Betowała Lady Lecter. Bardzo dziękuję. :)

5

Drzwi do sali zamknęły się za ostatnim uczniem. Francis poczekał, aż wszyscy zajmą miejsca, zanim wstał i wyszedł na środek. Wyjątkowo w klasie panował półmrok.

- Dzisiaj zajmiemy się - zaczął, jednak z zaplecza dobiegł gardłowy ryk, który sprawił, że wszyscy uczniowie usiedli prościej, a nauczyciel zamilkł.

Odgłos powtórzył się. Dźwięk był okropny, przywodzący na myśl ogromną bestię wyrażającą złość. Chwilę później rozległ się odgłos kroków, ciężkiego tupania, od którego powinny drżeć okna i chybotać się ławki. Zdawały się przyspieszać, aż w końcu zza regału zasłaniającego wejście na zaplecze wynurzyły się postacie dwóch biegnących trolli. Pędziły prosto na nieszczęśników zajmujących ławki. Część z nich zaczęła wrzeszczeć i chować się pod blatami.

Z ogłuszającym łomotem stwory pokonały ostatnie metry i gdy już zdawało się, że staranują uczniów, przeniknęły przez cały rząd.

-...atakiem trolli w Bibury - kontynuował jak gdyby nigdy nic. Spod jednej z ławek wydobył się jednak płacz i Francis, a może raczej profesor Ormond jak zwracali się do niego wychowankowie, musiał na chwilę przerwać dopiero rozpoczęty wykład. - Zeldo - zaczął z nadzieją, że dobrze odgadł imię dziewczynki, która była przyczyną całego zamieszania - nie mogę pozwolić, żebyś przez byle guza opuściła lekcję. - Spojrzał na otaczającą salę galerię, która była nieco lepiej oświetlona przez niedokładnie zaciągnięte rolety, i szybko wybrał swojego pomocnika. - Sebastian, masz niepowtarzalną okazję popisać się umiejętnościami magicznymi. Wyczaruj koleżance trochę lodu. - Odchrząknął. - Przed chwilą doświadczyliście iluzji. I gdyby ktoś korzystał z sali za nami też by jej doświadczył... Skoro jednak nie słyszałem krzyków, wierzę że tylko my mieliśmy dzisiaj tę przyjemność. - Starsi uczniowie kilkukrotnie mieli okazję zobaczyć zdenerwowanego Flitwicka, któremu podobne doświadczenia wielokrotnie przeszkodziły w prowadzeniu zajęć oraz McGonagall, której zachowanie w takich chwilach wyjątkowo przypominało prychanie wściekłej kotki.

Nadszedł odpowiedni moment i Luna machnięciem różdżki sprawiła, że wszystkie okna w sali odsłoniły się. Pomieszczenie zalało szarawe światło. Koło Francisa stały dwie trollo-podobne postacie ludzkich rozmiarów.

- Wasi starsi koledzy zechcieli użyczyć na potrzeby dzisiejszych zajęć swojego talentu aktorskiego.

Na potwierdzenie słów nauczyciela jeden z nich wydał z siebie gardłowy ryk, a drugi z głośnym sapnięciem zamachnął się pałką.

- Poznajcie Grotołama i Pałotrzepa, przywódców najazdu w Bibury w roku 1753 - zaczął opowiadać, a co pilniejsi z pierwszaków nachylili się nad pergaminami, by zanotować jego słowa.

Luna wróciła do splatania bransolety z kolorowych traw. Dla niej sala lekcyjna Ormonda od początku wydawała się mieć relaksującą atmosferę. Nauczyciel historii magii nie pokazał też nigdy, żeby miał coś przeciwko pojawianiu się uczniów z przypadkowych roczników i domów na jego wykładach. Większość przychodziła podśmiewać się z reakcji pierwszo- i drugorocznych na przekonujące iluzje wyczarowywane przez Ormonda. Ewentualnie pokibicować swoim rówieśnikom, kiedy zechcieli zainscenizować jakąś bitwę lub wypowiedzieć przed klasą którąś z kwestii uznanych przez historię za ważne, przywdziewając stroje z epoki.

Historia magii na pewno interesowała uczniów bardziej w takim wydaniu niż za czasów Binnsa.

Lekcja dobiegała końca i profesor Ormond odczarował aktorów.

- Vincent Crabbe i Gregory Goyle - zaanonsował nauczyciel, po czym zwrócił się do Ślizgonów w uśmiechem. - No panowie, wiedziałem od kiedy was zobaczyłem, że macie w sobie coś z prawdziwych trolli!

Obaj wyszczerzyli się z zadowoleniem na jego słowa.

Luna poczekała, aż rzeka uczniów wyleje się na zewnątrz, zanim podniosła się ze swojego miejsca.

- Nie zapomnij o dzisiejszym spotkaniu w Wielkiej Sali, Luna! - zwrócił się do niej nauczyciel. - Wszyscy szósto- i siódmoroczni mają być, ty także. Gdybyś upewniła się, że Hadrian również się pojawi, ułatwiłabyś pracę profesor Sprout.

- O, na pewno będzie - powiedziała. - Już mi to potwierdziły.

