Betowała Len. Bardzo dziękuję!

2

Przez lata skrupulatnie unikał wszystkich informacji dotyczących afer w Czarodziejskiej Brytanii, a nawet Zjednoczonym Królestwie. Obawiał się, że mógłby wyczytać między wierszami zbyt wiele, a w pozornie niezwiązanych z magią wydarzeniach dostrzec i zrozumieć aluzje. Zaginał strony gazet, zasłaniał całe artykuły filiżanką pełną herbaty, odwracał wzrok, gdy tylko dostrzegł słowa „Dumbledore", „Brytania" czy „Voldemort". Tabu nie sięgało tak daleko, by ktokolwiek z międzynarodowej prasy obawiał się imienia Czarnego Pana.

Wyjechał z kraju, gdy wojna wydawała się być już blisko apogeum. Jego różdżka nie była przeznaczona do miotania klątw. Karminowe szaty nie potrzebowały krwawych plam, a podeszwy wypolerowanych butów nie powinny powodować chrzęstu pękających kości. Nie chciał podpisać się pod powolną śmiercią magicznej kultury, ani przykładać ręki do bezsensownej masakry. Na wojnie ciężko szukać winnych. Wiedział jednak, że ustrój oparty na terrorze runie prędzej czy później — strach nie jest długotrwałym nauczycielem obowiązku, jak napisał jeden z szanowanych przez niego filozofów. A jeśli reżim Śmierciożerców budowany był na czymś innym, to nie umiał tego dostrzec.

Wygrywali jednak i Francis chciał przeczekać wojnę z dala od całej afery. Dlatego dziesięć lat wcześniej przywdział mugolski kubrak, schował różdżkę do kieszeni i zupełnie niemagicznym parowcem udał się do Indii. Szorowanie pokładu nie hańbiło czarodzieja, nie wtedy, gdy doskonale wiedział, jakie sztormy mógłby im wyczarować dla własnego kaprysu.

Nadszedł jednak rok 1983 i magiczne wiadomości w końcu go dosięgły.

— Od dobrych dwóch lat nic się tam nie dzieje, Franc. Nie masz powodu unikać tych szmatławców. — Prakrit wyciągnął spomiędzy pieczywa zwiniętą gazetę, którą Francis wcześniej wepchnął tam z odrazą i rozwinął ją przed nim. — Spójrz. Wciąż usiłują ugrać zniesienie zakazu na transport latających dywanów do was... Beznadziejna sprawa.

Latające dywany stanowiły wyjątkowo wygodny środek podróży. Nad miotłami miały przewagę w postaci nieporównywalnej łatwości kierowania, a przede wszystkim można było zabrać się nimi całą grupą. Prakrit przez całe swoje życie spędzone w Indiach widział tylko jednego czarodzieja, który spadł z latającego dywanu — był tak pijany, że nie panując nad własnym ciałem, zwyczajnie się z niego sturlał.

— Mogliby w końcu odpuścić. To tak jakby podróżować, nie opuszczając własnego łóżka. Nie rozumiem, co im to szkodzi? Wszyscy tam się noszą, jakby im kto wsadził kije w tyłki, choć może wynaleźli nowy sposób jazdy na miotłach, kto wie... Zezwoliliby chociaż na użycie w transporcie międzynarodowym, zamiast narzucać się nam ze swoim sztywniactwem. Jedyny taki kraj! — kontynuował mężczyzna.

Francis uraczył notkę prasową podejrzliwym spojrzeniem. Nie było tam jednak nic ponad to, co powiedział mu jego przyjaciel.

— Powiedziałeś, że nie ma zamieszek od dwóch lat?

— Tak. Ziemia ich wreszcie pochłonęła. Albo wszyscy kłamią.

Niedługo później spakował walizkę, wsiadł na równie niemagiczny statek co ten, którym wypłynął i wyruszył w drogę powrotną do domu. Prakrit marudził i wyzywał go od idiotów.

— Nie własną rękę wsadza się wężowi do gardła, by sprawdzić, czy użre, Franc.

