Betowała Lady Lecter. Bardzo dziękuję.
8
- Miałem nadzieję, że coś znajdziemy... Wyleczenie byle kogo nie załatwiłoby Goldsteinowi awansu ani posłuchu. A jeśli znowu to ktoś ważny, to Prorok powinien żerować na jego chorobie - mówił Hadrian, przechadzając się w tę i z powrotem po sali. W półmroku jedynym źródłem otwartego światła były fluoryzujące widmookulary na nosie Luny, która przycupnęła na ławce. Wyglądała w nich jak wielka mucha. Jak zawsze wysłuchiwała rozmyślań Hadriana, oszczędzając mu potrzeby mamrotania do siebie. Robił to, bo wierzył, że wypowiedziane myśli znajdują się w mniejszym niebezpieczeństwie umknięcia niż te przemilczane.
Wcześniej tego dnia przesiedzieli kilka godzin na podłodze w bibliotece, przedzierając się przez stertę gazet, których nie dało się zmieścić na stoliku. Pani Pince jeżyła się na samą wzmiankę o wprowadzaniu jakichkolwiek modyfikacji w jej królestwie, choćby głupim poszerzeniu blatu, więc nie pozostało im nic innego jak zająć miejsce na zakurzonych deskach. Gazety szybko zaścieliły całą przestrzeń wokół. Nie spotkali jednak ani wzmianki o przypadkach nagłych zachorowań. Przeliczyli się, wśród wielu długich kolumn nie było niczego nawet minimalnie posuwającego poszukiwania do przodu.
- Może jednak nie są ważni... Albo Prorok nie miał okazji wpić swoich szponów w ich życie.
Właściwie nic co do tej pory zrobił nie przybliżyło go do rozwiązania. Nie miał pojęcia, jaki kierunek musi w ogóle obrać, by cokolwiek osiągnąć. W wyniku kolejnych prób potraktowania próbki jak zwykłej trucizny otrzymywał ten sam bezużyteczny glut. Gdyby chociaż dało się to świństwo łatwo zdrapać z dna kociołka!
- I nie znam nawet objawów... Pieprzony Goldstein pewnie świetnie bawi się moim zdezorientowaniem, a przecież odpowiedź nie kosztowałaby go dużo. - Zatrzymał się przy oknie z ramionami założonymi na piersi. - Od tego powinienem zacząć, nie? Nic nie mogę zrobić, to chociaż zbiorę informacje. Może to trochę rozjaśni, co mam zrobić z tym chłamem... - Zamilkł na chwilę. - Zacznę od czegoś małego. Może myszy. Nikt nie zwróci na nie uwagi. Może wystarczą i nie będę musiał załatwiać niczego większego.
Szczury, choć niezbyt popularne wśród uczniów, znajdowały się na liście dozwolonych zwierząt. Nikt się jednak nie przejmował, czy w klatkach nie przewożono czegoś pozornie podobnego, na przykład myszy. Tak samo jak na troskę nie zasługiwała perspektywa rychłego pożarcia ich przez którąś z sów. Gryzonie były do siebie na tyle podobne, by nauczyciele nie postrzegali tego jako łamania regulaminu a jednocześnie nie na tyle, by dbać o zranione uczucia byłych właścicieli, którzy go złamali.
Transmutowanie kilku papierów w klatki nie stanowiło dla Hadriana problemu. Tak samo przywołanie kilku myszy i wrzucenie ich do środka. Po krótkim zastanowieniu umieścił na nich jedyny czar anty-śledzący, jaki mu jak na razie wychodził. Właściciel odnajdujący zarażone zwierzę lub choćby truchło z wyraźnymi śladami choroby oznaczałby kłopoty.
Nie łudził się jednak co do skuteczności czaru. Złamanie go było banalne dla byle czarodzieja z podstawową wiedzą o śledzeniu. Wiedział jednak, że większość uczniów nie interesowała się czarami nie wymaganymi przez nauczycieli, więc żaden nie powinien sprawiać problemów. Skoro dorośli jednak nie kiwnęliby palcem, nie miał się o co martwić. Zresztą na ich miejscu też wolałby uniknąć spotkania ze wpół-strawionymi zwłokami.
Zamierzał kiedyś nauczyć się skuteczniejszych zaklęć. Tylko najpierw musiał zrozumieć czemu nie wytrzymywały dłużej niż sekundę. zanim się rozpadały.
Podał myszom trzy różne dawki. Odmierzył tak mało jak tylko się mógł i liczył, że będzie miał okazję obserwować stopniowy rozwój choroby.
