Parę dni potem, Violette siedziała w swoim gabinecie i popijała kawę. Wciąż jeszcze nie doszła do siebie po wydarzeniach w Yorkshire i papierkowa robota ją uspokajała. Zaczynała powoli mieć dość: napad, potem jej przywódca prawie ją zabił w ramach treningu, potem ten okropny eliksir dementora (nie musiał aż tak gorliwie wlewać jej tego do gardła) a potem to, reakcja na jej chęć pomocy. Co ona takiego zrobiła, że zasłużyła na takie traktowanie? Można było odejść od Akolitów, ale to oznaczało zerwanie w przywilejami, a ona nie ma dokąd odejść. Jest bez nich nikim… spojrzała na jeden z raportów.

Na miejsce na praktyki Sonii przyszedł chłopak i Violette zatęskniła za roztrzepaną dziewczyną. Gówniarz pochodził z bogatej rodziny i miał za nie wiadomo kogo. Chciała go wywalić za zbitą mordę, ale to bogaty syneczek tatusia i mamusi, dlatego ciągle rozważała co i jak. Bo on nie zrobił niczego skrajnego, był zarozumiałym bubkiem przekonanym, że inni powinni na niego pracować. I przypomniała sobie czemu nie może odejść od Akolitów, nigdy...

- W ministerstwie wszyscy pracujemy – ochrzaniała go – dlatego działamy lepiej niż w Anglii i dlatego określone wyniki muszą być osiągnięte.

Jej przemową przerwało wejście przystojnego mężczyzny we wspaniałej, karmazynowej szacie. Był to minister magii, który podszedł do Violette ignorując praktykantów. Ona zaś patrzyła na niego uważnie, ale nic nie mówiła.

- O widzę opieprzasz praktykanta, wylej go na zbitą mordę, jak jest beznadziejny – radził minister po czym uśmiechnął się drapieżnie – no chyba że chcesz sobie czasem na kogoś powrzeszczeć, a jak szukasz manekina treningowego to używaj go tam, gdzie nie ma nowej podłogi ani dywanu – kpił – ale chodź wyjaśnię ci potem o co chodzi – dodał po czym wyprowadził ją z pomieszczenia.

Ów praktykant oczywiście uważał, nie on jeden, że pieniądze tatusia załatwią wszystko. Nie cenił za bardzo Violette, bo była mugolaczką co wszystko zawdzięcza przynależności do Akolitów. Ale nawet on wiedział, że nie drażni się kumpli ministrów. Wcześniej uważał, że Violette nie ośmieli się, ale jeśli ośmieli?

- Ojciec ma piwnicy niespodziankę dla wybranych – wyjaśnił jej na korytarzu – i nalegał bym cię znalazł, taka prywatna egzekucja zdrajców – dodał – a ten praktykant to...

- Syn bogatego tatusia – zaczęła wyjaśnienia.

- Wywal go na zbity pysk jeszcze dzisiaj, bo inaczej namiesza, wywal go i to ze złą opinią. Mogłaś mi wcześniej powiedzieć, dłużej od ciebie użeram się z imbecylami – tłumaczył minister – a ponieważ jesteś nowa w świecie magii masz ciężej, och nie dziw się tak mojej ofercie, Wieczysta nie pozwoli ci zrobić nic głupiego – parsknął – a ojcu przyda się wsparcie i ktoś kto nim potrząśnie, prawie zabił podejrzanych w czasie przesłuchania, a to niedopuszczalne. A matka… sama wiesz.

Violette kiwała głową rozumiejąc. Nie zabija się nikogo w czasie przesłuchania. A on.. jej przywódca musiał naprawdę mieć okropny nastrój, skoro o tym zapomniał. Przecież wbijał jej i każdemu z Akolitów do głowy by nie zabijali bez potrzeby. Zeszła za ministrem do owianych, słusznie, złą sławą piwnic ministerstwa. Tam już zobaczyła Bastiena, dwóch swoich francuskich kolegów oraz oczywiście swego przywódcę. Zesztywniała widząc jak jasnowłosy czarnoksiężnik odwraca się od skrępowanych magicznie czarodziei na podłodze i zwraca uwagę ku niej.

- No i jesteśmy w komplecie – powiedział z uśmiechem.

- Oderwałem Violette od opieprzania praktykanta – wyjaśnił minister.

- Bardzo zacna czynność trzymaj ich krótko – powiedział Gellert.