Podejrzewał, że czarodziej mógł mieć rację — a z pewnością żałował, że cokolwiek wspomniał na temat zakończonej wojny. Wciąż, Fracis jak idiota musiał sprawdzić, czy mu się udało i przeczekał najgorsze. A może Czarodziejska Brytania trzymała informacje o wszystkich wydarzeniach tak blisko swojej piersi, że nikt z zewnątrz nie dowiedziałby się nawet, gdyby wybuchł bunt angażujący wszystkie magiczne rasy. Akurat zobaczenie tego byłoby warte ryzyka.

Przy powrocie nie spotkały go żadne problemy. Miał też dość pieniędzy, by podróżować jako pasażer i wystarczająco umiejętności, by przekonać całą załogę, że go na to stać, nawet gdyby było inaczej. Przeszedł też mugolską kontrolę papierów, choć mógł aportować się z portu. Kierowała nim ciekawość — jak daleko sięgały czarodziejskie macki i czy kogokolwiek obchodziło jego przybycie? Powinno. Choćby dlatego, że za kilkadziesiąt lat ktoś powinien dostarczyć jego akt zgonu, aby wyjątkowa długość życia nie wywołała zainteresowania mugoli. Lepiej by było, gdyby do tej pory zniknął z wszelkich niemagicznych baz danych. Jako obywatel niepracujący, niemieszkający, niejedzący i bez żadnych możliwych do potwierdzenia koligacji rodzinnych prezentował się nad wyraz podejrzanie.

W pierwszej kolejności odwiedził West End. Nie mógłby tego ścierpieć, gdyby któryś z jego ukochanych teatrów ucierpiał przez ten niedorzeczny konflikt. Na wysłużonych fotelach zostało wiele wspomnień z młodości. Nad deskami sceny, tuż przy kurtynie, pewnie wciąż unosiły się jego dawne marzenia. Nie zdołał oprzeć się pokusie i odwiedził jeden ze wspaniałych odeonów, chowając zmniejszony bagaż do kieszeni. Co chwilę jednak jego wzrok odrywał się od aktorów i z nostalgią przesuwał się w ciemne kąty — z łatwością mógł sobie wyobrazić przyczepione tam, dryfujące niczym chmury dawne wyobrażenia.

Następnie załatwił sobie skromne mieszkanie w dzielnicy Covent Garden, odpowiednio oczarowując agenta, tak że nawet nie pomyślał on o przeciąganiu sprawy.

Kolejnym punktem była Pokątna. Przeszedł przez Dziurawy Kocioł bez przyciągania nadmiernej uwagi. Pub pozostał niezmieniony. Tylko stary właściciel, w ramach wymiany pokoleń odszedł na rzecz swojego syna. Francis zastanawiał się, czy stało się tak tylko dlatego, że był już martwy. Mało który czarodziej żył tak długo, jak mógłby — przynajmniej na wyspach.

Nawet cegły tworzące ścianę ostatecznie odgradzającą mugolski Londyn od magicznej ulicy sprawiały wrażenie nietkniętych. Wypatrywał wyraźnych odprysków lub osmaleń, które świadczyłyby o walce. Nic. Mógł tylko pójść dalej, pośpiesznie wystukując kod znany mu od wczesnej młodości.

Brakowało mu dziecięcego zachwytu, jednak wciąż obracał głowę na wszystkie strony, wodząc oczami po znajomych konturach budynków. Próbował ocenić ludzi. Było ich wielu — miał przed sobą przeładowane ozdobami tiary, jaskrawe szaty, krzykliwych sprzedawców i rozwrzeszczane bachory. Nie bali się na tyle, by zostać w domach, jednak zmarszczki zmartwienia rysowały się wyraźnie na twarzach niektórych.

— Znakomite kociołki! Tylko dziesięć galeonów! Promocja! Tak dobrze dna wam nikt nie zaczaruje! Specjalny materiał, nawet jad bazyliszka nie da mu rady!

