Autorka: Fantastmania/Lilka.
Beta: Ahrimanka.
Dziękuję za komentarze.
..SEVERUS..
Moment, w którym Dan w odłamkach spadającego szkła poleciał do tyłu, widziałem jak w zwolnionym tempie. Niektórzy mówią, że w takim momencie jak ten, ludziom przechodzi przez głowę tysiące myśli na raz. I tak istotnie było. Zanim jeszcze opadł na ziemię, zacząłem rozważać swój następny ruch, począwszy od zabicia Blacka, poprzez wytworzenie tarczy, a skończywszy na podbiegnięciu do Dana. Wiedziałem, dlaczego wzięli go na cel. Każdy by to zrobił, widząc przed sobą coś obcego, gdy szykował się do walki. A patrząc po nieprzytomnym spojrzeniu Rona Weasleya, najwyraźniej był pod Imperiusem, zmuszony do przeniesienia ich tutaj wraz ze sobą. Cała grupa była w pełni gotowa na walkę zaraz po przybyciu.
Dan opadł na ziemię, Hermiona krzyknęła, a Harry stanął na baczność, trupioblady na twarzy. Swoją różdżkę skierowałem na intruzów. Zaczęli się rozbiegać, zapewne chcąc mieć lepsze pole do manewru.
W tamtej chwili nie byli naszymi przyjaciółmi.
Ruchy ich nadgarstków wróżyły niebezpieczeństwo.
Ostrym machnięciem różdżki postawiłem tarczę, chcąc ochronić się od najbliższego zaklęcia, i pobiegłem do Dana. Musiałem się z nim teleportować! Hermiona i Harry byli względnie bezpieczni. Nawet jeżeli przybysze podejrzewali ich o bycie pod wpływem zaklęć, to raczej nie rzuciliby w nich niczym zagrażającym życiu. To Dan był w niebezpieczeństwie. Dan i ja. Obok mnie wybuchła kula ognia. Odskoczyłem w prawo, by się przed nią ochronić i rzuciłem kolejną tarczę za siebie. Nie miałem czasu na nic innego.
Dan leżał tak nieruchomo w śniegu.
Coś mnie ugodziło w bok, wyrywając z piersi niechciany okrzyk bólu. Zatoczyłem się i kolejne zaklęcie odbiło się obok mnie od tarczy. To Granger ją rzuciła. Spotkawszy się z nią spojrzeniem na ułamek sekundy, zrozumiałem, że doszła do tych samych wniosków, co ja. Wiedziała, że muszę zniknąć, bo członkowie Zakonu byli w jakimś kompletnie błędnym przeświadczeniu. Krzyknęła coś, ale w całym tym zamieszaniu nie miałem pojęcia, jak brzmiały jej słowa. Jednak przerażenie widoczne w jej oczach było ogromne i mówiło bardzo wiele.
Poderwałem różdżkę i wysłałem zaklęcie, sam nie wiedząc, dlaczego, w stronę Pottera. Przeciągnąłem go w swoją stronę po ziemi zwykłym Accio, akurat w momencie, w którym drzewo, wcześniej trafione kulą ognia, prawie się na niego przewróciło. Wow! Tak szybkiej reakcji jeszcze chyba nie miałem!
Nagle w plecy ugodził mnie harpun bólu i świat się zamazał, gdy opadłem na kolana.
Nie miałem pojęcia, kto rzucił to zaklęcie. Nagle pochwyciły mnie dłonie, które dobrze znałem.
Dan powstrzymał mnie przed upadkiem, chwytając mnie za barki i położył delikatnie na swoim ogonie. Zamrugałem, spojrzałem na niego i od razu wiedziałem, że coś było nie tak.
Jego oczy patrzyły, ale mnie nie widziały. Pogładził mnie po twarzy i zasyczał w języku węży coś, czego nie zrozumiałem. Jego palce były przeraźliwie zimne, gdy mnie delikatnie dotykał, jakby chciał się upewnić, że nic mi nie jest. Uśmiechnął się sennie i uniósł dłonie w górę, zaciskając je w pięści, jakby łapał spadające płatki śniegu.
Słyszałem rzucane kolejne zaklęcia, ale nie dotarł do mnie żaden nowy ból.
Oczy Dana były całkowicie zielone. Żadnych białek, żadnych źrenic, niczym dwie zielone galaktyki z błyszczącymi drobinkami światła.
Dan rozplótł palce i ponownie je ścisnął w jakimś niekomfortowym ruchu, mimo że on sam wykonał go płynnie, jakby ćwiczył długie miesiące.
Gdzieś od strony tarasu rozbrzmiał sfrustrowany krzyk, a niewidzialna dla mnie siła szarpnęła wszystkim, co było w pobliżu.
Coś się zmieniło! Dan coś zrobił!
Jeżeli kilka razy już się zdarzało, by przypominał mi kogoś nie z tej ziemi, pięknego, egzotycznego i magicznego…
Tak teraz wydawał się bogiem.
Nawet jego skóra wydawała się inna w dotyku. Jakbym dotykał płynącej energii.
- Co jest, do cholery? - Dotarł do mnie krzyk. Nie oddalając dłoni od biodra Dana, skupiłem wzrok na wrzeszczącym Blacku. Machał różdżką z wyraźną frustracją. Niedaleko niego Kingsley, za drzewem, patrzył zdezorientowany na swoją własną różdżkę. Nie wiem, gdzie była reszta, ale na pewno gdzieś w pobliżu i z podobnymi problemami. Ron wygramolił się zza skały i zatoczył, mrugając zawzięcie powiekami. Gdy w końcu się wyprostował, popatrzył po wszystkich przerażony.
Cokolwiek zrobił Dan, sprawiło, że nie mieli teraz magii, a z Weasleya zostało zdjęte zaklęcie. Pochwyciło mnie przerażenie. Syknąłem z bólu, ale mimo to usiadłem przed Danem i ująłem jego twarz w dłonie. Z przerażeniem dostrzegłem, że moje palce są zakrwawione. I to nie tylko moją krwią! Bok ogona Dana był rozpłatany, a krew sączyła się strugą czerwieni, tworząc makabryczny obraz na białym śniegu.
Chwyciłem jego twarz w silny uścisk, starając się zmusić go, by na mnie spojrzał.
- Dan - wyszeptałem przejętym głosem - spójrz na mnie!
Nie zareagował.
- Co wyście, na Melina, zrobili! – wrzasnęła Hermiona wysokim głosem. Podbiegła do nas i widząc stan Dana, zbledła jeszcze bardziej.
- Hermiono, podejdź do mnie, kochanie – poprosiła naglącym tonem Molly Weasley. - Nie jesteśmy wrogami. Jesteś pod działaniem jakiegoś uroku. Musimy stąd uciekać, ty i Harry.
Młoda dziewczyna, ignorując Molly, zbliżyła się do mnie i Dana, stając obok nas, a w ślad za nią pojawił się Harry.
- Harry! Zacznij myśleć logicznie! To jakiś przeklęty eliksir namieszał ci w głowie! Chodź tutaj! Nie lubisz przecież dupka Snape'a i jego popleczników, śmierciożerców. Chodź do nas i odejdź od tego dziwadła, musimy stąd uciekać! - Black chciał wyrwać się do przodu, ale wyciągnięte w jego stronę różdżki młodych gryfonów i silny uścisk Lupina powstrzymywały go przed działaniem.