- Synek bogatego tatusia – dodał minister.

- A to i przeklnij, przyda ci się manekin treningowy jakbyś chciała sobie potrenować rzucanie klątw bez różdżki – dodał okrutnie – lej i słuchaj, czy żyje jak mawiają mugole.

- Tylko bez brudzenia podłóg i dywanów – dodał minister.

- Zaiste, a teraz moi drodzy i wierni, oto zdrajcy – wskazał Gellert na skrępowanych czarodziei – chcieli nie zdradzić i to na rzecz tych pięknoduchów z Ligi Wolności co można wybaczyć, ale wężogębego. Karą za zdradę jest śmierć o czym wiecie, ale wiecie też spłonięcie w promieniach Protego Diabolica to za mało. Chętnie wysłucham sugestii co do klątw – dodał tonem nauczyciela co przepytuje uczniów – Violette?

- Klątwa gnicia wnętrzności – powiedziała czarownica.

- Zawsze wiesz co powiedzieć by mnie zadowolić, o tak piękna klątwa sam cię uczyłem takową rzucić – powiedział z uśmiechem drapieżnika – Bastien?

- Klątwa mumifikująca!

- Doskonale.

Wszyscy wymienili klątwy, a każdego z nich Gellert obdarzył uśmiechem. Ustalili, że rzuci na zdrajców zaproponowane klątwy. Czterech wiernych i czterech zdrajców, zaproponował losowanie czyja klątwa trafi w kogo. Violette i inni losowali nazwiska zdrajców niczym na jakiejś upiornej loterii z losami, a Gellert rzucał na ofiarę klątwę. Ustalono też, że po wszystkim zdrajcy zostaną podrzuceni pod drzwi Malfoy Manor.

Wszyscy, poza Violette może, uznali, że reklamówki z Disneylandu to odpowiednie „opakowania". I Francuzka musiała takie zdobyć, bo już nie miała takich w domu, bo Gellert zdążył je zużyć. Minister zaś miał zadbać o spokój zdrajców tak by nikt im nie przeszkadzał w umieraniu, na przykład przyśpieszając proces. Wszyscy mieli wiedzieć co Gellert Grindelwald robi zdrajcą i w swym okrucieństwie jest o wiele bardziej wyrafinowany od Voldemorta.

Violette faktycznie wyrzuciła owego praktykanta za spóźniania się niewłaściwą postawę. Napisała mu w opinii, że nie umie pracować w zespole i wywyższa się nad innych z racji dorastania w bogatej rodzinie. Owa opinia była miażdżąca, ponieważ Violette miała opinię osoby bardzo uczciwej w pracy i osądach. Wszyscy wiedzieli, że wystawiła dobrą opinię komuś czyje powiązania z Ligą Wolności były znane, ponieważ „Pragnę by w ministerstwie pracowali najlepsi, nie chcę zamykać drzwi dobrym i sumiennym pracownikom tylko dlatego, że mają inne przekonania niż ja. Francja to nasz wspólny dom a jej dobro to nasze dobro". Chociaż była Akolitką i bliskim doradcą i powiernicą Gellerta miała wśród swoich współpracowników ludzi z innych środowisk. Niektórzy zarzucali jej nadmierną otwartość, ale większość chwaliła ową postawę. Wiedzieli też, że była uczciwa, nie nadużywała swej pozycji i nie tolerowała tego w swoim otoczeniu. Uchodziła za służbistkę, ale uczciwą.

Praktykant musiał się zbierać i udać do domu rodziców tłumacząc, dlaczego wyleciał z praktyk już w trzecim departamencie. Przypominał bardzo Draco Malfoya: nie był złym czy głupim chłopcem, ale przekonanym o swej wyższości.

- Mówię tam będzie dobrze – zapewniał wuj jego rodziców – Schwartz osobiście nadzoruje praktykantów i trzeba się mocno postarać by jej podpaść tak, by wyrzuciła, przecież ona nawet toleruje sympatyków Ligi Wolności. A ty co tak wcześnie? – spytał widząc chłopaka jak wszedł.

- Wyleciałem z praktyk – wyjaśnił chłopak – ona mnie wyrzuciła, ta mugolaczka… - zaczął.

- Błagam powiedz, że nie mówisz o Schwartz – powiedział ojciec – wywaliła cię?!

- No przecież mówię, że ona... wywaliła i jeszcze powiedziała, że napisze mi w opinii – wyjaśnił opowiadając co mu wysyczała Violette – chcę pracować w innym departamencie!