Francis po sześciu latach kontaktu z Luną nawet nie pytał kto. Dziewczyna wypłynęła na zewnątrz, a przynajmniej tak to wyglądało przez jej sposób chodzenia – płynny i miarowy.

Dwie godziny później Luna Lovegood poprawiła widmokulary na nosie i wyszła z wieży Ravenclawu niezaczepiana przez nikogo. Schodząc na dół, przystanęła kilka razy, by wyjrzeć za róg, zanim zdecydowała się skręcić. Jeśli dostrzegła w oddali gnębiwtryski, zmieniała drogę. Nie chciała, by spotkanie ze złośliwymi stworzeniami zepsuło jej humor. Nie zwracała natomiast uwagi na uczniów posyłających jej dziwne spojrzenia.

W Wielkiej Sali było już tłoczno, gdy tam dotarła. Stoły zostały odsunięte pod ściany. Tłum skupiał się wokół prostokątnego podwyższenia ustawionego na środku pomieszczenia. Najwyraźniej uczniowie spodziewali się, jeśli że cokolwiek się wydarzy, to właśnie tam. Luna zajęła krzesło z boku. Miała z tego miejsca całkiem niezły widok.

Profesor Ormond zaklaskał, zwracając na siebie uwagę uczniów. Towarzyszyli mu Severus Snape i Barty Crouch Junior.

- Zajmijcie miejsca. Nie ma potrzeby, żebyście stali przez całe spotkanie.

Posłuchali, cały czas obserwowani przez chmurnego Snape'a. Zamieszanie, szuranie krzeseł i pogawędki trwały przez kolejne, długie minuty. Z każdą jedną twarz Mistrza Eliksirów coraz bardziej się wykrzywiała, co Luna śledziła z pewną fascynacją. Zastanawiała się, czy to właśnie tego dnia zobaczy jego najstraszniejszy wyraz twarzy.

Raz poprosiła go nawet, aby jej go pokazał. Zareagował szczerym oburzeniem. Albo mroczną furią, jak twierdzili inni uczniowie, gdy podyktował im temat eseju na kilkanaście cali - do oddania w przeciągu tygodnia.

- Mamy do omówienia ważną sprawę organizacyjną. Pewnie spieszycie się do swoich zajęć i dlatego nie zamierzamy trzymać was tu dłużej niż to konieczne. Dotyczy to jednak każdego z was. Powiedzcie mi, czy brakuje jakiejś osoby z waszych roczników?

Profesor Ormond nie otrzymał żadnej odpowiedzi, dlatego kontynuował:

- Znakomicie. Właśnie to miałem na myśli, mówiąc „obecność obowiązkowa". Gdyby kogoś zabrakło, czekalibyśmy tak długo aż by się znalazł. Wracając do tematu, wszyscy się pewnie ze mną zgodzicie, że życie nie składa się tylko z nauki. Gdy za rok lub dwa znajdziecie się poza murami Hogwartu, będziecie musieli stawić czoła innym wyzwaniom niż wstanie z porannym alarmem, dogadywanie się z przyjaciółmi czy oddanie pracy domowej w terminie. Waszych rodziców po opuszczeniu tych murów czekała wojna. Czy wyobrażacie sobie siebie w podobnej sytuacji? Profesor Crouch uczy was obrony, jednak przypuszczam, że dla wielu z was wykorzystanie tych umiejętności poza salą lekcyjną to abstrakcja albo scenariusz jak z koszmaru. Chcemy wam uświadomić, że umiejętności walki mają inne zastosowania. Dziś rano dyrektor Dumbledore otrzymał zawiadomienie z Ministerstwa Magii. O czym? Wspólnymi siłami organizujemy dla was zawody i pewne kwestie z tym związane zostały ostatecznie uzgodnione. Czekają was eliminacje i aby je przejść, musicie wykazać się umiejętnością pojedynkowania się. Zgodnie ze starą tradycją, będziecie mogli wywalczyć sławę z użyciem własnych głów i różdżek. Zanim jednak udowodnicie, że te dwie rzeczy służą wam nie tylko do ozdoby, wygrywając szereg starć, powtórzymy podstawy.

Crouch wyszedł do przodu i przejął prowadzenie zajęć.

- Po latach zajęć powinniście umieć się bronić. W innym wypadku wasza obecność na szóstym czy siódmym roku jest nieporozumieniem. - Kilku uczniów zaśmiało się nerwowo. - Pojedynkowanie różni się jednak znacząco od samoobrony, dlatego nie zamierzam was dzisiaj wywoływać na środek. To - wskazał na podwyższenie - jest platforma pojedynkowa. I chociaż podczas eliminacji będziecie walczyć na boisku Quidditcha, z którym wszyscy jesteście zaznajomieni, to na potrzeby dzisiejszego pokazu użyjemy tej właśnie platformy. Nie będziemy się nurzać w błocie dla waszego komfortu, jasne? - Na dworze było wyjątkowo paskudnie od jakiegoś czasu i zaczarowany sufit pokazywał, że ten stan nie zmienił się ani trochę. - Młodsze klasy będą wam kibicować z trybun. Udział jest obowiązkowy! Osobiście dopilnuję, by żadne z was nie zdołało się wymigać! Połamane kości, brak chęci do życia, zbliżający się egzamin, czy pilna sprawa rodzinna wam nie pomogą. Dostaniecie trolla, jeśli się nie popiszecie, więc nawet nie myślcie, by odpuścić walkę - zagroził, marszcząc brwi na potencjalnych cwaniaków.

