Betowała Lady Lecter. Bardzo dziękuję.
7
Mijały kolejne dni, ale wciąż nie udzielono żadnych nowych informacji w sprawie zawodów. Zapytani o nie nauczyciele nawet się nie zająkiwali na ten temat i kazali jedynie cierpliwie czekać.
Hadrian, będąc w finałowej szóstce, nie wiedział nawet, czy powinien się szykować na ciąg dalszy eliminacji, czy może jako następny czekał go występ przed dużo szerszą publiką. Nie cieszyła go perspektywa znalezienia się pod ostrzałem tylu spojrzeń. Nie z powodu strachu czy wstydu, ale świadomości jak bardzo sława bywa zdradliwa. Czarodzieje zachwycający się jego umiejętnościami podczas zawodów, po upływie kilku lat, mogli go wyzwać. Używając zdobytej z bezpiecznej odległości wiedzy o jego stylu walki lub wyłapanej luce w obronie, pokonać.
Bellatriks ze swoim nieskończenie pewnym podejściem wyśmiałaby zapewne te obawy. Sama była gotowa wpuścić przeciwnika pod gardę, tylko po to by trzasnąć go łokciem w łeb. Nie zrozumiałaby lęku przez wymknięciem się sytuacji spod kontroli. Jak mogłaby, tak bardzo kochając sianie chaosu?
Hadrian chciał wcześniej opracować plan dostosowany do warunków zawodów. Ograniczyć swój występ i umiejętności, jakie mógł bezpiecznie zaprezentować, wcześniej określonymi ramami. Wciąż jednak brakowało mu informacji, by to zrobić, a do wypytywania ludzi o najnowsze pogłoski podchodził równie ostrożnie. Pokazanie, że przedmiot rozmowy miał dla niego znaczenie byłoby żenująco głupim błędem.
Krążenie po korytarzach Hogwartu i zajmowanie się zaglądaniem w ramy wiekowych portretów było ostatnią rzeczą, która pozwała mu trzymać niecierpliwość w ryzach. Zimny klimat Szkocji nigdy nie pozwalał na zbyt długie spacery bez przemarznięcia na kość, a w tym roku taka możliwość została mu odebrana wyjątkowo wcześnie.
I tego dnia krążył, pozwalając myślom płynąć gdzie chciały. Na tę chwilę bardziej ekscytowały go zawody niż zlecenie od Goldsteina, nad którym pracował. Niewiele brakowało, by temat trucizn zbrzydł mu na dobre przez frustrujący brak efektów poszukiwań. Niestety jeśli nic się nie zmieni w najbliższej przyszłości i zawody czekał taki los.
Dźwięk znajomego głosu sprawił, że zwolnił i zatrzymał się po kilku krokach. Przed sobą miał zakręt, a tam korytarz krzyżował się z innym.
- Ej, Granger, co tu robisz? Nie powinnaś siedzieć w jakiejś dziurze z innym robactwem jak ty?
Ton jego kuzyna zawierał charakterystyczną dawkę szyderstwa i przekonania o własnej wyższości. Maniera wypowiedzi Draco zawsze miała jasny przekaz „Mówię, więc słuchaj!", choć brakowało jej mocy, by zmusić do tego rozmówcę. Podobnie nie cierpiał na nadmiar jadu, choć niewątpliwie wyobrażał sobie siebie niczym kąsającą śmiertelnie kobrę. Więcej podobieństw jednak dzielił z padalcem.
Hadrian oparł się o parapet najbliższego okna. Z tego miejsca widział rozmawiających, a tuż obok Crabbe'a z nieodłącznym towarzyszem - Goyle'm. Sam także mógł zostać zauważonym, gdyby tylko ktoś spojrzał w jego stronę. Nie łudził się, że stara zbroja zasłania zbyt dużo, ale nie zapowiadało się też na rozmowę, którą należałoby podsłuchiwać. Nie zamierzał więc włączać się bez potrzeby.
Zdążył zobaczyć jak Granger unosi dumnie podbródek i obraca się na pięcie. Z torbą ciasno ściskaną pod ramieniem, sprawiała wrażenie wyjątkowo chętnej do ucieczki. Być może zaszczutej. Stres zwykle powodował, że ludzie spinali się i przemykali z własnością przyciśniętą blisko ciała, jakby ktoś miał im wyrwać te nic niewarte, codzienne przedmioty.
Draco mógłby to zrobić. Choćby po to, by się zaśmiać z dziewczyny zbierającej rozsypane notatki z ziemi – zupełnie jakby to przed nim padła na kolana.
- Słyszałem, że przegrałaś walkę o swoje marzenia i to z Weasleyem, co Granger? To była jedyna nadzieja na pracę w ministerstwie dla szlamy jak ty. Nie łudź się, że bez tytułu championa, ktokolwiek cię przyjmie.
Stanęła w miejscu z dłońmi zaciśniętymi w pięści. Trzęsła się ze złości.
Malfoy stał z przyklejonym do twarzy uśmieszkiem i rękami splecionymi za plecami. Crabbe i Goyle po jego bokach byli gotowi zainterweniować, gdyby nie zdążył sięgnąć po różdżkę. Promieniował pewnością siebie.
Hadrian widział wystarczająco wiele razy jak jego kuzyn usiłował zmuszać ludzi do uniżenia, a te próby zwykle kończyły się zawstydzającą klęską.