- Jeśli Schwartz tak ci napisała to możesz zapomnieć o praktykach w ministerstwie i w ogóle całym Paryżu – powiedział wuj surowo – i kto wie, gdzie jeszcze. Musiałeś ją wkurzać?! Nie mogłeś nosić kawusi i się podlizywać?!

- Ale co mugolaczka, co mi zrobi?!

- Ty kretynie skończony jest przyjaciółką Lorda Grindelwalda więc bardzo dużo – syknął wuj – może nie wiem nasłać na ciebie nowych rekrutów by ci spuścili łomot, a minister podpisze im ułaskawianie!

Violette nie myślała rzecz jasna o praktykancie, ale raczej o karze dla zdrajców. To sprawiło, że zapomniała o głupich myślach. Co tam okrutne słowa przywódcy przy klątwie mumifikującej? Dawno temu weszła na ścieżkę bez powrotu, nie może zrezygnować. Całe szczęście nie ma dzieci i wszystko przepadnie razem z nią. Siedziała w swoim gabinecie i pogryzała przekąski. Nie po raz pierwszy widziała egzekucję zdrajców, ale teraz ją to uderzyło, ponieważ wcześniej sama padła ofiarą jego podłego humoru. Przełom stanowił chyba atak Yaxleya i to jak potem tak ją uszkodził w ramach treningu, że parę dni nie dała rady chodzić. Był na nią wówczas wściekły za słabość a teraz, teraz jego żona umiera i on odreagowuje swoją złość na tych, co są pod ręką. Ona była i dlatego oberwała. To cena za bycie blisko władzy.

Po raz pierwszy zaczęła widzieć, że jej przywódca czyni nie tylko czyni co należy, ale jest też okrutny i złośliwy. A raczej, jak szeptał złośliwy głosik w głowie, wcześniej nie chciała tego widzieć, ponieważ nie dotknęło jej to bezpośrednio. Przez cały czas uważała, że nie mogła wybrać innej ścieżki niż bycie Akolitką, ale ten sam głos szeptał, że wybrała tę ścieżkę, bo oferowała karierę i zachowała się tym samym identycznie jak mugole zapisujący do partii politycznych. Chciała osiągnąć więcej niż koleżanki, a po dorastaniu z Fabienem nie chciała mieć na stałe żadnego mężczyzny w życiu, zależeć od kogoś jak matka wpierw od ojca a potem Fabiena. Nie chciała w niczym przypominać matki i dlatego została Akolitką. Dumbledore miał rację z tym przyciąganiem udręczonych dusz, ona i Severus mają tak wiele wspólnego.

Patrzyła na ciasteczka przyniesione przez praktykantów. Robią co z sympatii do niej czy dlatego, że nie chcą podpaść? Przecież wszyscy wiedzieli o jej powiązaniach. Stoi na szczycie, blisko przywódcy a to ma swoją ceną coś, czego wcześniej nie chciała widzieć. Być może Adeline nie jest taka głupia mając rodzinę i wiodąc proste życie? Obie dokonały i ona, Violette już nie zrobi kroku w tył bo za późno. No i nic strasznego przecież nie miało miejsca, zapewne będzie musiała nieraz znosić słowne okrucieństwo swego przywódcy, ale przecież nie przeklnie jej jak Voldemort. Cóż, przecież nie jest jej przyjacielem i jej dobro to nie jego sprawa. Jest jego Akolitką i ma robić co do niej należy, a nie oczekiwać nie wiadomo czego. Dostała wygodne życie i powinna być wdzięczna a nie kręcić, że przywódca naprawdę nie uważa jej za przyjaciółkę. Zupełnie źle oceniła jego motywy, ale nikt by jej do tego nie przekonał.


Gellert wrócił do Anglii w znakomitym nastroju. Wysłanie zdrajców do Anglii bardzo mu poprawiło humor. Postanowił następnym razem kupić pluszaki w Disneylandzie i dołączyć do pakunku. Nie chciał brać więcej od Violette, bo wyraźnie nie podobało się jej, że używa jej kolekcji. Mógł zrozumieć to w końcu jej własność. Teraz zaś muszą porozmawiać z dawnym nauczycielem Tomusia.

