6
Hufflepuff był szczególnym domem, którego założycielka ceniła pracowitość, cierpliwość, uczciwość i lojalność. Puchoni mieli wyróżniać się wyrozumiałością i przyjaznym usposobieniem. Żółto-brązowy sztandar sprawiał też wrażenie ciepłego i bliskiego ziemi, jednak borsuk zaburzał ten bezpieczny, wręcz mdły obraz. Hadrian rozpoznawał w borsukach drapieżniki i wiedział, że potrafią one pokonać wielokrotnie większe od siebie zwierzęta, odgryzając im wrażliwe części ciała i powodując śmierć przez wykrwawienie. Często żywią się żmijami, ograniczając działanie jadu przez potrząsanie głową. Hadrian po latach wciąż nie był pewny jak to się stało, że trafił do domu Helgi Hufflepuff.
Jak wszystkie dzieci z czarodziejskich rodzin zdawał sobie sprawę z podziału Hogwarckich uczniów na długo przed przybyciem do zamku. Dorośli snuli opowieści o swoich młodzieńczych przygodach, tajnych przejściach, znikających korytarzach i wpajali stereotypy, przez które przydział wydawał się życiową misją.
Hadrian nie spędził lat pod presją - rodzina uznała szybko za oczywiste, gdzie trafi, w końcu spełnił ich pozostałe oczekiwania, więc czemu nagle miałby zawieść? To nie była nawet próba, tylko zwykła formalność.
Marzył o tajemniczym zamku i odkrywaniu tajemnic - być może przejściu jeszcze raz po tych samych korytarzach, co znajomi z gobelinów i podręczników genealogii przodkowie. Śnił o czterech domach i wyobrażał sobie, jakby było przyjąć barwy każdego z nich. Jakby to było być odważnym jak lew, rykiem domagać się sprawiedliwości i nie drżeć przed nikim? Mądrym jak kruk, z rozwagą podchodząc do problemów i wydzierając wiedzę, gdziekolwiek ją dostrzegł? Wślizgiwać się gdzie zechciał jak wąż, niezauważony i pokonywać przeciwników, zanim ci wyczuli zagrożenie? Albo przywdziać borsucze futro i wieść życie, nie podlegając nikomu i niczemu, troszcząc się jedynie o pożywienie i walcząc jedynie zobaczywszy taką potrzebę?
Zastanawiał się, czy przybranie konkretnego koloru szat zmieniłoby go w określoną osobę, czy może Hogwarckie przynależności działały jak maski. Czy Ślizgoni stawali się sprytni, czy sprytni Ślizgonami?
Przynależność do domu, którego członkowie charakteryzowali się przebiegłością sprawiłaby, że wszyscy spodziewaliby się tej cechy i po nim. Nikogo by nie zaskoczył, popisując się sprytem. Co innego, gdyby należał do innego domu. Łatwo było założyć, że każdy Gryfon czy Puchon jest prostolinijny.
Pamiętał moment przydziału jak przez mgłę. Strach sprzed kilkunastu godzin wciąż się go trzymał tak, jak przenikliwy chłód pozostawał w kościach jeszcze na długo po zejściu z mrozu. Bellatriks, jego matka, stała się w ostatnich miesiącach rozchwiana emocjonalnie, często zachowywała się irracjonalnie. Tego ranka gotowa była powstrzymać go opuszczeniem domu.
Jego ojciec posiadał ponadmagiczne wręcz umiejętności radzenia sobie w trudnych sytuacjach i tylko dzięki temu zdołał aportować ich na peron, więc Hadrian zdążył wsiąść do pociągu sekundy przed gwizdem sygnalizującym odjazd. Nie znalazło się dla niego miejsce w przedziale z jedyną dwójką ludzi, których wtedy znał. I chociaż pozwoliło mu to na poznanie innych, to do czasu, gdy znaleźli się w Wielkiej Sali, czuł się emocjonalnie wyczerpany.
Tiara nie zrobiła na nim dobrego wrażenia z podartym rondem i wyraźnie poprzecieranym materiałem. Górujące figury nauczycieli nie dodawały pewności. Przez pierwsze godziny w zamku olśnienie mieszało się z wrogością. I gdy kapelusz opadł na jego głowę, zasłaniając mu widok na Wielką Salę, wyszeptał "Tylko nie Slytherin" i wpatrując się w czerń wnętrza kapelusza, mógłby równie dobrze powiedzieć to jedynie w myślach.
- Nie Slytherin? - zawtórowała Tiara. Jej głos był bardzo stary - skrzypliwy jak dawno nieoliwione zawiasy w ciężkich, niemal niemożliwych do otwarcia drzwiach. - HUFFLEPUFF!
Ktoś ściągnął tiarę z jego głowy i Hadrian wstał oszołomiony. Przez chwilę nawet światło świec było zbyt oślepiające dla jego zmęczonych oczu. Niemal pobiegł w stronę wiwatującego stołu.
Hufflepuff - nie rozumiał jak to się stało i nie potrafił uwierzyć, siedząc wśród uśmiechniętych uczniów i przyjmując gratulacje.
