zaczął knuć jak dorwać i zabić Pottera.

- Harry Potter jest w tej chwili nieistotny. Przyprowadzisz mi tą istotę. Najszybciej jak to tylko możliwe.

Co teraz? Nie panikowałem tak od dawna.

- Panie, kto widział tą istotę? Potrzebuję jak najwięcej informacji. Czy mam szukać w Zakazanym Lesie? Czy to może ponowne otwarcie Komnaty Tajemnic?
„Kto, do diabła, wiedział aż tyle i na Merlina, byle by nie wiedział, byle by nie wiedział"

- Och, to nie ma nic wspólnego z Komnatą Tajemnic, to jeden z uczniów. Voldemort chwycił mnie nagle za brodę i zdarł maskę z mojej twarzy, a nasze oczy się spotkały. Przez dobrą chwilę nic nie mówił, przyglądając mi się badawczo.

- Łatwo go znajdziesz. Nawet jeśli przybrał ludzką postać, to będzie na pewno posiadał zdolność rozmowy z wężami.
Przełknąłem suchość w ustach.
- P-panie... Potter potrafi rozmawiać z wężami.
"Zainteresuj się ponownie Potterem! Zainteresuj się ponownie Potterem!" Powtarzałem w myślach tą prośbę, ale przerwałem, gdy poczułem kolejne uderzenie Cruciatusa, tym razem silniejsze niż przedtem.
-Nie rób ze mnie głupca! Wiem, że Potter potrafi to robić. On nie jest jednak już priorytetem. Priorytetem jest ten inny dzieciak... Ta istota, Snape! Masz znaleźć i mi ją przyprowadzić!
Kolejne uderzenie niewybaczalnego miało mi chyba uświadomić, że powinienem się śpieszyć z poszukiwaniami.
Gdy skończył, z trudem przełknąłem ślinę, nawilżając suche od krzyku gardło i odprawiony, teleportowałem się na granice Hogwartu.

Spojrzałem na otoczony nową magią zamek i jego błyszczące w świetle księżyca ciemne kamienie.
Opadłem na kolana, nie znajdując w sobie siły na to by dłużej stać.
Dan. Merlinie. Jak mam cię teraz uratować? Kim ty, na Bogów, jesteś i dlaczego konkretnie tobie los zgotował tak okrutne przeznaczenie?
Dobrych parę minut zajęło mi opanowanie swoich rozpędzonych myśli.
I kto mi powie co teraz? Jakimś cudem Voldemort dowiedział się o Danie. Ale jak? Kto zdradził, skoro Penaus śpi? Czyżby to nie on był szpiegiem?
Skoro nie on, to lista podejrzanych się wydłużyła. Mógł być to nawet jakiś uczeń. Dosłownie każdy.
Zaraz. Pewnie można by było jakieś osoby wykluczyć.
Zastanawiając się nad tym skierowałem swoje kroki w stronę swoich komnat. Dumbledore będzie musiał poczekać. Musiałem zobaczyć Dana.
Powoli. Kto widział Dana w jego drugiej postaci. Dumbledore wymazał z pamięci nieodpowiednich osób, prawdę tego jak wyglądał chłopak. Wiedzieli Brown, Blume, Weasley i Granger oraz oczywiście Potter. Jednak ci byli zbyt młodzi by przekazywać aż tak istotne informacje poza zamek, gdy przesyłki były zablokowane A Granger i Weasley by nie zdradzili. Podejrzane są starsze roczniki. Szósty i siódmy. Ewentualnie piąty. Grupę Pottera wykluczam. Granger i Weasleysą poza wszelkimi podejrzeniami, tak samo jak Potter, bo on nie miał kontaktu z absolutnie nikim.
Jednak jak można by było sprawdzić resztę? To musiał być ktoś, kto był poza dormitorium w czasie, gdy Dan odnawiał osłony. Żadne z okien w dormitoriach nie wychodzi bezpośrednio przed drzwi Hogwartu. Nikt nie mógł go zobaczyć z miejsca, w którym był. Ktoś musiał być w takim razie poza dormitorium, gdy powinien w nim być. Ale jak to sprawdzić?

Dotarłem już pod drzwi swoich komnat i zatrzymałem się objęty niepokojem. Czy Dan ma się już dobrze? Dlaczego znowu jego życie jest zagrożone. Dlaczego on?

Zamknąłem oczy i oparłem głowę o drzwi.
Nie było szans by sprawdzić kto był, a kto nie był w tym czasie w dormitorium. Kto mógłby go zobaczyć? I dlaczego Voldemortowi na tym zależy? Co ja mam powiedzieć kochankowi?
Wygląda na to, że jedynym znającym sekret pochodzenia Lamii jest Czarny Pan. Dlaczego jednak dopiero teraz o tym mówi? To wyglądało tak… jakby on nie zdawał sobie sprawy, że ktoś taki w ogóle może być w Hogwarcie, dopóki nie dostał takiej informacji. Tak jakby się nie spodziewał, ale był zadowolony z biegu wydarzeń. Dlaczego?
Zaraz, zaraz.

Czy czarnoksiężnik powiedział coś w ogóle o chłopaku? Nie. Wciąż mówił, „istota" i nie określił czy to chłopak, czy dziewczyna. Nie określił też wieku. Tak jakby, sam nie znał ani wieku, ani płci.
Czyli on nie widział tego dziecka? Może jednak nie stworzył Dana jako swój chory eksperyment?
Co jeszcze mówił Voldemort?
Oprócz tego, że wyraźnie chciał dostać go w swoje ręce, czy wydawał się wrogo nastawiony?
Zaskoczony musiałem zamrugać dwa razy.
Nie. To wyglądało raczej jakby chciał on dostać Dana żywcem i w nienaruszonym stanie. To nie było wrogie „dorwać tego przeklętego dzieciaka" a „przyprowadź".
Po tym, jak w miarę sobie to wszystko poukładałem, przetarłem jeszcze raz bolące mięśnie i otworzyłem drzwi z myślą, że potrzebuje eliksir przeciwbólowy po tej serii Cruciatusów.

W salonie miałem gości. Kompletnie zapomniałem o tych gryfonach! Odruchowo położyłem dłoń na masce śmierciożercy, schowanej teraz w mojej kieszeni. Cholera. Pewnie i tak nie miało to najmniejszego sensu, bo te gówniarze na pewno domyśliły się, gdzie byłem. Choćby i nawet po charakterystycznej szacie, która już sporo mówiła.

Jednak chwilę później przestało to być ważne, bowiem z fotela obróconego w stronę kominka wstała szczupła ludzka postać. Dan podniósł wzrok i nasze oczy się spotkały, zdawało mi się nawet przez chwile, że w jego oczach dostrzegłem łzy ulgi. Stałem wciąż jak sparaliżowany i to on do mnie podbiegł, przytulając się swoim szczupłym ciałem w moje.
Jego ciepło podziałało lepiej niż jakikolwiek eliksir przeciwbólowy. Wszystkie moje zmartwienia odpłynęły w objęciach mojego kochanka i jego charakterystycznego zapachu, który już zawsze będę z nim kojarzył. Coś jak jabłka zagrzane na ognisku i ciepła herbata w zimną noc.

