Witam wszystkich!

Jak można zauważyć, mamy nieco opóźnienia! Przepraszamy za brak ostrzeżenia.

Od teraz rozdziały będą wychodzić nieregularnie. (Ja i moja beta Ahrimanka, postaramy się zmieścić w przedziale dwóch tygodni)

Są dwa powody tych nagłych zmian.

Po pierwsze i najważniejsze... zbliżamy się do końca tej historii!

Tak! Dobrze widzicie! Koniec jest bliski! Dlatego chcę poświęcić więcej czasu na to, by dobrze przemyśleć kolejne rozdziały. Zawsze do ostatniego momentu coś zmieniam i poprawiam, a że zbliżamy się do punktu kulminacyjnego, nie chcę niczego spie****ć

Drugim powodem, jest oczywiście brak wolnego czasu.

Dziękuję serdecznie za wszystkie komentarze i życzę wszystkim WESOŁYCH ŚWIĄT!

Pozdrawiam Fantastmania.

Rozdział XXVI

Magia Kolorów

DAN

Szelest przewracanych kartek był jedynym słyszanym dźwiękiem, gdy po raz kolejny się obudziłem. Severus zawsze potrafił oddychać bardzo cicho. Nawet, gdy się wsłuchiwałem, nie byłem w stanie usłyszeć jego oddechu. Drugim, co zarejestrowałem, był dotyk jego palców. Robił przerwy tylko na to, by przewracać strony czytanej książki, a jego dłonie miały stałe zajęcie, polegające na przeczesywaniu moich włosów.

Odetchnąłem cicho, uchylając oczy. Musiał zauważyć, że się obudziłem, bo jego uwaga natychmiast skoncentrowała się na mnie. Odłożył tomik, usiadł i nachylił się tak, by zobaczyć moją twarz.

Uśmiechnąłem się do niego, a on rozluźnił spięte ramiona.

- Nie śpisz, prawda? - zapytał profilaktycznie.

Otworzyłem powoli usta i mlasnąłem językiem.

- Nie śpię – wychrypiałem, a Severus natychmiast podał mi szklankę z wodą.

Wypiłem chyba pół litra, zanim zaspokoiłem swoje pierwsze pragnienie. Mężczyzna siedział przy mnie, obserwując mnie uważnie.

- Czy znowu coś przespałem? – zapytałem ostrożnie i poczułem ulgę, gdy pokręcił głową.

- Tak właściwie, to nie. Spotkanie z tą całą wycieczką było dzisiaj. A w sumie... -Zerknął na zegarek. – Wczoraj. Już po północy.

Odłożyłem szklankę i uśmiechnąłem się do niego lekko.

Wydawał się zmęczony, a jego magia snuła się opornie, jakby odczuwał ból.

Pierwszy raz widziałem go takim. Teraz nie był postrachem Hogwartu, nietoperzem z lochów, którego obawiają się uczniowie. Nie był też w tej chwili kimś, komu przyszedłby na twarz uśmiech z taką łatwością jak podczas świąt, gdy z błyszczącymi czarnymi oczami oglądał, jak odpakowywałem prezenty.

Teraz był tylko mężczyzną, który ostatnio miał za dużo trosk, które spoczywały na jego barkach, przytłaczając go.

Przytuliłem go, chcąc mu pomóc wyjść z tego stanu.

- Przepraszam, Severusie. Za wszystko przepraszam.

- Przecież to nie twoja wina – powiedział cicho, odwzajemniając uścisk.

- Przysparzam ci tylu zmartwień... - wyszeptałem.

Pogładził mnie tylko po plecach.

- To mnie wyprowadza z równowagi – przyznał. – Niezależnie od tego, jak bardzo bym chciał, nie potrafię ci pomóc. Wszystko, co mi pozostaje, to czekać.

- Przepraszam. – Nie wiem, czy kiedykolwiek przestanę to powtarzać.

- Jak się czujesz? - wyszeptał pytanie, przytulając mnie mocniej. Najwyraźniej chciał zmienić temat.

- W porządku. Tylko trudno mi się skoncentrować. Chyba nie do końca się obudziłem. Nie musisz się jednak już o mnie martwić.

Westchnął.

- Dan. To, co się z tobą dzieje, jest niezwykle alarmujące. Nawet w tych księgach, które wzięliśmy z Komnaty Tajemnic, nic nie udało mi się odszukać. Kilka z nich jest zapisanych w języku, jakiego nigdzie nie można znaleźć, a deszyfracja też nie posuwa się do przodu. Wciąż stoimy w martwym punkcie. - Przeczesał swoje włosy palcami niespokojnym gestem.

Trudno mi było patrzeć na jego powoli, ociężale sunącą magię. Wiedziałem, że to moja wina. Severus był teraz tak ściśle przygnieciony zmartwieniami i troskami, że mogłem to zobaczyć nie tylko w jego zachowaniu.

- Przepraszam.

Podciągnąłem się wyżej, chwytając jego twarz w dłonie i ucałowałem wąskie usta. Wcisnąłem ciało między jego nogi, a następnym miejscem, w które powędrowały moje usta, był kark.

Szarpnął za moje włosy, odciągając moje usta od kontynuowania pocałunków.

- Dan. Musisz jeszcze odpocząć.

Uśmiechnąłem się, gładząc go po policzku i karku. Wręcz na odwrót, musiał mi pozwolić robić to, co robię. A ja musiałem mu pomóc, bo bolało mnie samo patrzenie na stan, w jakim był.