Następnie razem z profesorem Snape'em wszedł na platformę. Ustawili się na przeciwnych jej końcach.

- Zaprezentujemy wam dzisiaj, jak powinien wyglądać przykładowy pojedynek. I żeby nawet najmniej pojętni z was coś zrozumieli, zaczniemy od rzeczy banalnych. Od podstaw, które powinniście mieć na stałe wyryte pod czaszkami.

Snape mruknął coś, co zabrzmiało jak „gdyby tylko nie były puste, może by mieli". Luna uśmiechnęła się pod nosem. Profesor Snape zawsze opowiadał dziwaczne żarty.

Barty kontynuował wyjaśnienia:

- Spójrzcie uważnie na nasze pozycje – dominująca ręka wysunięta do przodu. Noga z tej samej strony również z przodu. Upewnijcie się, że tak stoicie, żeby nie odstrzelić sobie ramienia! Ręka ugięta w łokciu, nadgarstek rozluźniony. Na taki znak – Francis, który stał z boku platformy wypuścił z różdżki kolorowe iskry – zaczynamy! Prawidłową tarczę wykonuje się w ten sposób. – Zaklęcie Ormonda odbiło się od niewidzialnej przeszkody. – Tak się używa zaklęcia rozbrajającego. – Pokazał. – A jeśli umiecie na tyle dużo, by nie bać się spalić własnej różdżki, to zaklęcia zbija się w ten sposób. – Klątwa zdawała się przyczepić do czubka jego różdżki, dopóki nią nie machnął, posyłając kolorowy błysk w stronę ściany. – Wszystko to powinniście mieć opanowane od lat. Pytania? Skoro nie, pokażemy wam, jak wygląda prawdziwy pojedynek - oświadczył i wypalił bez chwili zwłoki jadowicie-pomarańcową klątwę w stronę Snape'a.

Mistrz eliksirów zawirował, sprawnie unikając trafienia i natychmiast kontratakując. Jedno z zaklęć trafiło w podest i cała powierzchnia się zatrzęsła. Crouch odbił jego zaklęcia i odpowiedział serią własnych, które zginęły gdzieś w połach czarnej peleryny, unoszącej się przy każdym ruchu jego przeciwnika.

Snape przesunął się o krok do przodu, broniąc się w międzyczasie i ostrymi dźgnięciami różdżki, rzucając kolejne klątwy. Barty roześmiał się, gdy jedna z nich podpaliła jego rękaw. Sekundę później ciemny błysk światła trafił Croucha w żebra i w następnej chwili zwijał się na podłodze, na zmianę kaszląc i spazmatycznie łapiąc powietrze.

- Koniec walki! Zwycięzcą został profesor Snape! - ogłosił radośnie Francis. Uczniowie nagrodzili Mistrza Eliksirów zasłużonymi brawami, wielu z nich niechętnie.

Snape przez chwilę mierzył Croucha pogardliwym spojrzeniem, zanim zdecydował się go odczarować. Następnie odszedł na swój koniec podestu, nie pomagając mu wstać. Francis widząc to, przejął zadanie.

- Jak pan oceni, czy się staraliśmy, profesorze Crouch?

Odpowiedział Snape.

- Ja to ocenię, Malory. I jeśli twoje starania mnie nie zadowolą, to całą swoją marną motywację wykorzystasz do szorowania kociołków z resztek zmiażdżonej ciamarnicy.

- Inscenizowaliśmy ostatnio szóstą rebelię goblinów i świetnie wam poszło udawanie walki, ale nie zapominajcie, że podczas eliminacji macie trafiać w przeciwnika! – przypomniał profesor Ormond.

- Kiedy te eliminacje?

- W sobotę. To z kim będziecie walczyć… będzie niespodzianką.

- Dlaczego wszyscy musimy próbować? – Ton był wyraźnie marudny.

- A nagroda?

- Moja mama będzie się martwić!

- Cisza! – syknął Snape. – Rozwydrzone bachory! Weźmiecie udział wszyscy bez dyskusji i jeśli usłyszę jeszcze jedno słowo, to znajdę lepsze zastosowanie dla tych wiecznie mamłających jęzorów! Eliminacje mają nam pomóc wyłowić spośród hołoty kilkoro mniej żałosnych czarodziejów i czarownic, którzy będą nas reprezentować jako najlepsze, co ma do zaoferowania Hogwart. Dyrektor zdaje się wierzyć, że w niektórych z was drzemie jakiś ukryty talent, przez co mamy obowiązek zaprząc was do zrobienia użytku z waszych różdżek, choć jestem przekonany, że jak zawsze skończy się na bezowocnym nimi wywijaniu!

- A nagroda, profesorze? – zabrzmiał nieśmiały głosik.

- Nagroda zostanie ogłoszona przed finałem. Zwycięzca, a także pozostali finaliści, mogą oczekiwać zaproszeń do pracy w ministerstwie, jeśli zaprezentują wystarczający poziom.