- Co to jest? Chyba nie płaczesz? Powtarzam od lat, że takich jak ty nie warto uczyć magii. Zwyczajnie na to nie zasługujecie, nie potraficie się później do niczego przydać. Marnujecie miejsce i zatruwacie powietrze swoją smrodliwą obecnością, tylko po to, by puszyć się z powodu miernych osiągnięć… Gdzie cię przyjmą, Granger? W lodziarni? Nie umiałabyś nawet tyle!
Dziewczyna obróciła się w stronę Ślizgona, czerwona na twarzy.
- Nie widziałam, żebyś wygrał swoją walkę, Malfoy – odgryzła się. Jej głos uniósł się wyraźnie, zdradzając targające nią emocje. Hadrian podejrzewał, że niedługo zacznie piszczeć. - Niedouczony, leniwy i arogancki karaluch jak ty, który troszczy się tylko, żeby pokazać swoją wydumaną wyższość, prawda? Potrzebujesz wytykać innym klęski, żeby zapomnieć jak niewiele sobą prezentujesz?
- Nie licz, że zniżę się do twojego poziomu, szlamo. Zabolało, co? Przegrać zanim nawet zaczęłaś, ha! I to z przeciętniakiem jak Weasley! – Rozłożył ręce, kręcąc teatralnie głową.
- Życzysz tylko innym porażki, Malfoy! Nie stać cię na własny sukces!
Draco potrząsnął głową z rozbawieniem.
- Wiesz, co jest najżałośniejsze, Granger? Sama sabotujesz swoje możliwości, a wijesz się przy tym gorzej niż glizda wyciągnięta z ziemi! Siedzisz dalej we własnym, mugolskim gnoju. – Pociągnął nosem i ścisnął nozdrza, krzywiąc się przy tym z niesmakiem. Crabbe i Goyle zarechotali.
- Nie będę się kłaniała napuszonym dupkom jak ty, Malfoy. Niczym nie zasłużyłeś na mój szacunek - syknęła, sięgając w końcu po różdżkę i wyskakując do przodu. Przy tym ruchu wiecznie napuszone włosy uniosły się w górę i Hadrianowi do pełnego obrazu brakowało jeszcze tylko przeskakującej elektryczności – wyglądała jakby ją trafił piorun, szczególnie z różdżką sypiącą iskrami.
Nawet jeśli jego kuzyn był dla niej złośliwym dupkiem i nie prezentował sobą niczego godnego szacunku, to dziewczyna rzeczywiście przekreślała swoje szanse walcząc z nim. Nie wiedział, czemu mimo wysokich osiągnięć akademickich, nie potrafiła pojąć tak prostej rzeczy. Ministerstwo nie ukrywało, że aby rozważyć kandydaturę mugolaka, potrzebowali polecenia, a najlepiej patronatu któregoś z czystokrwistych rodów. W ten sposób wykluczali osoby niechętne do przyjęcia czarodziejskiej kultury i dopasowania się do ich świata – nigdy na odwrót. Czarodziejska Brytania nie miała więcej miejsca na mugolskie maniery czy wynalazki.
Nadszedł czas, by przerwać sprzeczkę, zanim przerodziła się w awanturę i Draco wymagał odeskortowania do skrzydła szpitalnego.
- Draco - zawołał łagodnie. - Nie trać na nią czasu. Mamy lepsze rzeczy do zrobienia.
Zignorował przy tym wściekłą Gryfonkę, mijając ją bez choćby spojrzenia i powolnym krokiem kierując się w stronę najbliższej klatki schodowej. Specjalnie dał kuzynowi czas.
- Racja. - Malfoy posłał ostatni uśmieszek rozzłoszczonej Hermionie, zanim dogonił Hadriana. Najwyraźniej uznał, że lekceważenie mogło zostać odebrane jednoznacznie jako obelga. - Kto by chciał babrać się z takim szlamem?
Hadrian poczekał aż stracili Granger z pola widzenia, zanim się odezwał.
- Zamierzam wysłać list z sowiarni.
Draco udał, że to rozważa, zanim odpowiedział:
- Potowarzyszę ci. Przyda mi się trochę wywietrzyć od takiego towarzystwa. - Powachlował się dłonią, niby odganiając nieprzyjemny odór.
- Świetnie. Nie widziałem cię od twojego pojedynku z Pansy.
Kątem oka widział, że Malfoy napuszył się niczym jeden z pawi spacerujących wokół jego rodzinnego dworku. Okupowanie dormitorium przez cały weekend nie mogło być powodem do dumy nawet dla kogoś tak wpatrzonego w siebie, więc oczekiwał wymówek, które niedługo później otrzymał.
- Nie było tam już nic wartego mojej uwagi. Malfoy'owie dobrze wiedzą, na co mogą poświęcić swój czas bez ranienia oczu, a ta farsa do niczego się nie nadawała! – Wydął wargi, co sprawiło tylko, że przypominał obrażone dziecko.
- Pansy się oberwało w jej następnych pojedynkach. Tak samo jak Granger. Nie mów, że nie chciałeś się z nich pośmiać.
- Wiedziałem, że tak będzie.
Tak naprawdę, Hadrian nie wiedział. Obie czarownice miały spore szanse, nigdy nie brakowało im umiejętności, choć nie posądziłby Parkinson o taką zawziętość.
- Nie musiałbyś ich ścigać, żeby im dopiec, gdybyś tam wtedy był.