- Harry! To na pewno sprawka Sam-Wiesz-Kogo! Chodź do nas. Rozumiesz? Słyszysz mnie? - Głos Pani Weasley drżał od powstrzymywanych łez.
- Różdżki wciąż nie działają. To jakieś dziwne pole ochronne! - krzyknął skądś Kingsley.
- Jeszcze chwilę temu działały! - To był stanowczy głos McGonagall.
- Dan. - Pogładziłem twarz kochanka. – Hej, obudź się! Popatrz na mnie.
Nie reagował. Robił coś z dłońmi, a mnie napawało to niepokojem. Skoro potrafił po prostu „pochwycić" czyjąś magię i ją uwięzić, kto wie, co jeszcze mógł zrobić. A w stanie, w jakim się teraz znajdował, niczego nie można było być pewnym. Gdyby ich pozabijał, nigdy by sobie tego nie wybaczył.
Chwyciłem jego dłonie w mocny uścisk, mając nadzieję, że tym samym zdołam powstrzymać to coś… cokolwiek on robił.
- Dan. Hermiona. - To był zachrypły głos Rona. Zataczał się, starając się do nas dostać.
- Ron, na Merlina! Dlaczego nie jest ogłuszony, Arturze? - Molly dopiero teraz dostrzegła, że jej najmłodszy syn nie jest już pod działaniem ich czarów.
- Zrobiłem to!
Dan wciąż coś szeptał. Krew wypływała z jego boku.
- To nie tak, jak myślicie, nie jesteśmy pod działaniem uroków. Wszystko źle zrozumieliście! - wrzeszczała Hermiona.
- To dzieje się tylko w twojej głowie, panno Granger. Proszę. Chodź tutaj. -McGonagall powoli do nas podchodziła, mimo braku swojej magii.
Ogon Dana się poruszył. Ktoś krzyknął, a ja napiąłem dłonie jeszcze bardziej, tak by przypadkiem Dan nie wyrwał się z mojego uścisku. Otoczył nas wszystkich ogonem, jakby nie chciał, by ktokolwiek od niego odchodził. Teleportowałbym się, gdyby nie to, że nie byłem pewien w tej chwili, czy jakbym to zrobił i przerwał jego magię, nie skończyłoby się to śmiercią bądź charłactwem zebranych.
- Dlaczego, na Merlina, nie porozmawiacie z Dumbledorem! On wszystko by wam wyjaśnił! – Hermiona zabrzmiała nieco rozpaczliwie.
- Dumbledore nie jest sobą! Od wakacji nie jest tym, kim był. - Głos McGonagall za to brzmiał donośnie.
Ten staruch i jego załamanie nerwowe! Przez niego zostaniemy wpędzeni do grobu!
- Hermiono. Powiedz mi, czy masz swoją magię? – zapytałem dziewczynę, chcąc w końcu zacząć ratować tę sytuację.
Spojrzała na mnie przerażona.
- Magię. T-tak. Chyba tak. - Zamachała różdżką i posłała kilka iskierek.
- Wyślij Patronusa z wiadomością do zamku. Dyrektor natychmiast musi się tu pojawić. Nie wiem, czy utrzymam Dana w tym stanie, w jakim jest.
Kiwnęła głową i posłała czar w niebo, szepcząc słowa. I sekundę później, jakby się orientując, w czym tkwi najważniejszy problem, przywołała porzuconą kurtkę Dana i założyła mu ją na ramiona.
Przez to, że w naszej prowizorycznej szklarni było naprawdę ciepło, zdjęliśmy swoje okrycia. Teraz jednak wszyscy drżeliśmy, narażeni na zimno angielskiej pogody.
Kilka kroków dalej Ron siłował się z bratem i Kingsleyem.
- Puśćcie mnie, do cholery! To nie tak, jak myślicie! Nikt nie jest przeklęty ani nie jest pod wpływem eliksiru!
- Profesorze, on traci strasznie dużo krwi. - Usłyszałem zmartwiony głos z boku. Potter klęczał obok nas i przyciskał zakrwawione dłonie do boku lamii.
Nie wiedziałem, co zrobić, co powiedzieć. Nie chciałem puścić jego dłoni, ale też i musiałem w końcu zatrzymać to krwawienie. Gdzie ten Dumbledore?
- Dan. Cokolwiek robisz… Nie chcesz tego, prawda? - Starałem się znaleźć świadomość w jego oczach. Bez efektu.
Ktoś coś krzyczał o tym, że nie może znaleźć granic posiadłości. Kilka razy próbowano do nas podejść, ale Hermiona z Harrym, posiadający wciąż magię, odpychali ich i bronili się zaklęciami. Byliśmy w impasie.
Gdyby tylko Dan zdołał puścić to, co trzymał.
W rozbłysku ognia, wraz z Fawkesem, pojawił się Dumbledore. Feniks zaśpiewał i przeleciał nad naszymi głowami, przypadając do boku Dana. Odetchnąłem z ulgą, gdy zobaczyłem, że ognisty ptak, korzystając ze swoich magicznych łez, począł pomagać w zasklepieniu rany lamii.
Oczy Dumbledore rozszerzyły się w szoku, gdy zobaczył stojących dookoła ludzi.
- Minerwo! Arturze! - Rozpoznał pierwszych, chcąc najwyraźniej już coś zacząć mówić.
- Zostaw ich, do cholery, Dumbledore! Dan coś zrobił i nie wiem, jak go zawrócić! -wykrzyknąłem do niego.
Natychmiast do mnie podszedł.
Spojrzał na leczącą się powoli ranę Dana i na ilość krwi znajdującą się pod nim. Zaciskając wargi, wlał mu do ust błyszczący eliksir. Rozpoznałem ten wywar, sam go w większość zaopatrzyłem. Nie sprzeciwiłem się, gdy i do moich ust wlano jeden za drugim eliksiry, na zatrzymanie krwawienia i uśmierzający ból. Też byłem ranny. Rozcięcie na moim ramieniu, w którym wciąż tkwił kawałek szkła, bolało, jakbym był u rzeźnika.
Dumbledore był dobrym obserwatorem, i mimo że z całą pewnością nigdy wcześniej nie widział lamii w tym jego odległym magicznym transie, od razu wiedział, że to nie było coś, co można zignorować.
- Co on robi, Severusie? - zapytał starzec.
- Chwycił ich magię - powiedziałem, bo to było chyba to, co zrobił.
- Chwycił magię? – wykrztusił dyrektor.
- Nie wiem, jak to opisać. Pozbawił ich magii. Trzyma ją chyba w dłoniach. Nie jestem pewien, a boję się, że jak go puszczę, to może nawet ich nieświadomie pozabijać.
Dumbledore spojrzał na moje zaciśnięte aż do białości ręce i przełknął ciężko.
- Dumbledore... – Kingsley, wychodząc w końcu z ukrycia, wykonał kilka kroków w przód.
- WYSTARCZY! Natychmiast się uspokójcie i opuście różdżki! - Głos dyrektora brzmiał donośnie i tak potężnie, jak nie brzmiał od dawna. Popatrzył po wszystkich poważnie i wrócił spojrzeniem na mnie i Dana.
- Dan, chłopcze drogi. Już dobrze. Już nikt cię nie atakuje - powiedział powoli do niego.