Wielka Sala ucichła, gdy młode pokolenie z dużo większą ostrożnością formułowało pytania. Obawiając się, że jedno niefortunne słowo mogło rozwścieczyć nauczyciela jeszcze bardziej. Nie mieli jednak okazji ich zadać.

- Wynoście się! – rozkazał Snape i jako pierwszy wyszedł z Sali. Peleryna łopotała za nim jak ogromne skrzydła i niejeden z obecnych, porównywał go w tym momencie do przerośniętego nietoperza.

- Oficjalny pojedynek kończy się ukłonem, niezależnie czy oboje uczestnicy stoją o własnych siłach! – zawołał jeszcze Barty. W akompaniamencie szurania krzeseł i butów, uczniowie zaczęli powoli wylewać się z Wielkiej Sali.

Luna chwyciła Hadriana pod łokieć, zanim rozdzielił ich tłum. Zdołała wypatrzeć go już wcześniej. We dwójkę oddzielili się od nurtu dopiero na trzecim piętrze. Szkolne legendy mówiły, że właśnie na nim w tajemniczych okolicznościach znikali ludzie. Kondygnacja wypełniona śpiącymi obrazami i pełna zawsze zamkniętych drzwi, nie wydawała się złowroga, a jedynie wymarła. Dotarli do końca korytarza i zeszli w dół po stopniach pokrytych wiekowym jedwabiem. Materiał był poprzecierany w licznych miejscach, a dawniej bogata czerwień wyblakła do różu przywodzącego na myśl najwyżej eliksir na kaszel.

Pamiętała pierwszy raz, gdy znalazła się w tej części zamku. Choć już wcześniej zdarzało jej się zawędrować do opuszczonych zakątków, tamtego razu prowadził ją Hadrian.

- Znalazłem idealne miejsce. Będziesz zachwycona, zobaczysz! - mówił z pewnością, która od razu ją przekonała.

Kamienna posadzka usłana była grubym dywanem kurzu, który przerywały tylko ślady ich butów. I tym razem próbowała trafić w nie stopami w swojej prywatnej grze. Dawno ustawione na straży porządku zbroje przeżarła rdza, a gdy powoli wyczerpujące się zaklęcie pozwalało im się poruszyć, rozlegało się nieprzyjemne zgrzytanie trących o siebie zardzewiałych części.

Przemknęła przez schody zakręcone bardziej niż rogi chropaka, zupełnie nie dbając o możliwość upadku. Harry podążył wolniej, po drodze rzucając balustradzie i wyślizganym stopniom zniesmaczone spojrzenia. Wolał unikać niepewnych powierzchni.

Drzwi - wciśnięte w tak daleki i ciemny kąt, że dało się je dostrzec tylko w świetle różdżki – zostały pokryte runami przez Hadriana, jeszcze zanim doprowadzili pomieszczenie do porządku. Zszarzałe ze starości deski okute metalem i fikuśna klamka robiły osobliwe wrażenie. Za nimi ciągnęło się kilkumetrowe przejście, które całkowicie znikało w mroku.

Pomieszczenie bardziej przypominało katedrę niż salę lekcyjną, której funkcję dawniej pełniło. Ściany wygięte w eleganckie łuki kończyły się gotyckimi sklepieniami. Wysokie okna do połowy zanurzały się w wodzie i z zaplecza znajdującego się nieco pod poziomem podłogi mogli podziwiać głębiny Czarnego Jeziora.

Luna jak zwykle zajęła miejsce przy stanowisku najbliżej szyb, a Hadrian zaczął krążyć po pomieszczeniu.

Dziewczyna łatwo odczytała to jako objaw paskudnego nastroju. Miała ochotę podejść i go uściskać, przelać przez dotyk wsparcie i spokój. Powstrzymała się. Wiedziała, że ta metoda była dla niego nieskuteczna. Zamiast się uspokoić, przeniósłby uwagę na Lunę i zacząłby pytać, czy wszystko z nią w porządku, doszukując się powodu takiego zachowania i kompletnie nie widząc go w swojej osobie. Czekała, aż sam powie, co mu leży na sercu.

W tym czasie zajęła nauczycielskie biurko i starannie porozstawiała butelki kolorowego tuszu. Wyciągnęła pergamin, ostrożnie wygładziła brzegi i zaklęciem przytwierdziła go do blatu. Różdżkę wsadziła za ucho. Długo kreśliła po kartce. Zaczynała nanosić szczegóły na szkic, gdy uznała, że minęło wystarczająco dużo czasu, by zacząć pytać, skoro odpowiedź nie nadchodziła.

- Jesteś zły, że nie możesz zdecydować czy wziąć udział w turnieju?

Hadrian zatrzymał się i w zamyśleniu skupił wzrok na wodzie za oknem.

- Nie... Cieszę się. Mam wymówkę, by powalczyć, choć nie powinienem.

- Nie?

- Ministerstwo! Czemu oni muszą tam być? – powiedział ze złością.

- Myślisz, że będą? – Luna przekrzywiła głowę. Kilka luźnych kosmyków przysłoniło jej twarz.