- Kiedy mi w tym przeszkadzasz. - Wyszczerzyłem się do niego i oplotłem go ogonem nieco mocniej. Unieruchomiłem go, sprytnie przytrzymując swoim ciałem i uśmiechnąłem się nieco złośliwie.

Z satysfakcją spostrzegłem, że znajduje on w moich działaniach tyle samo przyjemności, co ja.

Tak na dobrą sprawę, nielogicznym było to, że moje ciało, przybierając postać lamii, zwiększało swoją masę co najmniej trzykrotnie.

Gdzie tu sens i logika? Skąd się brały te dodatkowe kilogramy? I dlaczego, na Merlina, było mi w tej postaci tak wygodnie? Od ostatnich wakacji do teraz minęło już sporo czasu. Może ze względu na to, że przez ostatnie miesiące spałem, odpoczywałem i spędzałem każdą wolną chwilę w formie Lamii, moje ciało uznawało tę postać za bardziej naturalną i bliższą mojej fizyczności. Czasami przyłapywałem się na tym, że czułem się nieswojo, posiadając nogi.

Przemieściłem swój ogon i poświęciłem chwilkę, by się nad tym zastanowić. Potrafiłem z dokładnością co do trzeciej części cala powiedzieć, gdzie znajduje się każdy, najmniejszy nawet fragment mojego ogona. Oplotłem Severusa pod biodrami, a następnie przesunąłem ogon między jego nogi i prawie całkowicie unieruchomiłem jego prawe kolano. Podczas gdy swoim torsem przywarłem do jego piersi, mój ogon znalazł się sprytnie pod jego lewym ramieniem. Drażniłem go lekko końcówką, przesuwając nią po jego szyi.

Jednym zdaniem? Miałem Severusa całkowicie pod swoją kontrolą!

Zazwyczaj, gdy dochodziło miedzy nami do zbliżeń, przybierałem ludzką postać. Odkąd nauczyłem się przemian w ludzką formę, na palcach jednej ręki mógłbym policzyć przypadki, gdy podczas seksu posiadałem ogon. Głównym powodem było to, że lubiłem lekkość i elastyczność swojego ludzkiego ciała. Severus potrafił wtedy sprawnie sterować naszymi pozycjami i nadawać wszystkiemu tempa. Ja i tak najczęściej nie myślałem wtedy logicznie, gdyż mój umysł przegrzewał się od doznań.

Teraz jednak sytuacja była inna. Chciałem przejąć inicjatywę. Chciałem podarować nieco wytchnienia swojemu kochankowi.

- Nie możesz się przeforsowywać, połóż się jeszcze i trochę prześpij - poprosił mężczyzna, niechętny do tego, bym kontynuował.

- Ale ja nie chcę w tej chwili spać – zaprotestowałem.

Wsunąłem dłonie pod jego koszulę, powoli odpinając guziki. Pod materiałem odnalazłem jego ciepłą, wrażliwą skórę.

- Dan, bo nie ręczę za siebie! – Jego głos był niższy i zawarł tam odpowiednią ilość groźby.

- To dobrze. – Zachichotałem, zniżając głowę do jego sutka. – Chcę, byś stracił kontrolę... Marzę o tym!

Wysunąłem język i polizałem jego ciało od sutka po kark, który przygryzłem delikatnie, zanim go pocałowałem. Severus wygiął się w moją stronę i syknął coś przez zęby, niezdolny, by nie reagować.

I dobrze.

Nie chciałem, by ze mną walczył. Chciałem go poczuć. Już nie protestował, gdy zdjąłem z niego koszulę do końca i ściągnąłem gumkę bokserek niżej, odsłaniając członka.

Tego chciałem.

Schodząc pocałunkami w dół jego ciała, dawałem wystarczającą ilość sygnałów co do tego, co zamierzam zrobić. Dzięki swojemu ogonowi uniosłem jego biodra w górę, ścisłym uściskiem nie dając mu szansy na to, by uciekł. Zerknąłem w górę na jego twarz i zauważyłem rumieniec, wykwitający na policzkach. Miał rozchylone usta i oddychał ciężko. Nasze spojrzenia się spotkały, a ja uśmiechnąłem się nieco głupkowato, zanim objąłem jego męskość ustami.

Biodra mojego kochanka lekko się poruszały, ale niezbyt gwałtownie, bo uważał cały czas na to, bym się nie zadławił.

Szybko dotarł na granicę, a ja, nie chcąc, by wpadł mu do głowy pomysł, by mnie odsunąć, chwyciłem go jedną dłonią mocniej za biodro i przyspieszyłem.

Doszedł dosyć gwałtownie, a jego dłonie mało delikatnie pociągnęły mnie za włosy. Po jeszcze kilku ruchach wypuściłem go z ust i położyłem głowę na nodze Severusa, patrząc w górę na jego twarz. Gładziłem ostrożnie jego członka, gdy mój kochanek powoli dochodził do siebie.

Jego czarne oczy paliły się niczym węgielki w ognisku, a dłońmi gładził każdy dostępny kawałek mojego ciała.

- Chodź tutaj do mnie.

Zachichotałem i uwalniając go z zbyt ścisłego uścisku mojego ogona, zmieniłem pozycję, wspiąłem się na jego pierś i sięgnąłem zachęcająco rozchylonych warg swoimi ustami.

- Teraz możemy iść spać – oznajmiłem.

Zmarszczył brwi.

- Znowu to zrobiłeś – syknął przez ściśnięte zęby.

Położyłem się obok niego, kładąc głowę na poduszce.