Horacy Slughorn nie był głupim człowiekiem. Bywał i pozostał próżny jak paw, lubił chwalić się znajomościami ze sławami, ale na pewno nie brakowało mu rozumu. Dlatego nie musiał zgadywać, dlaczego Albus Dumbledore ściągnął go do Hogwartu. Ani dlaczego któregoś dnia w jego gabinecie siedział Gellert Grindelwald.

- Lord Grindelwald – zaczął uprzejmie.

- Profesor Slughorn dobrze pana widzieć w zdrowiu i formie – powiedział uprzejmie Gellert – Lily i Severus zawsze pana chwalili – dodał.

- Lily była geniuszem, poleciłem ją pańskiemu synowi, taka strata, taka wielka strata – dodał smutno Horacy.

- Wielka strata – zgodził się Gellert – lecz chociaż nic nie wróci nam Lily, to możemy skończyć co zaczęła – powiedział podając kieliszek wina.

Gellert hojnie dolewał wina Horacemu, opowiadając o tym jego syn wspominał Lily i jak przeżywał jej śmierć. Niestety jej morderca uciekł sprawiedliwości, ponieważ znalazł sposób na ucieczkę od śmierci. Nikt jego Horacego nie wini, nikt wówczas nie wiedział jak zepsuty był Tom, lecz potrzebują jego wspomnienia. Jeśli im nie pomoże, ofiara Lily pójdzie na marne a przecież nikt tego nie chce. Przemawiał łagodnym i pełnym zrozumienia tonem, co czyniło prawdziwe cuda przy wyciąganiu informacji.

Horacy przekazał swoje prawdziwe wspomnienia wyraźnie załamany. Gellert wiedział jednak co mówić, co Albus obserwował ponuro. Czarnoksiężnik wiedział w jaki sposób oddziaływać na innych i wykorzystywał to raz po raz. Umiał grać na ludzkich uczuciach, co widział wcześniej w przypadku Violette i teraz Horacego. Albus nie był naiwny jak sądzili jego przeciwnicy, ale dawał drugie szanse i chociaż wiedział, że ni Francuzka i Horacy nie są niewiniątkami to jednak Gellert bezlitośnie nimi manipulował do swoich celów.

Mieli jednak swoje wspomnienie i wiedzieli, ile horkruksów stworzył Lord Voldemort, a raczej potwierdzili swoje podejrzenia. Zniszczyli dziennik, medalion Salazara Slytherina, pierścień Gauntów, a także fragment z blizny Harry'ego. Pozostają im czarka Helgi Hufflepuff oraz diadem Roweny Ravenclaw i wedle tego co podejrzewali jeden z tych przedmiotów jest w Hogwarcie. Postanowili wziąć swoich ludzi i przeszukać tak Komnatę Tajemnic jak i odbicie Pokoju Życzeń, gdzie od wieków uczniowie chowali wiele rzeczy. Podejrzewali te dwa miejsca jako możliwe kryjówki. Ustalili, że Albus i Kingsley przeszukają Komnatę Tajemnic a Gellert z Violette składzik. Powód był prosty: do składziku mógł wejść każdy, ale do Komnaty tylko wężousty, albo dyrektor Hogwartu. Nie muszą iść w czwórkę, bo w szkole raczej nie czekają na nich inferiusy. Kto znajdzie horkruks powiadomi innych i reszta przybędzie we wskazane miejsce.

Nikogo nie dziwiło, że nowy nauczyciel był w gabinecie dyrektora. To, że pił wino też nie ponieważ Horacy na lekcjach wspominał o dobrych winach przysłanych przez tego a tamtego. Nie dziwiło to też Theo Notta uważnie obserwującego innych. Syn Hyperiona Notta, przyjaciela wielkiego Lorda Voldemorta, był dumny z obecności w bliskim otoczeniu Czarnego Pana. I teraz donosił o potencjalnych rekrutach, niewielu co zauważał z bólem, a także Draco Malfoya i Severusa Snape. Ojciec im nie ufał, a Theo był dobrym synem.

Severus, szpieg na zbyt wielu etatach zorientował się, że łazi za nim nastoletni ogon, ale udawał ślepotę. Nott nie miał pojęcia o śledzeniu, ale lepiej niech to będzie on niż ktoś bardziej kompetentny. Severus nie pojmował jakim cudem nikt się nie zorientował, że taki z niego śmierciożerca jak z trolla baletnica. Voldemort nie zauważyłby zdrajcy nawet jakby ten stał przed nim z nożem, ale Nott nie jest idiotą. Severus rzecz jasna był Akolitą, ale Nott podejrzewał, że sympatyzuje z Zakonem Feniksa.

