Betowała Len. Bardzo dziękuję!
3
Kilka dni po dymisji Bagnold w czarodziejskim społeczeństwie wciąż panowało poruszenie, co wpłynęło na szczególny wzrost ruchu w pubach i knajpach. Prorok Codzienny wylewał hektolitry jadu na każdego, kogo dało się obwinić za wymienione przez byłą minister uchybienia, jakkolwiek nie byłoby to naciągane. W pisaniu paszkwili przodowała Rita Skeeter i jeśli Francis mógł jej coś przyznać, to że takiej żmii jeszcze nie spotkał.
Nowo wybrani ministrowie zwykle przysięgali przed Wizengamotem, że dobro Czardziejskiej Brytanii będzie przyświecać wszystkich ich decyzjom, a zasady Międzynarodowego Kodeksu Tajności nie zostaną złamane za ich kadencji. Czarny Pan, zachowując pozory tradycji, wygłosił manifest wyjaśniający, w jaki sposób dążenie do jego celów poprawi sytuację magicznego społeczeństwa.
Francis był pewny, że niewielu słuchaczy spostrzegło różnicę, czy zwróciło uwagę, jak bardzo zwodnicze były słowa ich nowego przywódcy. Zresztą Czarny Pan mówił z takim przekonaniem, że ciężko mu było nie wierzyć. Tym, których nie zdołał oczarować, dawał do zrozumienia przeszywającym spojrzeniem, że lepiej by powstrzymali się od wyrażania mniej niż przychylnych opinii na temat jego działań. Może i tyle nie wystarczyłoby, by uciszyć jego zadeklarowanych przeciwników, jednak nikt ze ścisłej opozycji nie pojawił się, by wysłuchać czarnoksiężnika.
Choć na liście zamierzeń nowego rządu znalazło się oczyszczenie czarodziejskiej kultury z mugolskich wpływów i przywrócenie odpowiedniej pozycji społecznej starym rodom, czarnoksiężnik nie wspomniał ani słowem o wykluczaniu ze społeczeństwa mugolaków albo o zachowaniu magicznej edukacji tylko dla wybranych. Już to łagodziło część obaw Francisa.
Pierwsze rzędy zajmowali poplecznicy Czarnego Pana. W dniu swojego triumfu założyli galowe szaty i przybrali uroczyste wyrazy twarzy. Nie wszyscy spijali wzrokiem obietnice z ust swojego przywódcy jak Bellatriks i kilkoro innych najwierniejszych, nikt jednak nie śmiał choćby zasugerować swoją postawą braku zainteresowania ceremonią.
Walburga Black raz po raz przykładała chusteczkę do twarzy i pociągała nosem ze wzruszenia.
Władza czarnoksiężnika była chwiejna, słabo ugruntowana i miał on bezmiar przeciwników. Tak samo jednak, jak tej słabości nowego rządu, wszyscy mieli świadomość siły, z jaką Voldemort odpowiedziałby na jakikolwiek opór. Spodziewali się tyrana i szaleńca. Tak długo jednak, jak mogli mieć nadzieję, że unikanie prowokacji dawało im szansę na przeżycie, mieli się podporządkowywać bez zastrzeżeń.
— Zbrodnie, jakie niektórzy z was popełnili w ostatnich latach, przykładając się do poniżającej degradacji czarodziejskiej tradycji, stawiając zbrojny opór próbom powstrzymania naszej społeczności od upadku i głosząc skandaliczne słowa zachęty do bratania się z wrogiem, zostaną wybaczone, choć nie zapomniane. Ten dzień otwiera nowy rozdział w historii. Oczywistym jest więc, że i w życiu każdego z nas winna zacząć się nowa epoka. Porzućcie więc stare, nikczemne drogi i wesprzyjcie nas. Wnieście swój wkład w budowę lepszej, silniejszej Brytanii!
Francis ze swojego miejsca widział, że niektórzy zadrżeli niczym wyrwani ze snu, a inni już pochylali się do swoich sąsiadów, by zacząć gorączkowo szeptać.