- Cholera, tak! Jak inaczej mają kogoś wybrać? Gdyby mieli brać pod uwagę rekomendacje nauczycieli, od dawna by to robili. Przyjdą osobiście.

- Hmm - mruknęła Luna. Z piórem w ustach ciężko było mówić.

- Gdyby nie to... Wystarczy, że odrobinę przesadzę, zapomnę się i zrobię coś ponad poziom, by ktoś to zauważył. To oczywiste, że będą tego wypatrywać.

- Nie zmieniłeś zdania co do ministerstwa?

- Jak dla mnie, to niech testral zeżre te ich cudowne umowy o pracę! – Odetchnął głęboko i kontynuował: - Nie zamierzam zmarnować życia za biurkiem albo polerując buty jakiemuś bufonowi z hipogryfim łajnem zamiast mózgu. I nie potrzebuję się o to kłócić z rodziną, jeśli dostanę zaproszenie. – Od czasu gdy Voldemort przejął Ministerstwo i wielu Rycerzy Walpurgii zajęło wysokie pozycje, taka praca zyskała prestiż w kręgach czystokrwistych. Bellatriks zdawała się liczyć, że jej syn dołączy do ich szeregów, najlepiej zajmując miejsce obok niej w Wewnętrznym Kręgu, a także w ministerstwie - w Brygadzie Uderzeniowej, najpierw pracując pod jej komendą, a później przejmując dowodzenie. - Z drugiej strony... Pewnie, że chciałbym się pojedynkować!

- Profesor Crouch mówił, że to nie tylko pojedynki...

- Jeszcze bardziej ekscytujący finał? - Wyszczerzył się i ciężko było powiedzieć, czy jest bardziej wściekły czy zadowolony na tę myśl. – Nie mogę zrezygnować z udziału, nie?

- Dałbyś radę, gdybyś naprawdę chciał – uznała Luna. Jej przyjaciel nigdy nie miał kłopotu z łamaniem zasad i wymykaniem się konsekwencjom.

Hadrian wydął wargi z niezadowoleniem.

- Nic nie przychodzi mi do głowy, wiesz? - Jedynie Bellatriks, która szturmowała skrzydło szpitalne, by przerwać jego farsę, gdyby chciał udawać chorego, przypuszczała Luna. Kobieta chciałaby, by się popisał przed wszystkimi i na pewno urządziłaby piekło, byle tylko dopilnować jego uczestnictwa. - Nawet gdybym spróbował, niewiele by mi to dało.

- Czasami zachowujesz się jakby gonił się rój gnębiwtrysków, Harry.

Dawniej bronił się przed tym zdrobnieniem. Wspominał coś o etykiecie i o możliwości podłapania zwyczaju przez kogoś nieupoważnionego. Nie chciał pozwalać ludziom na zbytnią poufałość. W końcu jednak odpuścił walkę, skoro żadne argumenty i tak nie przekonywały dziewczyny.

- Nie zrobię nic głupiego. Po prostu przejdę te eliminacje, powodując przy tym jak najmniejsze szkody. I na pewno mnie dobrze zabezpieczysz przed tym upierdliwym paskudztwem – powiedział. Oboje wiedzieli, że nie wierzył w moc stworzeń opisywanych na łamach Żonglera.

- O, tak. Zauważyłam, że nie lubią świeżych pomarańczy, zawsze ich unikają przy śniadaniu, choć kręcą się zaledwie kawałek dalej, przy jabłkach. Może to dlatego, że pomarańcze są takie radosne? Przygotowałam naszyjnik z plasterków. Mógłbyś go dla mnie wypróbować, Harry. Jesteś dzisiaj bardzo blady.

- Są energetyczne. – Potarł oczy. - Trochę dodatkowej energii mi się przyda, nie spałem dziś dużo.

- Tak, widzę. Myślisz, że będziemy walczyć przeciwko sobie, Harry? – zapytała.

- Zależy jak zorganizują eliminacje. Lepiej nie. Nie chcę cię paskudnie przekląć, tylko dlatego, że nie dasz za wygraną.

- Po co wcześniej kończyć zabawę?

- Żebym nie musiał ćwiczyć zaklęć magomedycznych. Mam wrażenie, że zaklęcie zrastania kości wciąż mi nie wychodzi. Są jakieś... nierówne. - Potarł ramię z grymasem.

Luna uniosła brwi.

- Wciąż?

- Wciąż. Moglibyśmy walczyć razem. Nie mieliśmy jeszcze okazji, nie? Szczególnie przeciwko komuś, kto umie się pojedynkować.

- Razem? To bardzo dobry pomysł. Jeszcze nie walczyliśmy razem. – Uśmiechnęła się radośnie.

Na dłuższą chwilę Hadrian zainteresował się głębinami jeziora. Nic nie mąciło toni. Kałamarnica najwyraźniej przyczaiła się przy samym dnie, a trytony trzymały się swoich domów. Potem podszedł do biurka zajmowanego przez Lunę.

- Nie pamiętam, byś mówiła mi o tym stworzeniu. – Zajrzał jej przez ramię. Kreatura wyglądała jak skrzyżowanie ryby z flamingiem.

- Nie – zgodziła się. – Dopiero muszę je nazwać. Jak myślisz?

- Nie mam pojęcia.