Gdy wrócił następnego dnia wszystkie trzy obiekty doświadczalne były martwe. Przezornie jednak ubrał grube rękawice ze skóry garboroga, których zwykle używał do pojedynkowania się. Przekonał się już, że mogły przetrzymać klątwy tnące, więc tym bardziej siekacze małych gryzoni nie powinny stanowić zagrożenia.
Wyciągnął pierwszą, której podał najmniejszą dawkę, za ogon. Kiwała się zupełnie bezwładnie. Dźgnął ją dla pewności różdżką w bok zanim rzucił prosty czar diagnozujący. Ten potwierdził tylko jego werdykt. Sprawdził pozostałe dwie z tym samym skutkiem.
Żadnych zmian i żadnych nowych wniosków.
- Kolejna bezużyteczna próba... - mruknął do siebie. Tym razem Luny nie było razem z nim.
Pozbył się zwłok i klatek machnięciem różdżki.
- Musi tam być jakiś składnik, który je uśmiercił zanim całość zaczęła w ogóle działać. - Nawet nie skończył mówić, a już poczuł się, jakby się pomylił. Może wszyscy tak umierali i na tym polegało działanie trucizny? Nie mógł tego wiedzieć. I czy gdyby rzeczywiście odpowiedzialny był jeden składnik, nie powinien on dać się wykryć?
Po raz kolejny wrócił do punktu, w którym nie miał nic. Nie zamierzał jednak tak szybko rezygnować ze zbierania informacji.
Korzenie wielu czarodziejskich rodzin sięgały końca średniowiecza, choć mało która z nich była w stanie wskazać swoich przodków albo określić, czy mieli w sobie choć uncję magii. W ich posiadaniu pozostawały jednak tereny, często imponujących rozmiarów, które ciężko było wykorzystać w inny sposób niż założenie gospodarstwa rolnego. Skrzaty domowe potrafiły się tym zająć równie dobrze, co innymi przyziemnymi sprawami, a posiadanie choćby ogródka warzywnego pozwalało uniknąć czarodziejowi dylematu, od kogo kupić artykuły spożywcze.
Ulica Pokątna, mimo wielu dostępnych usług, nie oferowała możliwości zakupienia produktów spożywczych. Czarodziej bez własnych zasobów był zmuszony negocjować z czystokrwistymi, którzy o swoich włościach ledwo pamiętali, tak rzadko zdarzało im się musieć postawić stopę na niebrukowanym gruncie. Spytani jednak odkrywali nagle niezmierzoną wartość w świeżo zebranych burakach czy mięsie z nienadzorowanego przez nich uboju. Czarodziej wciąż mógł przejść się do dzielnicy mugolskiej, jednak taka perspektywa dla większości magicznego społeczeństwa była co najmniej straszna, a plastikowy koszyk zafoliowanych pieczarek – nadzwyczaj podejrzany. Chodziły plotki, że w takiej obróbce nie były dłużej zdatne do spożycia i niejedna czarownica trafiła do Świętego Munga w powodu poważnych dolegliwości po próbie przyrządzenia trefnego produktu.
Nie dotyczyło to mugolaków, dla których jedynym problemem mogła być zamiana waluty. Hogwart tymczasem był placówką bardzo starą, zamczyskiem przystosowanym do funkcjonowania niezależnego od dostaw z zewnątrz i z ogromnymi terenami przyległymi do murów budynku.
Założyciele prawdopodobnie nie spodziewali się, że w którymś momencie liczba ludzi przebywających w Hogwarcie przerośnie trzysetkę. Przy tej ilości zamek wciąż pozostawał w dużej mierze pusty, więc wykarmienie jego mieszkańców nie stanowiło problemu. Grunty rolne i miejsca wypasu zwierząt pozostawały jednak przezornie poza zasięgiem uczniów.
A przynajmniej tych uczniów, którzy nie mieli potrzeby wędrowania po Zakazanym Lesie.
Hadrian nie czuł się nigdy ograniczony zakazami. Niektóre wręcz dawały mu wrażenie proszących, by je złamać. Z każdą wzmianką o niebezpieczeństwach konsekwentnie uwodzących go bardziej i bardziej aż był tak oczarowany perspektywą odkrycia tych pilnie strzeżonych tajemnic, że nie mógł się powstrzymać od zlekceważenia wszystkich ostrzeżeń.
W Zakazanym Lesie rzeczywiście kryły się rzeczy warte odkrycia. Dlatego też fascynacja ciemnym lasem pełnym odgłosów nieokreślonego pochodzenia nie osłabła przez lata. Znalezienie części gospodarczej było tylko kwestią czasu dla kogoś, kto zapuszczał się tak daleko między stare drzewa. Więcej niż jedno z nich poruszane czarem chciało go zatrzymać, chwytając go w swoje chropowate sploty i zostawiając odłamki kory w jego włosach, gdy siłą musiał się uwalniać.