— Nie po to zakończyliśmy wojnę, by dalej walczyć i niszczyć się nawzajem. Jednak nie mogę obiecać moim wrogom nic innego niż całkowitą zagładę. Wszelki opór musi zostać zniszczony. — Wydawało się przez chwilę, że patrzy w oczy każdemu z osobna, przekazując nieujęte w słowa groźby i zaszczepiając we wszystkich obecnych wrażenie obnażenia, zupełnie jakby przez krótki kontakt wzrokowy poznał najskrzętniej skrywane sekrety. — Zostańcie sprzymierzeńcami naszej sprawy. Przez dwadzieścia cztery godziny powstrzymamy się od kontynuowania kampanii nawet przeciw zdeklarowanym buntownikom. To czas, który daję wam na podjęcie decyzji, czy chcecie zostać częścią nowego świata, czy dać się pochłonąć mrokom przeszłości. Będziemy czekać na wasze deklaracje złożenia broni, na obietnice zapewniające o uznaniu mojej władzy. Wymagamy od was jedynie nic niekosztującego gestu dobrej woli. W zamian oferuję wam nie tylko wybaczenie, ale szansę na udowodnienie, że popełnione błędy nie doczekają się powtórki. Że zasługujecie na uznanie jako pełnowartościowi czarodzieje. Wiedzcie, że Lord Voldemort jest miłosierny.
Później, długo po zakończeniu przemowy, Francis czekał w swoim mieszkaniu, wciąż w wyjściowej szacie, na przybycie Scotta. W międzyczasie zajmował się porządkowaniem przedmiotów, które przywiózł ze sobą.
Tym razem Śmierciożerca aportował się na klatkę schodową i po charakterystycznym pyknięciu doskonale słyszalnym przez drzwi rozległo się pukanie. Francis upewnił się, że pozostawił kufer szczelnie zamknięty i machnięciem różdżki wpuścił kolegę do środka.
— Widzę, że jesteś gotowy do wyjścia — zauważył Scott.
— Tak. — Francis kiwnął głową. Odłożył pióro i starannie zalakował kopertę ze świeżo skończonym listem, zanim wstał, by się przywitać. Wcześniej stwierdził, że decyzję podejmie po wysłuchaniu, co Czarny Pan ma do powiedzenia. — Manifest przekonał mnie wystarczająco, bym ci towarzyszył. — Choć ultimatum zabrzmiało złowróżbnie, on sam nie dopuścił się żadnej agresji, przez którą musiałby się mieć na baczności. Poza tym Scott wcześniej zapewniał go, że spotkanie miało charakter czysto towarzyski. Właściwie można je było określić jako bankiet.
— Znakomicie, Franc! Na pewno nie pożałujesz. Cokolwiek można powiedzieć o spotkaniach, świętowanie to zupełnie inna sprawa! — Wyszczerzył się z zadowoleniem.
— Mam nadzieję. Powiedz mi... Czy ktokolwiek się stawi w Ministerstwie?
Scott spoważniał.
— Żeby się poddać? Masa ludzi. Wszyscy mają dość, Czarny Pan nie dał im dziś żadnego powodu do oburzenia. — Za to ich straszył pod płaszczykiem wybaczenia. — No i nie osiągną nic więcej, nie? Ciężko udawać, że uciekną przed tym, co ich czeka. Wcześniej mogli. Teraz wystarczająco im pokazaliśmy, że szczurkowanie na dużo się już nie przyda.
— Co takiego ich czeka?
Scott wzruszył ramionami.
— Nie mam pojęcia. Może przyjęcie powitalne z ciastem i serpentynami. Może lochy. Nie doszło do mnie jednak, by Czarny Pan kazał przygotować łańcuchy.
— Nic nie wiesz? — zapytał Francis i beztroska na twarzy rozmówcy była wystarczającą odpowiedzią. Kolejne słowa wypowiedział, tłumiąc frustrację: — Musisz coś podejrzewać. Za długo obracasz się w tych kręgach.
Odsunął fotel od biurka i wstał. Podszedł do stojącego pod ścianą stolika, gdzie odwrócony tyłem do swojego rozmówcy nie musiał kontrolować wyrazu twarzy. Jego usta wykrzywił grymas niezadowolenia. Zajął się sortowaniem zalegających na blacie książek na sterty.
— Słuchaj, Franc, ludzie wcześniej gadali, że Czarny Pan jest szalony i nieprzewidywalny. Teraz widać, że ma wszystko poukładane i wiem nawet mniej, co nas czeka. — Opadł na wolny fotel. — Czego ty się spodziewasz, co? Pewnie ktoś będzie ich pilnować, żeby nie zaczęli brykać. Ktoś inny wymyśli, jak ich szczerze przekonać tak, że sami się będą kajać. To już nie moja robota.