- Wszyscy są już bezpieczni i spokojni - dodała cicho Hermiona. Trzymała ramię Dana od dłuższego czasu. - Chcesz nas chronić, prawda? Dlatego nas otoczyłeś ogonem?
Miała rację. Dan nas chronił.
- Dan, już dobrze. Dumbledore zajmie się wszystkimi, którzy cię zranili, nie musisz nic robić. Puść to, co trzymasz - powiedziałem. Nie wiem, ile inni członkowie Zakonu rozumieli z tego, co się dzieje, ale raczej wątpliwe, by pojęli wagę sytuacji.
- Ron! – krzyknęła wysokim tonem Molly.
Weasley najwyraźniej w końcu wydostał się z uścisku rodziny i dobiegł do nas.
- Dan, stary! To wszystko moja wina! Okej? Ale już dobrze. Jak chcesz, mogę później za karę bez skrzywienia oglądać, jak się przytulasz z Snape'em.
To dopiero widowisko. Grupka ludzi zebrana dookoła istoty nie z tej ziemi i starająca się go przekonać, by się uspokoił i wrócił do zmysłów.
- Na Merlina! Co to wszystko znaczy? - Lupin wyksztusił to przez ściśnięte gardło.
- Dumbledore! Najwyższy czas, byś coś nam wyjaśnił! To już zachodzi za daleko! -Minerwa brzmiała jak demon z piekieł, gdy mówiła bardzo groźnym i przepełnionym gniewem głosem.
- Nie teraz, Minerwo. - Dumbledore wlał kolejny eliksir w usta Dana.
Pobudzający.
- Im wszystkim odbiło. Harry, na Merlina! Odejdź już stamtąd. Chodź do nas! -wrzasnął Black.
- To wszystko wasza wina! - Jak zwykle, Potter nie radził sobie z tak stresującymi sytuacjami i wydawał się być na granicy łez.
Dan wciąż nie dochodził do siebie.
Będą mi to wypominać. Bardzo długo wypominać.
Przybliżyłem usta i pocałowałem go. Ktoś sapnął zszokowany. Świadomość przez chwilę zabłysła w oczach Dana, ale nie wrócił. Tak jakby uważał, że istotniejsze jest trzymanie czyjejś magii, niż powrót do mnie. Hermiona miała rację. On nas chronił.
Obróciłem się i ignorując zszokowane spojrzenia po moim ostatnim działaniu, skupiłem wzrok na Weasleyach. Od nich chyba będzie najłatwiej zacząć.
- Weasley. Sprowadź tu swoją rodzinkę.
- Co? - Ron zamrugał.
- Musimy pokazać Danowi, że to nie są jego wrogowie – przekonywałem Weasleya sztucznie spokojnym głosem. Po czym, widząc, że się nie poruszył, warknąłem: - Później wyjaśnię! Jeśli chcesz dobra swoich rodziców, sprowadź ich tutaj i przekonaj do miłego zachowania.
Weasley natychmiast obrócił się i przebiegł kilka jardów, chwycił swoją matkę za jedną dłoń, a ojca za ramię, ciągnąc ich w naszą stronę i krzycząc, by Bill też poszedł za nimi. Dan napiął się lekko pod moimi dłońmi.
- Popatrz. To państwo Weasley - powiedziałem cicho. - Ona robiła ci kilka razy sweter na święta, a on pokazywał jakieś swoje mugolskie ustrojstwa z zapytaniem, do czego służą. Jestem też pewien, że to jego autem przyleciałeś kiedyś do Hogwartu. Prawda?
Cisza.
- A ten chłopak. To brat twojego przyjaciela, Bill Weasley, pamiętasz? Wielka rdzawo-ruda rodzina Weasleyów. Zawsze byli dla ciebie mili. To wszystko to tylko nieporozumienie.
W końcu Weasleyowie stanęli prawie na wyciągnięcie dłoni. Molly była wyraźnie przerażona. Miałem nadzieję, że Dan później nie będzie tego pamiętał.
- Dumbledore? - Artur patrzył niepewnie na nas wszystkich.
- To bardzo ważne, co teraz się dzieje, Arturze – odparł dyrektor. - Musicie nas posłuchać. Dan nie zrobi nikomu krzywdy, ale wystraszyliście go i zrobił coś, co zatrzymało waszą magię. Musicie mu pokazać, że nie stanowicie zagrożenia.
- Naszą magię? - Molly chyba miała zaraz zemdleć. Wszyscy nas słyszeli i reakcje były podobne.
- On nie jest kimś złym. On... – Dyrektorowi zabrakło słów.
- Może powiedzieć im, kim był Dan, wtedy może to będzie łatwiejsze? - zasugerowała Hermiona.
- To wymagałoby mnóstwa wyjaśnień, na które nie mamy teraz czasu! Dan jest przemarznięty, a nie wiemy, co się stanie, jak zaśnie – wyjaśnił Dumbledore.
- Mamo, dotknij jego ramienia. I powiedz mu, kim jesteś. Pozna cię. - Ron szarpnął matkę do przodu.
- Dotknąć? - Jej głos zabrzmiał wyjątkowo piskliwie ze strachu. Miałem naprawdę nadzieję, że Dan nie będzie tego pamiętał.
- O, tak.
Chłopak nachylił się i położył dłoń na ramieniu Dana, po czym pociągnął matkę i przyłożył jej dłoń do tego samego miejsca. Dan patrzył na nią oczami boga.
- Przedstaw mu się - podpowiedział Ron.
- Ekhm. Jestem… Molly. Molly Weasley - powiedziała kulawo i szybko zabrała dłoń.
Artur wydawał się nieco pewniejszy, gdy sam się przedstawiał, dotykając ramienia Dana, a zaraz za nim był Bill.
Dumbledore wyciągnął Kingsleya i McGonagall, namawiając ich, by zrobili to samo. A Hermiona i Harry kłócili się z Syriuszem oraz stojącym obok nich Lupinem, bez efektu starając się również ich do tego przekonać. W końcu profesorka spokojnym i wyważonym głosem przedstawiła się, dotykając lamii, a zaraz po niej zrobił to Kingsley. Szeptałem mu cicho, że przecież zna ich oboje i że nie chcieli go tak naprawdę skrzywdzić.
- Oczekuję mnóstwa wyjaśnień, Albusie. - Głos McGonagall był bardzo nauczycielski, gdy się oddaliła o kilka kroków.
Dumbledore podszedł do Lupina i Blacka, dołączając się do dyskusji. Hermiona szarpnęła Remusa za dłoń, ciągnąc go w naszą stronę. Reszta została w tyle.
Lupin był blady i oddychał głośno, gdy podszedł.
- Dan, to Lupin. Wiesz, kim on jest, prawda? – zapytała ostrożnie, obserwując twarz przyjaciela. Nie doszukawszy się reakcji, ponaglająco spojrzała na Remusa. - Niech się pan do niego zbliży.
Wilkołak odchrząknął, a jego dłoń wyraźnie drżała, gdy delikatnie położył ją na ramieniu Dana.
- Jestem Remus Lupin - powiedział powoli. – Przepraszam, że cię zaatakowaliśmy. Byłbym wdzięczny za odzyskanie magii. Czuję się bez niej trochę pusty.
Dan zamrugał. Po raz chyba pierwszy, odkąd popadł w ten stan. Już miałem nadzieję, że się wybudza, ale jego oczy wciąż były puste.