- Być może... Być może żałuję, że nie widziałem jak przegrywasz z Bulstrode. Ojciec mnie o to pytał. – Draco na pewno gryzł swoje piękne, pawie pióro, nie wiedząc co odpisać na temat ukrytych umiejętności koleżanki z roku i w odpowiedzi na zapytania o upokorzenie dziedzica Lestrange. Od kiedy Hadrian pamiętał, Lucjusz Malfoy pałał do niego niechęcią. Spotkał wuja jeszcze w dzieciństwie i po latach nie był w stanie przywołać szczegółów tego wydarzenia. Jeśli przy tej okazji zdołał zasłużyć na nieniknącą antypatię, nie był w stanie sobie przypomnieć.
- Tylko przez chwilę, Draco. Lucjusz może nawet posunąć się do zaproszenia Bulstrode na wasz coroczny bal.
- Żartujesz? - Skrzywił się z obrzydzeniem. - Wiem, że cię nie znosi, ale nie posunie się tak daleko! - Zaczął wściekle mamrotać o dziewczynie szpecącej rezydencję swoją osobą i o wysokich progach Malfoy Manor.
Hadrian w końcu mu przerwał.
- Wiesz coś więcej o tych zawodach, Draco? - zapytał.
- Ha! Wreszcie przyznajesz, że zawsze mam najlepsze informacje! - Draco wypiął dumnie pierś i uśmiechnął się z satysfakcją.
- Co takiego wiesz? – Starszy Malfoy nie raz listownie zachęcał syna do udziału w nadchodzących wydarzeniach i usiłował mu pomóc przemyconymi między wierszami podpowiedziami, a Draco paplał – do mniej lub bardziej zaufanych osób.
Malfoy wyraźnie oklapł.
- Nic nie wiadomo - burknął w nagłym niezadowoleniu.
- Lucjusz nic ci nie napisał? Nie sugerował przygotowania się z użyciem wybranych przez niego książek?
- Nie. Kazał mi się postarać i przynieść chlubę rodowi Malfoy. I powiedział, że to ważne dla budowania mojej własnej reputacji. - Wbił wzrok w ziemię i kopnął jeden z luźno leżących w trawie kamieni.
Może starszy Malfoy nauczył się wreszcie czegoś na swoich błędach. Draco był straszną paplą i potrafił wygadać wszystko, byle tylko zwrócić na siebie uwagę. Nie służyło to reputacji rodziny. Lucjusz miał wielu wrogów, Draco wciąż robił kolejnych i żaden z nich nie wydawał się być w stanie racjonalnie ocenić sytuacji. Malfoy'owie mogli wierzyć, że ich pozycja była niezachwiana, ale przez lata rządów Voldemorta po stronie czarnoksiężnika stanęły w końcu rody, które wcześniej były neutralne lub wręcz popierały integryzm. Czysta krew i umiejętność zachowania się w każdej sytuacji robiły o wiele lepsze wrażenie niż pieniądze, które nie były już dłużej aż tak potrzebne.
Znaleźli się pod Sowiarnią. Draco spojrzał z obrzydzeniem na stopnie pokryte ptasimi nieczystościami i liczne pióra kłębiące się wokół. Niektórych miejsc nawet skrzaty domowe nie potrafiły utrzymać w porządku - a budynek często był zostawiany bez ich opieki, by służyć jako miejsce odbywania szlabanów.
- Co im wysyłasz? O tym, że jesteś w finale? – Zatrzymał się przed wyjściem, już marszcząc nos na ostry zapach.
- Nie. Zapominasz, że byli na miejscu, jak twój ojciec. Zostali do końca i widzieli moje walki. To jeden z tych cotygodniowych listów, które lepiej wysłać dla własnego spokoju. – Napisał też kilka asekuracyjnych zdań, które miały mu pomóc przekonać matkę, że nie potrzebował specjalnego reżimu treningowego, by poprawić umiejętności bojowe.
Draco prychnął.
- Niedługo znowu tu będą.
- To nie znaczy, że mam nie pisać. Poza tym to tydzień na trufle. Musiałbym być głupi, żeby przegapić trufle.
- Trufle?
- Trufle. - Hadrian pokiwał poważnie głową. - Nasz skrzat robi znakomite.
- Nigdy mnie nie częstowałeś. Jak to się dzieje, że wasze skrzaty umieją robić tyle rzeczy, a nasze bez kija nawet nie wstaną? - zaczął marudzić Draco.
- Mówiłem ci, gdybyś traktował je przyzwoicie...
- Traktuję je, jak powinny być traktowane. Niepotrzebnie je tak rozpuszczasz. Ojciec zawsze mówi, że okazywanie im miękkiego serca tylko im przewraca w głowach. Wyobrażają sobie potem nie wiadomo co!
Harry wzruszył tylko ramionami. Nie podejrzewał, by jego kuzyn miał kiedykolwiek zobaczyć korzyści płynące z uprzejmości wobec ludzi i innych inteligentnych stworzeń.
- Mogę się z tobą podzielić.
- Tylko spróbowałbyś nie.
- Pamiętam, że macie jarzębinę w ogrodzie. Potrzebuję trochę kory i liści.
- Po co ci jarzębina? - Draco uniósł brwi.
- Do warzenia. - Nie chciał się rozwodzić na temat swoich dodatkowych zajęć. Obawiał się, że inaczej szybko stałyby się powszechną wiedzą.
- Akurat. Będę cię obserwować, żeby zobaczyć, czy nie karmisz nią ptaków pod Zamkiem.