W tych latach Czarny Pan utrwalił swoje rządy na tyle, że Rycerze należący do Wewnętrznego Kręgu nie byli dłużej potrzebni na polu walki i Bellatriks zyskała pozycję szefowej Brygady Uderzeniowej. Czystokrwiści, szczególnie supremaci, byli zawsze bardzo hermetyczną grupą, a ich członkowie doskonale się znali. Dlatego, gdy nazwisko Lestrange zyskało sławę, Ślizgoni oczekiwali, że i Hadrian zgodnie z rodzinną tradycją trafi do Slytherinu. Gdy tak się nie stało - czuli się zdradzeni, jakby dołączenie do Hufflepuffu oznaczało wręczenie broni w ręce wroga. Tymczasem inne domy, jeśli w ogóle poświęcały temu chociaż myśl, kojarzyły nazwisko Lestrange z opowieściami grozy, szalonymi Śmierciożercami, rozlewem krwi i czarną magią. Od wojny nie minęło wystarczająco dużo czasu, by starsi zapomnieli i przestali opowiadać o horrorach przewrotu, a nastolatkowie za murami Hogwartu nie rozważali statusu społecznego i wpływów w Ministerstwie danego nazwiska.
Już następnego dnia musiał znosić oskarżenia o zdradę wypluwane przez zranionego Dracona Malfoya. Kuzyn odczuł przydział jak zdradę wymierzoną prosto w swoją egocentryczną osobę i potrzebował dłuższego czasu, by się z tym pogodzić.
Hadrian, wśród wszystkich opcji, które rozważał, nie wpadł na to, że może kogoś zawieść.
Wspominając ceremonię długo później nie rozumiał, jak Tiara mogła pchnąć go do Hufflepuffu mimo tak podstępnego motywu.
Puchoni jednak byli szczególni. Helga Hufflepuff powiedziała, że przyjmie każdego i tak też się działo. Uczniowie stanowili trudną do skategoryzowania mieszankę charakterów i choć powszechna była opinia, że dom borsuka zbierał nieudaczników, wielu z jego członków miało więcej odwagi, ambicji czy żądzy wiedzy niż ich znajomi z pozostałych domów. Uczniowie Hufflepuffu przyjazne podejście często ograniczali do innych współdomowników, więc zasada "trzymajcie się razem" chroniła przed spięciami między polarnymi osobowościami. Dzięki temu, choć wielu Puchonów pochodziło z rodzin wspierających politykę Dumbledore'a i traktowali go z dozą podejrzliwości, Hadrian zdołał się dopasować i po kilku miesiącach w Hogwarcie mało kto pamiętał o złej w pewnych kręgach sławie jego rodziny.
- Gotowy, by ich zmieść? – zapytał Wayne, zajmując miejsce obok i od razu zabierając się za nakładanie śniadania.
Justin się napuszył, ubiegając Harry'ego z odpowiedzią:
- Ha! Zobaczycie! Pokażę wam jak umiem się pojedynkować! Za długo jesteś bohaterem Hufflepuffu, Hadrian, pora, żebym wreszcie włączył się do akcji!
Megan Jones parsknęła śmiechem prosto w kubek soku i natychmiast zaczęła się krztusić. Justin spojrzał na nią z wyrzutem.
- Jeszcze trochę i cię domalują na sztandarach, stary - wymamrotał Wayne, nie podnosząc głowy znad talerza.
Żółte proporce nie zamierzały na szczęście zmieniać w najbliższym czasie swojej prezencji i Hadrian tylko uśmiechnął się krzywo.
Luna weszła do sali z potarganymi od snu włosami i rozmarzonym uśmiechem. Uniósł w jej stronę szklankę w geście przywitania.
-xxx-
Hadrian razem z pozostałymi uczniami roczników szóstego i siódmego stawił się po śniadaniu na boisku Quidditcha. Trawa była wciąż mokra po nocnym deszczu i łatwo było się poślizgnąć. Osuszenie gruntu nie wchodziło w grę w tak krótkim czasie.
Młodsze klasy zajmowały trybuny. Pojawiło się równie wiele transparentów i akcesoriów w kolorach domów, podobnie jak na meczach quidditcha. Pojedynki stanowiły dla nich tylko kolejną formę konkurencji.
Stojąc bezczynnie, miał okazję przyjrzeć się twarzom widzów. Wydawali się być podekscytowani. Razem z nauczycielami i Radą Szkoły siedzieli Rycerze Walpurgii wraz z Czarnym Panem. Łatwo było rozpoznać go po imponującym wzroście. Podejrzewał, że reszta dorosłych w tej części trybun pracowała dla Ministerstwa.
Zdołał wypatrzeć swoich rodziców. Bellatriks Lestrange złapała jego spojrzenie i pomachała mu z uśmiechem. Rudolf podążył w jej ślady, gdy zorientował się, kogo kobieta zauważyła.
Przy najbliższej okazji Hadrian zamierzał do nich podejść i to zanim wrócą do dworku Lestrange'ów albo Ministerstwa bez zamienienia chociaż kilku słów.
Od czasu, gdy Lord Voldemort zawarł z Dumbledore'm porozumienie odnośnie Hogwartu, mógł pojawiać się kiedy zechciał.
Kiedy Czarny Pan zaoferował ten układ, Ministerstwo od dawna znajdowało się w jego rękach, a siły oporu były w strzępach. Dumbledore nie miał wyboru. Musiał się zgodzić, o ile nie chciał dopuścić do bezsensownego rozlewu krwi w do tej pory oszczędzonej przez wojnę szkole i doprowadzić do śmierci wplątanych w walki uczniów. Wiekowy czarodziej stracił sporo władzy w Hogwarcie i musiał zaakceptować zmiany w kadrze oraz programie nauczania, jednak zgodnie z obietnicami nikomu nie stała się krzywda. Część nauczycieli została wymieniona na ludzi lojalnych wobec Czarnoksiężnika, czasem nawet samych Śmierciożerców, a czarna magia czy słowa jak szlama przestały być zakazane. Voldemort nie musiał osobiście nawiedzać korytarzy zamku, by instytucja działała zgodnie z jego życzeniami.