Tak mi ulżyło. Obudził się i był na tyle sprawny, że wstał z łóżka. Uśmiechnąłem się mimowolnie i przytuliłem go jeszcze mocniej do siebie, prawie przy tym podrywając jego stopy z podłogi. Zrobię wszystko by go ochronić.

-Wróciłeś. - Usłyszałem szept od strony mojego karku.
-Wróciłem – potwierdziłem drżącym głosem. Obudził się po sześciu długich dniach, wracając do mnie.
-Ekhm – usłyszałem odchrząknięcie i podniosłem wzrok.
Cholera. Wypuściłem młodzieńca z ramion, czując się nagle nazbyt odsłonięty. Dwójka gryfonów stała przed kominkiem, obserwując nas uważnie.

Przeszedłem przez salon szybkim krokiem, by uciec z ich widoku.

Cholerni gryfoni!
Czymś się od nich zaraziłem. Na pewno. Patrząc kilka miesięcy wstecz, nigdy bym sobie nie pozwolił na takie zachowanie w obecności uczniów. Co ja gadam? Nikomu nie pozwoliłbym się takim zobaczyć!
Wrzuciłem szaty i maskę do ukrytej części szafy, ze złością zatrzaskując drzwi.

Westchnąłem i oparłem głowę o drewno.

Barki znowu zaczęły mnie boleć, efekty Cruciatusów powróciły, choć zapomniałem o nich choć na chwilę. Rozmasowałem kark i spojrzałem w stronę łazienki. Marzyłem o gorącej kąpieli. Najlepiej z Danem. Ale nie było nawet mowy o tym, bym w tej chwili ponownie wszedł do salonu, kazał gościom się wynosić i chwytając Dana zaciągnął go do łazienki, by towarzyszył mi w kąpieli.

NIE ma mowy, bym to zrobił!

Cholera. Jak ja bardzo, CHCIAŁEM to zrobić!

-Severusie?
Podniosłem gwałtownie głowę i napotkałem zielone oczy mojego kochanka. Uśmiechał się do mnie lekko, a jego oczy błyszczały i westchnienie później ponownie był w moich ramionach.

-Uciekłeś. – Usłyszałem cichy szept. - Czyżbyś się zawstydził?
Uszczypnąłem go w tyłek, zirytowany, a on zachichotał.

-Odesłałem ich do dormitorium. Jesteśmy sami. - Odsunął się ode mnie i poczułem, jak delikatnie gładzi mnie po policzku.

-Czy wszystko w porządku? Wyglądasz na zmęczonego.

Nagle odezwała się we mnie zgryźliwość i chciałem mu warknąć, że to jasne, że jestem zmęczony, do cholery. Przez ostatnie kilka dni prawie nie spałem, a przecież wizyta u Voldemorta to nie spa.

Jednak nie powiedziałem nic, bo w porę dostrzegłem w jego oczach to, iż on zdaje sobie sprawę, że ostatnie moje dni nie były najłatwiejsze. Tak naprawdę nie chce usłyszeć zapewnień o tym, czy czuję się dobrze czy źle, a po prostu daje mi znać, że się o mnie troszczy.

W moim żołądku coś zawiązało się w supeł, a gardło się ścisnęło, jakbym przełknął o wiele za duży kawałek ciężkiego powietrza. Odetchnąłem, ale uczucie wcale nie minęło. Przeczesałem włosy kochanka, doszukując się w nim jakichkolwiek oznak świadczących o negatywnych konsekwencjach przebytych właśnie sześciu dni. Nic nie znalazłem, oprócz zmartwienia, które się pogłębiło w jego rysach. A dziwne uczucie w mojej piersi zwiększyło się do tego stopnia, że wizja mi się zaczęła rozmazywać.
Co jest, do cholery…

Ku mojemu ogromnemu przerażeniu, w końcu dopasowałem objawy do dolegliwości. Nie rozpoznałem tego, bo już od ponad dwudziestu lat go nie doświadczyłem.

Odwróciłem wzrok, odsuwając się i zacisnąłem mocno oczy.

Nie ma mowy, bym się rozpłakał!

Nie płakałem od pogrzebu matki i nie planuję tego zmieniać.

-Może masz ochotę na kąpiel? – Poczułem, jak delikatnie pogładził mnie po ramieniu, gdy, przechodząc obok, skierował się do łazienki.

Odetchnąłem kilka razy, by się uspokoić i gdy w końcu tak się stało, podążyłem za Danem.

Na podłodze przed drzwiami do łazienki leżała koszula. Zaraz za nią, tuż w progu, stały buty. Woda napełniała wannę, a chłopak zrzucający właśnie ostatnią sztukę odzienia, wszedł do niej i obrócił się w moją stronę.

Jego oczy zabłysły piękną zielenią, a twarz ozdobił uśmiech, gdy całkowicie nagi wyciągnął w moją stronę zapraszająco dłonie.

Nie wahałem się ani chwili dłużej.

Pozbywając się zbędnych szat, pospiesznie chwyciłem zaofiarowane mi ręce i już chwilę później wspólnie leżeliśmy w wodzie, skóra przy skórze, usta przy ustach.

Mój kochanek chętnie gładził moje ciało. Westchnąłem, gdy jego szczupłe dłonie objęły mojego penisa pod wodą. Jego ruchy były mocne i powolne, zaciskał swoją dłoń prawie na granicy bólu. Chciałem się mu odwdzięczyć, ale uciekł całując mnie lekko i ponownie kontynuował torturującą mnie pieszczotę. Drżał na całym ciele, gdy ostatnim mocnym pociągnięciem wyciągnął ze mnie spełnienie, po czym opadł na mnie całym ciężarem swojego ciała.
Przytuliłem go mocniej, chcąc teraz i nim się zająć, gdy zorientowałem się, że coś jest nie tak. Ciało Dana było prawie całkowicie bezwładne, a jego penis opadnięty.

-DAN!

Sapnął mi w kark i zamrugał oczami, gdy go odsunąłem.

-Wszystko w porządku. Po prostu nie jestem jeszcze w formie. -Szepnął cicho z uśmiechem, a ja przerażony chwyciłem jago zsuwające się do wody ciało i wręcz pobiegłem z nim do sypialni.

-Na Merlina Dan! Co ty sobie do diabła myślałeś?

Położyłem go na łóżku, a widząc na jego i swoim ciele resztki spermy rzuciłem zaklęcie czyszczące i wysuszające. Dan skrzywił się w moją stronę chwytając moją dłoń i pociągnął mnie na materac.

-Puść mnie idioto. Musisz się zmienić i odpocząć. Zaraz dam ci jakiś eliksir wzmacniający.