- Korą? Może od razu kamieniami spróbuję. Efekt będzie równie dobry. – I przynajmniej nie musiałby za to płacić truflami.
- Nieważne. Jak idą wam przygotowania do meczu? My jesteśmy już gotowi.
O quidditcha zdołali się pokłócić już przy swoim pierwszym spotkaniu. Kibicowanie innym z miejscowych drużyn było wtedy dla nich poważną sprawą. Teraz wydawało mu się to wręcz śmieszne. Choć jego podziw wobec braci Broadmore nie osłabł, zapał wobec całej idei gry i rywalizacji szkolnej zdecydowanie przygasł, choć od początku nie porażał.
- Jeszcze nie odwołali quidditcha, ale... - zaczął mówić Hadrian w zamyśleniu. Draco nie dał mu skończyć myśli, wyskakując z oburzonym:
- Czemu mieliby go odwołać!?
- Z powodu zawodów - odpowiedział spokojnie. - Może jednak nie są na tyle absorbujące, by przerywać inne rozgrywki. Albo dopiero to ogłoszą. Skoro do tej pory nie podali żadnych szczegółów, może i z tym się nie spieszą. - Nie przejąłby się tym. Przynajmniej dopóki wciąż mógłby latać w wolnym czasie.
Uwielbiał to już od pierwszych prób utrzymania się na miotle, co udawało mu się zaskakująco łatwo. Znalezienie się wysoko w powietrzu, choćby bezczynnie wisząc, smaganie lodowatego wiatru i ogromna prędkość dostarczały mu nie tyle zastrzyku adrenaliny, czy zagłuszającego wszystko szumu krwi w uszach jak można by się spodziewać, ale uczucia spokoju i swobody. Co mogło go przecież zatrzymać, gdy szybował przed siebie, nie czując grawitacji wgniatającej go w ziemię?
Po pierwszym roku nauki jego koledzy i koleżanki z rocznika oswoili się z jego widokiem. Jednak do nazwiska Lestrange lepiła się pewna niesława, której nie próbował w żaden sposób zmyć. Nie wstydził się znajomości najpaskudniejszych klątw ani przekonań swojej rodziny, nie był też zdesperowany by kłamać na temat czegoś, co było wiedzą publiczną. Dlatego postanowił zmienić sytuację w inny sposób: przez zyskanie popularności i wdzięczności za dołożenie się do puli punktów, a tym samym przybliżenie szansy na zdobycie Pucharu Domów.
W drugą sobotę września swojego drugiego roku w Hogwarcie stawił się z miotłą pod pachą na stadionie quidditcha i zgłosił chęć dołączenia do drużyny.
Cadwallader wygiął na niego jedną brew i uśmiechnął się kpiąco.
- Dołączyć? Ciesz się, że możesz wziąć udział w eliminacjach, Lestrange. Mamy tu wystarczająco wielu chętnych.
Mógł tylko zagryźć zęby na niezachęcające przyjęcie, ustawić się w linii z innymi chętnymi i czekać aż kapitan wypytujący kandydatów dojdzie do niego.
- A ty, na jaką pozycję startujesz, Lestrange? - Cadwallader górował nad nim, mając ponad sześć stóp wzrostu i gdy się pochylił, ciężko było nie czuć się przytłoczonym.
- Pałkarza - oświadczył zdecydowanie.
Próbował wcześniej zabawy z tłuczkiem i uznał to za całkiem zabawne. Wyobrażał sobie, że podczas meczów, nigdy by się nie nudził, nawet gdyby znicz nie pokazywał się przez godziny. I matka była dumna z wyboru najbardziej brutalnej pozycji.
- Zamierzasz zostać pałkarzem, kochany? – zagruchała Bellatriks, gdy po raz pierwszy przyznał się do zainteresowania tą konkretną pozycją w drużynie.
- Tak, mamo – potwierdził, kiwając sztywno głową.
- Jestem pewna, że powybijasz im wszystkim dziury w czaszce. – Uśmiechnęła się dumnie.
Cadwaller nie dzielił tej samej pewności, co jego matka.
- Taki karzełek jak ty, Lestrange? Żebyś nam tu nie spadł z miotły! Nie powinieneś próbować na szukającego? Choć szczerze wątpię, byś pobił Summerby'ego.
- Nie.
- Świetnie - burknął kapitan. Wskazał palcem na chłopaka kilka miejsce wcześniej w rzędzie i ryknął, tak że ten podskoczył nerwowo: - Ty! Jak się nazywasz? Smith! Smith, lecisz z Lestrange'm!
Zachariasz Smith szybko stracił minę spłoszonego zająca i zaczął się puszyć, rozprawiając o swoich umiejętnościach miotlarskich, prognozach na najbliższy sezon i najnowszym sprzęcie. Nawijając o tak zajmującym temacie pozostał równie nudnym co przy każdym innym i nie dopuścił Hadriana do głosu ani razu. Hadrian wcale nie cierpiał przez niemożność udziału w rozmowie.
Kilka minut później Smith dostał tłuczkiem w twarz, spadając z miotły i w ten sposób kończąc swój pierwszy występ na boisku. Hadrian zapamiętał minę komicznego zaskoczenia, którą Puchon przybrał w momencie uderzenia. Smith również nie zapomniał, przez kolejne lata chowając urazę, nawet gdy w końcu dostał się do drużyny jako ścigający.
Cadwallader przydzielił mu kolejnego przeciwnika. A potem jeszcze jednego.