Myszy okazały się nietrafionym przedmiotem badań. Zamierzał spróbować swojego szczęścia ze świniami. Ze względu na pewne podobieństwo do ludzi wybrał właśnie je, a nie na przykład kozy. Zwierzęta wraz z większym rozmiarem zwiększały komplikacje. Nie poszedł jednak po nie bez planu.
Nawet skrzaty czasami spały. Nie obawiał się też spotkania z kimś innym, złapanie go na tym etapie było mało prawdopodobne.
Budynek, w którym trzymano zwierzęta był staroświecki, choć dobrze utrzymany. O tej porze, w bladym blasku świtu, wokół wciąż panował cisza, a kroki Hadriana nie były na tyle głośne, by wywołać poruszenie. Trawa, igły czy trociny dobrze je tłumiły. Najpierw drewniana brama, którą przed otwarciem zabezpieczała tylko pozioma belka, a następnie metalowe drzwi do baraku, które wywołały więcej hałasu. Niejedno zwierzę otworzyło ślepia, choć pojawienie się czarodzieja nie wystarczyło, by je zaalarmować.
Nie sądził, by hałas mógł kogokolwiek przywołać. Był jednak spokojniejszy, całkiem unikając tej możliwości.
Przeszedł aż do końca pomieszczenia, zaglądając po drodze do boksów i oceniając zajmujące je zwierzęta. Nie przeciągał oględzin. Wybrał pierwszą trójkę, która wydała mu się odpowiednia, choć wcale nie znał się na świniach na tyle, by wiedzieć, jakie cechy mogły okazać się pomocne w jego eksperymencie.
Otworzenie boksów okazało się równie bezproblemowe co poprzednich drzwi. Wykonał krótkie dźgnięcie różdżką i z jej końca wystrzeliły trzy liny, które natychmiast oplotły się ciasno wokół korpusów zwierząt. To wyraźnie je zaniepokoiło. Kolejnym zaklęciem je uciszył, zanim zdołały wywołać panikę.
Odwrócił się i poprowadził je do wyjścia. Miał okazję prowadzić psidwaki na smyczy, wrażenie było podobne. Jedynie prosiaki były mniej chętne i dużo wolniejsze. Jeden odmówił ruchu i ciągnięty jechał na zadku.
Choć miał świadomość, że jego pobyt w szkole, a przede wszystkim wyżywienie były opłacane, wciąż czuł się głupio wykradając prosiaki niczym podrzędny złodziejaszek. Zdobyłby je w inny sposób, gdyby tylko było mu to bardziej po drodze, tylko po to, by pozbyć się wrażenia, że jest w jakiś sposób śmieszny.
Takiej możliwości jednak nie miał, już przygotował dla prosiaków swego rodzaju klatkę. Miejsce, które wybrał również znajdowało się w Zakazanym Lesie, choć w zupełnie innej jego części. Cztery ułożone na ziemi kłody wyznaczały obszar, który zamierzał wykorzystać i miały mu znacząco ułatwić zadanie.
Wlewitował zwierzęta do środka. Były na tyle korpulentne, że nie sprawiło to problemów. Z człowiekiem, który mógłby się szarpać i bez podłoża pod stopami wygiąć w nieodpowiednim kierunku, nawet łamiąc sobie kark przy odpowiednim pechu, taka sztuczka by nie wyszła. Zerwał kilka gałązek z najbliższego krzaka i wrzucił je do środka, po czym transmutował je w płotki, które podzieliły przestrzeń na trzy części. W tym momencie świnie były już uwięzione w środku. Nie był to jednak koniec pracy Hadriana nad zabezpieczeniami. Nawet jeśli nie mogły same uciec, wciąż potrzebował zadbać, by nie zostały znalezione, wykryte lub pożarte przez innych mieszkańców lasu.
Wziął głęboki oddech, który miał pomóc mu skupić się na zadaniu, po czym zaczął recytować długą inkantację, jednocześnie rysując w powietrzu wzór złożony głównie z kół i półkoli typowych choć nieobowiązkowych dla barier.
Nie doszedł nawet do połowy zaklęcia, gdy coś trzasnęły, błysnęło, a z najbliższych drzew posypała się kora i liczne igły. Świnie zaczęły wściekle kwiczeć i biegać w kółko, przerażone. Nie dziwił się. Podobny efekt mógłby osiągnąć, traktując ziemię pod ich racicami zaklęciem dudniącym albo uderzającym.
On sam zachwiał się, zdezorientowany i nękany nagłymi zawrotami głowy. Z wrażeniem, że we wdychanym powietrzu nagle zabrakło tlenu, a niewidzialne imadło zacisnęło się wokół jego żeber, usiadł na gołej ziemi.