Warczący Syriusz został przyciągnięty siłą jako ostatni z grupy.
- Was pogięło! Nie dotknę jakiegoś pomiotu Voldemorta.
Och, jak bardzo w tamtej chwili chciałem puścić te szczupłe dłonie, tak by lamia dokończył to, co zaczął.
- Po prostu to zrób, okej? Nie musisz go przytulać. Wystarczy, że go na chwilę dotkniesz i powiesz, kim jesteś - przekonywał Harry.
- A jaka pewność...
- Nie ma pewności, Syriuszu, ale coś musimy zrobić - wtrącił Dumbledore.
Black warknął. Ale w końcu, łypiąc nieprzyjaźnie na mnie i Dana, ledwo musnął jego ramię i przedstawił się.
Lamia przez chwilę na niego patrzył. W końcu jednak przymknął oczy.
- Dan. - Popatrzył na mnie. - Dan. Teraz puszczę twoje dłonie. A ty musisz się skupić. Trzymasz coś bardzo cennego. Coś, co należy do kogoś innego. Puść i oddaj to właścicielom. Rozumiesz? Będziesz bardzo niepocieszony, jeżeli tego nie oddasz, ale dopiero później sobie zdasz z tego sprawę.
Chłopak spuścił wzrok na swoje dłonie, jakby nie rozumiał, co mówię. A ja miałem nadzieję, że to co zrobiliśmy, wystarczy.
Puściłem go i obserwowałem uważnie.
- Bill, możesz już rzucić jakiś czar? - spytał szybko Dumbledore.
Bill spróbował.
- Nie.
- Dan. Oddaj to, co trzymasz - powiedziałem po raz kolejny wyraźnie.
Uniósł powoli wzrok i dłonie w górę. W stronę nieba. Wydawał się taki odległy.
- Bill? - ponownie dociekał dyrektor.
- Wciąż nic. - Brzmiał na lekko spanikowanego.
- Dan… - poprosiłem po raz kolejny.
- To ma ładne kolory, prawda? - Hermiona nagle się wtrąciła. Cholera, zapomniałem, że on widział magię jako kolory. Granger dobrze zwróciła na to uwagę. - To jest ładne i kolorowe. Ale nie jest twoje. Oddaj, proszę, te kolory tam, gdzie mają być.
Dan zamrugał, przeplatając palcami w powietrzu.
Pogładziłem go po twarzy.
- Hej, spójrz na mnie.
Popatrzył mi w oczy.
- Już wszystko dobrze. Oddaj kolory tam, gdzie mają być.
Opuścił dłonie. Złapał moją twarz w swoje szczupłe palce i nachylając się, pocałował.
Odpowiedziałem.
A on zamknął oczy i zasnął w moich ramionach, opierając głowę o mój bark.
DAN
Dziwne obrazy przeplatały się w mojej głowie. Mieszanki twarzy i słów, jakby tysiąc snów na raz chciało mi się wyświetlić w głowie w pięć minut. To powinno sprawić, że będzie mnie bolała. Ale sprawiło tylko, że byłem głodny.
Otworzyłem oczy i ziewnąłem potężnie. Chyba miałem sklejone powieki, bo otworzyły się z ogromnym trudem.
Ciemne kamienie, uchylone drzwi od łazienki. Ciepłe, ale puste łóżko.
Znałem to pomieszczenie. Byłem w komnatach Severusa w Hogwarcie.
Podrapałem się po głowie i pomasowałem czoło, starając się odnaleźć w czasie. Jak się tutaj znalazłem? Ostatnie, co pamiętałem, to szklana kopuła w ogrodzie Treewalle. I coś chyba z McGonagall i Syriuszem. Choć to mógł być sen.
Podniosłem się ostrożnie i nieco zachwiałem na swoim ogonie. Czyżbym coś pił ostatniego wieczoru? Przecież Severus nie lubił dawać mi alkoholu.
Skierowałem się do łazienki z zamiarem kąpieli. Moja skóra swędziała okropnie. Jednak przechodząc obok okna, aż się cofnąłem.
Zamrugałem kilka razy i w końcu przywarłem do szyby. To okienko było tuż nad ziemią, skierowane na zarośnięte zbocze za szkołą. Nigdy nieodwiedzany przez uczniów zakątek ze względu na to, że był zbyt stromy, by można w ogóle po nim chodzić.
Jednak był stąd dosyć interesujący widok na zachodni kraniec Zakazanego Lasu i wzgórza nieopodal.
Jednak to nie koncepcja zachodu słońca mnie przyciągnęła do okna, a widok przyrody.
Po śniegu nie było najmniejszego śladu. A drzewa, jeszcze zdawać by się mogło, wczoraj oblepione śniegiem, teraz były obrośnięte pączkami liści.
Oparłem się o parapet i prawie upadłem.
Albo mam amnezję, albo przespałem całą zimę!
Do wiosny!
Drzwi trzasnęły z hukiem i do komnaty wpadł Severus. Był wyraźnie zasapany i wyglądało na to, że biegł.
Jego oczy się rozszerzyły, gdy na mnie spojrzał. Zobaczyłem mnóstwo zmartwienia i troski na jego obliczu, tym razem bez żadnych masek, gdy jego dłonie wyciągnęły się w moją stronę.
Objął mnie i przytulił bardzo mocno.
Nic nie mówiąc, oddałem uścisk, czując się winny, że przysporzyłem mu tylu trosk.
- Przepraszam - powiedziałem i sam ledwo rozpoznałem swój zachrypnięty głos. Odchrząknąłem i przełknąłem suchość w gardle.
- Nie powinieneś wstawać - wyksztusił, a jego głos brzmiał podobnie jak mój. Zachrypnięty i wydostający się z trudem przez ściśnięte gardło.
Pokręciłem głową.
- Wnioskuję, że już dosyć się należałem w tym łóżku. Chciałem iść do łazienki.
- Pomogę ci - zaoferował.
Sam dałbym radę, ale nie chciałem odtrącać dłoni Severusa. Najwyraźniej i on, i ja, potrzebowaliśmy poczuć się nawzajem.
Łazienka wzywała. Umyć włosy, zęby, rozprostować ciało w ciepłej wodzie.
Nie zajęło dużo czasu, a już wylądowałem z Severusem w wannie pełnej wody. Starałem się sięgnąć do połączenia i zmienić ciało na nogi, ale moja przemiana i magia zdawały się być bardzo odległe, więc zostawiłem to na później.
Pachnący cytryną szampon odświeżająco zaczął się pienić na mojej głowie, gdy Severus mył mi włosy. Poddałem się jego dotykowi.
- Co dzisiaj za dzień? - zapytałem, gdy zmył pianę ciepłym strumieniem wody.
- Szósty kwietnia.
Oparłem się o jego bark i pogładziłem go po policzku.
- Spałem cały czas?
-Tak. Od wigilii, dwudziestego czwartego grudnia, do dziś. - Woda znikła z wanny i pomógł mi usiąść na jej brzegu, spłukując resztę piany. - Nie przyjmowałeś pokarmów w normach i doszliśmy do wniosku, że twój sen to jakaś magiczna hibernacja. Nie schudłeś prawie wcale i zdawałeś się po prostu spać. Tak jak kiedyś, po odnowieniu przez ciebie osłon Hogwartu.