- Dobrze, Lestrange! Masz miejsce w drużynie - powiedział w końcu starszy Puchon i zabrzmiało to zupełnie jak warknięcie. - Nie waż się nawalić w trakcie meczu! - ostrzegł jeszcze i odszedł, porzucając towarzystwo.
Niedługo potem Hadrian został zmuszony do poznania stratega drużyny, a oficjalnie obrońcę. Kevin Whitby miał bardziej ponurą i skwaszoną minę niż niejeden czarodziej, którego Hadrian widział na ulicy Śmiertelnego Nokturnu. Dokładając do tego wysoki wzrost, wystające kości, worki pod oczami i dawno niemyte włosy, pusta przestrzeń wokół zwyczajowo zajmowanego przez niego fotela w pokoju wspólnym wcale nie dziwiła.
Po tym spotkaniu Hadrian zaczął się obawiać, że w puchońskiej drużynie też zacznie wyglądać jakby miał w zwyczaju jeść cytryny zamiast cukierków. O ile większość Puchonów często się uśmiechała, to gracze sprawiali wyjątkowo odpychające wrażenie. Wyniki ich meczów mogły mieć z tym coś wspólnego.
- Kapitan cię wysłał, tak? - Whitby wyraźnie coś żuł, rozciągając przy tym głoski i robiąc przerwy między słowami. Hadrian przezornie starał się nie patrzeć na jego usta, gdyby miał nieprzyjemność dowiedzieć się co się w nich znajdowało.
- Tak.
- Co wiesz o strategii?
- Nic.
Whisby podrapał się po głowie, próbując zmierzyć go wzrokiem. Oczy jednak cały czas uciekały mu na boki dlatego i na nie Hadrian postanowił nie patrzeć, najlepiej unikać tego człowieka, jeśli byłoby to możliwe.
- Wróć do mnie jak się nauczysz, tak?
Hadrian odetchnął z ulgą.
- Tak.
Gdy kilka tygodni później zgłosił się do Cadwalladera, po zatwierdzeniu jego uczestnictwa u stratega drużyny, nie miał za sobą ani jednej godziny wspólnej nauki. Był za to niezmiernie wdzięczny.
Porozumienie z Whisby'm znalazł za to Wayne Hopkins, dzieląc z nim pasję do tematu. Rok później Wayne zajął bliźniaczą pozycję pałkarza i nie minęło nawet dwa razy tyle zanim zaczął przygotowywać plany gry.
Choć przewidywania Hadriana się spełniły i przynależność do drużyny przysporzyła mu sympatii współdomowników, to wygrywać zaczęli dopiero, gdy dołączył do nich Cedric Diggory jako szukający i kapitan. Na krótko. Gdy opuścił Hogwart, odznaka przypadła Zachariaszowi Smithowi, co szybko okazało się złą decyzją.
- Co za bufon! - Wayne uparcie kopał w ławkę w ich szatni. Jak po każdym treningu ze Smithem. - Następnym razem trafię go w ten głupi pysk!
W wakacje przed ich szóstym rokiem Hadrian razem z listą podręczników dostał odznakę. Potrzebował dłuższej chwili, by wyjść ze zdziwienia i upewnić się, że przedmiot był prawdziwy i nikt nie zrobił mu kawału. Zaklęcia wykrywające i nieudana próba transfiguracji potwierdziły jednak autentyczność. W tym momencie zaczął się zastanawiać nad odesłaniem odznaki do profesor Sprout.
Fakt, że ją dostał zadziwiał. Jakby nie patrzeć ani nie stanowił wzoru do naśladowania ani nie angażował się w grę bardziej niż wymagała jego pozycja. Wierzył też, że Wayne, którego uważał za dobrego kumpla, zasługiwał dużo bardziej, by zostać kapitanem, a przede wszystkim włożyłby serce w kształtowanie drużyny.
Z takim właśnie wyjaśnieniem odesłał odznakę do swojej głowy domu.
Czarownica znalazła go niedługo po uczcie powitalnej. Razem z Waynem zostali poproszeni o pójście do jej gabinetu. Pomieszczenie znajdowało się tuż przy szklarniach i wiadomo było, że i z nich można było się dostać do środka. Hadrian podejrzewał, że czarownica niewiele czasu bywałaby w biurze, gdyby wymagało to opuszczenia roślin na dłużej, a jako głowa domu miała obowiązek być dostępna dla uczniów.
Wnętrze przypominało pokój wspólny Hufflpuffu. Ściany były utrzymane w tym samym miodowym kolorze, wszystkie wolne przestrzenie zajmowały rośliny i nawet nie wszystkie magiczne. Brakowało jednak obszernych puf. Zamiast tego sporą część pomieszczenia zajmowało bukowe biurko i kilka krzeseł. Gabinet od szklarni oddzielała jedynie tafla szkła.
Profesor Sprout zagoniła ich do środka, uśmiechając się w sposób, który sprawiał, że Puchoni widzieli ją niemal jak drugą matkę.
- Siadajcie, chłopcy. Herbaty? – zaproponowała. Potrząsnęli głowami, dziękując więc kontynuowała: - Pewnie jesteście pełni po uczcie. Podróż was nie zmęczyła?
- Nie, wszystko w porządku – zapewnił Wayne.