— Ciekaw jestem, co jest twoją robota, Scott. Nic o tym nie mówiłeś, a przyznam, że nie mam pomysłu, czym mógłbyś się zajmować.
Czarodziej zarechotał.
— Zawsze nijaki, co? Powiem ci to w sekrecie ze względu na starą przyjaźń. Miałem za zadanie dopilnować bardzo upartej byłej pani minister! Jeszcze nie miałem do czynienia z czarodziejem z taką siłą ducha!
Francis mimowolnie zastygł w połowie ruchu o centymetry od trzaśnięcia grubą księgą w szczyt tworzącego się stosu i otworzył szerzej oczy. Scott zaczął się głośniej śmiać w odpowiedzi. Domyślał się, że oddanie władzy przez Bagnold zostało ukartowane lub przynajmniej przewidziane, skoro bankiet odbywał się tylko parę godzin po wydarzeniu, a wiedział o nim od kilku dni. Nie spodziewał się jednak takiego wyjaśnienia. Bardzo naiwnie, jak musiał przyznać.
— Nie wierzę! — mruknął Francis.
— Też nie! Ale doprowadziłem to do końca i Czarny Pan jest zadowolony. Bardzo. Żadnych paskudnych wypadków po drodze, jak to się często zdarza. Oczywiście to tylko część planu, ale wiesz... Nie spodziewałbym się, że dostanę taką fuchę! Ja!
— Gratuluję — powiedział Francis. Po głowie tłukło mu się tylko głuche „Imperius?" i poczuł, jakby na dnie żołądka osiadł mu kamień. Scott zawsze kojarzył mu się z przyjaznym miśkiem. Informacja o jego zdolności do zdominowania byłej Minister nadała jednak jego przystąpieniu do Śmierciożerców więcej sensu w głowie Francisa.
— Dzięki, Franc. — Podniósł się. — To co, idziemy? Lepiej się nie spóźnić. Nie będziesz się dalej stroił, co?
Francis podążył za jego przykładem i wstał.
— Nie, wystarczy.
Scott chwycił go za ramię i aportował ich do Fortu Walpurgii.
Wylądowali w sali wejściowej i pierwsze, co Franc zobaczył to drobne, półprzezroczyste, szarawe płytki, którymi była wyłożona cała podłoga. Poza tym było bardzo ciepło, wręcz gorąco i natychmiast pożałował, że nie ubrał czegoś cieńszego. Zastosowanie na sobie zaklęcia chłodzącego mogło tylko sprawić, że poczułby się jak z gorączką, podobnie zresztą byłoby w przypadku ocieplającego, więc jedyne, co mógł zrobić to poluzować kołnierz. Wilgoć z powietrza osiadała na wszystkim i nie musieli długo czekać, zanim poczuli, że ich ciała się lepią.
Po drugiej stronie pomieszczenia ktoś pojawił się z pyknięciem. Francis uniósł głowę, by spojrzeć na tę osobę. Zobaczył mężczyznę, którego twarz zakrywała maska.
— Scott? Nie powinniśmy też być incognito? — zapytał Francis cicho.
Nowo przybyły nawet im nie kiwnął głową. Skierował się prosto do głównej sali.
— Nie, nie mamy po co. Już nie — wyjaśnił Scott z zadowoleniem.
Nie wyjaśniało to w żaden sposób, dlaczego ktoś inny wciąż miał ku temu powód, ale Francis tym razem nie pytał o nic więcej.
Na środku pomieszczenia znajdowała się fontanna; po powierzchni wypełniającej ją wody pływały lilie wodne. Odchodziły od niej dwa wąskie koryta, nad którymi można było z łatwością przejść. Łagodnymi łukami zbliżały się do ścian, wzdłuż których znajdowały się przejścia do następnych pomieszczeń.
— Jesteśmy przy jakimś źródle geotermalnym? Używacie gorącej wody w systemie ogrzewania?
— Ha, dużo wody, co? Powinienem ci coś jeszcze pokazać. — Scott pokierował go w stronę wysokiego łuku, przez który były widoczne spiralne schody. — Gdybyśmy się nie aportowali, nie mógłbym ci nawet powiedzieć, czy jesteśmy jeszcze w Wielkiej Brytanii. Tym bardziej pojęcia nie mam o rozkładzie wód w tej okolicy.
— Nie zainteresowało cię to nigdy? Odniosłem wrażenie, że z racji spotkań często tu bywasz.
Scott machnął lekceważąco ręką.