Kilkanaście metrów przed nim drzwi magicznej menażerii otwarły się z hukiem. Z daleka słychać było dźwięk rozkołysanego dzwonka i trzask szyby, a także niezrozumiały krzyk. Otworzyły się po raz drugi i na zewnątrz wypadł z wrzaskiem mężczyzna:

— Wracaj tu, cholero jedna!

Mignął Francisowi tylko przez chwilę, zanim tłum zafalował przy nagłym poruszeniu. Kilka osób wskazywało w górę z zachwyconymi śmiechami.

— Moja tiara! — wrzasnęła jakaś czarownica. Usłyszał krzyk, lecz jej nie widział.

Spojrzał w niebo. Wściekle fioletowe nakrycie głowy, ozdobione czymś równie jaskrawym, ale czerwonym, znajdowało się szponach ptaka. Krążył nad ich głowami, błyskając błękitnymi piórami. Puścił w końcu kapelusz i zanurkował w dół, po czym pomknął tuż nad tłumem i zniknął między budynkami, młócąc skrzydłami powietrze tak mocno, że Francis aż poczuł powiew we włosach.

— Tyle za niego zapłaciłem! Tyle kłopotu, by go sprowadzić...! — Sprzedawca szarpał przerzedzone włosy i gdy w końcu zdecydował się opuścić ręce i wrócić do sklepu, sterczały na wszystkie strony, odsłaniając pokaźną łysinę.

Francis uśmiechnął się pod nosem. Wszystko było na miejscu.

Tłum w końcu się uspokoił i mężczyzna zdołał ruszyć do przodu. Za zakrętem znalazł pierwszą ruinę. Dawny sklep z gargulkami. Tyle było oczywiste, bo nad drzwiami zwisał smętnie przekrzywiony, stary szyld. Mimo wszystko pozostał wyraźny, biało-brązowy, z machającymi skrzydełkami podobiznami małych potworków. W ścianach były wyżłobione krzywizny, dziury i wgłębienia w nietypowych miejscach, jakby szalony artysta zechciał przerodzić wiekowy budynek w rzeźbę. Ktoś zabił drzwi i okna.

— Francis Ormond! Czy ja dobrze widzę?! — Rozległ się głos tuż za jego plecami i został złapany za ramię. Obrócił się.

— Scott? — zdziwił się Francis, lustrując mężczyznę od stóp do głów. Miękkie rysy i rzadki wąsik sugerowały, że istotnie, właśnie spotkał kolegę ze szkolnych lat. Nie przypuszczałby, że dawniej kościsty nastolatek zyska aż tak zwalistą posturę.

Czarodziej uśmiechnął się.

— A jednak to ty! Człowieku, nie spodziewałem się, że cię jeszcze kiedyś zobaczę! Zniknąłeś na tyle lat... No nie mogę uwierzyć! — zawołał i uściskał zaskoczonego Ormonda.

— Dobrze cię widzieć. Znajoma twarz, wiesz. — Przynajmniej zyskał pewność, że nie wszyscy jego rówieśnicy przepadli. — Dużo się zmieniło przez te kilka lat? — Rozejrzał się jeszcze raz. Nie zauważył przy tym więcej niż do tej pory.

— Parę lat?! Żartujesz chyba! Muszę cię wszystkim pokazać — oświadczył ze zdecydowaniem. — Nie uwierzą. Niektórzy mówili, że pewnie od dawna nie żyjesz. — Pokręcił głową i wykonał zamaszysty gest ręką, jakby coś odganiając.

— Mam się dobrze. Co tu się stało, Scott? — Wskazał na zniszczone „Gargulki".

— To ten przeklęty Dumbledore. Zrobił tu całe zgromadzanie, nie wyobrażasz sobie. — I Francis rzeczywiście nie mógł się powstrzymać przed zadziwionym uniesieniem brwi. — W środku wojny zgromadził swoich zwolenników w biały dzień i co...? — Scott wykrzywił się pogardliwie. — Jeśli oczekiwali miłej rozmowy po tym, jak wyskoczyli na nas z różdżkami, to sami są sobie winni. Spójrz tam — wskazał budynki naprzeciwko, pokazując bliżej nieokreślone miejsce na wysokości górnych kondygnacji kamienic — tam runęło kilka dachów.