- Dobrze, pewne sprawy lepiej uporządkować od razu – oświadczyła stanowczo. Z szuflady wyciągnęła coś, co obaj rozpoznali - odznakę. – Ktoś musi ją dostać. I wolałabym, żeby był to ktoś ze starszego roku. Obaj odmówiliście. Możecie mi powiedzieć dlaczego? – Na głuchą ciszę, która zapadła, czarownica westchnęła ze zmęczeniem. – Hadrian?
- Nie byłbym najlepszym kapitanem, pani profesor… Nie poświęcam na quidditch więcej czasu niż wymagają tego treningi i nie chcę tego zmieniać. Nie potrafiłbym ich zorganizować ani nie wiem o strategii tyle co Wayne… - Spiął się, usiłując ułożyć stosowne wytłumaczenie.
- Wayne?
Młodzieniec potrząsnął głową, jakby liczył, że odpowiednie słowa same wypadną przy wystarczająco gwałtownym ruchu. Tak się nie stało.
- Nie umiem rozmawiać z ludźmi.
- Wayne, na pewno już wiesz, że kontakty w Hufflepuffie wymagają czego innego niż charyzma.
- Nikt by mnie nie słuchał.
Kobieta odgarnęła z czoła kosmyki włosów, które uciekły jej z koka i posłała im zmęczone spojrzenie. Przerwała rozmowę, by podejść do figowca w rogu pomieszczenia, pogłaskać jeden z lśniących liści i dolać wody do doniczki. Mruknęła coś jak brzmiało „Nikt o nie nie dba, gdy mnie nie ma" i z powrotem odwróciła się do uczniów.
- Hadrian, czemu nie przyjmiesz odznaki? Wayne, czemu nie zajmiesz się planowaniem? Razem nie powinniście mieć kłopotu z solidnym kapitaństwem.
- To znaczy? – zapytał Hadrian.
- To znaczy, że mógłbyś się zająć wydawaniem przemyślanych przez kolegę rozkazów i nie kłopotać się niczym więcej niż wcześniej. – W oczywisty sposób nie było to podejście, które pochwalała, nie zgadzało się też z filozofią Hufflepuffu. Praktyczny sposób miał jednak znaczną przewagę w opozycji do niepewnych, jakkolwiek milej widzianych metod, na które żadne z nich nie miało pomysłu. Ta współpraca mogła zadziałać, usprawnić działanie drużyny. I czy zrzucanie całej odpowiedzialności na jedną osobę było sprawiedliwe? Hufflepuff zachęcał przecież do pracy w grupie.
Hadrian i Wayne znaleźli się na boisku ramię w ramię dwa tygodnie później, organizując eliminacje i w następnych miesiącach, prowadząc treningi. Gdy rok później sytuacja powtórzyła się, procedura była już znajoma.
- Potrzebujemy dwóch ścigających i wymienić Briggs'a, jeśli ktoś się znajdzie – przypomniał Wayne i wcisnął notatki do kieszeni szaty. Hadrian nawet nie chciał wiedzieć, co zawierał potargany plik papierów. Perspektywa potrzeby zapamiętania chociaż części treści była wystarczająco zniechęcająca dla młodzieńca.
- Briggs musi wylecieć. Drugi rok z nim nie wygramy. – Skrzywił się na myśl o roztrzepanym okularniku. – Gdzie on się podziewa? Nie widzę go w powietrzu. – Nikt też nie wychodził już z szatni. – Lewis! Widziałeś Briggs'a? – krzyknął do ścigającego.
Lewis zniżył lot.
- Briggs? Nie mam pojęcia!
- To się dowiedz! – Hadrian zmełł w ustach przekleństwo na niechcianego zawodnika. Jakby pojawienie się na boisku było tak trudne! Po chwili Lewis potrząsnął na niego głową i wzruszył ramionami. Hadrian zacisnął szczęki. – Nie czekamy na niego.
Wayne mruknął tylko w odpowiedzi i Hadrian zaczął rozstawiać chętnych. Zdołał ustalić, kto startował na jaką pozycję i kazał im zrobić miejsce. Odesłał ścigających w powietrze i dopiero wtedy zwrócił uwagę na wciąż czekającego Puchona.
- A ty co tu robisz? Kazałem wszystkim się usunąć! – Zmarszczył na dzieciaka brwi.
- Chcę zostać pałkarzem, kapitanie.
- Obie pozycje są zajęte. A może nie chciało ci się nawet tego dowiedzieć? – zasugerował szyderczo. Próby zawsze go irytowały.
- Jeśli jestem lepszy…
- Nie jesteś. Pozycje są zajęte i nie widzę potrzeby, by wymieniać zawodników.
Smarkacz miał czelność spojrzeć na niego z urazą i zaczął otwierać usta, by się kłócić. Hadrian zbył go lodowatym „wynoś się" i eliminacje toczyły się dalej. Obawiał się, że jeszcze trochę i zacznie warczeć zamiast odpowiadać słownie na wszystkie idiotyczne zapytania, z którymi ludzie do niego trafiali. Tak jak zeszłoroczne „Czy wygramy następny mecz?", na które nie mógł odpowiedzieć inaczej niż „Tak, jeśli nie chcesz zawisnąć na wieży astronomicznej na własnych gaciach".
- Na pozycję szukającego…? – zażądał. Uniosło się pięć rąk.
- Jest wolna? – zdziwił się Wade, który próbował chwilę wcześniej zostać ścigającym i spektakularnie poległ.