— I co mi po takiej wiedzy? Czarny Pan mógłby wyczarować taką wodę i na pustyni. — Przeszli do kolejnego pomieszczenia i Scott wskazał imponującą instalację: — Patrz. Tamto to przy tym nic, nie?
Mieli przed sobą akwarium zajmujące całą ścianę. Za szkłem poruszały się różnokolorowe ryby, a roślinność falowała w miarowy, niemal hipnotyzujący sposób. Czarodziej ocenił, że by wywołać taki efekt, woda musiała przepływać między zbiornikami.
— Ogromne — przyznał. — To wszystko jest połączone? Koryta, akwarium, fontanna...?
— Nie wiem jak łazienki, ale te tak. Nigdy nie miałem okazji sprawdzić, wiesz? Może dobrze. Wcale nie chciałbym dzielić wanny z którąś z tych ryb. — Mężczyzna się wzdrygnął.
— Nikt nigdy nie wpadł i się nie utopił? — zainteresował się Francis i kiwnął stopą w stronę pobliskiej wstęgi wody przecinającej podłogę. Od reszty powierzchni nie oddzielał jej żaden próg i tafla wody znajdowała się na tym samym poziomie co reszta posadzki.
— Sam zobacz. — Scott zbliżył się do przestrzeni i wyciągnął chusteczkę w kieszeni. Upuścił ją na wodę. — Widzisz, nie tonie. — Materiał pozostał zwinięty tam, gdzie upadł, woda nie zmoczyła go i nie rozciągnęła na swojej powierzchni, jak to się zwykle działo. — Jak przez przypadek nadepniesz, to też nic się nie stanie. Chociaż wolałbym nie próbować. Wiesz, chodzi o przypadek. Kiedyś Mulciber zanurzył tam palce. Jak cofnął rękę, miał już tylko kikut.
Francis przezornie cofnął się o kilka kroków.
— Coś mu je odgryzło?
— A co innego? Nie znam się na rybach, ale słyszałem o co najmniej kilku, które potrafią zeżreć czarodzieja w całości, jak im dasz chwilę. Niestety, cholerstwa nie widać zbyt dobrze przez zaklęcia.
Zbiorniki wodne zdecydowanie straciły urok dla Francisa. Wyraźnie niektórzy ich mieszkańcy pełnili rolę inną niż dekoracyjną, skoro wielu z nich nie dało się dojrzeć. Przypuszczał, że znajomość gatunku mogłaby komuś umożliwić wytrucie obrońców Fortu, bez zwracania uwagi na wydarzenie przez śmierć łatwo widocznych ryb, ale i tak czułby się lepiej, wiedząc, jakie potwory znalazły schronienie pod dachem Czarnego Pana.
— Racja, szczególnie tropikalnych — mruknął i ponownie pociągnął za kołnierz.
Przeszli do głównej sali. Francis zatrzymał się w progu, by objąć wzrokiem całe pomieszczenie. A było ogromne. Przede wszystkim jednak miał wrażenie, że zamiast w kwaterze zgrupowania zrzeszającego ludzi o podobnych poglądach politycznych, znalazł się w miejscu kultu. Albo pałacu.
Podłogi, tak jak w innych częściach budynku, które widział, były wykonane z przymglonego, pół-transparentnego materiału. Nie zabrakło wstęg wody. Ścian prawie nie było. Kolorowe szyby, niemal jak kościelne witraże, ciągnęły się aż do galerii, która pozostawała zacieniona. Wejścia na ten poziom nie dało się dostrzec z jego miejsca. Kamienne łuki podpierające całą konstrukcję składały się ze splecionych kształtów. Francis jak zahipnotyzowany podszedł bliżej. Rzeźbienia przedstawiały kłębowisko węży usiłujących się wspiąć wyżej, owijając się jeden wokół drugiego. Żaden z nich się nie poruszał, czarodziej jednak patrzył na nie z pewną nerwowością. Rzeźba była tak realistyczna, jakby węże nie tyle zostały wykute w skale, co w skałę zmienione i w każdej chwili mogły odzyskać życie.
Francis wahał się tylko chwilę. Ciekawość wzięła górę nad ostrożnością i czarodziej dotknął rzeźby. Przesunął palcami po chłodnej, śliskiej powierzchni, pod opuszkami czując łuski. I gdyby kamień był tylko odrobinę mniej nieustępliwy, uwierzyłby, że są prawdziwe.