Pokiwałem głową. Ponownie spróbowałem sięgnąć do połączenia we mnie i odzyskać nogi, ale wciąż wydawało się być za daleko. Nie mogłem go uchwycić. Nie chciałem jednak od razu o tym Severusowi mówić. I tak widziałem, że nie było mu łatwo.
Spałem prawie cztery miesiące.
- Jestem głodny.
Z mokrymi włosami ułożyłem się wkrótce przed rozpalonym ogniem w kominku, biorąc pierwsze łyki ciepłej zupy. Severus nie pozwolił mi zjeść niczego innego, choć zapewniałem go, że czuję się na siłach, by zmieścić pieczeń bądź gulasz.
Popatrzył na mnie jednak z czymś dziwnym w oczach i dał wykład na temat głodówki oraz złych decyzji żywieniowych po niej, także dałem sobie spokój i jadłem zupę, pozwalając mu badać się za pomocą zaklęć.
Wyniki musiały być w normie, bo nic nie powiedział.
- Już wszystko dobrze, Severusie. Naprawdę – zapewniłem.
Mruknął coś i usiadł obok mnie.
- Co się tak właściwie stało?
Wahanie pojawiło się na jego twarzy. Tak jakby usłyszenie, dlaczego zapadłem w tę dziwną śpiączkę miało sprawić, że ponownie mnie ona dopadnie.
- Co pamiętasz jako ostatnie? - zapytał ostrożnie.
Odłożyłem pusty talerz i usiadłem niżej na ziemi, kładąc głowę na jego kolanach.
- Wigilię. Był tam Harry i Hermiona, wiem, że czekaliśmy na Dumbledore'a, który miał do nas dołączyć po obiedzie wigilijnym w szkole. I chyba Rona jeszcze nie było. Choć chyba mi się śniło, że go widziałem.
- Pojawił się tam. Z gośćmi.
Zamrugałem, unosząc wzrok, a Severus mnie uważnie obserwował.
- McGonagall, Black i Lupin razem się zmówili. Ta głupia kobieta popadła w jakąś paranoję przez zachowanie Dumbledore'a, a ci idioci jeszcze bardziej ten płomień podsycili. Nie będę się rozdrabniał, do jak szalonych wniosków doszli w swoich rozmyślaniach. Powiem ci jednak, że podejrzewali Dumbledore'a i Pottera o to, że są albo pod działaniem magii śmierciożerców, albo zostali podmienieni.
- Niewiele się pomylili. Harry został podmieniony.
Mężczyzna pstryknął mnie palcem w nos, który zaraz potarłem, wykrzywiając wargi.
- Nie przerywaj. Ogólnie ich plan był sensowny. Wiedzieli, że Ron zamierza jakoś się przenieść na spotkanie z nami, więc rzucili na niego Imperio i udali się razem z nim. Jeżeli zobaczyliby kogoś z „ich strony", planem był szybki chwyt i ucieczka świstoklikami z powrotem. I tak oto się pojawili na naszym obiedzie wigilijnym, a widząc cię... - przerwał i machnął ręką w geście rezygnacji.
No cóż, łatwo było mi zrozumieć, jak zareagowali na mój widok. Taktyka: najpierw atakować, a potem pytać.
- Kto tam był? - zapytałem ostrożnie. Mimo że miałem jakieś przebłyski, to nie byłem pewien, czy to był sen, czy jawa.
- Molly i Artur Weasleyowie wraz z synem, Billem. A także McGonagall, Kingsley, Black i Lupin.
Czyli jednak mi się nie przyśniło, że widziałem panią Weasley, patrzącą na mnie, jakbym był najgorszym i najpaskudniejszym stworzeniem tej ziemi.
Skuliłem się, zaciskając wargi. Severus przeczesał moje włosy palcami.
- To Black uderzył jakimś paskudztwem z taką siłą, że rozwaliło nasze szklane schronienie, a że kierował bezpośrednio w ciebie, odrzuciło cię na kilka dobrych metrów i poraniło paskudnie. Mnie odrzuciło w drugą stronę i nie mogłem się do ciebie dostać, gdy latały kolejne zaklęcia. I wtedy ty złapałeś ich magię. - Poczułem się zdezorientowany i najwyraźniej było to widać na mojej twarzy, bo Severus kontynuował. - Nie wiem, jak to zrobiłeś i jakim cudem to zadziałało. Widzisz magię, prawda?
Pokiwałem głową.
- Moją też?
Przytaknąłem.
Nawet teraz widziałem delikatne smużki niematerialnej poświaty jego magii.
- Jakimś cudem wyciągnąłeś dłonie i zrobiłeś coś, co zatrzymało ich magię. Przez dobrych dwadzieścia minut nie mogli w ogóle czarować i tym samym użyć świstoklików do ucieczki. Nie pamiętasz tego, prawda?
Pokręciłem głową. Severus wyglądał tak, jakby spodziewał się tej odpowiedzi.
- Samo to, że zatrzymałeś ich magię, dało nam czas na uspokojenie całej sytuacji. Sprowadziliśmy Dumbledore'a i to on, po tym jak już uwolniłeś ich i zasnąłeś, wytłumaczył im wszystko.
Przełknąłem ciężko.
- Wszystko? - zapytałem przerażony.
- Począwszy od tego, jak cię znalazł. Poprzez zdarzenia wakacyjne, a na naszym związku kończąc.
- Wszystko! - zapiszczałem nieswoim głosem. I ukryłem twarz w dłoniach. Nie miałem pojęcia, jak teraz będę mógł spojrzeć McGonagalll w oczy, gdy ta wiedziała, że jestem w związku z Severusem. Nie wspominając o Syriuszu i Remusie. Chociaż nie! Ich pewnie i tak już nigdy w życiu nie zobaczę. To w końcu nie byli przyjaciele moich rodziców, tylko Harry'ego.
Zadrżałem. I poczułem się strasznie mały i słaby. Ci ludzie tak naprawdę nie byli osobami z mojej przeszłości. To byli „dorośli", którzy byli w moim pobliżu, dlatego że byłem Harrym Potterem.
- Było mnóstwo krzyków. Aż dziw, że cię nie obudziły - kontynuował Severus. -Niektórzy powiedzieli za dużo na temat tego, co Dumbledore powinien był zrobić, gdy znalazł cię obok Pottera – dodał, a jego głos zabrzmiał ostrzej. - Ale twoi przyjaciele walczyli, jak na gryfonów przystało, i wręcz zdawało mi się czasami, że ich krzyk przypomina ryczenie lwa. Bardzo poetyckie to wszystko było. I na koniec wszyscy złożyli Przysięgę Wieczystą, że nie zdradzą nikomu ani tego, jak wyglądasz, ani tego, gdzie jest twój dom, czy tego, kim byłeś.
- Wszyscy... Przysięgę Wieczystą? - wykrztusiłem z siebie zszokowany, mając nadzieję, że coś źle zrozumiałem.
- Nawet twoi przyjaciele. To Granger wpadła na ten pomysł i sama się mu poddała jako pierwsza, a Potter i młody Weasley zaraz za nią. W obliczu tak gryfońskiej lojalności inni nie mieli wyjścia i nawet Dumbledore ją złożył. Teraz, jeżeli chcą o tobie przekazywać jakieś informacje, musisz im, jako osoba, której przysięga dotyczy, osobiście udzielić zgody. I tak wątpię, by to cokolwiek zmieniło, skoro wie o tym już tyle osób.