-W porządku, Severusie. Nic mi nie jest. Jestem tylko śpiący. - szepnął, ziewając, a jego dłoń pociągnęła mnie mocniej i opadłem obok niego na łóżko.

-Dan…- warknąłem ostrzegawczo.

Jego powieki uchyliły się, a zielone oczy zapłonęły w zaciemnionym pokoju. Poruszył się lekko i wyczułem jak jego ciało się zmienia, gdy przybrał swoją drugą formę. Miękkie łuski jego ciała obwinęły się dookoła moich nóg, gdy zostałem wręcz uwięziony w jego uścisku. Dłonie wplotły się w moje włosy, a Dan przysunął swoją twarz i położył na moim ramieniu.

-Jest dobrze, tak jak jest - wyszeptał cicho, gdy mościł się wygodniej. – Choć teraz skóra mnie swędzi – dodał nieco marudnym tonem.

-Efekt uboczny czaru wysuszającego. Dlaczego, zamiast zająć się sobą, nagle zachciało ci się mnie pomacać? Nie mogło to poczekać do momentu, aż będziesz się czuł lepiej?

Warknąłem na niego, gdy usłyszałem chichot.

-Mnie nie jest teraz wcale do śmiechu.

OJ, nie było. To by było dopiero najbardziej niekonwencjonalne osiągnięcie w moim życiu. Seksem doprowadzić kogoś do śmierci. Koniecznie muszę sobie to później wpisać w CV.

-Nic mi nie jest. Naprawdę. Po prostu chciałem cię poczuć. Tęskniłem za tobą.

-Jeszcze żaden lekarz nie przypisywał seksu na recepcie w procesie leczenia –mruknąłem, ale nie wyrywałem się więcej, rozluźniając ciało w jego uścisku.

-Nie jestem normalnym pacjentem, profesorze Snape i sam ustalam co jest dla mnie odpowiednim lekiem – wciąż mówił. Ale jego głos się stawał coraz cichszy. Wiedziałem, że zasypiał.

-Jeśli się obudzisz za kolejny tydzień… będziesz miał miesięczny szlaban, panie Lind.

Parsknął cichym śmiechem i przekręcił się, gdy i ja zacząłem się układać tak, by było nam obu wygodnie. Wynurzyłem nogę z splotów jego ciała i przesunąłem łydką przez jego ogon przywierając biodrami do niego.

Nie odpowiedział, a że miał zamknięte oczy, a oddech spokojny, zacząłem już sądzić, że zasnął.

W tej formie - harmonijnie zgranym połączeniu ciała węża i człowieka - wydawał się być nad wyraz ponętny. Jego oczy błyszczały się wtedy bez przerwy, jakby odbijał się w nich blask zielonych płomieni. Nieco bardziej ostrzejsze zęby i dwa kiełki nie były ohydne, a urocze i gdy dotykałem ich czasami swoim językiem podczas pocałunku, mój penis zawsze drgał, jakby miał swój własny rozum i pamiętał, jakie to uczucie, gdy przesuwa się idealnie między nimi podczas tych razy, gdy Dan bierze go w usta.

Przesunąłem palcami po jego policzku na kark i za uszami znalazłem kilka schowanych tam łusek, które popieściłem palcami, a Dan westchnął.

- Severusie! Przestań mnie molestować i idź spać.

Czyli jeszcze nie zasnął.

Uchylił jeszcze raz swoje oczy do połowy, by tylko na mnie zerknąć.

- Idź spać. Widzimy się jutro.

Wymamrotał zamykając oczy. Tym razem naprawdę zasnął.
I ja wkrótce podążyłem jego śladem.

XXXX

DAN

Przekonałem się zaraz pierwszego dnia po powrocie na zajęcia, że nazwisko Harry Potter dawało jednak przywileje, jakich inni nie dostawali.
Mimo, że wybudziłem się z swojej tygodniowej śpiączki, to następne dni trudno mi było opuścić posłanie i to było głównym powodem tego, że nie wróciłem na zajęcia przez prawie dwa tygodnie. Nie mogłem się jednak wystarczająco wybudzić. Severus wychodził na zajęcia, podczas gdy ja spałem. Wracał z nich, a ja drzemałem w salonie. I oczywiście przesypiałem też całe noce.
Oprócz przerw na posiłki oraz rozmowy z przyjaciółmi, jedynym co mnie zajmowało, był sen.
Dopiero po kolejnym tygodniu zacząłem się „naprawdę" wybudzać i uczestniczyć w dniu, więc, po ciężkich walkach, w końcu Severus pozwolił mi wrócić na zajęcia.
Po prawie trzytygodniowej nieobecności nauczyciele powinni zrozumieć, że niekoniecznie będę na bieżąco z zadaniami domowymi i będą musieli mi dać nieco czasu bym nadrobił zaległości. Zawsze, gdy z jakiś powodów, jako Harry Potter opuszczałem część zajęć, nikt nigdy, nawet wtedy dupkowaty Snape, nie dawali mi z tego powodu kar czy szlabanów. W końcu trudno zignorować fakt, że leżało się w Skrzydle Szpitalnym, bo wielki bazyliszek przekuł cię kłem i teoretycznie powinno się być martwym.
Jednak najwyraźniej jako Dan Lind nie miałem już tak dobrze.
Pierwsza była profesor McGonnagall. Była bardzo rozdrażniona na wieść, że nie miałem ze sobą zaległego, zeszłotygodniowego wypracowania i przyszedłem przygotowany tylko na obecne zajęcia.
-Panie Lind. To, że nieobecność została usprawiedliwiona, nie oznacza, że powinieneś ignorować zaległe wypracowania. Ze względu na pańską średnią ocen oczekiwałam, że będzie robione wszystko, co w twojej mocy, by noty nie spadły! –powiedziała stojąc przed moją ławką i patrząc na mnie z góry. W klasie panowała absolutna cisza i wszyscy, nie tylko ja, starali się być w tej chwili jak najmniejsi.
Profesorka transmutacji była bardzo surowa, ale ja jeszcze nigdy wcześniej nie czułem, by kobieta emanowała takim rozdrażnieniem i gniewem. Jasnym było, że w tej właśnie chwili nie przemówiłyby do niej żadne argumenty.
-Podczas ostatnich trzech tygodni ominęły cię trzy wypracowania, zajęcia praktyczne z dziedziny materii nieożywionej i ożywionej, oraz dwa sprawdziany wiedzy! To już duża luka w ocenach! Po pańskiej wcześniejszej systematyczności oczekiwałam, że już dzisiaj będzie można nadrobić choć część z tych ocen. Jestem niepocieszona.

I, nie czekając na odpowiedź, profesorka obróciła się i wróciła do biurka. W ciszy, jaka zapadła po jej słowach, nikt w klasie nie śmiał drgnąć.
McGonnagall ostatnimi czasy przestała się w ogóle uśmiechać, a jej zajęcia były pozbawione jakiejś iskry, która zawsze w niej się tliła. Teraz jej lekcje nie były tylko nudne, ale i monotonne, a najwyraźniej podczas mojej nieobecności ten stan zgorzknienia u profesorki jeszcze się pogłębił. Kobieta musiała mieć naprawdę zły dzień.