— Kiedy to miało miejsce?

— Kilka miesięcy temu. — Przeczesał włosy palcami i spojrzał ze smutkiem na ruinę. — Kupiłem tu swoje pierwsze gargulki — przyznał z rozrzewnieniem.

Francis pamiętał elegancki zestaw, którego wielu Scottowi zazdrościło, a z którymi przyjaciel obnosił się przy każdej okazji. Czasem nawet zastanawiał się, czy posiadanie tych właśnie jadeitowych kulek nie było przyczyną wstąpienia do Klubu Gargulkowego. Przytaknął ze zrozumieniem i zapytał:

— I Prorok nic nie pisał?

— Pisał. Że doszło do wypadku. O co chodzi? — Zmrużył podejrzliwie oczy.

— Słyszałem, że już nic się nie dzieje w Czarodziejskiej Brytanii. Konflikt wygasł. — I rzeczywiście tak wyglądało. Czym była jedna ruina? Jedyne co nie dawało mu spokoju to czas tego wydarzenia.

— Bo się nie dzieje — oświadczył czarodziej z wyraźną irytacją w głosie. — Nie mają o czym pisać, ani komu lizać dupy, kłamliwe szuje. Całe lata wieszali na nas psy, a teraz się już boją mielić jęzorami. Spróbowaliby, szybko by je stracili! — Pociągnął Ormonda w stronę alei Śmiertelnego Nokturnu. — Chodź, nie będziemy sterczeć jak oszołomy pod tym barakiem.

— Dokąd? — Francis dogonił Scotta w kilku krokach, zrównując się z nim.

— Do baru. Znam jeden dobry. Nie kręci się tam żadna hołota, można się kulturalnie napić — wyjaśnił i było oczywiste, jak ważne jest dla niego towarzystwo — nawet bardziej niż kiedyś, choć winę za to można było zrzucić na karb wojny i wzmagających się uprzedzeń.

— Nie mam przy sobie złamanego knuta. — Zostawił wszystkie pieniądze w walizce. Chciał się w końcu tylko rozejrzeć.

— Chodź. Nie brakuje mi, to już nie czasy szkolne. Na szczęście nie polegam już na kieszonkowym od mojego sknerowatego ojca.

— Tylko jeśli mi powiesz, co tu się dzieje, Scott.

— Oczywiście! — Pokiwał energicznie głową.

Skręcili w stronę bardziej ponurej części magicznego Londynu. Otaczały ich obskurne budynki z wyblakłymi szyldami i witryny tak zakurzone, że ciężko było dojrzeć ich zawartość. Działało to tylko na korzyść sprzedawców, ponieważ mało który klient chciałby wejść do sklepu prezentującego talizmany ze zwierzęcych części w stanie rozkładu lub słoje wypełnione mętnymi miksturami. Zamiast nawoływań handlarzy towarzyszyły im spojrzenia obszarpanych prominentów podpierających budynki. Owiniętych w łachmany wiedźm, porzuconych na pastwę losu charłaków, czarodziejów zbyt wyniszczonych, by unieść różdżkę i osobników, którzy chętnie by ich przekonali, że tojad jest jadalny więcej niż raz. Tkwili blisko muru, jakby podtrzymując pokryte odłażącą farbą ściany przed runięciem, wychylając się z zaułków i łypiąc podejrzliwie na przechodniów.

Scott wkroczył do czegoś w rodzaju mydlarni i Francis podążył za nim. Choć świece na wystawie były dziwacznie poskręcane, prawdopodobnie przeklęte, a jako ozdoby towarzyszyły im trupie czaszki, to zapach unoszący się w powietrzu był przyjemny i kojarzył się wyłącznie ze świeżym praniem.