- A ty? Ty ją składałeś?
- Mnie większość tego bałaganu ominęła i tylko te najgłośniejsze krzyki do mnie docierały. Zabrałem cię do domu i próbowałem obudzić różnymi sposobami. Ale skoro obudziłeś sie dopiero teraz, chyba rozumiesz, że moje starania nie przyniosły efektu. Mogę jednak tutaj zaraz tobie przysiąc, jeśli...
- Nie! Nie ty! Nie rób tego! - Pokręciłem gwałtownie głową, zakrywając mu usta dłońmi.
Wydawał się rozumieć. Przytuliliśmy się do siebie.
- Cieszę się, że się obudziłeś.
- Cieszę się, że już nie śpię – powiedziałem, ziewając.
Odsunął mnie natychmiast.
- Jeszcze nie jesteś na siłach. Wracaj do łóżka.
Niechętnie pozwoliłem się zaciągnąć do sypialni.
- Nie będziesz mi tym razem groził, że jak się jutro nie obudzę na czas, to mnie przeklniesz?
- Nie - zaprzeczył. - Będę czekał, aż do mnie wrócisz. Nawet jeśli miałbym czekać do kolejnych świąt.
- Na Merlina! Mam nadzieję, że nie!
Mimo że był środek dnia i zapewne w tej chwili Severus zostawiał na pastwę losu dzieciaków, a także swoją salę lekcyjną, to i tak się położył obok mnie i czekał, aż zasnę.
- Kocham cię, wiesz o tym?
Wkrótce zasnąłem. Nie byłem później pewien, czy powiedziałem to na głos, czy tylko pomyślałem. Nie mogłem sobie także przypomnieć, czy Severus coś mi odpowiedział.
XXXX
Obudził mnie dotyk na ramieniu.
Zamrugałem i otworzyłem oczy, bo wyczułem, że to ktoś inny niż Severus.
Hermiona patrzyła na mnie oczami pełnymi łez, ale z uśmiechem na twarzy.
- Nie chciałam cię budzić - szepnęła.
Pokręciłem głową, dając znak, że wszystko w porządku. Wyciągnąłem dłoń, gładząc ją po twarzy. Jej magia błyszczała się na moich palcach, gdy dotknąłem jej skóry na krótki moment. Niczym ślad pozostawiany na mnie, tak bym pamiętał, jaki kolor należy do niej.
Poruszyłem się lekko i zrozumiałem, że Severus wciąż jest obok mnie. Odchyliłem głowę. Spał, a jego oblicze wydawało się pokazywać za dużo oznak zmęczenia.
Skinąłem Hermionie głową na drzwi i sam, bardzo delikatnie, by nie obudzić kochanka, opuściłem posłanie, kierując się do salonu. Tam był też Ron, który uśmiechnął się szeroko i przytulił mnie tak mocno, że musiałem poklepać go po plecach ze zduszoną prośbą o tlen.
- W końcu, stary. Zacząłem już sądzić, że po prostu za każdym razem udajesz, że śpisz, gdy tu przychodzimy.
Uniosłem brwi.
- Severus dał wam swobodny dostęp do swoich komnat?
- Nie miał wyboru. Hermiona chodziła za nim jak cień, by nie przegapić momentu, jak będzie wracał do komnat, byśmy mogli cię odwiedzić. Trwało to może ze dwa tygodnie i plotki, że się w nim zakochała, wystarczyły, by nam to umożliwił.
- Zakochała? - Uniosłem brwi. - Kto by rozpowiadał takie plotki?
- Głównie Harry - powiedziała Hermiona z konspiracyjnym uśmiechem. - Tylko nie mów mu o tym. Wciąż nie wie, że to my zaczęliśmy rozpowiadać te plotki, by wywrzeć na nim presję.
Zachichotałem.
- Jak się czujesz? – zapytała.
Wzruszenie ramion to chyba dobra odpowiedź.
- Tak naprawdę, to nie wiem. Chyba normalnie. A co się działo, gdy spałem?
Uścisk palców Hermiony na mojej dłoni wzmocnił się.
- Jeżeli chodzi o szkołę, to jestem pewna, że bardzo szybko nadrobisz zaległości. W końcu i tak powtarzasz rok. A jeśli chodzi o ludzi…
Zerknęła na Rona, wymieniając z nim spojrzenia.
- Wiesz, że grono osób, które wiedzą, jak wyglądasz, się powiększyło, prawda?
Pokiwałem głową.
- Severus wszystko mi opowiedział. A raczej to, co powinienem usłyszeć. Jak oni zareagowali, tak naprawdę? Remus, Syriusz, twoi rodzice?
Ron podrapał się po karku i uciekł na chwilę wzrokiem. Chyba rozważał to, co powinno być powiedziane.
- Nie było łatwo, stary. To zamieszanie, jakie powstało… Zanim Dumbledore zdołał im wszystko wyjaśnić, było parszywie i głośno. A przekonanie ich, że nie jesteśmy pod działaniem żadnego zaklęcia i eliksiru, z Dumbledorem włącznie, zajęło mnóstwo czasu. Harry też musiał opowiedzieć wszystkim całą swoją historię, tak by nabrało to dla wszystkich istotnego sensu, a McGonagall była jak wybuchający kociołek, gdy zaatakowała wyrzutami i tym, że trzymali ich wszystkich w kłamstwie przez tyle lat. - Ron przerwał i spojrzał na dziewczynę takim wzrokiem, jakby prosił o pomoc w wyjaśnieniach, co ona oczywiście zrobiła.
- Dla dyrektora nie był to łatwy moment. Tym bardziej, że był świeżo po tym, jak w końcu pogodził się z tobą i Harrym. Wszystko znowu zostało wyciągnięte na wierzch -wyszeptała. - Chyba tylko fakt, że Harry stanął w jego obronie, zapobiegł kilku klątwom. No i oczywiście powstał twój problem, co... nie było łatwe dla nich do zaakceptowania. Przykro mi, Dan.
Pokiwałem głową. Nie musiała przepraszać za coś, czego się spodziewałem.
- Jednak Dumbledore powiedział, że jak mają zamiar skreślać ciebie, to powinni skreślić osobę, która, cytuję: „tobie, Syriuszu, oszczędziła pocałunku dementora i pomogła w ucieczce" - mówił Ron, naśladując starczy głos Dumbledore'a, choć wyszło mu coś bardziej jak Papa Smerf z bajki na dobranoc. - „Zawsze dziękowała za podarki, wielokrotnie pomagała i ratowała życie twoich dzieci, Molly"; i jeszcze coś, co pamiętam jak „ratował i pomagał uczniom szkoły oraz innym czarodziejom, których nawet nie zna, w wydostaniu się z opałów". I dodał, że to raczej on ma wątpliwości co do tego, czy powinien im teraz wciąż ufać.
Zamrugałem. Chyba zacznę płakać. Zarówno z żalu, że Dumbledore musiał użyć tak wzniosłych słów, by przekonać ludzi, których tak dobrze przecież znałem, jak i szczęścia, że był tak stanowczy w mojej obronie.