I nie była jedynym przypadkiem.
Profesor Bathsheda Babbling prowadziła zajęcia w ciszy i spokojnie, nie odzywając się do mnie ani słowem. Omawialiśmy właśnie skrótowe zastosowanie wierszy runicznych używanych w pieczęciach. Była to jedna z najbardziej skomplikowanych form używania run i głowa mnie już bolała na myśl o zaległościach. Pisanie pieczęci polegało na napisaniu konkretnego czaru na specjalnej kartce papieru po to, by pod pewnymi warunkami, jakie zostały zawarte w piśmie, czar się aktywował.
Była to metoda przede wszystkim stosowana w krajach azjatyckich i najczęściej służyła ona do odpędzania, bądź więzienia złych duchów, czy agresywnych magicznych stworzeń. Takie czary ponoć sprzedawano nawet mugolom na licznych bazarach by ci sami, we własnym zakresie, zapewniali sobie bezpieczeństwo przed nieznanym.
Ja, będący niestety ponownie w tyle z materiałem i ćwiczeniami, radziłem sobie najgorzej z wszystkich i gdy wszyscy wypisywali proste zaklęcia w kartki, które miały się aktywować w momencie przyklejenia ich do ściany, moje pismo wyglądało strasznie.
Najlepiej z zadania wywiązał się Colin Crevey. Jego runy na kartce papieru były równe i elegancko napisane, a gdy przykleił notkę do ściany ta rozjarzyła się światłem niczym elektryczna świetlówka, po to by dokładnie po wyznaczonych dziesięciu minutach wypalić się, zgasnąć i zniknąć wraz z kartką.
Zarówno po magii jak i po papierze nie było żadnego śladu, czyli dokładnie to, co powinno się stać.
Profesor pochwaliła chłopaka szerokim uśmiechem i dała mu powyżej oczekiwań za jego projekt.
Ja, obserwujący jak kartki na ścianach w różnych odstępach czasu znikają i się spalają, zacząłem szukać w głowie jakiś poszlak na temat tego, dlaczego to co teraz widziałem było takie ważne. Coś mi to przypominało. Coś musiałem komuś powiedzieć?
Miałem na granicy myśli coś ważnego.
I niestety nie zdałem.
Ze względu na to, że nie miałem ani jednych zajęć praktycznych z pisania magicznych pieczęci, moje znaki były zbyt koślawe, a wybór run za bardzo rozbieżny z tym, co miało być zastosowane.
Dlatego właśnie kartka, którą przyłożyłem do ściany tylko smętnie zwisała przez chwilę, a później zaczęła się rozpuszczać jak lody spływając po ścianie.

-Panie Lind. - Zaczęła profesorka stanowczym głosem, gdy mnie zatrzymała po zajęciach. – Przez tą nieoczekiwaną nieobecność jest pan znowu z materiałem w tyle! Jak można było dzisiaj dostrzec, nawet kilka nieobecności na zajęciach praktycznych może mieć poważne skutki! O ile w pisaniu wierszy runicznych, wielkość czy kształt liter nie są aż tak istotne, a pomagać w tym mogą różne zaklęcia, to w pisaniu pieczęci jest to ważnym czynnikiem. Nie można tego robić jak popadnie, pisząc niczym kura pazurem.
-Ale ja się naprawdę staram!
-Niewystarczająco – oświadczyła kobieta.
I to jedno słowo zarówno mnie zawstydziło, jak i zezłościło. Dlaczego nie mogli mi choć trochę odpuścić!? Dopiero co wróciłem na zajęcia!
-Chciałam ci także powiedzieć, że już przyszykowałam dla ciebie egzamin z wiedzy z poprzednich dwóch lat. Oczekuję, że napiszesz i zaliczysz go w przyszły piątek.
Przełknąłem ślinę.
-Czy masz jakieś pytania?
Nie. Nie miałem żadnych.

Kolejną osobą, która się na mnie uwzięła, był Penaus. Tym razem było inaczej, niż we wcześniejszych latach. Jego zajęcia były naprawdę zajmujące i wszyscy mówili, że to pierwszy, od czasów Remusa, nauczyciel, który naprawdę wie co robi. Prace domowe, jakie zadawał, nigdy nie były za trudne, a na zajęciach często mieliśmy ćwiczenia praktyczne. Do niczego nie można było się przyczepić. Naprawdę miałem nadzieję, że nie jest on kimś pracującym dla Voldemorta.

Tym razem jednak te zajęcia były inne. Może ze względu na to, że wiedziałem, iż był on przesłuchiwany pod Veritaserum i czuł się urażony za podejrzenia kierowane w jego stronę, ale Penaus już od wejścia do klasy był bardzo rozdrażniony, a jego głos podczas prowadzenia zajęć był bardzo ostry.

Te zmiany w nauczycielach, które zauważyłem po ledwo trzech tygodniach nieobecności, tak mnie wytrąciły z równowagi, że gdy tym razem Penaus, jako trzeci w kolejności nauczyciel tego dnia zaczął mi wypominać kolejne braki, nie wytrzymałem i wybuchłem.
Powiedziałem coś w stylu „Byłem chory, do cholery! Napiszę te przeklęte wypracowania!"
No, może było w tym więcej przeklinania niż w moich wspomnieniach. Jednak efektem było to, że koledzy z klasy zaskoczeni spojrzeli na mnie, a Penaus zaniemówił.
Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że odkąd byłem Danem Lind, nigdy mi się nie zdarzyło, bym zachował się w tak impulsywny sposób. Harry Potter często dostawał szlabany, ale ja od początku roku nie dostałem żadnego, a przynajmniej aż do teraz, bo mimo, że przeprosiłem zszokowanego nauczyciela, ten i tak wlepił mi szlaban z Filchem, a później, po zajęciach, wziął mnie na rozmowę, po której moje uszy jeszcze długo czerwieniły się z zażenowania.
Obiecałem mu spokojnie, że postaram się nadrobić zaległości jak najszybciej i że już na następnych zajęciach mogę pisać pominięte sprawdziany.
Rozeszliśmy się w lżejszej atmosferze, ale nie do końca uspokojeni.

Szlaban z Filchem był koszmarny. Czyli taki, jaki powinien być koniec tego koszmarnego dnia.