Czarodziej kiwnął głową właścicielowi, który zmrużył na nich oczy spod drucianych okularów. Francis zwrócił uwagę na nietypowy dla czarodzieja podziurawiony surdut. Minęli ladę; na samym końcu sklepu kryły się schody. Przestrzeń na górze wyglądała zupełnie inaczej. Z zaczarowanej gitary wydobywała się przyjemna dla ucha melodia, a ciemne, drewniane wnętrze rozjaśniały akcenty czerwieni i złota. Mało kto zwrócił uwagę na ich przybycie.

Scott znał właściciela, do którego zwracał się per Will. Już po chwili dostali pełne kufle grzanego piwa i zajęli stolik w głębi lokalu.

— Nie znałem wcześniej tego miejsca. Jest nowe? — zainteresował się Francis. Kufel był przyjemnie ciepły w dłoniach, zapach cynamonu kojący, a siedzenia całkiem wygodne. Najbardziej doceniał jednak atmosferę prywatności.

— Will otworzył tę knajpę kilka lat temu. — Wzruszył ramionami. — Ale ciężko tu trafić. Gdyby nie znajomy, też bym nie wiedział. Dzięki temu jest tu mniejszy burdel. Mniej awanturników i pospólstwa.

— Nie każdy może tu wejść? Coś temu przeszkadza?

— Oprócz całego tego paskudnego wosku na dole? Albo może mydła? Nic! — Scott wyszczerzył się szeroko. — Ale tym obszarpańcom z ulicy pewnie kołtun się jeży na myśl o kąpieli, więc nie mają po co zaglądać do środka.

Francis zerknął w stronę najbliższego okna, jednak był w stanie dojrzeć tylko dachy domów naprzeciwko. Szybko przypomniało mu się, czemu zgodził się przyjść do tej knajpy.

— Co mnie ominęło przez te wszystkie lata? Pewnie jestem najgorzej poinformowanym czarodziejem na całej wyspie.

— Ty? Tego jeszcze nie było! — Scott pochylił się bliżej. — Patrz. — Podwinął rękaw szaty, trzymając rękę płasko na stole, tak że ruch nie mógł zwrócić niczyjej uwagi. Czarny tatuaż przedstawiający czaszkę z wężem przepełzającym przez jej oczodoły zajmował większą część jego przedramienia.

— Mroczny Znak...

— Tak, Franc, wstąpiłem. Nie zaskoczyłem cię tym, co?

— Nie — przyznał czarodziej. — Przypuszczam, że inni zrobili to samo. Chyba że ktoś zrezygnował?

— Mówiliśmy niemal od zawsze, że wstąpimy. To byłby okropny wstyd, nagle się wycofać. Żaden z nas, nikt nie stchórzył.

— Poza mną.

Scott spoważniał.

— Ale to ty. Nie pamiętam, byś rzucał kiedyś przysięgami wierności wobec Czarnego Pana. Czemu miałoby się to zmienić? Nie jesteś z wrogiem, tylko tyle mi trzeba. Gdzie zginąłeś na te wszystkie lata, co? Gorące południe?

Ściemniał pod wpływem mocnego słońca i uparcie trzymał się z dala od kłopotów, więc czemu miałby wyglądać inaczej niż człowiek świeżo po wakacjach?

— Mniej więcej. Niestety, żadnych szalonych przygód, chociaż w odpowiedniej chwili znajdę na pewno kilka anegdot do opowiedzenia. Jak wygląda sytuacja w kraju?

— Czekamy.

— Na co? — Uniósł brwi w zdumieniu. — To jeszcze nie koniec — dodał po zastanowieniu.

— Nie mogę nic powiedzieć, bo i sam niewiele wiem. Ale dam ci znać, jeśli wciąż cię interesują historyczne wydarzenia.

— Tak, w ogóle mi nie przeszło. A do tej pory?

— Cóż... Prawie mieliśmy Ministerstwo, a potem Czarny Pan zaczął znikać. Nie cofnęliśmy się ani nic, ale chyba zmienił zdanie, czy coś? Kazał nam siedzieć, planować i przygotowywać się na przyszłość, rzadziej organizował spotkania.