Zrzucił swoją torbę na ziemię i opadł na krzesło. Przymknął oczy z ciężkim westchnieniem.

- Widziałaś to tam, z dołu? – Kiwnął w stronę zaplecza, nie unosząc powiek.

Mruknęła potwierdzająco. Skończyła rysować długie, różowe pióro zanim odpowiedziała.

- Obserwowałam je wczoraj, kiedy cię nie było. Myślę, że chciały schronić się w cieplejszym miejscu albo ciągnęło je do mnie. Muszą być bardzo towarzyskie. – Przerwała, by dorysować dwa kolejne. Zielonkawe prążki przecinały chorągiewki. – Dobrze się bawiłeś w Hogsmeade?

- Milej spędziłbym czas z ghulem. I ledwo zdążyłem odebrać składniki. – Skrzywił się. - Mogłaś pójść ze mną.

Luna cierpliwie czekała. Po chwili dorysowała bardziej widoczne łuski stwora wzdłuż jego tułowia.

- Dał mi fiolkę, wiesz? Z jakimś syfem, o którym nikt nie wie w Mungu… Tylko on i ja. – Przygryzł wargę. – To podobno trucizna. Mówił, że zupełnie nowa technologia, ale dopiero się przekonam.

Potarła grzbiet nosa, rozmazując atrament.

- Coś niebezpiecznego, Harry?

- To… tak. Nie powinienem tego mieć. – Zmienił pozycję na krześle, tak że opierał brodę o oparcie. – Ale chciałem się temu przyjrzeć, a jeśli Goldstein będzie mi wisieć przysługę, tym lepiej. O ile w ogóle ich dotrzymuje.

- Towarzyszyły mu gnębiwtryski? Czasami podążają za złośliwymi ludźmi. Wiedzą, że komuś sprawią przykrość i będzie im łatwiej zaatakować. Tatuś mówił, że w Ministerstwie jest ich pełno.

Harry przypomniał sobie niezdrowy błysk w oczach Goldsteina.

- Bardzo dużo. – Błądził wzrokiem po sali. – Na knuta mu nie ufam.

Porzucił swoje miejsce i wyciągnął z szafy kociołek. Regularnie używany od lat miał obtłuczone boki i nadtopione brzegi, ale wciąż nadawał się do warzenia. Rozstawił wszystkie potrzebne składniki na stole pod oknem. Wciąż było wystarczająco jasno, by korzystać z naturalnego oświetlenia. - Fiolka jest w torbie. Chcesz zobaczyć?

Dziewczyna zdołała wyszperać przedmiot spośród rupieci. - Zrobisz z nich naszyjnik? – zaciekawiła się, unosząc w górę garść długich, zakrzywionych kłów.

Ściągnął brwi.

- Nie… Byłoby o nie za dużo pytań. Może jak skończę szkołę. – Miał nadzieję wytrzymać tych kilka miesięcy bez wpadania w kłopoty, co ogłosił już na początku roku. – Mogę ci nawet wtedy taki wysłać. Kiedy nikt nie będzie już pytał, skąd je mam.

- Bardzo bym chciała. – Uśmiechnęła się szeroko. – Dziękuję, Harry.

Luna ze spokojem obserwowała, jak Hadrian spędza następne dni, przeprowadzając kolejne doświadczenia i zapisując wyniki w świeżo założonym dzienniku. Wyraźnie uznał, że miał do czynienia z większym projektem. To jeszcze nie było niezwykłe. Od kiedy pamiętała, Hadrian bawił się w eksperymenty - dodawanie składników do eliksirów według własnego pomysłu, próby stworzenia nowych zaklęć, zmieniania starych, drobne modyfikacje magicznych przedmiotów albo stopniowe odczarowywanie aż do całkowitego rozebrania ich z magii.

Dużo bardziej martwiła się jego mrukliwością i jednotorowym skupieniem, które stopniowo przeradzało się w obsesję, pożerając większość jego czasu wolnego. Nie lubiła tego. Zwykle był zdystansowany, nie dający się ponieść emocjom i uważny. W stanie oderwania od rzeczywistości, gdy cała jego uwaga skupiała się na eksperymencie, nic nie maskowało agresji kryjącej się tuż pod powierzchnią osobowości, a co gorsza mało co trzymało ją w ryzach. Zupełnie jakby zamiast postawić na stałym palniku, ktoś powiesił kocioł na pojedynczej rączce. Wystarczyło jedno pchnięcie, by zawartość chlusnęła.

Nie bała się, że ucierpi, gdy do tego dojdzie. Nie po tym, w jaki sposób się poznali.

Spośród wielu dziecięcych wyobrażeń o Hogwarcie, które się nie spełniły, najbardziej zawiodły ją te o znalezieniu przyjaciół. Szykany, które ją spotkały po przyjeździe były wręcz negatywem kilku nieśmiałych marzeń. Uwielbiała rozmowy z ojcem o magicznych kreaturach, tych wpisanych na karty podręczników, tych publikowanych dopiero w Żonglerze i tych, które zamierzali odkryć. Rozważali więc nad kiepsko przyrządzonymi śniadaniami, ponieważ tatuś uważał, że skrzaty domowe to szpiedzy i sam zajmował się gotowaniem, jak się przygotują do prowadzenia badań albo snuli teorie wyjaśniające machinacje rządu. Wszystko nabierało wtedy sensu. Nie czuła się osamotniona. Ich dom przypominał wieżę, a ona sama była nazywana księżniczką. To było wspaniałe, nawet jeśli między okrągłymi ścianami snuło się smutne wspomnienie śmierci mamy.