- Ostatecznie nie byłam pewna tego, jak to wszystko dalej się potoczy, ale już za dużo osób o tobie wiedziało. Dlatego wręcz wymusiłam Przysięgę Wieczystą. - Hermiona zdawała się być święcie przekonana, że jej wybór sposobu na rozwiązanie problemu był idealny.
- Wiem o tym. To było nierozważne. Wiesz, jak to się może skończyć. - Starałem się ostrożnie dać jej znać, że nie do końca uważam Przysięgę Wieczystą za coś, co powinno być stosowane tylko po to, by ukryć to, kim jestem.
- Tak. Ale nie wydawali się całkiem przekonani, a nie chciałam, by zaczęli z kimś obcym gadać na temat tego, gdzie masz dom i jak wyglądasz. Nie wspominając o tym, że potrafiłeś ich pozbawić magii na jakiś czas, co też przysporzyłoby wielu kłopotliwych wypowiedzi. Przysięga Wieczysta wydawała się być jedynym wyjściem.
Pokiwałem głową i westchnąłem, układając się nieco inaczej.
- Jednak teraz już jest dobrze, Dan - zapewniła mnie gorliwie przyjaciółka. - Wszyscy musieli po prostu ochłonąć, a jak to się stało, to nie mieli już do ciebie żadnych wątpliwości. McGonagall codziennie pyta się nas, czy twój stan zdrowia się zmienił. Syriusz i Remus też zaznaczyli, że chcą z tobą porozmawiać, jak tylko się obudzisz. Teraz bardzo często korespondują z Harrym i wszystko chyba się układa, gdy w końcu nie musi udawać kogoś, kim nie jest.
- Tak. Black jest zachwycony tym, że Harry gra na gitarze i usilnie stara się go namówić do ucieczki, by założyli zespół muzyczny w mugolskim świecie. Chyba też podchwycił temat motocykli. Najwyraźniej dla kumpli z mugolskiego świata Harry'ego był to częsty środek lokomocji i piszą o jakiś cewkach i dętkach w każdym liście - wtrącił Ron.
Uśmiechnąłem się lekko. To było zarazem smutne, jak i pocieszające. Miałem nadzieję, że z Harrym będzie już wszystko dobrze.
- Więc już wszystko w porządku, tak? To chyba dobrze, że przespałem całe to zamieszanie.
Hermiona skinęła głową. I nagle dostrzegłem, że znowu ma łzy w oczach. Napiąłem się, gdy przytuliła mnie ponownie, bardzo mocno, i rozpłakała się, mocząc moją koszulę. Przytuliłem ją niepewnie i pogładziłem po plecach.
- Hej, już wszystko dobrze.
- Tak się martwiłam, Dan! - czknęła w moje ucho. - Leżałeś te wszystkie tygodnie tak bez życia. Gdyby nie zaklęcia monitorujące Snape'a, to nie wiem, co bym zrobiła! Tak strasznie się o ciebie martwiłam!
- Już wszystko dobrze. A teraz, jak się zbliża lato, to raczej sen zimowy mi już nie grozi. Prawda?
Pokiwała tylko głową, ale potrzebowała chwili, by się uspokoić. Ron, niestety, nie wyglądał lepiej. Jego oczy podejrzanie błyszczały, ale na szczęście nie rozpłakał się. Chyba sądził, że mu to nie przystoi. Ja, z drugiej strony, beczałem ostatnio zdecydowanie za dużo i tym razem postanowiłem się nie złamać. Nie musiałem wszak płakać za każdym razem, gdy przyszła mi na to ochota, prawda?
Na szczęście w tym momencie pojawił się Harry, witając mnie po „najdłuższej popołudniowej drzemce wszechczasów", z szerokim uśmiechem i silnym uściskiem. Niezręczna sytuacja została zażegnana. W tym czasie też pojawił się Severus, przebrany, nieco ponury, ale nie wyganiał moich gości, więc nie wychodzili.
Jednak powoli zaczynało być tego dla mnie za dużo.
Gdy pojawiła się McGonagall, która mnie uściskała, czułem się niepewnie, choć była jak na nią wyjątkowo miła. I próbując chyba zażartować, powiedziała, że muszę uratować całość sytuacji i wrócić do drużyny Quidditcha, bo odkąd nie mają mnie za szukającego, wyniki drużyny zdecydowanie spadły. Starając się schować swój ogon pod stół, by nie patrzyła na niego, wcisnąłem się w jedno miejsce. Wciąż nie mogłem złapać połączenia i odzyskać nóg. Nie byłem jeszcze w pełni sił.
Zaledwie chwilę później pocztą pantoflową przekazywane informację sprawiły, że pojawili się państwo Weasley. Jeszcze nigdy nie czułem się tak niezręcznie, gdy mama Rona mnie przytulała, nachylając się nade mną.
Największy jednak stres mnie złapał, gdy w płomieniach pojawili się Syriusz i Remus.
Popatrzyli na mnie i miałem wrażenie, że zaraz zemdleję. Nie mogłem się już bardziej schować! Nie mogłem bardziej uciec! Całe moje ciało atakowały sprzeczne pragnienia. Chciałem ich dotknąć. Poczuć ich magię i pogładzić ich kolory. Jednak w tym samym momencie zdawali się tacy dalecy. Ich magia ruszała się niespokojnie. Targały nimi setki sprzecznych uczuć. Od tego wszystkiego, co mnie otaczało, co czułem przez kontakt z ich skórą, zaczynało mi się kręcić w głowie. Chciałem stąd uciec!
- Dan, prawda? - Remus uśmiechnął się do mnie i podszedł bliżej. Nie uśmiechnąłem się i nie wykonałem gestu, by przyjąć jego dotyk. Tego po prostu było dla mnie zbyt wiele.
Moje dłonie drżały.
- Może już koniec na dzisiaj. - Severus, moja deska ratunku, uznał najwyraźniej, tak jak ja, że poziom osób w jego komnatach został przekroczony.
- Nie marudź, Snape, chcemy tylko krótko pogadać.
Syriusz, wymijając Remusa, wykrzywił się do Severusa, a ten zrobił to samo w odpowiedzi.
- Cześć. - Uśmiechnął się do mnie i mimo że nie wykonałem żadnego ruchu, nagle mnie przytulił. Czułem się za słaby, by utrzymać pion. Policzki mnie paliły, a dłonie drżały. Magia Syriusza o szarawym odcieniu kłuła moją skórę. Był jednocześnie rozdrażniony, zły, niepewny i smutny.
Wcześniej to wszystko było o wiele prostsze. Czy wszyscy nie mogą mnie po prostu lubić?
Inni chyba źle interpretowali moje milczenie, a Severus był teraz skupiony na piorunowaniu wzrokiem pleców Blacka.
Magia tych ludzi. Mimo że znajoma w swoich barwach, była jakaś inna. Zmienili się.
Miałem tylko nadzieję, że nie zemdleję przy nich wszystkich.
- Dan. Posłuchaj mnie proszę. - Syriusz wyprostował ramiona w łokciach i popatrzył mi w oczy. - Mimo tych zmian, wiedz, że możesz zawsze na mnie polegać. - Uśmiechnął się szeroko. - Nie jesteś może Harrym, ale z pewnością jesteś wystarczająco super, by być jednym z Huncwotów i mój dom będzie zawsze dla ciebie stał otworem. Przecież nie ma nic lepszego od jednego chrześniaka, jak mieć ich dwóch.