Od zeszłego roku można było zauważyć spore zmiany w zachowaniu nauczycieli. W moich oczach charakter wszystkich osób z kadry nauczycielskiej zmienił się co najmniej o 50% i przy tym u wszystkich, prócz jednego, ta zmiana wyszła na gorsze.
McGonnagall nie uśmiechnęła się ani razu od początku roku szkolnego, Pomfrey, wychodząc z skrzydła szpitalnego, unikała rozmów i kontaktów z wszystkimi. Teraz w bibliotece kary za przeszkadzanie kończyły się szlabanami, a nie tylko stratą punktów, jak to było do tej pory. Biedny Neville Longbottom niedawno wrócił blady jak ściana z zajęć z Profesor Sprout, która na niego nawrzeszczała z powodu jakiegoś drobnego błędu, który popełnił.
Jednak Filch przeszedł zdecydowanie najgorszą metamorfozę. Od początku roku plotkowano, że stał się taki wredny, bo zakochał się w Umbridge i uważał, że jej rządy w Hogwarcie były tym, co jego zdaniem, szkoła potrzebowała.
Teraz, gdy koszmarnej ropuchy nie było, woźny zdawał się chcieć zemsty na wszystkich.
W poprzednich latach szlabany, jakich dopilnowywał woźny, polegały tylko i wyłącznie na tym, że ten znajdował jakiemuś uczniowi zadanie i zostawiał go samemu sobie, a później po wyznaczonym czasie przychodził i sprawdzał wyniki pracy.
Oczywiście nie wolno było używać magii, ale tak zawsze było na szlabanach, więc nikogo to nie dziwiło.
Jednak teraz Filch nigdy nie zostawiał uczniów mu powierzonych samych i chodził za nimi sycząc, że to czy tamto powinno być zrobione w ten czy inny sposób. Nie oszczędzał w wyzwiskach i wynajdywał naprawdę koszmarne, czasochłonne i brudne zadania, niejednokrotnie zabraniając uczniom stosować czegoś dla ochrony ich samych.
I właśnie miałem się o tym przekonać.
Zaraz po obiedzie miałem pójść z trzema innymi uczniami do woźnego, a ten zabrał nas do łazienki w lochach, gdzie Irytek zalał wszystkie toalety jakimś dziwnym eliksirem ukradzionym z skrzydła szpitalnego.
Filch z jakąś chorą satysfakcją oglądał jak ręcznie, bez rękawiczek, szorujemy toalety i umywalki z dziwnej, piekącej skórę, rdzy. Był głuchy na narzekania moje, dwóch piątorocznych krukonów oraz jednego drugorocznego ślizgona.
Powiedział, że nie wypuści nas z łazienki, póki ta nie zostanie wyczyszczona z pozostałości eliksiru. Stał przy tym nad nami i palcami nam wskazywał punkty, gdzie musimy jeszcze trochę poszorować, a małemu roztrzęsionemu ślizgonowinawet nadepnął na dłoń, mówiąc chwilę później, że zrobił to przypadkowo i że ten powinien wrócić do pracy, nie szczędząc nam przy tym złośliwych komentarzy i wrednych uśmieszków.
Mimo, że szlaban powinien trwać godzinę, to dobre dwie godziny szorowaliśmy te przeklęte kible, a później nasze dłonie były popalone do czerwoności od mocnych specyfików, które pomagały nam pozbyć się plam rdzy.

Oczywiście pierwszym, co zrobiliśmy po wyjściu, to wspólnie we czwórkę udaliśmy się do skrzydła szpitalnego. Dwóch uczniów z Ravenclaw szło z przodu, pomstując i narzekając, a ja, zaraz za nimi, obserwowałem uważnie drugorocznego, który od momentu, w którym Filch nadepnął mu na dłoń, miał łzy w oczach.

-Słuchaj. Nie przejmuj się nim – powiedziałem do niego.
Spojrzał na mnie jak kociak, który oczekuje uderzenia.
Uśmiechnąłem się do niego pocieszająco.
-Słuchaj, wiem, że było źle i dłonie cię palą i bolą, ale zaraz dostaniemy coś od pani Pomfrey i wszystko będzie w porządku.
Chłopiec smętnie skinął głową, przyciągając swoje popalone dłonie do piersi. Musiałem naprawdę mocno ze sobą walczyć, by go nie dotknąć. Intensywnie pragnąłem odjąć trochę tej niewygody i bólu z jego magii. Jednak nie znałem nawet imienia tego chłopca, który od momentu, w którym wyznaczono nam nasz szlaban, nie odezwał się ani słowem.
-Ja dostałem szlaban za pyskowanie nauczycielowi, a ty?
Chłopiec coś wymamrotał.
- Hm?
-Dostałem…, bo, bo oddałem zniszczone książki do biblioteki.
-Zniszczone? Tak poważnie były zniszczone, że dano ci szlaban?
Chłopiec wbił wzrok w ziemię.
- W-w dormitorium taki starszy uczeń z szóstego roku zdenerwował się na mnie, bo powiedziałem coś co mu się nie spodobało. Rzucił jakieś zaklęcie. One się zapaliły. Pani Pince była bardzo zła. Mam szlaban z Filchem do końca tygodnia. -wymamrotał.

Och. A dziś był dopiero poniedziałek.

Zrobiło mi się żal chłopca.

-To ten szóstoroczny powinien mieć szlaban, a nie ty. Jak wyglądał ten, który zniszczył ci książki? Może go znam i będę mógł się wstawić za tobą?

Chłopiec odsunął się i wyraźnie przestraszył, a ja widząc jego reakcję westchnąłem w duchu.

Mówił, że to ktoś z szóstego roku. Szóstego roku Slytherinu, czyli rocznik Draco Malfoya. No cóż, jeżeli to był on, albo ktoś z jego znajomych, to nic dziwnego, że taki drobny chłopiec nie chciał go wydać, by nie w paść w jeszcze większe tarapaty.

Wyglądał jednak na tak ogromnie zastraszonego i samotnego, że już nie mogłem się powstrzymać.
Chwyciłem jego ramię zatrzymując go i zmuszając by spojrzał mi w oczy.
Wydawał się przez chwilę jeszcze bardziej zaniepokojony, ale uśmiechnąłem się do niego swoim najprzyjaźniejszym uśmiechem i jednocześnie starałem się otoczyć go swoją magią.
-Posłuchaj. Nie będę już naciskał. Ale mam dla ciebie rozwiązanie. Co ty na to by mnie wysłuchać?
Wahał się przez chwilę, ale powoli jego ramiona się rozluźniły i skinął głową.
-Pójdziesz zaraz po wizycie w Skrzydle Szpitalnym do profesora Snape'a, a on postara się…
Nie dokończyłem, a chłopiec blady jak ściana już zaczął zaciekle kręcić głową.
-Słuchaj, wiem co mówię. Pójdę do niego pierwszy i wszystko mu wytłumaczę za ciebie. Profesor Snape nie jest taki zły, a poza tym jest przecież opiekunem twojego domu. Nie musisz się go bać.
Chłopiec mrugał na mnie oczami nic nie mówiąc.
-Naprawdę, wiem co mówię. Poza tym i tak słyszałem, że nauczyciele planują przestać dawać uczniom szlabany z Filchem, więc to i tak nie będzie nowość, a jestem pewien, że będzie mógł przekazać twój szlaban komuś innemu. Co ty na to? Nie wolałbyś na przykład pomagać profesor Sprout przez godzinkę po obiedzie, zamiast palić sobie dłonie do krwi u Filcha?