Hadrian podejrzewał, że pilnowanie nastolatków nie należało do głównych zmartwień przywódcy Czarodziejskiej Brytanii. Europejskie rządy wciąż sprawiały problemy, a niektóre zgadzały się rozmawiać jedynie za pośrednictwem Dumbledore'a. Prawo wciąż przechodziło wyraźne modyfikacje i Hadrian podejrzewał, że nawet Wizengamot nie miał wiele do powiedzenia w tej sprawie.
- Po co oni tam siedzą? To tylko eliminacje!
Uwaga dotyczyła przede wszystkim oficjeli z Ministerstwa Magii. Harry rozpoznawał kilku z nich, przede wszystkim ciotkę Susan Bones. Zdarzało się, że rodzice pojawiali się na meczach quidditcha, jednak obecność wysokich urzędników na niskim etapie zawodów mogła wzbudzać pewne podejrzenia.
- Patrzą, czy się do czegoś nadajemy – stwierdził Terry Boot ponuro. Onieśmielające przypuszczenie nie zrobiło jednak wielkiego wrażenia, pochodząc z ust zawsze fatalistycznego Krukona.
Głowy domów w końcu doliczyły się wszystkich swoich wychowanków i profesor McGonagall zabrała głos.
- Wasze nazwiska będą losowane za pomocą tiary przydziału. Obowiązują was zasady oficjalnych pojedynków. Złamanie choć jednej z nich jest niedopuszczalne i zakończy waszą walkę. Natychmiast przerwę pojedynek, który stanie się zbyt niebezpieczny. Śmiertelne lub nieodwracalnie raniące klątwy nie będą tu akceptowane! Ci, którzy ośmielą się zignorować tę uwagę, zostaną pociągnięci do konsekwencji – utraty punktów, szlabanów, a nawet wydalenia z Hogwartu, jeśli sytuacja będzie tego wymagać. Profesor Snape zajmie się sygnalizacją początku i końca pojedynków.
McGonagall skończyła przemawiać z surowo zmarszczonymi brwiami. Profesor Ormond również nie wyglądał na szczęśliwego choć z innych powodów – ominęła go możliwość znalezienia się centrum uwagi. Kobieta wyciągnęła dłoń do tiary. Fałdy materiału rozwarły się i kapelusz wypluł dwa świstki pergaminu na jej dłoń z głośnym „tfu!".
- Hanna Abbott i Benjamin Wright! – wyczytała. - Reszta z was zajmie pierwsze rzędy trybun. Nie chcę widzieć nikogo poza swoim miejscem.
Młodzi czarodzieje i czarownice bez pośpiechu rozmieścili się na ławach i tylko dwójka uczniów została na środku stadionu. Hadrian znalazł się wśród Puchonów.
To musi być onieśmielające, uznał, patrząc na poszarzałą twarz Hanny. Ze swojego miejsca widział jej trzęsące się ręce - nawet kurczowe zaciskanie na różdżce niewiele dało. Współczuł jej trochę. Abbott była całkiem przyjemna w obyciu, nawet jeśli nieco nudna i nieporadna. Ślamazara, powiedziałby, gdyby dzień był jeszcze trochę gorszy.
Znał Wrighta tylko przelotnie. Krukon był niski i kościsty, ze szczurzą twarzą i wciąż przeskakującymi z miejsca na miejsce oczami. Słyszał, że był niesympatyczny i znajdował czas jedynie na książki.
Suzan Bones zawołała koleżankę i uniosła kciuki w górę, próbując dodać jej odwagi. Nie wywołało to większego efektu niż wymuszony uśmiech.
Ukłonili się. Snape bez zwłoki uniósł różdżkę w górę i dał sygnał rozpoczynający pojedynek. Wright natychmiast zaatakował, gwałtownym ruchem różdżki przecinając powietrze i posyłając drętwotę. Hannah zdołała wyczarować tarczę, która rozbiła się pod wpływem zaklęcia. Odskoczyła do tyłu, tracąc przy tym równowagę. W ostatnim momencie obroniła się przed klątwą tnącą i czymś, czego Hadrian nie rozpoznał. Odpuszczając obronę, dziewczyna próbowała trafić Wrighta oszałamiaczami.
Krukon był szybki i zwinny. Bez problemu uskakiwał przed urokami i kontratakował. Gwałtowne ruchy i mocny skręt nadgarstka przy czarowaniu nie tylko zaskakiwały, ale też sprawiały, że ciężko było rozpoznać figury rysowane z powietrzu.
Więzy owinęły się wokół łydek Hanny i dziewczyna upadła z zaskoczonym okrzykiem. Expelliarmus wystarczył, różdżka wyrwała się z jej uścisku i posłusznie wpadła w wyciągniętą dłoń Wrighta.
Snape ogłosił zwycięzcę i Hadrian zsunął się niżej na ławie. Kolejne pojedynki wydawały się ciągnąć w nieskończoność. Czarodziej obserwował je spod przymkniętych powiek, jednak rzadko na boisku działo się coś w jego opinii wartego uwagi. Znudzenie i stały szum tłumu sprawiły, że zaczął przysypiać.
Profesor Crouch uczył ich jak się pojedynkować i każdy musiał znać podstawy jak odpowiednia postawa, zaklęcie tarczy czy rozbrajające. Jednak szybki refleks, dobra koordynacja i kreatywność nie charakteryzowały każdego ucznia i nie wszyscy byli w stanie pojedynkować się na wysokim poziomie.