-Chciałem cię poczuć - powiedziałem, ziewając.

Jego magia straciła nieco swojego napięcia. Przedtem płynęła wolno, pełna trosk i stresów. Teraz nieco się pobudziła i sunęła szybciej. Lubiłem czuć jego magię na swoich palcach i ciele. Nie miała smaku, zapachu, czy fizycznej formy, ale zdecydowanie miało dla mnie znaczenie to, jak wygląda. A teraz wyglądała nieco lepiej. To mi na razie wystarczało.

Objąłem Severusa dłońmi i przytuliłem mocno.

- Dlaczego aż tak ważne jest dla ciebie, by mnie obmacywać, zamiast poczekać na to, byś poczuł się lepiej? – zapytał sarkastycznie.

- Bo wtedy czuję się lepiej.

- To daj mi się pomacać w zamian – powiedział, nieco przedrzeźniając moją wypowiedź.

Zachichotałem, a gdy wykonał ruch, jakby chciał mnie intymnie dotknąć, uciekłem biodrami.

- Na to jestem jeszcze za bardzo zmęczony.

- I gdzie tu logika - warknął, ale mnie przytulił.

Jego oddech wkrótce się uspokoił, gdy zasnął, a ja, gasząc światło, wkrótce poszedłem jego śladem.

XXXX

Mój rozkład dnia wrócił do normy dopiero tydzień po pobudce z "zimowego snu".

Przez ten czas za każdym razem, gdy się budziłem, miałem do dyspozycji jakiś gości. Wyglądało na to, że komnaty Severusa stały się bardzo często odwiedzanym przez moich przyjaciół punktem, bo prawie codziennie, gdy budziłem się podczas dnia, by skorzystać z łazienki bądź coś zjeść, spotykałem ich.

Hermiona i Ron w bardzo częstym towarzystwie Harry'ego siadywali głównie w salonie Snape'a, albo cicho rozmawiając, albo się ucząc. Za to mistrz eliksirów zazwyczaj zajmował się swoimi sprawami. Raz też, gdy wychodziłem z sypialni, zastałem Severusa na partii szachów z Ronem. Wyglądało to tak niecodziennie, że zanim którykolwiek z nich się zorientował, wróciłem do pokoju, szybko odnalazłem aparat, podarowany mi przez Syriusza i Lupina jako spóźniony prezent świąteczny, i zrobiłem im zdjęcie, zadowolony, że udało mi się tego dokonać.

Codziennie budziłem się na ledwo kilka godzin, by cieszyć się ich towarzystwem, po czym ponownie zakopywałem się w kołdrze i zasypiałem.

Gdy jakiś tydzień później w końcu zdołałem się przemienić, wszyscy odetchnęli z ulgom. Nie wyłączając i mnie.

Najwyraźniej moje ciało już odpoczęło i nie mogłem się doczekać, by w końcu wyjść choć na jeden dłuższy spacer na zewnątrz. Udałem się na niego z Severusem zaraz po ciszy nocnej jeszcze tego samego dnia. Mimo że było już po zmroku, to żadnemu z nas to nie przeszkadzało. Poczułem się lepiej, przechadzając się z nim przez korytarze, a później błonia. Miałem nadzieję, że nie przysporzę mu więcej zmartwień, choć dobrze wiedziałem, że Severusa wciąż coś dręczy.

Jego magia dzień w dzień wydawała się nieco osowiała i ciężka. Tak jakby każdej nocy dręczyły go przerażające koszmary. Nie budziło mnie nigdy w nocy nic niepokojącego, więc podejrzewałem, że Severus zażywa jakieś eliksiry, by to ukryć.

Nie poruszałem tego tematu; tylko swoim dotykiem starałem się odgonić jego troski. Miałem nadzieję, że mu to pomaga, choć odrobinę.

XXXXX

- DAN!

Uścisk, wyciskający mi powietrze z płuc, był zbyt gwałtowny, bym wytrzymał to w ciszy i z jękiem wypuściłem powietrze.

John i Hernest jednak trzymali mnie przez dłuższą chwilę i nie byli jedynymi z moich znajomych, którzy chyba się zmówili, że jak wrócę, to upewnią się, że wycisną ze mnie wszystek pozostały mi do życia tlen.

Poklepywano mnie, przytulano, ściskano, i tak na zmianę. Gdyby nie to, że sprawiało mi to ogromną radość, to pewnie dawno zacząłbym narzekać.

Sarah i Raphael wyraźnie zdawali się zastrzegać dla siebie moją przestrzeń osobistą i mimo starań wszystkich innych moich przyjaciół, włączając w to Rona i Hermionę, nie zdołali odpuścić nikomu miejsc po mojej lewej i prawej stronie podczas posiłków.

A to wywołało lawinę.

Wszyscy moi przyjaciele nie opuszczali mojego boku. Ron i Hermiona usiedli naprzeciwko mnie, zaraz obok nich był Harry Potter, witany przez wszystkich z czwartego, drugiego i pierwszego rocznika jak kosmita. Nikt nie mógł pojąć przyczyny tego, dlaczego całe Złote Trio usiadło tuż przy nich. Zwabieni zamieszaniem, zaczęli pojawiać się także inni członkowie różnych roczników. Bliźniacy stanęli zaraz za Ronem i Hermioną, a Ginny, zerkając pod ramieniem jednego z braci, szarpała Pottera za ramię, chcąc najwyraźniej zwrócić jego uwagę na siebie. Ci, którzy nie mieli już po prostu miejsc do siedzenia, stali z pospiesznie zebranymi kanapkami, przyglądając się i przysłuchując temu, co się dzieje. Całość tego wszystkiego obserwowały pozostałe domy, wyraźnie nie mogąc zrozumieć, co to za zamieszanie i dlaczego tyle osób zebrało się w pobliżu Pottera, skoro nie widać było żadnej wzmianki w gazetach na temat jakiejś niezwykłej okoliczności z nim związanej. Nikt nawet nie podejrzewał, że tym razem wcale nie chodzi o Pottera.