— Zaprzestaliście wypadów?

— Ta dyplomacja, Franc! Jeszcze nie zwariowałem, wiem, że to mordy dla mordów. Dla niektórych w tym leży cała frajda. Nie mogły zniknąć, oczywiście, że nie... Wiesz, że ja nie do takich rzeczy, nie? Czarny Pan zajął się czym innym, mówiłem. Coś tam było, ale miałem inne rzeczy do roboty, nikt mi nie kazał iść, więc po co?

— Wierzę, że niektórzy nie potrzebują powodu, by mordować. — Był w stanie przywołać z pamięci co najmniej kilka osób pasujących do tego opisu. — A ta akcja z Dumbledore'em?

— Zebrał się ze swoimi poplecznikami na Pokątnej, zaczął gadać o miłości do mugoli i zachęcać do wsparcia jego sprawy.

— Zebrał się tłum, tak?

— Tak, przyszli się pogapić. Gdzieś w międzyczasie dołączyło do nich kilku aurorów — ktoś ich nie dopilnował. Przybyliśmy tam całą grupą i gdy tylko zaczęliśmy ich rozpraszać, wyskoczyli na nas z różdżkami.

— Rozpraszać? Masz na myśli, że zaczęliście walkę?

— Franc, powiedz szczerze, czy to nie była jawna prowokacja? A my do nich łagodnie, bo Czarny Pan wysłał tylko najspokojniejszych, że jeśli się nie rozejdą, to potraktujemy to jako atak, bo rozumiesz, że już byliśmy w sporej mierze w rządzie. Kilka nieszkodliwych czarów, wiesz, tak, żeby nie myśleli, że będziemy tam stać i gadać.

— Łagodnych jak Cruciatus czy Tallantelagra?

— To drugie. — Scott uśmiechnął się krzywo. — Zwykłe łaskotki, lekkie przepychanki... Żadnego powodu do strachu. Stawili opór i się rozpętało piekło. Ktoś dał sygnał i pojawili się tacy jak Greyback albo Lestrange.

— Á propos, jak się trzyma Bellatriks? Nie muszę nawet pytać, żeby wiedzieć, że zrobiła im piekło.

— Dalej sieje postrach. Krążą plotki, że już całkiem oszalała, poza tym chowa bachora.

Francis próbował wyobrazić sobie czarownicę w roli matki. Nie zdołał.

Zanim zdołał dojrzeć dno kufla, dowiedział się, że Czarodziejska Brytania utknęła w stanie dziwnego zawieszenia, gdzie nikt nie miał władzy i każdy na każdego mógł podnieść różdżkę.

Nie musiał długo czekać, by przekonać się, co oznaczały „okazyjne wypady" i „drobne utarczki". Prorok wciąż funkcjonował i donosił o podpaleniu wioski przez Śmierciożerców. Zakon Feniksa pojawił się rzecz jasna, by interweniować i z dogasającego najazdu, afera przerodziła się w krwawą bitwę. W momencie, gdy na miejscu pojawili się pracownicy Ministerstwa, obie strony zbierały rannych i prorok donosił o ofiarach Greybacka, które szczęśliwie udało się wykryć i wpisać do rejestru wilkołaków.

Francis obserwował artykuły i słuchał plotek. Na tę chwilę większość zderzeń wrogich frakcji stanowiły konflikty jeden na jednego, a sam Voldemort nie był widziany od miesięcy, przynajmniej nie przez reporterów czy szerszą publikę. Ciężko jednak było nie zauważyć, że w przeciągu niecałego kwartału jego poplecznicy znacząco się uaktywnili.

Czary ochronne osiągnęły przez to astronomiczne ceny.

-xxx-

Scott aportował się bezpośrednio do mieszkania Francisa, potykając się przy tym o stertę książek. Gdyby nie złapał się w ostatniej chwili ramy, wyleciałby przez okno. Sam Francis podskoczył nerwowo, słysząc trzask i poderwał się na równe nogi, gotów przekląć intruza. Wciąż ciepła kawa, której kubek potrącił, ściekała na podłogę, a świeżo zanurzone w atramencie pióro zostawiało okropnego kleksa na pergaminie.