- Gówniarz Notta może przeszkadzać – raportował swemu przywódcy – stary Nott uważa, że sympatyzuję z Dumbledorem.

- No, pod veritaseum przysięgniesz, że nie – zaśmiał się Gellert – czy gówniak śledzi kogoś jeszcze prócz ciebie?

- Draco Malfoya, a nikt nie może w niego wątpić, bo ma wprowadzić śmieciojadów do szkoły – tłumaczył Severus – niestety ten dupoliz Hyperion umie przekonać do tego wężogębego.

- Zatem mały Malfoy musi podjąć próbę morderstwa – powiedział Gellert tonem jakby chodziło o zakupy – prześle Albusowi zatrute wino o tak…

Napisał o tym do Narcyzy. Wspomniał, że w ten sposób zrobi coś, co nie uniemożliwi mu spokojne życie po wojnie. „Nie dołączy do tatusia w Azkabanie, bez obaw Narcyzo Malfoy" – pisał bez cienia współczucia dla rozterek matki. Lecz gwałtownie pogarszający się stan Ariany nie nastrajał go współczująco, a już na pewno nie dla wyperfumowanej snobki. Gdyby ta malowana lala chociaż okazała emocje, kiedy jej męża skazano na Azkaban może miałby dla niej nieco wyrozumienia. Narcyza jednak ukrywała emocje pod wyćwiczoną maską. I to był błąd, bo tylko karmiła niechęć ludzi.

Widziała jak pod bramy Malfoy Manor podrzucono zwłoki Akolitów, którzy przeszli na ich stronę. Zostali poddani brutalnemu przesłuchaniu, a potem zabici klątwami i wsadzeniu do siatki z napisem „Disneyland Paris", co stało się znakiem rozpoznawczym dla Gellerta. Nikt, poza Naryczą i Severusem, nie wiedział co to za zwierz Disneyland. A to było co najmniej ciekawe. Voldemort szalał z wściekłości a Narcyza do perfekcji opanowała padanie na podłogę by uniknąć trafienia klątwami. Ilekroć blondynka uważała, że nie może bardziej gardzić Voldemortem on ją przekonywał, że może.


Tymczasem w Hogwarcie, uczniowie szóstej klasy mieli lekcje eliksirów z Horacym. W innej rzeczywistości Harry zapewne by nie miał podręcznika, ponieważ słabo by zdał SUMa. W tej jednak on i Hermiona mieli komplet podręczników jak co roku. Severus zaś zabrał jakiś czas temu swój stary podręcznik eliksirów, na pamiątkę i z żadnego innego powodu. Dlatego Harry nigdy nie znalazłby książki „Księcia Półkrwi" a i Severus dawno o tym zapomniał, będąc zadowolonym z życia. A nawet jakby znalazł nie użyłby nieznanego zaklęcia. Wuj i ciotka wbijali mu to do głowy by nie robił czegoś tak szalonego.

Nauczyciel postanowi sprawdzić ich wiedzę, każąc przygotować standardowe eliksiry do oceny. Dzięki naukom Wilhelma, Harry radził sobie naprawdę dobrze na zajęciach. On i Hermiona wykonali nienaganne kolejne polecenia. Nie mieli może sobie lekkości Mistrzów, ale radzili sobie zupełnie przyzwoicie.

- Doskonała robota panie Potter, nie ma pan w sobie talentów matki, ale radzi sobie doskonale – powiedział Horacy.

- Mama mogła zostać Mistrzynią – powiedział Harry – tak mówił wujek Wilhelm.

- Wilhelm by tego dokonał – powiedział Horacy – tylko tak dalej panie Potter i oczywiście panno Granger – Grindelwald, o i doskonała robota panno Parkinson.

Draco kiepsko szedł eliksir. Zwykle nie miał problemów ze sztuką, ale sytuacja w jakiej był przerastała go. Miał wykonać polecenie dwóch czarnoksiężników i wysłać zatrute wino dyrektorowi. I chłopiec sam nie wiedział czy bardziej boi się Lorda Voldemorta czy Lorda Grindelwalda. Matka kazała uważać na obu. W nim coraz większy strach budził Grindelwald, bo jego okrucieństwo było o wiele bardziej zaplanowane i wykalkulowane. I nieustannie im groził, że wyda ich Voldemortowi jak zrobią coś nie tak.