Chłopiec przełknął ślinę i w końcu lekki uśmiech zadrgał na jego wargach.
-Byłoby super - wyszeptał.
-Więc zrobimy tak: ja udam się zaraz po wizycie w Skrzydle Szpitalnym do profesora i przygotuje grunt pod twoją wizytę. Jak nie będzie w humorze, to dam ci znać, a jak wszystko załatwię to pójdziesz z nim porozmawiać. Poczekaj tylko jakieś pół godzinki pod jego gabinetem. Co ty na to?

Chłopak wydawał się w końcu rozluźnić i pokiwał głową.

-Dobrze. to mamy to ustalone. Tak z drugiej strony. Jak ci na imię? Ja mam na imię Dan Lind.
-Jestem Kevin Flyhigh.
-Więc mamy ustalone co zrobimy teraz. Tak?
Pokiwał głową.

Maść pielęgniarki zdziałała cuda. W ledwo kilka chwil wszyscy byliśmy wyleczeni, a ja udałem się do komnat Mistrza Eliksirów.

Severus, siedzący przy biurku i piszący coś w dokumentacji przed sobą, uniósł brwi na mój widok.
Nic nie powiedział, dopóki nie zamknąłem drzwi do klasy i nie zabezpieczyłem ich zaklęciami.
Wtedy wstał natychmiast i podszedł do mnie z zmartwieniem w oczach.
-Nic mi nie jest! – Zapewniłem jeszcze zanim mnie złapał za ramiona i począł oglądać z wszystkich stron jakby oczekiwał zobaczyć jakieś rany.
- Muszę się upewnić. Bo twoja definicja „nic mi nie jest" wygląda zupełnie inaczej niż u pozostałych.
Wywróciłem oczami.
-Naprawdę nic mi nie jest. Przyszedłem tutaj nie w mojej sprawie.
- Och.
Snape mnie puścił i cofając się w tył, oparł się biodrami o biurko i założył ręce na piersi.
-Więc mów! Jestem ogromnie ciekaw za kim chcesz się wstawić u groźnego Mistrza Eliksirów, opiekuna domu ślizgonów i postrachu Hogwartu. Mów! Komu mam odpuścić i poprawić oceny?
Uniosłem brwi.
-Czy tego oczekiwałeś?
Wzruszył ramionami.
-Wcześniej czy później tego się spodziewałem. Jesteś w końcu studentem, a ja nauczycielem. Zapewniam jednak, że będziesz musiał być bardzo przekonujący, bym odpuścił na lekcjach któremuś z twoich gryfonów.

Dobra. To był pierwszy raz od… tak właściwie od wakacji, gdy chciałem Severusowi Snape'owi dać piąchę w nos. Nie powinien mnie oskarżać o to, że będę wykorzystywał nasz związek do jakiś przywilejów.
-Tak? I co niby miałbym zrobić by cię przekonać?
Severus miał czelność uśmiechnąć się w bardzo przebiegły sposób i skinął na mnie palcem.
-Na początek. – Zaczął, gdy już do niego podszedłem. – Mam kilka takich fantazji, w których szorujesz jakiś kociołek -wyszeptał mi do ucha. - masz na sobie tylko krótkie spodenki i wypinasz tyłeczek do góry, a ja mogę podziwiać twoje pośladki.
Dobra, od złości do podniecenia w pięć sekund.
-Tak? –zapytałem uprzejmie? –Ale krótkie spodenki jakie posiadam, nie są w żadnym stopniu interesujące na czyimkolwiek tyłku. Na moim również.
-Hmm.
Severus westchnął w mój kark i musnął wargami skórę koło ucha.
-Te ohydne brudno zielone coś, to nie spodenki. To dziwadło, które wyrzuciłem już dawno temu, a ty nawet tego nie zauważyłeś, bo i tak w tym nie chodziłeś. Ja mówię tutaj o naprawdę krótkich spodenkach. Wiesz… szorty – wyszeptał to słowo wprost do mojego ucha, a ja zacząłem się zastanawiać jak nazwa części garderoby może wywołać dreszcze w całym ciele.
- T-tak? I co w związku z tymi szortami?
Severus odsunął się lekko, by spotkać się ze mną wzrokiem z ognikami rozbawienia w swoich oczach.
-Sądzę, że rozumiesz równie dobrze jak ja, że gdy ktoś chodzi publicznie w czymś co może być uznawane za bieliznę, może oczekiwać, że ta zaraz zostanie z niego zdjęta.
Zachichotałem na te wygłupy kochanka i mimo, że cudownie było by kontynuować to przekomarzanie się z nim, to zaraz miał pojawić się Kevin.
Odsunąłem się od niego.
-To szkoda, że te twoje fantazje się nie spełnią, bo nie przyszedłem tutaj w sprawie żadnego gryfona, tylko ślizgona.

Severus zamrugał.
Wydawało mi się przez chwileczkę, że zapomniał o powodzie mojej wizyty. Wycofał się i ponownie oparł o biurko unosząc brwi i czekając.
Krótko wyjaśniłem mu zaistniałą dziś sytuację na szlabanie i zachowanie Filcha.
-Ja rozumiem, że uczniowie zawsze będą dostawać szlabany, ale Filch to chyba już trochę przesadza. Chciałbym prosić byś spotkał się z pozostałymi nauczycielami i poprosił o niedawanie uczniom szlabanów z woźnym. Chyba nikt się nie zdziwi, że to zrobisz, skoro będziesz miał w tym inicjatywę obrony własnych uczniów. Prawda?
Snape milczał. Potarł swoje czoło. Zastanawiał nad czymś chwileczkę i usiadł ponownie za biurkiem.
-To nie takie proste. Nauczyciele też chcą mieć jakiś czas wolny dla siebie. Gdybyśmy musieli dopilnowywać każdego jednego ucznia, któremu dajemy szlabany, to wcale byśmy go nie mieli. Filch jest wygodnym wyjściem.
-A nie da rady tego zorganizować w inny sposób? Nie możecie np. wyznaczać jednego nauczyciela tygodniowo, który ma odpowiadać za wszystkie szlabany dane na ten tydzień uczniom. Jest was przecież sporo, a nikt nie powiedział, że każdego ucznia należy przyjmować osobno przez każdą osobę z kadry.
Snape się zastanawiał chwilkę w ciszy stukając palcem w blat biurka.
-To może być nieco kłopotliwe ze względu na to, że niektórzy nauczyciele nie będą tak srodzy na szlabanach jak to być powinno przy wymierzaniu kar.
Spojrzałem na niego błagalnie a mój kochanek westchnął ciężko.
-Przedłożę ten pomysł.
-A Kevin? Pomożesz mu? Martwię się o niego.
Snape przez chwilę spoglądał mi w oczy z twarzą bez wyrazu.
-Postaram się przejąć jego szlaban. Pamiętaj jednak ze może nie być wdzięczny za szorowanie kociołków do końca tygodnia.
-Dziękuję.
Pocałowałem go.
-Dziś spotykam się z Ronem i Hermioną. Nie czekaj na mnie.
Dodałem i wybiegłem z Sali.
Kevin siedział na ziemi pod ścianą. Nie wiedziałem, ile czasu minęło, ale miałem nadzieję, że nie siedział na zimnej ziemi zbyt długo. Na mój widok natychmiast się podniósł patrząc na mnie z przestrachem i pytaniem w oczach.
-Wszystko ok. Wejdź do środka i pogadaj z nim.
Chłopiec wydawał się wahać. W końcu jednak skinął mi głową w podzięce i wszedł do środka.