Goście stanowili mieszankę wystrojonych oficjeli i zamaskowanych osobników, często też kryjących się pod obszernymi pelerynami i stroniącymi od innych. Większość jednak zamiast się ukrywać, przywdziała wyjściowe stroje w stonowanych kolorach i wtarła pomadę we włosy. Francis wyróżniał się w swojej ciemnożółtej szacie.
Scott przywitał się ze wszystkimi znajomymi, którzy stanęli mu na drodze, zanim dołączył do przyjaciela przy filarze.
— Podobno całość wykonał jeden z nas.
— Nie znasz jego nazwiska? — zaciekawił się Francis. — Nie miałbym nic przeciwko, żeby go poznać.
— Nie, nie… Czarny Pan nigdy go nam nie podał. Przykro mi.
— Ma prawdziwy talent. Znakomita robota. — Pogłaskał głowę węża, zachwycając się teksturą pod palcami. Paciorkowate oczy wpatrywały się bez ruchu w górę, jakby śledząc postępy swoich rywali, a smakujące powietrze języki zastygły w paszczach.
— Straszne są, nie? — Scott wskazał mu inną parę gadów. Położony niżej zanurzył kły w ogonie drugiego, a ten rozwarł szeroko szczęki w wyraźnej groźbie. Łatwo było sobie wyobrazić jad ściekający z niepokojąco ostrych zębów. — Naprawdę można się ukłuć.
— Cudowne…
— Jeśli cię to interesuje, to podobno gdzieś z tyłu da się znaleźć różyczki.
Francis uniósł brwi.
— I jak to niby pasuje do reszty?
— Tak, że jest bardzo ładne. Jak prawdziwe kwiaty i nikogo nie drażnią swoją obecnością na widoku. Zdaje się, że trzeba ich specjalnie wypatrywać.
— Macie tu jakiegoś florystę? Herbologa? Kogoś, kto mógłby…?
— Narcyza Malfoy podobno ma imponujące ogrody — uznał Scott po namyśle.
Francis zanotował sobie nazwisko w pamięci. Nigdy nie spotkał tej kobiety osobiście i niewiele o niej słyszał. Co innego Lucjusz Malfoy, choć na jego temat krążyły głównie niepochlebne opinie.
Na sali pojawiły się w końcu skrzaty i trzymając tace nad głowami, zaczęły roznosić napoje gościom. Francis przyjął kieliszek i powąchał.
— Szampan? — mruknął do siebie.
W następnej chwili wszystkie dyskusje zostały przerwane przez głos, który z łatwością przebił się przez hałas. Jego właściciel nie musiał starać się, by zwrócić na siebie uwagę, ani by brzmieć władczo. Goście umilkli już po pierwszych głoskach, rozpoznając autorytet, a pozostałych szybko uciszono. Lord Voldemort przemówił.
— Zanim rozpoczniemy ucztę, wznieśmy toast za nasze zwycięstwo. — Czarnoksiężnik stał na podwyższeniu wśród swoich najwierniejszych zwolenników. Był imponującego wzrostu, przez co wznosił się ponad grupę. Pozostał przy tym chudy i niezdrowo blady, co dodatkowo podkreślały ciemne szaty. — Pracowaliśmy wiele lat, by osiągnąć cel, do jakiego dążyli jeszcze nasi przodkowie. Nie powstrzymał nas zatwardziały opór przeciwników. Nie przekonały afirmacje wobec niskiego pochodzenia, choć rozprzestrzeniały się niczym zaraza. Wytrwaliśmy. Mimo kolejnych niepowodzeń: odrzucenia postulatów w Ministerstwie, wyrzucenia naszych nazwisk z list gości i spośród członków Wizengamotu. Nie ugięliśmy się pod wpływem kar ani oskarżeń o uprzedzenia. Dopięliśmy swego dzięki cierpliwości i poświęceniu. Dawno obiecaliśmy przywrócenie ładu w czarodziejskim społeczeństwie. Dziś przejęliśmy władzę w tym przegniłym ogrodzie. Możemy decydować o losie spróchniałych pni, robaczywych owoców i pokracznego zielska, które dawniej zwało się kwiatami. Jest nasz i wiemy, jak powinien wyglądać. Chwała jest w zasięgu ręki. Będziemy mogli po nią sięgnąć jak po te jabłka, jeśli otoczymy je na wystarczająco długo troskliwą opieką. Czeka nas praca, ale czeka nas także zebranie jej owoców, ponieważ jesteśmy już przy końcu tej drogi. Dziś jest jeden z wielu nadchodzących dni zwycięstwa. Po raz pierwszy od lat gromadzimy się nie w ukryciu, ale jawnie, by świętować. Mamy też przyjemność gościć wielu znamienitych czarodziejów i czarownic spoza naszego ciasnego kręgu. Z ramienia Ministerstwa — naszego Ministerstwa! — chcę wam podziękować za znakomitą pracę. Chcę wam pogratulować wyników, jakie wszyscy widzimy. — Uniósł kielich w górę. — Wypijmy za Rycerzy Walpurgii! Zarówno tych obecnych z nami dziś, jak i tych, którzy złożyli swoje życia w szlachetnym boju i umożliwili nam wypełnienie starej przysięgi.