Harry i Hermiona nie znali swego ukochanego wujka od tej strony. Dla nich był najlepszy na świecie, tak samo jak ciocia Ariana. Wieść o tym jak ciężki i beznadziejny jest jej stan zasmuciła ich, bo dla obojga Ariana stanowiła kogoś bliskiego wyobrażeniu matki. W tym sensie Gellert stanowił kogoś bliskiemu wyobrażeniu ojca. Lubili też jego przyjaciół, którzy do nich regularnie wpadali i tak jak Harry uwielbiał latać z Johannem, tak Hermiona czytać z Violette a Bastien bawił wszystkich gawędami. Nie myśleli o tym, że ci ludzie nie mogli nie przyjąć zaproszenia..

- Na następnej lekcji będziemy warzyć eliksir żywej śmierci – powiedział zanim wyszli – przygotujcie się bo to trudny eliksir.

Ci, co znali jako tako teorię wiedzieli o tym. Ron i Neville nie kontynuowali nauki eliksirów, nawet jeśli Horacy był gotów ich przyjąć. Przedmiot nie był obowiązkowy po SUMach, a żaden z nich nie wiązał kariery z niczym związanym z eliksirami. Nie mieli serca do przedmiotu i jasnym było, że nigdy nie będą dobrzy. Neville za to zaskoczył Severusa na lekcjach obrony, późno, ale odkrywając swój talent.

„Szkol go Severusie" – napisała Augusta. Starsza czarownica nareszcie pojęła, że Neville nie jest podobny do ojca, nad czym bolała, ale przypomina matkę. Alice, jej synowa, była Auguście jak córka i skoro wnuk wdał się z nią niech i tak będzie. Wiele zrozumiała, a przede wszystkim jak kocha wnuka, kiedy dowiedziała się, że został porwany przez zbiegłego śmierciożercę i wykorzystany w jakimś złowrogim rytuale. Ocalił go dyrektor i Gellert Grindelwald a ten ostatni od paskudnej śmierci. Neville przysiągł spłacić dług jak na Longbottoma przystało.

- Nie wiem jak mam przysłać truciznę – mówił Draco do Pansy.

- Wlej do wina i wyślij pocztą – radziła dziewczyna.


Tymczasem przed gabinetem dyrektora czekała trójka ludzi. Kingsley w swych barwnych szatach patrzył z niechęcią na pozostałych. Violette w swoim stroju bojowym patrzyła na niego równie wrogo. Po tamtym nieszczęsnym popołudniu miała ochotę na wizytę w Yorkshire jak na kąpiel w basenie pełnym meduz, ale rozkaz to rozkaz. Dlatego stała dość sztywno a ciasno spięty kok pasował idealnie. Gellert wyglądał jak zawsze wspaniale i po chwili zszedł Albus w swych długich szatach. Na ramieniu siedział mu Fawkes.

- Doskonale, Kingsley pozwól ze mną – powiedział – Fawkes pomoże nam zejść i wyjść z Komnaty Tajemnic.

- Doskonale, zatem ja idę z Violette do rupieciarni – powiedział Gellert.

Violette milczała po czym ruszyła za nim zgodnie z rozkazem. Przybyła niedawno, przebrana i gotowa do misji chcąc być w Yorkshire możliwie najkrócej. Przebrała się w domu i tak przybyła do Anglii. Nie wiedziała co powiedzieć, w końcu to on przeżywa osobistą tragedię a ona jest.. jest Akolitką i nic jej do tego.

- Jesteś na mnie zła – powiedział stając stanowczo za blisko – nie powiem, zasłużyłem sobie. Dlatego przybywałaś możliwie najpóźniej i milczysz.

- Milczę, bo myślę o misji i tym jak przeszukać …– zaczęła.

- I unikasz mnie – przerwał – nie przeczę, masz powody. Zasłużyłaś na lepszego pana ode mnie, nie, nie na pana, ale na kogoś kto naprawdę otoczy cię opieką na jaką zasługujesz a nie odpłaci oschłością i złośliwością za wrażliwość – mówił – nie odnoszę się do ciebie dobrze.

- Na ogół nie narzekam – zaczęła ostrożnie – oceniasz mnie uczciwie i tak traktujesz. Nie proszę o nic więcej.