Choćby za to był gotów przekląć niezapowiedzianego gościa. Rozpoznał jednak w przybyszu Scotta, który uniósł w górę dłonie jakby w geście poddania.

— Ledwo się wyrwałem, Franc — wytłumaczył. — Chodź ze mną. Mamy nasze historyczne wydarzenie!

— Skoro Grindelwald mnie ominął, niech chociaż załapię się na to — mruknął Francis i podszedł do kolegi. Nie czuł żadnego entuzjazmu i jego krok pozostał niemrawy, choć zdobył się na krzywy uśmiech.

W następnej chwili zostali ściśnięci przy aportacji i wypluci na chodnik w pobliżu publicznego wejścia do Ministerstwa.

— Idziesz na sam dół, Franc. Minister przemawia w sali sądowej. Wiesz, przed Wizengamotem i wszystkimi innymi — wytłumaczył pospiesznie Scott. — No, muszę znikać... Tyle zamieszania, tragedia!

Francis otworzył usta, by poprosić o więcej informacji, ale drugi czarodziej już zniknął z cichym pyknięciem. Został sam. Spojrzał z obrzydzeniem na śmieci wysypujące się z kontenerów i opuścił zaułek, kopiąc po drodze jeden z byle jak rzuconych kartonów. Zaklął pod nosem.

Plac był tłoczny o tej porze. Musiał wymijać, a czasem przeciskać się między ludźmi, zanim dotarł do czerwonej budki i wykręcił numer.

— Przyszedłem wysłuchać przemowy pani Minister — poinformował. Przyczesywał w międzyczasie włosy dłonią i starał się wyprostować szatę. W końcu wyciągnął różdżkę i mruknął Extendo. Materiał posłusznie się wygładził.

Chwilę później winda zatrzymała się na poziomie atrium, co zasygnalizowało delikatne „drynnn!". W tym momencie zaczęło do niego docierać, że być może zobaczy coś wartego umieszczenia na kartach kronik. Z całym opanowaniem, na jakie było go stać, ruszył spokojnym krokiem do stanowiska kontroli odwiedzających i bez mrugnięcia okiem pozwolił skatalogować swoją różdżkę. Następnie, z taką samą powściągliwością przeszedł na drugą stronę sali, mijając po drodze fontannę i wsiadł do windy. Urządzenie jechało tak powoli, że czuł w ciasno zaciśniętych zębach każdy zgrzyt łańcuchów i wstrząs grzechoczący ciężkimi kratami. Naprawdę, powinni już dawno wymienić tę instalację...

Wysiadł w końcu na najniższym piętrze. Powitała go kompletnie inna atmosfera niż w atrium. Było pusto, a za cały wystrój służyły nagie, kamienne ściany. W chłodnym powietrzu dało się wyczuć wilgoć. Wokół panowała cisza zakłócana jedynie przez brzęczenie elektrycznych żarówek — pomyślał wtedy, że musi zapytać Scotta, dlaczego zwyczajnie nie użyto magii.

Dotarło do niego echo kobiecego głosu i Francis pospieszył do przodu, tym razem niespowalniany przez nikogo. Drzwi do sali okazały się zamknięte i zniechęcająco ciężkie. Choć starał się otworzyć je bezgłośnie, zachrobotały złowieszczo i jedna czy dwie głowy odwróciły się w jego stronę. Spóźnił się — Minister zaczęła już przemówienie. Francis zajął miejsce w ostatnim rzędzie, które oferowało całkiem niezły widok, a przede wszystkim było puste. Większość słuchaczy stłoczyła się w przedniej części sali.

Minister Milicenta Bagnold była siwiejącą czarownicą w średnim wieku, wyprostowaną jak struna, z mocną szczęką i wyrazem twarzy, który sugerował, że nikomu nie da sobą pomiatać.