XXXXX

-Nie było cię tyle czasu...

To było pierwszymi, wypowiedzianymi jękliwym głosem słowami, jakie usłyszałem, gdy przekroczyłem próg Wielkiej Sali tego samego dnia by zjeść kolację.

Hernest nabrał głęboki wdech szykując się zapewne do jakiejś tyrady, gdy Sarah z Raphaelem przepchnęli się do przodu wianuszka osób dokoła, przerywając zapewne długą i pełną „och" i „ach" opowieść na temat tego, co się działo podczas mojej nieobecności.
Ze względu na to, że po każdych zajęciach dnia dzisiejszego nauczyciele mnie zatrzymywali, nie zdążyłem zamienić ani słowa z żadnym z kolegów z klasy. Hernest Xemil i John stali więc obok mnie ciekawi tego, co miałem do powiedzenia i oczywiście chcąc zdradzić mi, co się działo w szkole podczas mojej nieobecności. Dziewczyny z piątego rocznika wraz z Colinem Creevey jak zwykle rozmawiali w swojej grupce, mnie zostawiając samego. Colin, z jakichś nieznanych mi powodów, trzymał się bardziej z dziewczynami z rocznika, a jedynym chłopakiem, z którym gadał był jego starszy brat. Od początku roku nie zamieniłem z nim ani jednego słowa, z czego, tak naprawdę, byłem szczęśliwy. Nigdy mi się nie podobało, gdy chodził za mną z aparatem, jak byłem jeszcze Harrym.

Starając się opanować chaos dookoła, przede wszystkim szukałem na stole czegoś, co lubię. Byłem teraz przeraźliwie głodny! Ze względu na szlaban i rozmowy z nauczycielami ominąłem zarówno lunch jak i obiad, więc teraz musiałem nadrobić zaległości.
-Jak się czujesz, Dan? –zawołała Sarah.
Podczas mojego dochodzenia do siebie ona i Raphael wysłali do mnie kilkanaście listów z życzeniami powrotu do zdrowia i pytaniami co do tego, jak się czuję.
-Miałeś już tyle zajęć! Na pewno jesteś już zmęczony - zmartwił się Raphael.
-Właśnie, musisz zjeść solidny posiłek - poparł to John.
-Masz... jajka i szynka! Zaraz dam ci kilka kanapek! Na co masz ochotę?
Sarach i Raphael starali się prześcignąć w tym, by doprowadzić mnie do bólu głowy.

-Nie dawajcie mu jajek! On najbardziej lubi kanapki z serem białym i miodem. Potrafi ich zjeść naprawdę mnóstwo i przy tym nie narzeka, że to za dużo jak na niego - powiedział znajomy mi dziewczęcy głos.
-No cóż, to był nasz tajny sposób, na to by przestał przypominać szkielet po każdej naszej rozłące - dodała druga zbliżająca się do mnie osoba.

Hermiona i Ron dosiedli się do stołu naprzeciwko nas i zaczęli nakładać sobie na talerz jedzenie, kompletnie nie zwracając uwagi na zszokowane spojrzenia obserwujących ich gryfonów z młodszego rocznika.

-To wy się znacie? - Hernest zapytał mnie niedyskretnym szeptem. A wszyscy w pobliżu zdawali się wstrzymywać oddech.

Zamrugałem i niepewnie się uśmiechnąłem.

-Eehm... - Inteligentnie to zabrzmiało, nie ma co! Nie spodziewałem się jednak tego, że Ron i Hermiona nagle się do mnie przysiądą. Tym bardziej, że nie miałem gotowej odpowiedzi na pytanie, które mi zadano.

-Oczywiście, że się znamy - oświadczyła Hermiona zarozumiałym głosem, jakby stwierdzała fakt, i to był nie pierwszy raz, gdy siada w moim towarzystwie, choć przecież jeszcze nigdy nie rozmawiała ze mną jako z Danem przy innych.

-Znasz się z „Złotym Trio"? -zapytała Sarah, rozszerzając szeroko oczy i nagle sobie przypomniałem, że całość wieczoru po ataku pająków, została wymazana ze wspomnień Raphaela i Sarah, więc nie pamiętali oni spotkania ze mną w kwaterach Severusa.

- E... tak... to znaczy...

Spojrzałem błagalnie na Hermionę i Rona, który właśnie marszcząc brwi kończył pakować sobie całość jajecznicy z pobliskiego półmiska na swój talerz, robiąc przy tym żółto białą piramidę.

-Złote trio? -zapytał Ron- Tak nas wszyscy nazywają?

-Jakiś czas temu się to przyjęło. - powiedziała Hermiona, podając mi kanapkę obficie polaną miodem. -Teraz jesteśmy jednak we dwójkę - powiedziała z naciskiem, jakby chciała Ronowi przypomnieć, że nie powinien palnąć gafy i ponownie wygadać, że Dan Lind, kiedyś był Harrym Potterem.

-Taaa... - Ron wsadził sobie potężną porcję jajek do buzi i zaczął przeżuwać. - To, skoro zostaliśmy we dwójkę, polecam zmienić nazwę grupy, może Miedziany Duet? No chyba, że Dan się dołączy, wtedy będzie...- zrobił pauzę najwyraźniej szukając odpowiedniej nazwy i żując przez chwilę to co miał w buzi. -Wiem, „trójkąt mścicieli" - powiedział z uśmiechem, a Hermiona pokręciła głową, podczas gdy Sarah i Hernest zachichotali.

- Odpowiadając na twoje pytanie, Herneście Zappo, poznaliśmy Dana po sąsiedzku. Mieszkał on niedaleko domu państwa Weasley.

-To dlaczego do tej pory się ani słowem do niego nie odezwaliście? -Tristan odezwał się jako pierwszy i wyraźnie można było wyczuć nutę złości w głosie najmłodszego, w naszym gronie, ucznia.

- Ponieważ, Tristanie Kowalski, jesteśmy, a przynajmniej byliśmy, przyjaciółmi Harry'ego Pottera i dla bezpieczeństwa Dana polecono nam nie ujawniać, że mamy jeszcze jakąś bliską przyjaźń z kimkolwiek innym, by nie narażać go na niebezpieczeństwo.