- Lestrange, obudź się! - Ktoś nim potrząsnął.
- Co? – mruknął, podrywając głowę i mrugając. Złapał kilka rozbawionych i kilka zirytowanych spojrzeń.
- Twoja kolej.
Wstał i przeciągnął się. Zszedł na dół, starając się po drodze rozruszać zastygłe stawy.
- Proszę się pospieszyć, panie Lestrange – upomniała go McGonagall, zaciskając usta w wąską linię.
Rozpoznał Seamusa Finnigana. Chłopak sprawiał wrażenie chętnego do ucieczki. Gdyby spróbował uciec, Hadrian musiałby go gonić. Bieganie po płaskim terenie nie wydawało mu się szczególnie ekscytujące – nie jak prawdziwy pościg. Ponieważ jednak zaklęcia miały ograniczony zasięg, więc jeśli nie marzyło mu się przeciąganie pojedynku w nieskończoność, musiałby się zdobyć na wysiłek.
- Ukłońcie się! Panie Finnigan, proszę się skupić!
Hadrian zgiął się, nie spuszczając przy tym wzroku ze swojego przeciwnika. Finnigan drgnął nerwowo i cofnął się pół kroku, zanim zebrał się w sobie i wypiął pierś.
Gryfoni, pomyślał Hadrian ze złośliwym uśmieszkiem, czują, że trzeba uciekać, a jeszcze zadzierają nosa. Snop iskier wyleciał w powietrze. Nie drgnął. Przemyślał wcześniej swoją taktykę i zamierzał pozostać pasywny, jeśli okoliczności pozwalały. Nie było potrzeby zwracać na siebie uwagi z natychmiastowym atakiem. Lepiej było obserwować przeciwnika, znaleźć jego słabe punkty i pokazać swoje umiejętności tylko do stopnia, jakiego wymagała wygrana.
Z tego samego powodu zamiast pełnego stroju do pojedynków, ubrał jedynie buty i rękawice ze skóry garboroga. Utrata dłoni lub stopy nie leżała w jego planach.
Nie zamierzał się popisywać, ale z drugiej strony nie mógł zaprezentować się jak nieudacznik. Nie angażując się w walkę, wyglądał jak arogant – na szczęście nie potrzebował nikogo przekonywać do swojego charakteru.
Finnigan przestąpił z nogi na nogę, szukając czegoś przy stopach Hadriana, potem gdzieś za jego barkiem... A potem też zastygł, opamiętując się, uświadamiając sobie brak czujności i wypalił zaklęcie w stronę Hadriana.
Usunął się z drogi w ostatnim momencie. I znowu. I znowu. Pilnował, by nie stracić gruntu pod nogami na śliskim boisku. Świetliste pociski mijały go i rozpryskiwały się w powietrzu lub sięgały ziemi, wyrywając trawę i rozrzucając wokół grudy gleby.
Uskakiwanie wymagało natychmiastowej reakcji i zabierało dużo energii. Seamus nie celował jednak zbyt dokładnie ani zbyt szybko i Hadrian mógł sobie na to pozwolić. Metoda dobrze sprawdzała się w walkach niewprawionych czarodziejów, którzy nie zdołaliby wyczarować tarczy na czas, a także, gdy przeciwnik miotał czarnomagicznymi klątwami, których nie dało się zablokować w ten sposób.
W tym przypadku wyglądało to po prostu, jakby nie chciało mu się podnosić różdżki.
Zaklęcia docierały do celu w czasie pojedynczego mrugnięcia niezależnie od umiejętności rzucającego. Dlatego nie tracił czujności ani na chwilę mimo prezentowanego podejścia.
Kręcił różdżką między palcami, pozornie zrelaksowany i wyniosły. A Finnigam robił się coraz mniej ostrożny, wybierał czary bez namysłu, przestał pilnować postawy. Gdy w końcu Hadrian zauważył wyraźną lukę i użył Locomotor Mortis, Seamus zachwiał się i z wytrzeszczonymi oczami upadł na ziemię.
- Co, Finnigan, nie musiałeś być taki przerażony... Nie zrobiłem nic strasznego - mruknął, choć Gryfon nie mógł go słyszeć.
Snape zakończył pojedynek, przyznając mu zwycięstwo. Hadrian wrócił na trybuny i przyjął gratulacje współdomowników.
Następny pojedynek należał do Luny i Millicenty Bullstrode. Hadrian pochylił się do przodu na swoim miejscu, poświęcając wydarzeniom pełną uwagę. Luna nie wydawała się zdenerwowana - utrzymywała ten sam nieprzytomny, rozmarzony wyraz twarzy, co zawsze. Już ten fakt go uspokajał. Bullstrode patrzyła na nią z góry. W tym też nie było nic dziwnego.
- Myślisz, że wygra? Zawsze chodzisz z Pomyluną, nie? – zapytał Justin.
- O ile się nie wdadzą w walkę na pięści - osądził. Bulstrode ze zwalistą posturą, kwadratową szczęką i pucołowatą twarzą z łatwością zgniotłaby szczupłą Krukonkę.
Luna dygnęła, Bullstrode wykonała pełny ukłon. Pojedynek rozpoczął się i Ślizgonka, marszcząc z determinacją brwi, zaatakowała pierwsza. Czerwony promień zaklęcia rozbrajającego wyrwał różdżkę z dłoni Krukonki.