- Tak. – Skupił się na chętnych. – Zaraz wypuszczę znicza. Lecicie w piątkę, jasne? – Zmierzył ich wzrokiem. Spotkał się już z idiotami zgłaszającymi wątpliwości dopiero z powietrza albo po zakończeniu próby, dlatego dopiero, gdy potwierdzili, ukucnął przy walizce z piłkami.
Zanim jednak zaczął odliczać, doszedł go krzyk:
- Już jestem, Lestrange!
- Briggs – syknął chłopak w stronę trawy i gdyby mogła, z pewnością położyłaby się potulnie. Niedługo-były-szukający wypadł właśnie z szatni i z krzywo zapiętą szatą, okularami zsuwającymi się z nosa, czerwoną twarzą i miotłą nieporządnie trzymaną pod pachą zmierzał w jego stronę. Hadrian patrzył z rosnącą irytacją na witki zahaczające o ziemię, gdy Puchon biegł, zupełnie nie zwracając na to uwagi. W końcu, gdy zdyszany znalazł się tuż przed nim, powiedział chłodno: - Wynoś się na trybuny.
- Ale… Już jestem!
- Możesz też startować z tegorocznymi chętnymi. – Z bliska widział drobne odkształcenia w witkach. Nie były najważniejszym elementem miotły, ale miały spore znaczenie, jeśli chodziło o płynność lotu, a przede wszystkim zakrętów. Briggs i bez takich niedociągnięć nie posiadał gracji zwykle przypisywanej graczom quidditcha. Dostał się tylko dlatego, że nie znaleźli nikogo lepszego.
- Oh – mruknął Briggs i poprawił okulary na nosie. Natychmiast po tym zmienił zdanie i ściągnął je, by przetrzeć szkła o rąbek szaty. – Tak zrobię.
- Świetnie. – Wypuścił piłki, ignorując go i zaczął odliczać do dziesięciu.
Złota piłeczka nie znajdowała się nigdzie w polu widzenia i grupa krążyła bezcelowo w powietrzu. Kapitańska dwójka przeniosła się na trybuny i usiadła z kilkoma członkami drużyny, którzy jeszcze oglądali.
Kilkanaście rzędów wyżej siedziała Romilda Vane. Hadrian pomachał jej zanim usiadł.
- Ktoś już się wyróżnia?
- Briggs.
- Negatywnie mam nadzieję!
Poświęcili więcej uwagi kandydatom, którzy pojawili się pierwszy raz na eliminacjach. Po innych wiedzieli, czego się spodziewać i nie mieli wielkich nadziei.
Szykowało się długie wyczekiwanie, więc Hadrian zajął wygodniejszą pozycję i przymknął oczy. Przez kolejne pół godziny niemal zdążył zasnąć, podążając wzrokiem za ślamazarnymi ruchami, a w końcu manewrem, który niemal skończył się upadkiem z miotły.
- Na pewno nie powinniśmy ich asekurować? – zapytała Eloise ze zmartwieniem.
- Nie. – Hadrian stłumił dłonią ziewnięcie. – Jak spadną, to Pomfrey ich poskłada.
Dziewczyna nie wydawała się przekonana, przygryzała dolną wargę, ale nie próbowała się z nim kłócić.
- W sumie… To któryś mógłby spaść – rzucił po chwili, szukając złotego błysku na niebie i niczego nie dostrzegając. – Jeśli nie zamierzają znaleźć tego żelastwa, to potrzebujemy jakiejś metody eliminacji. Wayne, wiesz kogo zamierzam w pierwszej kolejności przekląć, nie?
- Hadrian! To absolutnie okropne! – oburzyła się Eloise.
W ten sposób wynik zależałby wyłącznie od widzimisię Hadriana. Żaden z kandydatów nie był na tyle dobry, by uniknąć w locie klątwy, nawet gdyby jakimś trafem dostrzegł ją odpowiednio szybko.
Przynajmniej mogliby w końcu wrócić do zamku i zająć się sobą.
Doczekali się jednak złapania znicza. Briggs z trudem chwycił złotą piłkę, choć inna zawodniczka została ledwie stopę za nim. Nie doczekał się aplauzu. Wayne przezornie nie patrzył na przyjaciela siedzącego obok. Zupełnie niepotrzebnie.
Hadrian zerwał się z miejsca i praktycznie zbiegł na boisko. Wayne podążył za nim, gotowy, by w razie potrzeby interweniować. Hadrian rzadko bywał aż tak wściekły, a jeszcze rzadziej dawał się ponieść emocjom – ale rok znoszenia porażki jaką stanowił Briggs był wystarczająco długim czasem, by nadwyrężyć nerwy nawet kogoś takiego jak Lestrange.
Hadrian jednak całkowicie zignorował dotychczasowego szukającego i skupił się na Puchonce, która była tuż za nim.
- Jak się nazywasz?
- Miriam Pool. – Musiała zadzierać głowę, by patrzeć mu w oczy. Ze zgarbionymi ramionami i miotłą przytuloną do piersi, wyraźnie spodziewała się wyrzucenia z boiska albo reprymendy.
- Rok?
- Trzeci.
- Świetnie. Witaj w drużynie. I co to za złom trzymasz? – Wskazał na miotłę. – Nic dziwnego, że na tym gracie nie zdążyłaś. – Zabrał stary sprzęt z jej objęć. Nie protestowała, a Hadrian dokładnie się przyjrzał przedmiotowi, zaczynając od stanu trzonka, a kończąc na tym, jak proste były witki.
- To najlepsze, co mam - wyjaśniła cicho.