Wielu Śmierciożerców odpowiedziało rozentuzjazmowanymi wrzaskami. Francis nigdy wcześniej nie słyszał określenia Rycerze Walpurgii i mógł się tylko domyślać, co znaczyło, ale posłusznie opróżnił swój kielich.
— Ach, zapomniałem ci powiedzieć — mruknął Scott, nachylając się do niego tak, by cokolwiek usłyszał przy wciąż rozbrzmiewających owacjach. — Tak się teraz oficjalnie nazywamy.
— Nie wydaje mi się, żeby ktoś miał problem z waszą dotychczasową nazwą — zdziwił się Francis.
— Jesteśmy ugrupowaniem politycznym, Franc. Śmierciożercy to tylko zła propaganda, gadanie za naszymi plecami. Wiesz, Rycerze Walpurgii kiedyś nawet przemówili publicznie — wyjaśnił z krzywym uśmieszkiem.
Zajęli miejsca przy jednym z długich stołów. Śmierciożercy mieszali się z gośćmi. Krzesła z nakryciami magicznie pojawiały się za każdym razem, gdy ktoś się zbliżał, a miejsca nigdy nie brakowało.
— Dostaliśmy pozwolenie, by zaprosić kogo chcemy. Nikt nie wie, ile jest nas dzisiaj wszystkich.
Początkowa liczba miejsc zachowała się tylko przy stole na podwyższeniu, gdzie zasiadł Voldemort w towarzystwie magów należących do Wewnętrznego Kręgu.
Zupełnie niezainteresowany jedzeniem Francis zapełnił swój talerz wybranymi na chybił trafił przysmakami i dolał sobie alkoholu.
— Scott, Rycerze Walpurgii to nowy twór? — Wciąż wątpił, na ile prawdziwe było poprzednie wyjaśnienie.
Odpowiedział mu zamaskowany Śmierciożerca z naprzeciwka, który do tej pory siedział sztywno i tylko sączył wino przez wąski otwór w masce.
— Rycerze Walpurgii wystąpili kiedyś przed Wizengamotem. Zostali wykpieni. — Jego głos był dziwnie zniekształcony, jakby przemawiał przez długą rurę.
— Zapewne mają zapisy tego spotkania?
— Tak.
Z drugiego końca Sali dobiegł ich głośny kobiecy śmiech. Ci, którzy odwrócili głowy, mogli zobaczyć jak Bellatriks Lestrange rechotała z głową odrzuconą do tyłu, niemal przewracając się z całym krzesłem. Zdążyła już wylać część wina na podłogę i Rudolf próbował zabrać jej kielich, dopóki szkło nie podzieliło losu napoju.
Czarownica była trudna do wymazania z pamięci i Francis wciąż pamiętał ją sprzed lat. Nie straciła nic ze swojej urody. Dalej była porażająco piękna. I choć zachwycał się jej wyglądem, to wolałby nie wchodzić w zasięg jej różdżki. Przywodziła mu na myśl burzę obserwowaną z powierzchni oceanu — nieokiełznana, poetycko piękna i nieprzewidywalna, ale wyciskająca piętno w pamięci głównie przez strach, jaki wzbudzała.
— Siostry Black mają coś w sobie, nie? — mruknął ktoś z rozmarzeniem
— Mówisz o tej harpii? Chuja by ci odgryzła! — parsknął ktoś w odpowiedzi.
Francis z kpiącą satysfakcją pomyślał, że przynajmniej nie był sam ze swoją opinią. Choć wolał czymś zająć usta, niż wyrażać ją w podobny sposób.