Dziewczyna zamrugała nieprzytomnie. Spojrzała najpierw na swoją przeciwniczkę, a później na swoją pustą dłoń i otwarła usta w wyrazie zdziwienia.
Hadrian mógł tylko westchnąć.
Wayne zdołał pokonać Mandy Brocklehurst, która zbyt długo myślała nad zaklęciami. Justin przegrał z całym dramatyzmem, na jaki go było stać przeciw Ronowi Weasleyowi. Rozłożył ręce przy upadku i przekonywał panią Pomfrey, że potrzebuje pomocy medycznej.
- Draco Malfoy i Pansy Parkinson!
To była kolejna para, której walkę Hadrian zamierzał obejrzeć z uwagą. Ślizgoni przygotowali się do walki.
- Draco pewnie będzie chciał się popisać – powiedział do Wayne'a.
- Jak zawsze bufon.
Draco zaczął od klątw, tyle było oczywiste. Gdzieś między te szybsze do rzucania, starał się wplatać bardziej zaawansowane, tracąc cenne sekundy na skomplikowane ruchy różdżką i mamrotane pod nosem formuły. To były też momenty, które Pansy wykorzystywała na kontratak.
- Reducto! Increpo! Comminuo! Seco! - wykrzykiwała bez przerw na oddech. Raz po raz przecinała różdżką powietrze.
- Protego! Drętwota! Protego! - Draco zaczął przechodzić do defensywy, krzywiąc się przy tym.
Pansy powoli zyskiwała przewagę, zmuszając Draco do ruchu. Ślizgon cofał się i uskakiwał przed zaklęciami kierowanymi w jego stopy. Zmęczenie czarodzieja stopniowo stawało się wyraźniejsze, gdy zamiast wylądować, potknął się. Włosy kleiły mu się do czoła mimo niskiej temperatury.
- Scindo!
Malfoy uskoczył przed szarawym promieniem. Głęboka szrama pojawiła się w miejscu, które dopiero co opuścił.
- Crucio! - wrzasnął. Trafił.
Klątwa zwaliła Parkinson z nóg i dziewczyna zawyła, wijąc się na ziemi, rozsmarowując błoto na włosach, twarzy i szatach. Kurczowo przyciskała różdżkę do piersi.
Niewybaczalne szybko przestało działać, jakby urwane. Dziewczyna podniosła się na czworaka, ciężko dysząc i z twarzą mokrą od łez. Drżącą ręką wycelowała w osłupiałego Malfoya.
- Strangulo - szepnęła mściwie.
Draco, wciąż klęcząc na ziemi i z opuszczoną różdżką, nie zdążył zareagować. Zaklęcie rozprysło się wokół jego piersi. Nic. Spojrzał ze zdziwieniem, oczekując ziejącej rany, bólu, cokolwiek. A potem otworzył usta i wytrzeszczył oczy, wszelki kolor odpłynął z jego twarzy. Przycisnął dłonie do gardła, wypuszczając różdżkę. Zagulgotał, oczy o mało mu nie wyszły z orbit, gdy potoczył przerażonym wzrokiem po trybunach.
- Starczy! - zagrzmiał Snape. - Koniec pojedynku!
Parkinson patrzyła z uśmieszkiem na duszącego się Malfoya. Ubabrana w błocie, z potarganymi włosami i mściwym błyskiem w oku wyglądała jak prawdziwa wiedźma.
Zanim Snape skończył szeptać przeciwzaklęcia, Draco stracił przytomność. Zaraz potem dobiegła do nich Pomfrey. Nikt nie gratulował Pansy, gdy w końcu przygładziła poplamione szaty i usiłowała wytrzeć twarz, w efekcie tylko rozmazując ziemię po policzkach.
Profesor Ormond zapowiedział drugą rundę po obiedzie.
Hadrian poczekał na swoim miejscu, aż tłum uczniów przesunie się bliżej wyjścia. Widział, że jego rodzice wciąż dyskutowali z innymi pracownikami Ministerstwa. Podszedł do nich dopiero, gdy tłum się przerzedził i nie musiał się przeciskać.
Bellatriks odprawiła mężczyznę w meloniku do czasu, gdy przed nią stanął. Rudolf uniósł głowę znad notatnika, gdy się odezwał.
- Mamo, tato – przywitał się.
Bellatriks zamknęła go w miażdżącym uścisku.
- Hadrian! Tęskniłeś za mamusią? Oglądałam twoją walkę. Znakomicie. Ale te wszystkie cudowne klątwy, których cię uczyłam… Czemu nie pogruchotałeś mu kości dla mamusi? Wiesz, że chciałabym zobaczyć jak rzucasz te cudeńka! – świergotała, przeczesując jego włosy i poprawiając płaszcz na ramionach tylko po to, by dokładniej zawiązać szalik. Hadrian pozwolił na te zabiegi bez protestu.
- Trzymam je na finał. Nie chciałbym pokazać za wcześnie, co umiem.
Bellatriks pokiwała głową, przyjmując argument.
- Na pewno będę się świetnie bawić, gdy w końcu tak zrobisz! Albo Cruciatus. Pamiętasz, że to moja ulubiona klątwa, synku?
- Pewnie, mamo. Postaram się nią kogoś przekląć chociaż raz – obiecał i miał zamiar tak zrobić. - Ale jeszcze nie teraz, dobrze?
- Nie każ mi ćwiczyć cierpliwości! Te namiastki czarodziejów zmuszają mnie cały czas!
Kobieta w końcu uwolniła go z objęć i Hadrian wymienił uścisk dłoni z ojcem.