Dopiero jak przyszedł dyrektor i zauważył, co się dzieje, oświecił wszystkich, witając mnie po ciężko przebytej chorobie ponownie wśród gryfonów.

To rzuciło nieco światła na sytuację powstałego zamieszania, ale wciąż nikt, w tym wielu gryfonów szukających przyczyny, nie mógł zrozumieć, dlaczego to wszystko skupiło się wokół mnie. Chłopaka, który ledwo zaczął szkołę, a już wylądował w łóżku na długie miesiące. I dlaczego, na Merlina, siedziało przy nim Złote Trio?

- Idź już stąd! Nic się nie dzieje! Po prostu witamy przyjaciela po chorobie! – Sarah, siedząca obok mnie, szczypała każdego, kto zbliżył się na tyle, by być w zasięgu jej ręki. Jeżeli ktoś nie słuchał, boleśnie się przekonywał, że jednak powinien był.

- Trochę jak teatr - mruknął Ron, ładując sobie na talerz resztkę owsianki z miseczki. – Nawet człowiek w spokoju śniadania zjeść nie może.

- Och, daj spokój. Po prostu lekkie zamieszanie się zrobiło, a głównym powodem, dlaczego się powiększyło, było to, że siedzimy tutaj w nietypowej grupie. - Hermiona nalała do kubka herbaty, dodała miodu i podała mi ją.

Uniosłem brwi, odbierając go bez protestu. Ale widząc, że zaczyna szykować kanapki z twarożkiem i miodem, zmrużyłem oczy.

- Hermiono, nie musisz mnie obsługiwać.

Łypnęła na mnie nieprzyjemnie.

- Śniadanie zaraz się skończy, Dan, a talerze robią się powoli puste. Zaraz nie będziesz miał co wybierać! Musisz jeść! Potrzebujesz energii! Nie wiadomo, kiedy znowu dopadnie cię jakaś słabość!

Dobra... Pokornie przyjąłem trzy kanapki i zacząłem je żuć z umiarkowanym entuzjazmem, ale że były dobre, mój humor szybko mi przeszedł. Obok Hermiony siedział Harry z lekko nieprzytomną miną i patrzył w moim kierunku, choć zdawał się mnie nie widzieć.

- Ron, sądzę, że któreś z twojego rodzeństwa pomacało mnie po tyłku - Powiedział nagle Potter.

Ron opluł się herbatą i zaczął kasłać, a ja schowałem twarz w swoim ramieniu, by wytrzeć policzek po fontannie z jego ust i ukryć uśmiech.

- Jak to któreś? - wykrzyknął rudzielec, zwracając przy tym uwagę wielu osób na siebie.

- Nie jestem pewien... Za mną stali bliźniacy i twoja siostra. Któreś z nich pomacało mnie po tyłku przed chwilą – obwieścił Potter.

Ron nie odpowiedział.

- Czy któryś z twoich braci ma ku mnie skłonności? – zapytał spokojnie Potter.

- NIE! – wydarł się Ron. - Merlinie, na pewno nie!

- To musiała być w takim razie Ginny.

- NIE!, to też wykluczone!

- Wolałbyś, żeby to był Fred albo George? - zapytała uprzejmie rozbawiona Hermiona.

Ron obruszył się i zacisnął wargi.

- Wolałbym, aby to nie było żadne z nich! Nie chcę rozmawiać z kumplem o tym, jak ktoś go macał po tyłku!

- W szczególności jakby było to któreś z twojego rodzeństwa? - podsunąłem usłużnie.

Ron rzucił mi zagniewane spojrzenie.

- Podoba mi się Ginny - stwierdził kolejną chwilę później Potter.

Ron znowu opluł się herbatą. Tym razem tak efektownie, że poleciała mu nosem, a zdegustowana i zszokowana Hermiona popatrzyła na niego z obrzydzeniem.

- Ron! - wrzasnęła oburzona i poczęła wycierać się serwetką.

Sarah śmiała się w swoją kanapkę, a siedzący obok niej Hernest nabierał głębokie oddechy i wypuszczał je nosem, jakby chciał sprawdzić, jakie to uczucie, gdy płyn wychodzi nie tą dziurką co trzeba.

Rudzielec gwałtownie wycierał się serwetką.

- Harry, oszczędź mi tego! Okej? Dlaczego jesteś taki cholernie bezpośredni?!

Potter wzruszył ramionami. Hermiona wywróciła oczami.

- Mówisz bez ogródek, prawda? - zapytał Raphael.

Harry pokiwał głową.

- Raczej mówię, potem myślę. Jak to mi już chyba setki razy powiedziała McGonagalll, przez to głównie zarabiam szlabany.

- A raczej my! - burknął Ron, a Hermiona westchnęła.

- O co chodzi? – zapytałem, zainteresowany.

- Harry jest bardzo szczery - powiedziała Hermiona spokojnie.

Zmarszczyłem brwi. Zauważyłem to już, ale wciąż nie wiem, gdzie leży problem.

- To znaczy? – spróbowałem uściślić.