-Ta, no właśnie... - Ron wymamrotał te słowa podczas przeżuwania, połknął jednak i zaczął ponownie. - A skoro się nie możemy z Harrym ostatnio w ogóle dogadać, o czym chyba wszyscy w całej szkole wiedzą, zdecydowaliśmy się jednak robić co chcemy, skoro nie przyjaźnimy się już z Harrym.

Zamrugałem zaskoczony. Ich wyjaśnienie miało sens. Zapewne to pomysł Hermiony. Ron z całą pewnością nie wpadłby na scenariusz tak prostej i tak wiarygodnej historyjki.

Hermiona nie żartowała, gdy mówiła, że już się ich tak łatwo nie pozbędę. Cały czas się zastanawiałem, jak będziemy organizować swoje spotkania. Dziewczyna była pełna determinacji, gdy obiecywała, że znajdzie wyjaśnienie i sposób na wszystko tak byśmy mogli się spokojnie widywać.

-Ale Ginny mówiła, że go nie zna... - Jimmy zdawał się szukać dziury w całym. Ale uderzył w sedno. Co powiedzieli Ginny? Miałem nadzieję, że Hermiona się z nią rozmówiła, wyjawiając jej tylko tyle, ile musiała wiedzieć. Co prawda Dumbledore pozwolił na to, by oni poznali prawdę, ale nie byłem pewien jak dyrektor zareaguje na młodą Weasley.

-Też udawała - powiedziała po prostu Hemiona, niedbale machając ręką. - Jedz w końcu - dodała, zwracając się do mnie. - Dłonie masz całe w miodzie.

Ugryzłem szybko kanapkę, popijając wciąż gorącą herbatą i odetchnąłem z ulgą, uśmiechając się do przyjaciółki. Jak dla mnie, miód leczył wszystkie niedogodności tego świata.

-Najlepsze słodycze wszech czasów. - Oświadczyłem głośno, tak, by przysłuchujący się nam gryfoni podłapali inny temat rozmowy, zostawiając już moją nagłą znajomość z Ronem i Hermioną.

-Miód i ser? - zapytała Sarah unosząc brwi.

Byłem jej wdzięczny, że podjęła temat.

-Naprawdę super smakuje. Spróbuj. - Namawiałem. - Ser z dżemem też dobrze smakuje. Ale miód to najbardziej idealne słodycze świata!

Nie wspominając o tym, że przez całe dzieciństwo to był jedyny substytut słodyczy, do jakich kiedykolwiek mogłem się dostać. Raczej trudno zauważyć ubywający z słoika wytworu pszczół, więc ciotka przez długi czas nie wiedziała, że czasami w nocy podkradałem nieco tej odurzającej słodyczy.

Większość jednak wydawała się być sceptyczna co do mojego wyboru.

-Więc jak kupujesz sobie słodycze to najczęściej coś z miodem? - Hernest zdawał się rozważać, czy byłby gotowy na takie poświęcenie.

-Każdy rodzaj smakuje inaczej - powiedziałem jakby obronnie. - Trzeba spróbować, żeby wiedzieć. Ten, który teraz jem, jest dosyć zwyczajny. Ale kiedyś miałem okazję spróbować greckiego miodu wczesnowiosennego. Miał on cudownie słodkawy i lekki smak.

Niestety był to także powód odkrycia moich kradzieży. Gdy Pani Dursley dostała w prezencie od wracającej z wakacji w Grecji cioci Marge, mały słoiczek miodu o idealnie przejrzystym, słonecznym kolorze. Oczywiście zaraz go odpakowano, choć w domu Dursleyów raczej rzadko jedzono miód. Mnie nie pozwolono tego rarytasu spróbować, więc nawet nie pytałem i obserwowałem tylko, gdzie go ciocia schowa, a gdy trafił do szafki, stając zaraz obok kawy i herbaty, wiedziałem już, że jeszcze tej samej nocy go spróbuje, bo do tej szafki akurat mogłem się dostać bez problemu.

Nocą, przy wpadającym przez żaluzję świetle z ulicy, słoiczek wydawał się zawierać nektar bogów. I tak też smakował. Słodki, leciutki jak piórko, pozostający jeszcze długo na języku smak, przez następne trzy noce tulił mnie do snu.

Był jednak jeden problem.
Z małego słoiczka te kilka łyżeczek, które wziąłem, było dostrzegalnym ubytkiem. I gdy ciotka wyciągała czwartego dnia miód z szafki ponownie... Nie można było nie zauważyć, że go ubyło. A ja musiałem się mierzyć z konsekwencjami i karą.

-A jakie słodycze lubisz najbardziej, gdy sobie coś kupujesz? -zapytał mnie Scot.

Zastanawiałem się chwilę.

-Nie ma najlepszych słodyczy - oświadczył Ron takim głosem, jakby sama propozycja wywyższenia któregoś smaku nad innym była bluźnierstwem. - Wszystkie są wspaniałe. Poza tym, to MIODOWE królestwo. Rozumiecie. MIODOWE. Więc stamtąd Danowi na pewno wszystko smakuję.

Zaśmiałem się wraz z innymi, nie mogąc kłócić się z tą logiką.

-Mogę zadać jeszcze jedno pytanie? - Tristan podniósł rękę, jakby się zgłaszał do odpowiedzi, patrząc się przy tym na Hermione bardzo uważnie.

-Tak?

Chłopiec przez chwilę się wahał, po czym z zaciętą miną, zapytał.

-Skąd znasz nasze imiona?

Hermiona westchnęła z ulgą tak jak ja, bo obydwoje spodziewaliśmy się, że zaraz wrócą do tematu przyjaźni złotego trio.

- Znam imiona i nazwiska wszystkich z Gryffindoru.

Ron zakrztusił się swoim sokiem.

-Po jaką cholerę się tego na uczyłaś? Czy ty uważasz, że wszystko musisz wykuć na pamięć jak na sprawdzian?

-Nieprawda. - Obruszyła się dziewczyna pod zszokowanym wzrokiem. Znam tylko nazwiska wszystkich gryfonów. Z innych domów kojarzę może 70% nazwisk. Nie zapoznałam się jeszcze ze spisem dwóch najmłodszych roczników.

Ron zakrył sobie oczy i pokręcił głową dając znak, że nie ma kompletnego pojęcia, po co Hermiona uważa za stosowne, wyuczyć się imion i nazwisk wszystkich uczniów w szkole.

-Niesamowite - powiedziała Sarah, będąc najwyraźniej pod sporym wrażeniem i wydawało mi się, że dziewczyna będzie chciała powtórzyć ten wyczyn.

Reszta kolacji minęła wszystkim na tym, że gryfoni wskazywali przypadkową osobę znajdującą się w Wielkiej Sali i dopytywali się, czy Hermiona naprawdę zna jej nazwisko.

Dziewczyna przewróciła oczami i spojrzała na mnie krótko z lekkim uśmiechem, dając do zrozumienia, że będzie w porządku i jakoś to się wszystko ułoży.