Marzyła o przyjaciołach, którzy podzielaliby jej pasję. Chciała się podzielić wiedzą. Powiedzieć, co wyszeptał do niej wiatr, czemu niezapominajki były smutne albo namalować ich portrety.

Ten szczególny rodzaj nienawiści, z jakim się spotkała był jej obcy. Nie potrafiła znaleźć powodu dla takiego stanu. Widziała wprawdzie gnębiwtryski nad ich głowami, ale nie oznaczyło to przecież, że muszą być przykrzy w obyciu.

Koleżanki z dormitorium lubowały się w chowaniu jej rzeczy. Współczuła im, tak żałosne to było. I przykre, mimo wszystko. Niedługo później Ravenclaw nazwał ją Pomyluną. I jeśli była tak szalona, jak mówili, nie było żadnego powodu, dla którego miałaby opowiadać im o wielu stworzeniach, których istnienie podważali. Wokół było tyle cudownych rzeczy, które ich mijały. I Luna nie czuła się w obowiązku nagradzać swoich oskarżycieli wiedzą na ten temat. Co jeśli i to by zniszczyli?

- Widzi rzeczy, których nie ma, a nie umie znaleźć swoich butów! - Drwiła jednak z nich. Luna pozwoliła im się obrażać. Obserwowała filar. Ktoś się za nim krył i zżerała ją ciekawość, co interesującego go tam przywiodło.

- Może pojawi się o tym artykuł w Żonglerze. Zjadacze butów w Hogwarcie – zdjęcia brak!

Dziewczyny chichotały złośliwie. Zamrugała powoli. W końcu odeszły. Gdy przechodziła obok filaru, udało jej się ujrzeć chowającą się tam osobę - chłopca z czarnymi lokami. Z jakiegoś powodu wydawał się zaciekawiony właśnie nią. Może dla niego to właśnie szaleństwo było warte zbadania? Nie mogła tego wiedzieć.

Marta i Clara, dwie uparte Krukonki, wyraźnie uznały wymyślanie docinków za coś w rodzaju sportu. Luna zastanawiała się tylko, czy zamierzały przestać w drugiej klasie, gdy Quidditch nie był już dłużej dla nich zabroniony.

- Pomyluna Lovegood! Powinni cię zamknąć w Świętym Mungu, dziwaczko! Powiedz, co to za paskudztwo masz w uszach?

Osobiście była bardzo zadowolona ze swoich rzodkiewek. Zaczepka nie była nawet warta odpowiedzi. Rozejrzała się tylko wokół, by ocenić, czy ktoś zamierzał się do nich przyłączyć. Nie podobało jej się, gdy kilka dni przedtem jeden z uczniów starszej klasy zmienił jej torbę w żabę. Zwierzę uciekło i dużo czasu minęło, zanim zdołała znaleźć swoją własność, wciśniętą w kąt, mokrą i niemożliwie zgniecioną.

Rozpoznała chłopca zza filaru po włosach. Zresztą jego twarz zasłaniała leżąca na niej książka, gdy sam chłopiec wylegiwał się na trawie.

- Rzodkiewki - postanowiła zaryzykować wyjaśnienie. Być może nie jadły w domu warzyw, choć nie zauważyła, by były zdezorientowane podczas wspólnych posiłków. Używały też sztućców, więc nie mogły być całkiem nieokrzesane. - Skutecznie chronią przez gnębiwtryskami. Mam zapasową parę, jeśli chcecie. - Tatuś zawsze mówił, że czasem wystarczy wyciągnąć rękę na zgodę. - Bardzo by się wam przydały. Pałęta się ich pełno koło waszych głów – wytłumaczyła.

- Gnębi-co? I co to na Merlina ma być?!

- Gnębiwtryski wnikają do mózgu przez uszy i wywołują zły humor…

- Bzdury! – Wykrzyknęła jedna z nich.

- Clara, nie traćmy na nią więcej czasu. Jest szalona! Jeszcze się zarazisz! – Po chwili zniknęły wśród chichotów.

Tak było lepiej, uznała Luna. Niektórzy ludzie w dziwny sposób przywiązywali się do złego nastroju i obnosili się z nim jak z nagrodą, zarażając przy okazji innych. Nie mogła im pomóc, ale nie chciała też złapać tak przykrej przypadłości.

- Wszystko w porządku? – odezwał się chłopiec spod podręcznika.

- Tak, one zawsze tak żartują.

- Raczej mało śmieszne ich żarty – mruknął.

- Utknąłeś pod tą książką? Jeśli potrzebujesz pomocy, to wiem jak się wydostać spod ciężkiego tomu!

- Dlatego jesteś w Ravenclawie, nie? – Uśmiechnął się, siadając i odkładając książkę na bok. – Nie trzeba, bardzo dobrze mi to służy. Co się stało z twoimi butami?