- Jak się bawisz, synu?
- Nie tak dobrze jak będę później, tato.
-xxx-
Pogoda od rana była chmurna, jednak w czasie obiadu sufit Wielkiej Sali ściemnił się nawet bardziej. Jeszcze przed rozpoczęciem drugiej rundy zaczęło lać. Luna nie musiała dłużej siedzieć na trybunach skoro przegrała. Życzyła mu powodzenia i z parasolem w dłoni ruszyła nad jezioro. Liczyła, że znajdzie tam Deptaki i nie chciała ich przestraszyć użyciem magii.
- Wychodzą tylko, gdy naprawdę mocno pada. Widziałam wcześniej ich ślady przy brzegu, ale przyszłam wtedy za późno – wyjaśniła Hadrianowi.
- Nie ześlizgnij się do wody, dobra? – Brzeg Czarnego Jeziora był łagodny w niektórych miejscach i stromy w innych. Tam gdzie jezioro graniczyło z Zakazanym Lasem nie było bezpiecznie, a on spodziewał się, że właśnie tam dziewczyna chciała czatować na wspomniane stworzenia.
Luna zbyła jego zmartwienia śmiechem, marszcząc przy tym nos w charakterystyczny sposób. Nie widział w tym nic zabawnego, ale tylko się uśmiechnął, znając ją na tyle, by wiedzieć, że nie było w tym drwiny.
- Mówię poważnie. Co jeśli zgnieciesz przy tym Deptaka?
Zgodziła się z tym argumentem. Przytuliła go, włożyła mu kwitnącą gałązkę tarniny do kieszeni płaszcza i zostawiła przed trybunami. Białe płatki wyglądały wyjątkowo delikatnie, więc postanowił ich nie ruszać i później sprawdzić, czy to coś znaczyło. Luna nigdy by mu nie powiedziała.
Spodziewał się, że większość kiepskich przeciwników odpadła w pierwszej turze i w drugiej będzie miał okazję zobaczyć dynamiczniejsze, bardziej wyrównane starcia. Oglądanie walki, której zwycięzca był znany od chwili rozpoczęcia, nie było interesujące.
Do czasu, gdy dotarli na miejsce ławki były mokre, a zaklęcia suszące lubiły zapalać drewniane rzeczy. Ograniczył się do wyczarowania bańki odpychającej wodę wokół siebie i transmutowania chustki do nosa w poduszkę.
- Nie za wygodnie ci, Lestrange? – Blaise Zabini przystanął obok.
Draco nie pojawił się, Pansy siedziała kilka rzędów dalej z odpychająco naburmuszoną miną, a Dafne nie tolerowała Blaise'a. Hadrian nie spodziewał się, by Ślizgon chciał spędzać czas z Crabbe'm i Goyle'm, dlatego jego towarzystwo go nie dziwiło. Nie przyjaźnili się, ale też nie przeszkadzała im obecność drugiego.
- Nie. Nie za mokro ci, Zabini?
- Trochę. Co to za czar? - Zatoczył ręką koło, obrazując przestrzeń pozbawioną wody.
- Pokażę ci - zaproponował Hadrian. Po chwili i na Zabiniego przestała lać się woda. - Gdzie Draco?
- Pansy nieźle go poturbowała. Na szczęście łatwo dało się to odwrócić. Zamknął się w dormitorium, obrażony na wszystkich.
Blaise był często widywany w towarzystwie Draco. Nie uważał się jednak ani za jego niańkę, ani za sługusa, choć młody Malfoy często traktował w ten sposób znajomych.
- Zraniona duma - prychnął Hadrian.
Blaise rozłożył ręce w odpowiedzi. Draco łatwo się obrażał.
-xxx-
Hermiona pochylała się nisko nad plikiem notatek. Gdyby Neville się przybliżył, mógłby odczytać opisy poszczególnych zaklęć. Włosy przylepiały mu się do twarzy i czuł jak woda ścieka mu za kołnierz. Nie wiedział, jak temu zaradzić. Jedynie co przychodziło mu na myśl, to pewien szczególny gatunek grzyba, który potrafił wchłonąć ogromne ilości wody – nie sądził jednak, by ta wiedza mu pomogła. Nie mógł obłożyć się grzybem, by uchronić się przed deszczem.
Hermiona zwykle miała rozwiązanie na wszystko i czasami pomagała Neville'owi. Tym razem jednak obchodziło ją tylko, by papier nie zamókł, gdy usiłowała wtłoczyć jak najwięcej informacji do głowy. Neville pozwolił sobie na nieszczęśliwe westchnienie. Wiedza zawsze była najważniejsza dla Gryfonki i czarodziej często miał wrażenie, że jego zniknięcie nie sprawiłoby Hermionie różnicy.
Czemu po prostu nie przegrał? To było trudne, nawet bardzo, wygrać pierwszy pojedynek. Gdyby się tak nie starał, mógłby spędzić czas w szklarni. Profesor Sprout pozwalała mu przychodzić, kiedy chciał, a nawet prowadzić własne projekty. Tam z pewnością byłoby ciepło i sucho. O ile nie oblałby się wodą z konewki jak ostatnio, gdy chciał podlać roślinkę tuż nad swoją głową. Manipulowanie przedmiotami w powietrzu było dużo trudniejsze, niż czarodziej by się spodziewał.
- Hermiona Granger i Ron Weasley!