— Ministerstwo Magii powstało tylko w jednym celu — by chronić Międzynarodowy Kodeks Tajności Czarów. Przedłużające się prześladowania na tle religijnym zmusiły nas do zebrania się i utworzenia odrębnej społeczności. Zdołaliśmy utrzymać istnienie magii w tajemnicy przed mugolami do tej pory, na innych, ważniejszych frontach ponieśliśmy jednak druzgocącą porażkę. Niewiele brakuje, by wszystkie działania, jakie podjęliśmy, by chronić naszą społeczność, przestały mieć znaczenie. Ignorowaliśmy narastające różnice naszych poglądów, traktowaliśmy budujący się konflikt jako sprawę na tyle nieistotną, aby można było przedyskutować ją przy sobotnim obiedzie! Jako rząd dopuściliśmy się ohydnego zaniedbania. Jako ludziom zabrakło nam spostrzegawczości, by zobaczyć, do czego mogą doprowadzić skrajne poglądy, choć nie minęło nawet stulecie odkąd taki właśnie radykalizm wywołał terror Grindelwalda. Teraz nie doszło wprawdzie do mugolskiej rzezi, ale co z tego? Sprowadziliśmy zniszczenie na samych siebie. To najbardziej obłudna rzecz, mówić o obronie słabszych, gdy sami nie potrafimy zadbać o swój dobrobyt. I przez te lata Ministerstwo Magii uczestniczyło w wojnie jak ciekawski obserwator, w żaden sposób nie przyczyniając się do zakończenia konfliktu. Wstyd mi, że pozwoliłam tak długo trwać temu destrukcyjnemu procederowi! Czuję, że nie jestem już odpowiednią osobą na stanowisko Ministra Magii. Zgodnie z ostatnim raportem nasza instytucja jest zadłużona. Razem z oświadczeniem o mojej dymisji składam przed Wizengamotem raport o stanie finansowym Ministerstwa Magii. — Z impetem wyłożyła na mównicy grubą teczkę i dźwięk rozbrzmiał głuchym echem po zamarłej sali. — Drodzy państwo, grozi nam konflikt z goblinami. Czy życzymy sobie jeszcze bardziej zagorzałej walki? Nasi przodkowie rozlewali krew i tracili głowy od goblińskich mieczy. Chciałabym przekonać tę nację, by ich nawet nie wyjmowali. Nie jestem jednak w stanie tego zrobić. Imperatywny jest teraz koniec wojny, póki jeszcze mamy kogo i co ratować. Wierzę, że w obecnej sytuacji potrzebujemy wzmóc starania, aby wzmocnić system ochrony przed wykryciem. Jesteśmy haniebnie osłabieni i zamiast miłosierdzia potrzebujemy siły. Nasze departamenty od lat poświęcają się znajdowaniu wymówek dla katastrof dotykających mugolskie miasta, a Obliviatorzy dokładają wysiłków, by wyczyścić pamięć wszystkich niepożądanych świadków. To nie jest sposób, w jaki traktujemy przyjaciół. Nikt, przed kim musimy się ukrywać, nie jest naszym przyjacielem. Chcę, wykorzystując moje ostatnie jako Minister Magii prawo i obowiązek, zakończyć ten konflikt! W najlepszej wierze wybieram mojego następcę — Lorda Voldemorta!

Na sali wybuchł ogłuszający jazgot, kilkanaście osób zerwało się ze swoich miejsc, wrzeszcząc. Była Minister Magii Milicenta Bagnold zeszła z mównicy z dumnie uniesioną brodą i rzucając obecnym ostatnie harde spojrzenie, opuściła pomieszczenie.


Ciekawostka: Francis miał według założeń nazywać się Franzier. Ponieważ jednak napisałam cały rozdział, posługując się imieniem, jakie tu widzicie, został przemianowany. (Dodaję nikomu niepotrzebne notki odautorskie przy okazji uzupełniania tekstu o brakujące przecinki i zgubione spójniki, gdyby ktoś się zastanawiał.)