Niedługo potem większość gości opuściła swoje miejsca i stoły w rezultacie opustoszały. Scott przyjął na siebie zadanie przedstawienia go znajomym Śmierciożercom i przypomnienia o jego istnieniu dawnym kolegom z Hogwartu.
— Lestrange, znasz już mojego przyjaciela?
Czarodziej zmierzył go od stóp do głów. Sam prezentował się zupełnie przeciętnie — średniego wzrostu, mocno zbudowany i z kwadratową szczęką. Francis nie zapamiętałby jego twarzy, gdyby nie pewna niesława, którą podzielał ze swoją żoną.
— Nie, nie mieliśmy przyjemności się poznać. — Wyciągnął do Francisa rękę. — Rudolf Lestrange.
— Francis Ormond.
— Przyznam, że nigdy nie słyszałem pana nazwiska. Należy pan do sympatyków, czy może przyszedł pan jedynie w celach towarzyskich?
— Spędziłem wiele lat za granicą. Wstąpiłem tu jedynie ze względu na starą znajomość, choć przyznam, że byłem ciekawy tłumu, który znalazł się teraz u władzy.
— A, tak, dobrze znać rządzących. Zwiedził pan jakieś ciekawe miejsca? Słyszałem, że Egipt ma do zaoferowania niesamowite informacje z zakresu numerologii. — Powiedział to niemal z nadzieją, jakby liczył, że rozmówca opowie mu coś więcej na ten temat.
— Obawiam się, że nie odwiedziłem tego państwa, a tym bardziej niczego tam nie odkryłem. Interesuje się pan numerologią?
— Można powiedzieć, że to moja dziedzina — przyznał Rudolf. Kontunuował niemal z rozmarzeniem: — Numerologia to naprawdę fascynujący przedmiot. Amator może zbyć jej znaczenie, stwierdzając, że po co mu znać właściwości kilku cyfr. Ilość kombinacji jest nieskończona, tak samo jak sposoby w jakie wpływają na rytuały, zaklęcia, nawet moc barier. Czasami wystarczyłoby przesunąć drzwi, czy okno o centymetr w którąś stronę, a konstrukcja już zdołałaby wytrzymać pod naporem łamaczy! — Nawet gdy mówił z największą ekscytacją, co nie było zbyt słyszalne, co chwilę zerkał na boki, kontrolując sytuację w pomieszczeniu. Prawdopodobnie kontrolując także poczynania Bellatriks.
— Nie spodziewałbym się. Zajmuje się pan tym na co dzień? Może właśnie barierami?
— Finanse. Moja działka to finanse. — Francis spojrzał bez zrozumienia i Rudolf kontynuował. — Musiał pan do tej pory zauważyć, że w Czarodziejskim Świecie funkcjonuje waluta. Galeony, knuty, sykle, tak? Odpowiednie manipulowanie pieniędzmi może wpłynąć nie tylko na sytuację rynku, co widać przez zmiany w cenach, czy sukces danego biznesu, ale może też odbić się na polityce — tłumaczył.
— Obiła mi się o uszy sprawa zadłużenia Ministerstwa. — Francis wcale nie potrzebował aż tak łopatologicznego wyjaśnienia. Wystarczyłoby nieco mniej ogólne określenie zawodu.
Rudolf uśmiechnął się z zadowoleniem.
— Dokładnie w ten sposób. Ta sytuacja działa na naszą korzyść. Inaczej nie dążylibyśmy do niej przez ostatnie lata.
— Mogę spytać jak?
— Odniosłem wrażenie, że obserwuje pan scenę polityczną. Nie chciałbym panu psuć niespodzianki. Szczególnie, że ta kwestia wyjaśni się już niedługo dla całej publiki.
Francis chciał zaprotestować, tłumacząc jak bardzo nie leżały mu niespodzianki. Ugryzł się jednak w język. Nie był w miejscu, gdzie mądrze byłoby przyznawać się do nieufności wobec zamiarów Czarnego Pana i jego sympatyków.
— Z pewnością będę śledził najbliższe wydarzenia.
Rudolf otworzył usta, by powiedzieć coś więcej, ale przerwał im Yaxley z okrzykiem:
— Kogo my tu mamy! — Mężczyzna wykrzywił się szyderczo, stając koło Rudolfa i spoglądając na Francisa z jawną niechęcią. — A może widzę ducha?
— Z pewnością nie — powiedział chłodno Francis.
Scott otrząsnął się z marazmu, w który wprowadziły go słowa Rudolfa.