Hermiona zasznurowała wargi, jakby chwilkę nad czymś myślała, i zwróciła twarz w stronę Pottera.

- Harry, kiedy ostatnio się całowałeś?

- Wczoraj wieczorem z Parkinson.

Ron poczerwieniał na twarzy i na szczęście tym razem przełknął to, co miał w ustach, nie zadławiwszy się przy tym.

- Widzisz? Harry jest bardzo szczery - powtórzyła gryfonka.

- Po prostu nie lubię kłamać! – zawołał Harry.

- Nie musisz kłamać! Ale też i nie musisz mi dawać takich informacji! Po co całowałeś się ze ślizgonką? - wyksztusił z siebie Ron.

- Bo Hermiona chciała wiedzieć! Poza tym, nie jest brzydka i zapytała się, czy mogę ją pocałować, więc to zrobiłem.

Zaśmiałem się cicho.

- A może kłóciłeś się z nią, a ona kazała ci się pocałować w... w sensie, byś się odwalił? - zapytałem dociekliwie, unosząc brwi.

Harry zmarszczył nos i chwilę myślał.

- Może tak być. I to by tłumaczyło, dlaczego najpierw mówiła coś o szlamach, a później wyglądała trochę dziwnie, jak ją pocałowałem i odszedłem.

Cały stół zawył ze śmiechu.

- Widzisz, Dan. Hary naprawdę jest bardzo szczery - oświadczyła Hermiona po raz kolejny, uśmiechając się w moim kierunku z rozbawieniem.

I tak było. Nie wydawało się też, by Harry dostrzegał problem w swojej bezpośredniości. Gdy wraz z początkiem roku udawał kogoś kim nie jest i wszystkich oszukiwał, musiał się wręcz skręcać w środku. To coś zupełnie innego niż jego charakter. Tłumaczyło również, dlaczego tak chętnie kłócił się ze Snape'em. Harry nie potrafił przestać odpowiadać na zaczepki mistrza eliksirów.

Śniadanie minęło później w bardzo luźnej atmosferze. A lekcje zaczęły się szybciej, niżeliby się pomyślało. Wiele osób upierało się przy tym, bym zaraz po zajęciach pojawił się w Pokoju Wspólnym. Ja jednak tysiąc razy musiałem się wymawiać, że nie mogę, bo muszę jeszcze odpoczywać po chorobie. Później jednak Sarah, Raphael, Hermiona, Harry i Ron poszli do moich pokoi. Przemieniłem się tam i spędziliśmy resztę dnia, wspólnie odrabiając lekcje i jedząc przyniesione przez Zgredka ciasteczka.

Hermiona bardzo poczuła się do odpowiedzialności, by pomóc młodszym uczniom w zadaniach domowych, więc wszyscy uporali się z swoimi sprawami dosyć szybko i resztę dnia spędziliśmy na lenistwie i rozmowach. Harry koło kominka uczył Raphaela gry na gitarze, a Ron z nieco bezmyślną miną bazgrał jakieś karykatury na kartce, zajadając fasolki wszystkich smaków, podczas gdy dziewczyny, pod moją obserwacją, zaplatały sobie włosy w warkocze. Po kolacji wróciłem do swoich komnat u Severusa już sam.

Stał zaraz przed kominkiem, jakby czekał na mój powrót i wyraźnie się rozluźnił, widząc moją, potykającą się przez Sieć Fiuu, osobę.

Uśmiechnąłem się do niego szeroko.

- Cześć.

Skinął głową, zaczesując moje przydługawe włosy za ucho.

Pocałunek na powitanie był lekki. Pierwszy dzień szkoły po dłuższej przerwie obył się bez większych katastrof. Oby tak dalej.

xxxx

Obudziło mnie coś zimnego, łaskoczącego moje łuski.

Przekręciłem się i przykryłem nieco ściślej, bo skoro nie obudził mnie dźwięk budzika, to z całą pewnością nie musiałem jeszcze wstawać. Jednak okrycie zsunęło się zaraz ponownie i choć nie zwróciłem na to uwagi na początku, to już po chwili ponownie coś mnie połaskotało. Tym razem nieco wyżej, przechodząc z ogona na moje biodra.

Przekręciłem się ponownie i zamrugałem w kierunku stojącej w progu Hermiony, która uśmiechała się do mnie. Ziewnąłem i zakryłem się ponownie, wtulając twarz w poduszkę.

Zimne łaskoczące uczucie tym razem było bardziej natarczywe.

Jęknąłem i poszukałem obecności Severusa. Jego magia, unosząca się wszędzie dokoła mnie, dała mi wiele informacji, jakich teraz potrzebowałem. Witki magii wyraźnie prowadziły do salonu, w którego progu stała Hermiona. A skoro tak, znaczyło to w takim razie, że Severus już wstał i to on najwyraźniej zezwolił Hermionie na to nieakceptowalne budzenie mnie z mojego ciepłego snu.

- Czego... - jęknąłem przeciągle.

-Wstawaj! Zaraz zaczynają się lekcje.

Przekręciłem się ponownie, a moja przyjaciółka weszła głębiej do komnat Severusa i zaczęła myszkować w jego szafie, znajdując tam kilka moich kompletów zamiennej odzieży. Mimo że starałem się nie znosić tu niczego, co mogłoby zdenerwować Severusa, to jakimś sposobem znalazła się tutaj część moich ciuchów. W końcu przecież zbyt wiele razy u niego nocowałem, by tego uniknąć.

- Nie czujesz się tutaj za bardzo jak u siebie? - zapytałem marudnie Hermiony, patrząc nieprzychylnie na rzeczy, które mi podawała.