- Nawet szkolne miotły są lepsze. – Stary model, chociaż w bardzo dobrym stanie, nie miał żadnych szans w starciu z bardziej współczesnymi miotłami, nie mówiąc nawet o świeżo wypuszczonych na rynek modelach.
Miriam zaczerwieniła się, a Hadrian wygiął brew. Wayne wpisał dziewczynę na listę członków drużyny, a Eloise uściskała ją serdecznie. Miotła została z kapitanem.
Dzień później Hadrian klęczał na podłodze dormitorium z miotłą i podręcznikiem do miotlarstwa przed sobą oraz z różdżką w dłoni. Zastosowane na niej zaklęcia były już od dawna dostępne dla przeciętnego czarodzieja, choć ich wyjście z użycia nie sprawiło, że stały się łatwiejsze. Przeszkodziło mu pukanie.
- Proszę – zawołał. Przesunął różdżką wzdłuż trzonka. Końcówka emitowała przez całą długość niebieski blask i chłopak skrzywił się z niezadowoleniem.
Do środka zajrzała Miriam Pool. Dopiero, gdy się upewniła, że owszem, znalazła odpowiednią osobę, weszła do pomieszczenia i ostrożnie zamknęła drzwi, niemal zupełnie unikając trzaśnięcia.
- Kapitanie? – Urwała. - Co robisz z moją Zmiataczką?
- Sprawdzam ją. Nie jest zepsuta. – W jego głosie pobrzmiewało niezadowolenie. Czar zgasł i dormitorium pogrążyło się w półmroku. Wciąż jednak było widać zarys łóżek i zalegających na nich klamotów.
- To dobrze? – zapytała niepewnie. Przykucnęła naprzeciwko niego, wciąż rozglądając się wokół. Dormitoria nie różniły się ani między płciami ani rocznikami, więc ciekawostki ograniczały się do przedmiotów porozrzucanych na szafkach, ubrań wylewających się z szaf i kufrów oraz czekającego na sprzątnięcie prania upchanego pod niektórymi łóżkami. Mniej więcej w tym momencie Hadrian uświadomił sobie, że na wierzchu leżały rzeczy, których pokazywać nie należało, od czasopism, do których posiadania w towarzystwie się nie przyznawało zaczynając, a na brudnej bieliźnie kończąc.
Machnięciem różdżki usunął je z widoku. Przedmioty wleciały posłusznie pod łóżka i do szaf. Kolejny ruch nadgarstka upewnił go, że nie mogły zaraz wypaść a jeszcze następnym otworzył okno. Powstrzymał się od rzucenia zadowolonego „Posprzątane!" i skupił się na odpowiedzi na pytanie.
- Jest koszmarnie wolna, wytraca prędkość na zakrętach i łatwo wpada w turbulencje. Nie nadaje się dla szukającego. Gdyby nie działała, mogłabyś ją odesłać do sklepu i dostać z powrotem coś choć trochę lepszego. – Gdy nie doczekał się odpowiedzi, kontynuował. – Musisz załatwić sobie lepszą miotłę.
- Nie mogę. – Słowa były ledwo słyszalne.
- Nie możesz? Jak chcesz na tym latać? Wiem, że umiesz, ale inni szukający mają najnowsze produkty. Nie będą potrzebowali żadnych umiejętności, by z tobą wygrać, jeśli polecisz na tym gracie.
Od razu pomyślał o Draco chwalącym się posiadaniem zawsze najlepszej miotły, a potem o swojej własnej. Nie wyobrażał sobie, by mógł czerpać tyle frajdy z latania, gdyby zakres prędkości wciąż podlegał tym samym ograniczeniom co jeszcze kilkanaście lat wcześniej.
- Dlaczego mnie przyjąłeś? Nie złapałam znicza.
- Bo się do tego nadajesz – powiedział zdawkowo. Widział płynność ruchów i szybką reakcję. Dostrzegła znicza jako pierwsza lub przynajmniej zareagowała. Wierzył, że na tym etapie miało to większe znaczenie niż końcowy efekt.
Uniosła wzrok z podłogi.
- Zawsze tak wybierasz zawodników?
- Nie zamierzam dłużej patrzeć jak Briggs przegrywa i efektywnie ośmiesza Hufflepuff swoją nieudolnością. Gorzej nie będzie. - I nie chciał odchodzić z Hogwartu nie wygrywając na zakończenie Pucharu Quidditcha.
- Ja… Nie mam skąd wziąć lepszej miotły.
- Ponieważ?
Miriam zaczęła skubać rękaw. Ubranie nosiło ślady używania i nie leżało idealnie. Łatwo było podejrzewać, że pochodziło z drugiej ręki.
- Są drogie.
Hadrian spojrzał na wciąż otwarte „Miotły od pierwszej witki". Był to urodzinowy prezent od kogoś, kto wiedział, jak bardzo lubił rozbierać rzeczy na części pierwsze. I czy Miriam nie dostarczała mu doskonałej okazji? Nie wierzył, żeby praca na tak przestarzałym egzemplarzu była niemożliwa. Czary zabezpieczające nieustannie były tworzone i łamane. Stosowanie najnowszych na tanim produkcie stanowiło ryzyko – ułatwiało konkurencji przebicie się do rdzenia zaklęć bez wydawania poważnych galeonów.
- Jak bardzo jesteś przywiązana do obecnego stanu swojej miotły?
- Co? Czemu? – Zamrugała gwałtownie.
- Bo mogę ją trochę… podrasować.