- A powinnaś, powinnaś … jesteś uczciwą i wrażliwą czarownicą, byłabyś wspaniałą uzdrowicielką gdybym nie zmienił cię w zabójczynię. Pamiętam naszą pierwszą rozmowę, miałaś w sobie dość współczucia by zostać uzdrowicielką i dość determinacji by podążać ścieżką czarnej magii. Chciałaś pomóc, nie zasłużyłaś na takie potraktowanie.

- Przeżywasz trudny okres – zaczęła ostrożnie – i …

- Tak, chcę by Ariana zobaczyła koniec tej przeklętej wojny, przyniosę jej głowę Toma na tacy.

Violette milczała nie wiedząc do powiedzieć. To wszystko się pokomplikowało. Robiła różne rzeczy jako Akolitka, była świadkiem brutalnych przesłuchać a przywódca opowiadał jej o wielu rzeczach. Zwierzał się jej z różnych rzeczy i czasem miała wrażenie, że czasem odczuwa wyrzuty sumienia za wiele występków u niej szuka potwierdzenia, że wyższe dobro to tłumaczy. Czytali razem Machiavellego i innych i pojmowali, że władca musi czasem brudzić sobie ręce. Nigdy w to nie wątpiła. Teraz jednak nie rozumiała jego zachowania i słów. Dlatego z ulgą weszła do tajemniczego pokoju, pełnego rozmaitych rzeczy.

- Jak tutaj odnaleźć horkruksa? – spytała patrząc na bezmiar rzeczy – przecież tutaj może być wiele przeklętych przedmiotów!

- Zaczniemy od przejścia przez środek i może coś wyczujemy – powiedział Gellert.

- Masz mistrzostwo w czarnej magii, no pewnie – Violette aż chciała się trzasnąć za głupotę.

- Ty też się skoncentruj, wiesz dość o czarnej magii by móc wyczuć horkruksa.

Francuzka skinęła głową. Dobrze zająć się misją, bo nieoczekiwane wyznania sprawiły, że czuła się co najmniej nieswojo. Patrzyła uważne, ale nie czuła ni nie widziała nic podejrzanego. Patrzyła na całą masę przedmiotów od starych różdżek, po książki i osobiste przedmioty. Mogła tylko zgadywać jakie skarby leżą w tym zapomnianym miejscu. Być może owe książki to białe kruki albo przynajmniej wartościowe tytuły. Zaś stare lampy, poduszki czy krzesła bywały drogie czy to w świecie magii czy mugoli. Ale na pewno nie będą mogli przeszukać tego miejsca jak tego pragną, jak ona pragnie, bo ma misję.

Szli powoli z wyciągniętymi różdżkami. Patrzyli jakiś czas na cały składzik, ale nie wyczuwali niczego. To, co zwróciło uwagę Violette, to jakiś wyjątkowo szkaradny manekin. Przypominał sklepowe manekiny z lat 50tych i Francuzka nie pojmowała skąd coś takiego w Hogwarcie. Podeszła bliżej kierowana czystą ciekawością, niczym innym. Podeszła bliżej by się przyjrzeć i wtedy poczuła nieznane, tajemnicze wibracje. Nie miała mistrzostwa, ale dość znała czarnej magii, by pojąć, że w pobliżu znajduje się czarnomagiczny przedmiot.

- Chyba coś czuję Gellercie – powiedziała.

Podszedł do niej szybko. Violette wciąż patrzyła na szkaradny manekin pewna, że właśnie tutaj wyczuwała podejrzane wibracje. Wskazała na manekin i aż podskoczyła, kiedy jej przywódca stanął tak blisko niej, że mogła poczuć zapach jego kosztownej wody kolońskiej. Oczywiście to nic dziwnego, skoro szli wąską ścieżką między stosami rupieci, no ale po prostu jakoś nie czuła się przy nim komfortowo.

- Ten manekin – dodała wskazując na manekin, na głowie którego ktoś położył diadem.

Diadem był staromodny i niewątpliwie kosztowny. Francuzka nie pojmowała po co ktoś tutaj położył ten przedmiot. Jedyne co wymyśliła to to, że ktoś komuś ukradł diadem i uznał rupieciarnię za dobrą kryjówkę. Fakt, że od stuleci uczniowie wyrzucali tutaj różne rzeczy czyniło miejsce niezłą przechowalnią. Miejsce musiało się magicznie powiększać by pomieścić te graty. „Pewnie złodziej zapomniał zabrać diadem" – pomyślała.

-Jesteś genialna – odwrócił się do niej – to horkruks!

- Manekin? – spytała sceptycznie.