Hermiona wyprostowała się jak struna na dźwięk swojego nazwiska. Schludnie złożyła notatki i z determinacją widoczną w każdym kroku ruszyła na dół. Gdzieś dalej Ron Wealey wygramolił się ze swojego miejsca pośród grupy roześmianych Gryfonów. Wyraźnie pławił się wciąż w pierwszej wygranej i na środek wyszedł z szerokim uśmiechem rozlanym na twarzy.
Neville skulił się, usiłując zachować ostatnie resztki ciepła. Zaczął skubać rękaw. Materiał przylepiał mu się do palców i szybko się zniekształcił. Później miał się zastanawiać, kiedy część garderoby straciła fason.
Hermiona ukłoniła się sztywno, Ron ledwo skinął. Snape dał sygnał. Czarownica nie zdążyła przybrać odpowiedniej postawy, a już musiała odskoczyć. Tam, gdzie chwilę wcześniej były jej stopy, trawa zmieniła się w gluty.
Odpowiedziała serią zaklęć rozbrajających. Neville patrzył z podziwem na liczne czerwone promienie światła, kibicując przyjaciółce.
- Avis! - Chmara żółtych ptaszków pomknęła w stronę rudzielca. Szybko zniżyły lot, ledwo dolatując do niego pod naporem deszczu.
- Incendio – zawołał Ron.
Zapłonęły. Piski wypełniły powietrze i choć Hermionę z pewnością bolało serce na ten dźwięk, sądząc po jej minie, wykorzystała nieuwagę przeciwnika i posłała kolejną serię zaklęć. Rozbiły się o tarczę, gdy Ron machnął różdżką w bliżej nieokreślonym ruchu.
- Obtorpescete!
Fioletowy błysk rozdzielił się na dwa, podchodząc ją w dwóch stron. Bez namysłu ruszyła do przodu i zawirowała, odwracając się plecami do Rona.
- Protego! – Tarcza osłoniła ją od klątwy.
Zaczęła się obracać, gdy czerwony błysk trafił ją w ramię. Zastygła w połowie ruchu, niezdolna nawet drgnąć powieką. Przegrała.
Snape odczekał dłuższą chwilę, zanim zdjął czar, rozkoszując się upokorzeniem irytującej uczennicy. Dziewczyna z trudem powstrzymywała łzy wściekłości przed wypłynięciem, czekając na odprawę. Szklane oczy i czerwieniejące powieki były dostrzegalne z bliska nawet w deszczu.
- Neville Longbottom i Blaise Zabini!
Neville całym sobą pragnął wrócić do zamku, umknąć spod skupionych na nim spojrzeń – najlepiej schować się w dormitorium Gryffindoru, które czasami wydawało się jedyną bezpieczną częścią szkoły dzięki opiece profesor McGonagall chroniącej ich przed wszechobecnymi poplecznikami Czarnego Pana.
Zebrał całą odwagę, jaką posiadał i zmusił się, by zejść na dół. Jego babcia nie mogła przyjść obserwować pojedynków, jednak był pewien, że stara czarownica usłyszy o każdym błędzie i potknięciu. Ucieczka była niedopuszczalna.
Profesor Crouch mrugnął do niego i najwyraźniej chcąc dodać mu otuchy, więc Neville się uśmiechnął. Wyglądał przy tym tak mizernie jakby był chory. Mina Croucha zrzedła.
Pokłonili się i walka się rozpoczęła. W czasie, gdy Neville usiłował pozbierać spanikowane myśli i ułożyć choćby najprostszą strategię, Zabini zbliżył się o kilka metrów. Gryfon z trudem zdążył wyczarować tarczę, gdy pierwsze zaklęcie poleciało w jego stronę.
- Protego! - zawołał. I choć nie został trafiony, błysk tylko pogłębił jego dezorientację i panikę. Nie potrafił się pozbierać. I czy jego przeciwnik nie był bliżej niż jeszcze chwilę wcześniej? - Drętwota! Reducto! Adligo! - ciskał na ślepo.
Klątwa Zabiniego go trafiła. Poczuł krótkie ukłucie bólu na policzku. Żółty błysk, którego nie zdołał zatrzymać, odrzucił go pół metra do tyłu. I kiedy stracił koncentrację, łapiąc równowagę, dostał zaklęciem powodującym świerzb.
Musiał coś zrobić. Ignorując wszystko pognał do przodu. Nagle stracił kontrolę nad nogami, jego stopy zaczęły wywijać we wszystkie strony w niezgrabnym tańcu. Chciał wrzasnąć z frustracji. Tarrantelagra go zatrzymała.
Znał przeciwzaklęcie – wiedział, czym dostał. W pląsach, zmusił się, by przypomnieć sobie, jak to odwrócić. Nic nie przychodziło mu do głowy, zdołał jednak obronić się przed kolejną klątwą i posłać dwie drętwoty w stronę Zabiniego. Żadna z nich nie trafiła i chłopak bez pośpiechu skracał dystans.
Błękitny promień trafił go w pierś. Neville zastygł. Szloch wstrząsnął jego piersią, łzy pociekły po twarzy mieszając się z krwią i przejęty nagłą falą depresji niemal się poddał. Drżącą ręką uniósł różdżkę:
- Jak zginąć to z honorem! - ryknął. - Reducto!
Zaklęcie wyrwało dziurę u stóp Ślizgona. Zabini nie stracił rezonu i następna klątwa sprawiła, że Longbottom osunął się nieprzytomny na ziemię, nieświadomy pierwszych żartów na temat jego 'walecznej śmierci'.