Nie była pewna, czy nie ma znów do czynienia z kpiną. Wątpiła. I miała nadzieję, że chociaż jedna próba tego dnia skończy się powodzeniem. Może zdoła zyskać z kimś choćby najcieńszą nić porozumienia.

- Moje rzeczy czasami znikają. To nic strasznego.

- Byłbym bardzo wkurzony, gdyby coś mojego zniknęło. Jeśli ktoś je zabrał… Cóż, znam kilka czarów, które zapobiegają złodziejstwu.

Przechyliła głowę na bok. Przedmioty nie były ważne w jej odczuciu. Jednak to, że chciał jej pomóc wciąż było miłe. Właściwie to było najmilszą rzeczą jaka ją spotkała od kiedy przyjechała do Hogwartu.

- Czary?

- Tak. Pokażę ci. Tylko najpierw musisz mieć co zaczarować, nie?

Znaleźli jej buty i pokazał. Nie miała problemu z nauczeniem się zaklęcia. Niestety nie pomogło to na długo. Hadrian, bo tak się nazywał, choć szybko zaczęła mówić na niego Harry, co brzmiało o wiele sympatyczniej, wydawał się wściekły z powodu niepowodzenia. Oświadczył, że znajdzie coś lepszego.

- Widziałeś gdzieś moją tiarę, Harry? - zapytała w międzyczasie. Szybko odkryła, że jej świeżo zdobyty przyjaciel miał w zwyczaju wędrować po zamku bez przyczyny innej niż chęć wędrowania właśnie.

- Myślę, że była ostatnio na głowie Arnolda Ścinacza Smoków.

- Mam nadzieję, że mu w niej do twarzy.

- Bardzo - potwierdził poważnie.

Znała nazwisko Lestrange na tyle dobrze, by podejrzewać, że Harry zastanawiał się nad zaproponowaniem jej czarnomagicznych klątw.

Innym razem pytał, czy Flitwick zrobił cokolwiek jako głowa jej domu i skąd taka paskudna tradycja. Nie wiedziała, ale cała ta sprawa nie wydawała jej się ważna. Kolejnym krokiem, który podjął była rozmowa z jej rówieśnicami. Przejmował się bardziej niż ona, jednak, gdy przez kilka dni miała spokój, poczuła wdzięczność. O ile przyjemniejsze było chodzenie po zamku, gdy stopy nie marzły od zimnych podłóg!

Szybko nastąpiła eskalacja. Później ponownie nastała cisza. Czekała wtedy cierpliwie, ciesząc się resztkami chwil niezakłócanej egzystencji. Wiedziała już, że są ograniczone.

Unosiła puchar do ust, gdy z boku wystrzeliła ręka, wytrącając naczynie z luźnego uchwytu.

- Oh, Lovegood! Musisz uważać, taka z ciebie niezdara! Jeszcze nas wszystkich pochlapiesz!

Sok przesiąkł przez jej szaty, tak że czuła nieprzyjemny chłód i wilgoć na skórze. Puchar potoczył się gdzieś pod stół. Luna przez dłuższą chwilę patrzyła tępo na plamę znaczącą materiał. Poniżenie przybrało fizyczną formę, niemożliwą do zignorowania. Mogła tylko milcząco wstać i wyjść. Do drzwi towarzyszył jej śmiech.

Harry był wyjątkowo wściekły. Łatwo było się domyślić, że to bezowocna złość. Dał jej szansę, by zobaczyła egzekucję zemsty przeprowadzonej w jej imieniu, choć nie zostało to ustalone słowami.

Nie było w tym nic widowiskowego. Dwie uczennice pierwszego roku zaczynając schodzić po schodach, zostały trafione zaklęciem wiążącym nogi w mniej więcej tym samym czasie. Chociaż nie musiało się to skończyć źle, jedna z nich trafiła do Świętego Munga na całe tygodnie z powodu ciężkiego urazu.

Wydarzenie zostało szybko ocenione jako nieszczęśliwy wypadek. Portrety nikogo nie widziały i nie została użyta magia na tyle niebezpieczna, by wykryły ją jakiekolwiek bariery.

Drwiny i złośliwe komentarze nie zniknęły. Była w stanie je zignorować a i Hadrian nie wściekał się o każdą z nich. Mało co wyprowadzało go z równowagi.

Teraz jednak był wyraźnie sfrustrowany sytuacją z Jeremim Goldsteinem. Pokazał jej krótką notkę, którą do niego wysłał

Goldstein,

wyślij mi listę objawów.

H.L.

A także zdawkową odpowiedź, która przyszła zaledwie dzień później:

Hadrian,

jak postępują badania? Mam nadzieję, że brak tej nieznaczącej informacji cię nie zatrzymał jak do tej pory. Powodzenia w dalszych pracach.

Pozdrawiam,

Jeremi

Gdy skończył wyrzucać z siebie obelgi pod adresem nadawcy, zakopał się pod stertą książek do eliksirów. Luna nie była zadowolona z takiego obrotu sprawy. I choć nie musiała być aż tak ostrożna, wypatrywała znaków, które mogłyby wcześniej ostrzec ją o nieuniknionym wybuchu.