- Nie. A ty nie uważasz, że śpisz nieco za długo?

Zerknąłem na zegarek. Był to czerwono złoty zegarek, którego dźwiękiem pobudki było ryczenie lwa. Spóźniony prezent świąteczny od Rona. Severus go nie znosił, dlatego wziął sobie za punkt honoru wstawać zawsze na tyle wcześnie, by go wyłączyć. Od czasu, gdy go dostałem, zegarek obudził mnie może tylko raz.

Widząc godzinę, westchnąłem. Było przed ósmą. Najwyraźniej Severus wyłączył mój budzik i sam wstał, zostawiając mi możliwość jak najdłuższego wylegiwania się w łóżku.

Jednak teraz był najwyższy czas, by w końcu wstać. Nie mogłem się spóźnić na lekcje. I tak nie byłem wzorem pilnego ucznia ostatnimi czasy.

Gdy już wyszedłem z łazienki po umyciu zębów i wstępnemu odświeżeniu, Hermiona wciąż na mnie czekała w sypialni.

Zmrużyłem na nią oczy.

- Czy coś się stało?

Pokręciła głową.

- Nie, ale chciałabym omówić pewną kwestię, skoro już ci lepiej - powiedziała.

- Teraz? –zapytałem, zerkając na zegarek. Na śniadanie już na pewno nie zdążę.

- Zgredek ma dla nas śniadanie – oznajmiła, jakby czytając moje myśli. - Porozmawiamy, gdy będziesz jadł.

I faktycznie, w salonie, na małym stoliku przed kominkiem czekał na mnie posiłek, z którego części już skorzystał Ron. Severus, siedzący w fotelu, popijał kawę i czytał gazetę.

- Poczekaj! - wykrzyknąłem i wróciłem do pokoju. Hermiona w tym czasie zasiadła do stolika, a ja, zadowolony, trzymając dłonie za plecami, upewniłem się, że wszystko jest na swoim miejscu.

Podniosłem aparat i zawołałem.

- Severusie?

Mężczyzna oczywiście podniósł od razu głowę znad gazety, tak samo jak Hermiona i Ron, zainteresowani, dlaczego wymówiłem w ich obecności imię mistrza eliksirów tak lekkim tonem. Nie czekając, nacisnąłem guzik i w pokoju rozbłysnął flesz.

Czułem się, jakby uśmiech miał zaraz przepołowić moją twarz na pół.

Mistrz eliksirów prychnął i schował się ponownie za gazetą, zakłopotany, a ja, zadowolony, odłożyłem aparat i przechodząc obok niego, ucałowałem jego marudnie zaciśnięte wargi.

Nie był zadowolony z prezentu Huncwotów.

Nie lubił zdjęć. Ale ja z nowo odkrytym zafascynowaniem zacząłem je robić w każdym możliwym momencie.

A widok drogich mojemu sercu osób w jednym miejscu, to zawsze dobra okazja do zrobienia zdjęcia.

- Dan, jestem nieco rozczochrana. - Hermiona wykrzywiła się w moim kierunku, niezadowolona.

- I nie przeszkadza ci iść nieco rozczochraną na zajęcia, ale jak już ci zdjęcie zrobiłem, to jest źle?

Mruknęła coś i podała mi miseczkę z owocami i jogurt. Hermiona bardzo uważała na to, bym się regularnie i zdrowo odżywiał. Dlatego zaraz za jogurtem zaczęła mi przygotowywać nieco ciemnego pieczywa z szynką i pomidorem.

- Więc o czym chcesz pogadać? Bo zaraz musimy iść na lekcje - powiedziałem z pełnymi ustami.

- Tak w sumie to chodzi o twoją magię.

Uniosłem brwi na jej zaskakujące oświadczenie.

- To twoje kolorowe czarowanie, Dan - wyjaśniała dalej.

- Tak. I co z tym?

- Chciałam podjąć kwestię tego, że może to najwyższy czas, byś zaczął nieco trenować te swoje zdolności.

Zamrugałem i kątem oka zobaczyłem, jak Severus opuszcza gazetę.

- To nie tak, bym mógł to kontrolować - powiedziałem powoli.

- I właśnie dlatego, musimy na nowo przemyśleć tę kwestię – naciskała moja przyjaciółka.

Nie byłem pewien, czy one są w ogóle do opanowania. Kolory magii, wijące się w powietrzu, były piękne i potężne. W ciągu całego mojego życia, wielokrotnie zajmowałem swój czas tym, że chwytałem palcami unoszące się wszędzie magiczne wici i bawiłem się, układając z nich jakieś małe obrazki, plecionki czy wzory. Jednak moja zabawa palcami nigdy nie niosła ze sobą namacalnych rezultatów, bo po jakimś czasie kolory samoistnie się rozplatały, wracając na swoje miejsce. To był pewien rodzaj niegroźnego zajęcia. Ot, takie coś, jak bazgranie Rona na kartce papieru, czy granie w kółko i krzyżyk podczas nudnej lekcji. Hermiona musiała wyczytać wątpliwości z mojej twarzy, bo wywróciła nieco oczami.

- Dan. Sytuacja z wigilii, gdy jednoznacznie dostaliśmy potwierdzenie, że potrafisz w jakiś sposób „zablokować " czyjąś magię, mówi sama za siebie. Jestem pewna, że możesz coś z tym zrobić i czegoś się nauczyć.

- Dobra! Ale ja nic z tamtego zdarzenia nie pamiętam - przypomniałem.