Pani Pomfrey napoiła go odpowiednim eliksirem i odesłała z kilkoma słowami pocieszenia. Zdołał wrócić na trybuny o własnych siłach zanim rozpoczęła się następna walka.
- Hadrian Lestrange i Millicenta Bullstrode!
Neville znienawidził Puchona trochę bardziej za to, że pozostał suchy. Chłopak wyglądał raczej niepozornie przy Bullstrode, która nie tylko była wyższa, ale też szersza.
Tak jak przy poprzednim pojedynku Hadrian nie zareagował w żaden sposób na znak. Bullstrode podeszła z dużo większą ostrożnością niż Finnigan. Neville obserwował z fascynacją jak wyczarowała kilkanaście błękitnych ogników, które zaczęły wirować w odległości kilku stóp od niej.
- Nawet nie będzie musiał ich gasić! - parsknął ktoś z tyłu. Ogniki jednak nie zniknęły pod wpływem wody, nie zaczęły nawet syczeć.
Millicenta wystrzeliła drętwotę, jęzozlep i kilka innych zaklęć w kierunku czarodzieja. Hadrian momentalnie chwycił je na koniec różdżki tylko po to, by odesłać je tam, skąd przyszły.
Dziewczyna odskoczyła do tyłu, zmuszona nagłym atakiem. Wyczarowanie tarczy na chwilę pozbawiło ją możliwości ofensywy.
- Cholera, walcz, Lestrange! Tchórz! – wrzasnęła.
Zaśmiał się tylko i dokładnie tak samo odpowiedział na następny atak. Dziewczyna wywrzeszczała jeszcze kilka obelg. Bez efektu. Musiała zamilknąć i skupić się na obronie, by nie paść pod naporem wracających zaklęć.
Bulstrode machnęła różdżką, zanim została zmuszona do powtórnego użycia tarczy. Coś trzasnęło, choć nie wiedzieli co. Neville nic nie dostrzegł, choć huk sprawił, że podskoczył w miejscu.
Wyciągnęła rękę do przodu. Ogniki zakręciły się wokół niej, a potem pomknęły w stronę Hadriana, obracając się jak wir.
Hadrian odskoczył i zaczął głośno mamrotać przeciwzaklęcie. Niebieskie kule minęły go o cal, Jakby pchane siłą rozpędu przeleciały jeszcze z metr, po czym zatoczyły ostry łuk i już na powrót mierzyły w swój cel.
Przeszywający brzęk przebił się przez szum deszczu. Hadrian spojrzał na ziemię - od strony Millicenty przy ziemi uniosły się dwa długie pasma, jakby struny. Były widoczne tylko przez chwilę, dopóki nie spłynął z nich film błota. Musiał odskoczyć, gdy wyrwały się dokładnie spod jego stóp.
Neville ze swojego miejsca miał okazję zobaczyć, że przeszywały większą część boiska.
Nagłe szarpnięcie za kostkę wywróciło Hadriana za ziemię. Z jedną nogą w górze był holowany w stronę przeciwniczki. W pierwszym odruchu wczepił palce w trawę. Syknął z bólu i puścił.
- Seco!
Zaklęcie przecięło strunę. Odtoczył się w bok i zerwał na nogi. Szukał ogników. Czekały tam gdzie runął - i w momencie, gdy na nie spojrzał, zaatakowały ponownie.
- Exhalate! Tabescete! – Z drugim czarem ogniki zmieniły się w deszcz iskier i zniknęły.
Następne klątwy leciały w jego stronę. Dostrzegł je w samą porę, by zawirować, unikając trafienia. Pobiegł w stronę dziewczyny.
Bullstrode drgnęła zaskoczona i cofnęła się, zanim zaczęła zasypywać go gradem klątw, mniej dokładnie niż wcześniej, niemal z paniką.
Uniknął ich, poruszając się zygzakiem. Ulubione klątwy czekały na końcu języka, gdy znalazł się w zasięgu kilku metrów.
- Fervete! Cocete! Urete!
Gdy Bullstrode męczyła się z obroną i próbą kontrataku, skupiając się tylko na tym, wycelował różdżkę w trawę pod jej stopami.
W następnej chwili była po szyję w bagnie. Wrzasnęła z zaskoczeniem i wyraźnie próbowała wyszarpnąć ramię ponad powierzchnię. Wciągnęło ją jeszcze głębiej, zgodnie z intencją, próbując ją zatopić, pogrzebać żywcem.
- Koniec! - zawołał Snape, gdy błoto podchodziło dziewczynie pod nos. Krztusiła się i miotała w panice, dławiąc breją wpychającą się do ust, uszu, nosa, a nawet oczu.
Profesorowie McGonagall i Filitwick zbiegli na dół i natychmiast zajęli się wyciąganiem dziewczyny na powierzchnię – w tamtej chwili breja przykryła czubek jej głowy. Jak żywy stwór, strzegła swojej ofiary, w odpowiedzi na wysyłane przez nauczycieli liny, wsysając Millicentę jeszcze głębiej.
Flitwick zdołał w końcu zmusić bagno do zastygnięcia i dopiero wtedy McGonagall wysłała sporą część w niebyt, odsłaniając tym samym Ślizgonkę. Natychmiast zaczęła pluć błotem, krztusząc się i charcząc – a potem wydarła się, ile sił w płucach.
Neville, bardziej spięty niż przedtem obserwował, jak Mistrz Eliksirów sprawdził nogę Hadriana i odesłał go machnięciem ręki. W tym czasie pielęgniarka usiłowała pomóc jego przeciwniczce.
Czarny Pan klaskał.