Zamrugałem. To było… bardzo miłe. Uśmiechnąłem się do niego z ulgą.
- Nie jesteś spokrewniony z Jamesem i Lily, jednak poznałem cię już wystarczająco, by wiedzieć, że nie chcę, byś czuł się od nas odsunięty - ciągnął dalej animag, zaciskając dłonie na moich ramionach. - Walczyłeś z Voldemortem i jego poplecznikami jak prawdziwy wojownik, a ja osobiście zawdzięczam ci swoje życie. Nie chcę, byś myślał, że to, jak wyglądasz, mi przeszkadza! Mogę ci to udowodnić choćby i dzisiaj! W końcu nie musisz sypiać z tym tłustowłosym dupkiem, żeby mieć towarzystwo w nocy. Powiedz tylko słowo, a mogę się go dla ciebie pozbyć, choćby i zaraz!
Rozszerzyłem oczy. McGonagall sapnęła z oburzeniem, a Remus pokręcił głową z rezygnacją nad ramieniem Syriusza, mrucząc przyciszonym głosem: „zaczął tak dobrze, a skończyło się jak zwykle."
- Black, na Merlina, wynoś się z moich komnat, albo nie ręczę za siebie! – warknął Severus.
- Daj spokój, Snape, przecież wiesz, że każdy byłby lepszym kochankiem, niż ty. Na przykład ja.
Twarz Severusa poczerwieniała ze złości.
Cofnąłem się ostrożnie od Syriusza, mimo że mnie wciąż nie puszczał. Od magii byłego gryfona, teraz iskrzącej się w złości, znowu zakręciło mi się w głowie. Na szczęście Remus przyszedł mi z pomocą, chwycił ucho animaga i odciągnął go ode mnie, po czym przykucnął, by być na wysokości moich oczu.
- Dan. Tym swoim idiotycznym sposobem Syriusz próbuje powiedzieć, że jeżeli chodzi o nas, to wszystko w porządku i zapewniamy, że chcemy się z tobą dalej widywać.
Pokiwałem głową. Syriusz i Severus piorunowali się wzrokiem, stając prawie nos w nos.
- Koniec waszej wizyty, Black - wysyczał mistrz eliksirów.
- Co, prawda w oczy kole? Ciekawe, ilu chłopakom podczas nauki dawałeś oceny za spanie z tobą? Może dyrektor i McGonagall powinni się przyjrzeć kilku rocznikom? Co, Smarkerusie? – szydził Syriusz.
Różdżka pojawiła się w dłoni Snape'a, ale nic nie powiedział, a Black śmiał mu się prosto w oczy. To nie wyglądało dobrze. Ja nie czułem się dobrze.
- Dan, wszystko w porządku?
Hermiona zwróciła moja uwagę, chwytając mnie za ramię. Przełknąłem. Nie wiedziałem, jak się skończy to, że otworzę usta. Tym że zwymiotuję, czy tym, że jęknę. Jednak spokojna, zmartwiona magia Hermiony sprawiła, że nieco zdołałem się otrząsnąć z tej huśtawki uczuć.
Przełknąłem gulę w gardle.
- Nie czuję się komfortowo w tej formie, gdy jest tu tyle osób – wyksztusiłem, powoli wypowiadając słowa.
- Możesz się przemienić. Już ci przyniosę koc, byś się przykrył.
Hermiona podbiegła do kanapy, ale to pani Weasley mi go podała z lekkim uśmiechem.
Skinąłem tylko głową, przyjmując go. Koc opadł on tylko na mój ogon, jednak nie poruszyłem się.
Hermiona zamrugała i widziałem pytanie w jej oczach.
- Nie mogę. – Odwróciłem twarz.
- Czego nie możesz? - Nie rozumiała.
- Nie mogę się w tej chwili przemienić. Już kilka razy próbowałem. Nie dałem rady.
I chyba dopiero to otrzeźwiło Hermionę i Rona, który to również usłyszał. Bo inni tylko zmarszczyli brwi.
Jak na razie, wnioskując po tym, jak reagowało moje ciało na różne czynniki, istniał tylko jeden powód, dlaczego nie mogę się przemienić. To znaczyło, że nie byłem do końca zdrowy.
- Przepraszam wszystkich, ale musimy skończyć spotkanie. - Hermiona gwałtownie i głośno stanęła sztywno na nogach, zwracając uwagę wszystkich. Ron już chwycił swoich rodziców i zaczął ich ciągnąć w stronę wyjścia.
- Pani profesor, proszę iść na herbatę z moimi rodzicami – zwrócił się do McGonagall.
- Ależ panie Weasley, nie tak szybko! - zawołała opiekunka domu lwa.
Jednak dorastający Ron miał dosyć sporo krzepy i niezwykle sprawnie wyszło mu wyciągnięcie McGonagall za drzwi i zatrzaśnięcie ich przed nosem swoich rodziców i profesorki.
Wtedy też Syriusz i Severus dostrzegli, że coś się dzieje.
- Chodźmy, Syriuszu. Musicie wracać do domu. - To Harry pociągnął go w stronę kominka. - Jeszcze się do was odezwę.
- Hej, ale co się dzieje?! – wykrzyknął zdezorientowany Syriusz.
Severus już przy mnie był, przyklękając.
- Co ci jest?
Otworzyłem i zamknąłem usta. Tylko dziwnie syknąłem.
- On nie jest jeszcze całkiem zdrowy, profesorze. Nie może się zmienić – pośpiesznie wyjaśniła Hermiona.
Snape zmrużył na mnie gniewnie oczy, a ja tylko słabo się uśmiechnąłem. Opierałem się wciąż o stół, pozostając w tej samej pozycji już od dłuższego czasu.
- Dasz radę dostać się do łóżka?
Nie odpowiedziałem od razu. W końcu jednak pokręciłem głową. Syriusz wreszcie został wepchnięty do kominka i zniknął, a Remus jeszcze popatrzył w moim kierunku ze zmartwieniem, zanim pomachał mi dłonią i udał się za przyjacielem.
Harry chyba był niezdecydowany, czy powinien też pójść. W końcu jednak stanął w tyle, obserwując, jak Severus lewituje mnie do łóżka.
Westchnąłem z ulgą, gdy wyprostowałem plecy na miękkim materacu. Przykryto mnie po same uszy.
- Chcesz coś jeszcze zjeść?
Pokręciłem głową. Tak naprawdę chciałem tylko, by moi przyjaciele mnie przytulili i razem ze mną zasnęli w łóżku. Wiedziałem jednak, jak głupio by to brzmiało, więc nic nie powiedziałem.
Chwyciłem jednak Severusa za dłoń, powstrzymując go przed zbytnim oddaleniem się ode mnie; nie chciałem, by opuszczał mój bok. Proszę, nie odchodź.
Patrzył przez chwilę, ale w końcu chyba zrozumiał i wspiął się na łóżko, obejmując mnie delikatnie.
- My już pójdziemy. Trzymaj się, Dan - wyszeptała cicho Hermiona.
Skinąłem im tępo głową. Ciepło przykrywającej mnie pościeli, ciężar Severusa obok... Zasnąłem, nim ułożył się obok mnie, a ja przytuliłem go, starając się swoim dotykiem oddalić jego troski i smutek, tak by i sobie ulżyć podczas burzy emocji, które mnie atakowały.