— Yaxley, nie miałeś zadania na dzisiaj...? Potrzebujesz naszej pomocy? — Zabrzmiało to niemal miło.
— Na pewno nie twojej, Welsch — uciął krótko i odwrócił się tyłem do Scotta, zbywając go. — Nie, Ormond? Już lepszy byś był martwy! Wracasz tu, po tych wszystkich latach, jak gdyby nigdy nic i masz czelność pokazywać swoją mordę w naszych kwaterach... Wstydziłbyś się. — Gestykulował gwałtownie przez cały czas i swoją wypowiedź zakończył nagłym machnięciem ręką w dół, przez co Rudolf się odsunął.
— Przykro mi, Yaxley, ale co właściwie mi zarzucasz?
— Tchórzostwo! — wrzasnął Śmierciożerca.
— Jakby kto pytał o tchórzy, Yaxley — zaczął Scott i kontynuował, choć resztę jego wypowiedzi zagłuszył głośny rechot z grupki obok: — to ty jesteś pierwszy na liście.
Yaxley nie usłyszał obelgi i dalej koncentrował się na Francisie, ignorując wszystko inne.
— Nie pamiętam ostatniej okazji, kiedy zabrakło mi odwagi. Może mnie oświecisz?
— Och, okazji, dobre! Na całą dekadę ci brakło, śmieciu! Uznawaliśmy się za swojego, a ty zwiałeś przy pierwszej okazji, pewnie bratać się z mugolami!
— Mówisz o wojnie? — Francis bardzo nie lubił, gdy ktoś na niego krzyczał. Było to słychać w zimnym, lekko drwiącym tonie, z jakim zaczął mówić. — Racja, to wielkie wydarzenie... Aż dziw, że zdołałeś wziąć w nim udział... Ale to tylko powód do radości, prawda? Chyba że doświadczenie nie okazało się dla ciebie tak cudowne, jak sądziłeś. — Uśmiechnął się samymi ustami. — Chciałbyś mi o tym opowiedzieć, Yaxley?
— Chciałbym, żebyś publicznie przyznał, jakim ścierwem jesteś.
— Widzę, że bardzo byś chciał. To zrozumiałe. Wszyscy lubimy dzielić się swoimi żalami. No, może nie wszyscy. Nie potrafię jednak pojąć, skąd twój żal do mnie. Ostatecznie mnie tu nie było. Nie mogłem mieć nic wspólnego z twoją porażką.
— Nie było żadnej porażki! — Wyszczerzył zęby i pochylił się przodu, jakby chcąc pokazać swoją wyższość nad rozmówcą.
— A jednak masz do mnie pretensje, Yaxley.
— Powinieneś zostać i walczyć! Ale uciekłeś jak boidupa i wiesz co? Nie mam ochoty patrzeć na twoją gębę po latach poświęceń!
— Nie kierowało mną tchórzostwo — wyjaśnił spokojnie Francis. — Jedynie brak zainteresowania.
Yaxley poczerwieniał ze złości i już sięgał po różdżkę, gdy wysoki głos zatrzymał go w pół ruchu.
— Yaxley, nie jesteś mi już tu potrzebny. Nie widzę powodu, dla którego miałbyś zawieść oczekiwania naszych gości swoją przedłużającą się obecnością.
Śmierciożerca opuścił bezwładnie rękę. Wyraz wściekłości na jego twarzy zastygł w maskę.
— Tak, mój panie. Rzeczywiście, na mnie już czas. Wybaczcie — powiedział przez zaciśnięte zęby. W jego tonie nie było za grosz uległości, jedynie z trudem tłumiona wściekłość. Pokłonił się jednak nisko przed Voldemortem i szybko wmieszał się w tłum gości, a po chwili opuścił salę.
— Obawiam się, że nie wszyscy z nas przeżywają obecnie swój najlepszy czas — stwierdził miękko Voldemort. — Musimy im wybaczyć, szczególnie, że z ognistą bardzo łatwo przesadzić bez odpowiedniej wstrzemięźliwości.
Scott wysunął się o krok do przodu i wykonał szybki pół-pokłon.
— Nie miałem jeszcze okazji przedstawić panu jednego z moich przyjaciół jeszcze z czasów Hogwartu...
*Afirmacja (łac. affirmare, potwierdzać, zapewniać) — zgoda na coś, uznanie czegoś za dobre. [źródło: wikipedia]