- Diadem – poprawił ją miękko – oto zaginiony diadem Roweny Ravenclaw i horkruks – zapewniał Gellert wykonując skany różdżką.

- Ten co ponoć zwiększał mądrość? – spytała Violette zaciekawiona – czyli to kolejny potężny przedmiot zamieniony w horkruksa?

- Nie – pokręcił głową – diadem nie zwiększał mądrość to była legenda, mająca tłumaczyć, dlaczego Rowena Ravenclaw była tak potężną czarownicą. Niewielu wie, lecz Rowena pochodziła z mało znaczącej rodziny. Ten diadem to ozdoba, a nie magiczny artefakt – wyjaśnił - ani ten diadem, ani medalion Slytherina to ozdoby bez mocy, a legenda o pomocy pochodzi od mocy właścicieli. Zapewne tak samo wygląda sprawa z czarką Helgi Hufflepuff, to przedmioty używane przez wielkich czarodziei. Ozdoby jak diadem czy medalion były powszechne w dawnych wiekach, a do dzisiaj czarodzieje używają czarek.

- Ludzie sami stworzyli legendę i Riddle w nią uwierzył – powiedziała cicho Violette.

- Tak – odparł Gellert i wysłał patronusa do dyrektora.

Violette patrzyła ze smutkiem na diadem. Magiczny czy nie, diadem Roweny Ravenclaw stanowił bezcenną pamiątkę z przeszłości. Oni zaś muszą zniszczyć coś takiego bo ten Riddle sprofanował skarby. W czasie szkolnej nauki rzecz jasna uczyła się o historii innych szkół magii jak Hogwart czy Durmstrang. Poza Anglią, wszyscy wiedzieli, że do Durmstrangu przyjmuje się najbardziej obiecujących uczniów zaś jej szkoła to sanktuarium dla tych, co mają w sobie magiczną krew. Ponieważ Durmstrang przyjmował najlepszych, śmierciożercy uznali że tu chodzi o czystą krew co jest bzdurą.

Po chwili w pomieszczeniu zjawił się dyrektor oraz Kingsley. Albus od razu rozpoznał diadem Ravenclaw i ze smutkiem uznał konieczność zniszczenia cennej pamiątki. Dyrektor chciał tego dokonać z pomocą miecza nasyconego jadem bazyliszka. Wszyscy się zgodzili. Violette ze swej strony zaproponowała nałożyć na wszystkich glify ochronne. Nawet Kingsley skinął głową na tak. Bo chociaż nie przepadał za Francuzką to musiał uznać jej kompetencje. Nie lubił Violette za całokształt, ale wiedział, że Akolitka wie więcej o czarnej magii od niego.

- Kolejna bezcenna pamiątka zniszczona – powiedziała ponuro Violette – Riddle nie szanuje magii skoro sprofanował diadem. No i jakim cudem uznał, że nikt tego tu nie znajdzie.

- Uznał, że tylko on znalazł to miejsce panno Schwartz – powiedział Albus.

- Ale przecież to absurdalne... – zaczęła.

- Tomuś to megaloman – przypomniał jej Gellert – uznał, że tylko on znalazł to miejsce!

- I nie zauważył tej rupieciarni? – pytała Violette.

- Pewnie rzucił diademem – parsknął Gellert – zatem pięć z głowy a zostały tylko dwa! I wiem o czym rozmawiać z goblinami. Udam się tam sam.

Lord Voldemort nie wiedział, że przeciwnicy niszczą horkruksy, bo był na to zbyt arogancki. Ustalono, że Gellert sam wyciągnie i zniszczy horkruks ze skrytki Bellatrix. Nagini zaś zabije albo Severus, albo jakikolwiek inny Akolita w czasie walk. I Gellert znalazł odpowiednią broń dla swoich ludzi. Dla wybranych do walk kazał kupić pistolety Desert Eagle. Walczyć mieli z użyciem klątw, ale zabijać kulkami w łeb by upokorzyć w ten sposób tych, co wierzą w czystą krew. „Te śmieci nie zasługują na śmierć czarodzieja" – tłumaczył. Dlatego też Akolici mieli mieć ze sobą mugolskie siatki z marketów lub parków rozrywki by pakować do nich zwłoki. Ci pośród jego ludzi o mugolskich korzeniach byli zachwyceni i obiecali zdobyć odpowiednią ilość siatek z Lidla, Aldiego i tym podobnych miejsc.