- Stąd mój pomysł z ćwiczeniami - wyjaśniała cierpliwie.

Ćwiczenia w magii, która pozbawiła na jakiś czas bardzo wiele osób zdolności posługiwania się różdżką?

- Nie wiem, czy to bezpieczne, Hermiono.

- Ale zdecydowanie potrzebne – wtrącił Severus.

Spojrzałem na niego.

Złożył spokojnie gazetę.

- Nie wiem, czy to bezpieczne rozwiązanie, Dan. Ale coś w tym pomyśle jest. Z jednej strony, gdybyś był w stanie pochwycić czyjąś magię i pozbawić go zdolności do ataku, to dało by ci wielką przewagę. Sam pomyśl. Może mógłbyś pozbawić magii nawet śmierciożerców. – Albo Voldemorta, dodałem w myślach. – Jednak to też ma swoje wielkie minusy. Zazwyczaj, gdy używałeś tej swojej zdolności, traciłeś kontakt z rzeczywistością. Nie wiem, ile razy działo się to jeszcze przed tym, jak uzyskałeś formę lamii, jednak ja widziałem cię tak już wielokrotnie i za każdym razem cechowało się to tym, że nie pamiętałeś później całości zdarzenia, a w niektórych przypadkach zachowywałeś się jak nie ty. Tak jakby ta magia przejmowała nad tobą kontrolę i kierowała tobą.

Napiąłem się i przełknąłem ciężko, a Ron odchrząknął, więc spojrzałem na niego.

- My też cię takim widzieliśmy. Jednak nigdy nie stanowiłeś dla nas żadnego niebezpieczeństwa. Nie martw się tym. Nigdy nikogo nie skrzywdziłeś, okej? Jedynie te twoje hokus pokus z wigilii - to było coś innego. Wtedy zrobiłeś coś, czego nikt z nas się nie spodziewał.

- I stąd pomysł z treningiem. Może będziesz mógł to opanować i wykorzystywać –zachęcała mnie dalej Hermiona.

Nie wiedziałem, czy ruszanie tego, co potrafiłem, to dobry pomysł. Spojrzałem na Severusa, szukając jakiegoś wsparcia, ale ten czekał, aż to ja podejmę decyzję.

- Nie wiem, jak dokładnie miałbym to ćwiczyć. Jakoś mi się nie uśmiecha wypróbowywać tego na którymś z was. Mógłbym was jeszcze skrzywdzić...

- Ja tam mogę zgłosić się na ochotnika - bąknął Ron.

- Nie, Ron. Nie będę eksperymentował na żadnym z was. A jak coś pójdzie źle? Może pozbawię cię magii i nie będę wiedział, jak to naprawić. Pomyślałeś o tym?

Ron milczał. Nikomu nie podobała się perspektywa pozbawienia magii.

- Już o tym pomyślałam i rozmawiałam o tym z dyrektorem – wtrąciła Hermiona. - Mam dla ciebie ochotnika.

Uniosłem brwi.

- Kogo? - zapytał za mnie Snape.

- To charłaczka, pani Figg. Ma bardzo niewiele magii i, jak sama powiedziała, nie jest już najmłodsza, więc nic się jej nie stanie, jeżeli nie będzie mogła wypuścić paru iskier z różdżki na starość. Myśleliśmy o Filchu, ale później dotarło do nas, że on raczej nie będzie chętny, skoro jest nastawiony, by zdobyć magię, a nie ją utracić. Pewnie byłby bardzo zły, gdyby stało się coś z tą odrobiną, co ma.

Skinąłem głową.

Odkąd wiedzieliśmy, że Filch jest charłakiem, wiedzieliśmy też, że jest on jedyną ze znanych nam osób, która rozpaczliwie próbuje zdobyć magię. Od czasu do czasu ktoś dla żartu wysyłał mu fałszywe ogłoszenia z kursami, jakie trzeba przejść, by obudzić w sobie magię. Wszyscy intensywnie czekali na to, jaką najbardziej absurdalną rzecz Filch faktycznie jest w stanie zrobić, by tę magię w sobie odnaleźć.

Do tej pory najbardziej głośnym i odważnym pomysłem było to, że w jednym z fikcyjnych kursów kazano mu przefarbować włosy na blond i zawinąć w loki, bo magia cięgnie do głów, które mają jasne, kręcone owłosienie. Bliźniacy przez długie miesiące uważali, że to był ich najlepszy pomysł.

- A czy pani Figg wie o tym, jak wyglądam?

- O ile mi wiadomo, Dumbledore powiedział jej tylko tyle, że chcesz ćwiczyć nowy rodzaj magii.

Przesunąłem wzrokiem jeszcze raz po wszystkich obecnych, a później skinąłem głową na zgodę.

xxxx

Lekcje zaczęły się tego samego wieczora. Mistrz eliksirów chciał być przy tym obecny, ale wyraźnie nie podobało mu się wpuszczanie pani Figg do swoich komnat, więc kobietę ulokowano w moich pokojach w Hogwarcie, a ja, tak po prostu, przeniosłem cały swój dobytek do Severusa. Może inaczej powinienem to ubrać w słowa... To kochanek zaczął mnie pakować i wysyłać moje rzeczy do siebie.

Ja, patrząc na niego dziwnie, zapytałem, co robi. Odpowiedź, jaką uzyskałem, przyszła Severusowi bez zająknięcia i tak, jakby było to coś oczywistego.

Powiedział, że w ostatnim czasie nie korzystałem ze swoich komnat inaczej jak tylko po to, by czasami przez nie przechodzić, kierując się na zajęcia, i do kilku spotkań z przyjaciółmi. Przypomniał, że mogę do tego celu korzystać z Pokoju Życzeń bądź robić to w jego kwaterach w lochach.

Dodał także, że uprzejmość wymaga, bym odstąpił swoje komnaty starszej kobiecie, tak by ta nie musiała codziennie przenosić się siecią Fiuu podczas trwania tego eksperymentu.

Nie sprzeciwiłem się i bardzo radośnie pomogłem mu spakować resztę mojego skromnego dobytku. Już wkrótce pomagaliśmy zainstalować się w moich komnatach pani Figg. Tylko tam się spotykałem z nią na krótkie zajęcia. Staruszka co prawda mogła się dostawać tutaj za pomocą proszku Fiuu codziennie, ale skwapliwie skorzystała z możliwości mieszkania w Hogwarcie. Tak oto nasze dziwne lekcje, w których to ja przez półtorej godziny dziennie próbowałem coś zrobić z kolorami kobiety, podczas gdy ona co chwilę sprawdzała, czy jej poziom mocy się zwiększył czy zmniejszył, można było uważać za rozpoczęte.

Moi przyjaciele i Severus zazwyczaj milczeli podczas moich ćwiczeń kontroli magii. Hermiona jednak wciąż przypominała mi o tym, bym prowadził zeszyt z notatkami, w którym miałem umieszczać wszystkie swoje postępy. Podobno miało mi to pomóc w późniejszej analizie i wysnuwaniu wniosków. Trudno mi było jednak jakiekolwiek wnioski wyciągać, skoro nic się nie działo!

Mimo to, za każdym razem moje zapiski były przez kilka osób czytane i badane. Dosłownie badane. Bo miałem wrażenie, że Hermiona i Severus zmieniali się w archeologów, którzy mieli rozszyfrować starożytne zaklęcia, napisane przez Majów w zupełnie obcym im języku, który muszą dopiero poznać.

Nie widzieli świata w ten sam sposób, co ja.

Dla nich niemożliwym było zrozumieć, że dzięki widzeniu magii potrafię powiedzieć o samopoczuciu, uczuciach, czy nawet stanie zdrowia danej osoby. Zawsze widziałem magiczne aury i jakimś sposobem wiedziałem, jak interpretować niektóre zmiany, jakie w nich dostrzegałem.

Trudno mi było jednak opisać moje wrażenia w ten sposób, by wszyscy inni je zrozumieli. Porównania do szkieł kontaktowych, fal radiowych czy białego szumu z TV nic nie mówiły czarodziejom, którzy nie spotkali się z tymi mugolskimi wynalazkami. Hermiona za to i tak nie pojmowała, jak ma rozumieć fakt, że próbowałem zastosować tę samą częstotliwość magiczną, jaką zaobserwowałem, gdy w pobliżu mugolskiego radia używano magii.

Kolory magii były im obce, więc nie znali też pojęcia niewidzialnych strzępów magii w powietrzu, bo skoro są niewidzialne, to jak je widzę? Widziałem! Choć były niewidzialne! To tak, jak materiał peleryny niewidki. Coś, czego nie widać, ale jest! „Ale przecież jak założysz pelerynę, to cię nie widać!", mówili, na co ja odpowiadałem: „no ale tylko ten, co ją nosi - ponoć go nie widać, a przecież go widać".

Dobrze. Okazało się, że oni nawet magii peleryny niewidki nie byli w stanie dostrzec. Czasami zastanawiałem się, co oni w ogóle widzą.

Strzępy poszarpanej magii znajdowały się w pani Figg. Były czymś podobnym do układu krwionośnego w ludzkim ciele. Jeżeli ktoś oglądałby model układu krwionośnego z mugolskiej szkoły, na przykład dłoni, wiedziałby, że całość ludzkiego ciała jest utkana jak gęsta pajęczyna, stworzona na kształt dłoni. Miliardy zawijasów, ściśle ze sobą połączonych. Magię w ludziach widziałem w podobny sposób. W Severusowym palcu przecinały się miliardy płynnych nitek i zawijasów magii. Przez to, że był leworęczny i częściej tą ręką czarował, układ w lewej ręce był o wiele bardziej „umagiczniony", ujmijmy to tak, by wzorować się na słowie "ukrwiony."

Zawsze wiedziałem, którą ręką człowiek czaruje, bo raczej łatwo było to wytypować po układzie magii w ich ciałach.

U pani Figg magia była poszarpana.

Tak jakby jej układ magiczny spotkał się z kosiarką i nie można było określić, w którą stronę która nitka tak naprawdę powinna iść.

Niczym puzzle, składające się z biliardów identycznych kawałków, bez żadnej instrukcji, jak je złożyć.

To właśnie różniło charłaków od mugoli. Oni przynajmniej mieli w sobie nieliczne strzępki magii. A taki na przykład Dudley miał w sobie tylko lekką poświatę „czegoś", stanowiącą jakby zapowiedź, że gdzieś, kilka pokoleń w przód, jego wnuk albo prawnuk mógłby w końcu odnaleźć w sobie jakąś iskierkę magii.

Mimo że starałem się naprawić bądź zablokować tę niewielką ilość magii, którą miała w sobie pani Figg, to nic się nie zmieniało. Moi strażnicy polecali mi po prostu dalej próbować.

Kompletnie nie spodziewałem się, że podczas moich prób i błędów, pomoc uzyskam od mojego starego nauczyciela.