Zajęło mu chwilę zanim kolejne hausty powietrza przestały się wydawać jałowym wysiłkiem, a świat przed jego oczami znów stanął na solidnych podstawach i przestał się ruszać.
Nie wiedział, co dokładnie pomylił. Może nie przyłożył się wystarczająco do skomplikowanego zaklęcia, wykonał dziwny ruch różdżką - potencjalnych wytłumaczeń było multum. Nie zamierzał dać się zastraszyć jednemu wypadkowi i zostawić plan niekompletny.
Odgarnął włosy z czoła i nie podnosząc się, podjął kolejną próbę, tym razem wymawiając kolejne słowa z większą ostrożnością, pilnując, by koniec różdżki wyznaczał precyzyjnie kształty, jakie zapamiętał. Znacznie wydłużyło to cały proces i gdy w końcu udało mu się skończyć, był zmęczony długą koncentracją.
Na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło. Tym razem obyło się bez fajerwerków. Kilka zaklęć pozwoliłoby jednak wykryć znaczącą zmianę. Malutki kwadrat ziemi nie należał już dłużej do powierzchni Zakazanego Lasu i nikt, kto spodziewał się go znaleźć na jego obszarze nie mógł tego osiągnąć. Wejście do środka pozostało dostępne dla wszystkich. Haczyk tkwił w zauważeniu, że miejsce jest zaklęte.
Zabrał ze sobą trzy druty. Wrzucił je do środka i transmutował w koryta, jedno dla każdej świni. Używając czegoś z tego samego materiału, co przedmiot docelowy miał nadzieję dłużej utrzymać zmianę kształtu. Wypełnił je wodą.
Kolejną i ostatnią już rzeczą, jaką ze sobą przyniósł była fiolka trucizny. Końcem różdżki pobrał odpowiednie ilości i przeniósł do koryt. Tylko jedna porcja osiągnęła wielkość kropli.
Otrzepał szatę z kurzu i wytrząsnął z włosów kawałki kory, którymi wcześniej się nie zainteresował. Rzucił całości ostatnie lustrujące spojrzenie i zawrócił do zamku. Zamierzał później rozkazać Stworkowi, by je karmił. Stary skrzat Blacków nie pisnąłby nikomu ani słówka nawet gdyby obdzierał ludzi ze skóry w wolnym czasie, by oprawiać nią później woluminy. Nie miał cienia wątpliwości co do jego milczenia o tak banalnym eksperymencie. Szczególnie, że Stworek w pewnej części był jego własnością i nie darzył sympatią swojego drugiego pana. Syriusz Black, choć przyjęty na powrót na rodzinne łono Blacków, nie odzyskał całego zaufania. Przez to po śmierci Walburgi dobra rodowe nie trafiły pod jego wyłączną kontrolę.
Powtórnie wyczyścił podeszwy zanim wszedł na błonia.
O tej porze większość uczniów jeszcze spała, a bardzo nieznaczna część zaczynała wypełzać spod kołder. Gdy wszedł do pokoju wspólnego pomieszczenie wciąż było puste. Nie miał planu, czym zapełnić czas do śniadania ani tym bardziej potrzeby, by coś zrobić, dlatego zajął jedną z niemożliwie wygodnych puf i przymknął oczy.
W takich chwilach był naprawdę zadowolony, że trafił do Hufflepuffu, ponieważ wystrój pokoju pozwalał na chwilę uwierzyć, że z zimnej Szkocji przeniósł się gdzieś w cieplejsze rejony. Żółte ściany, meble z jasnego drewna i zieleń wszechobecnej roślinności powodowały, że całość sprawiała wręcz namacalnie słoneczne wrażenie. Kwatery Hufflepuffu były zupełnie innym rodzajem podziemi niż te należące do Sytherinu.
- Hadrian?
Otworzył oczy i zamrugał, oślepiony przez chwilę promieniami słońca. Musiał przysnąć na chwilę. Szczególnie, że nie słyszał kroków Susan. Takie rzeczy rzadko mu umykały.
- Hej - mruknął. Od kolejnych słów powstrzymało go szerokie ziewnięcie.
- Nie spałeś tu całą noc, mam nadzieję? - Zajęła miejsce na pufie obok. Jak zawsze pozostawała przy tym wyprostowana, z dłońmi zaplecionymi na kolanach, prezentując przykład idealnie poprawnej postawy.
- Tylko chwilę. Widzisz - wskazał na siebie dłonią - nawet się już uczesałem.
Dziewczyna parsknęła śmiechem.
- Nie widać.
Nie zamierzał się kłócić, w końcu nie potrafił nawet powiedzieć, kiedy ostatnio widział swój grzebień. I tak nie było widać różnicy po jego użyciu. Jeśli na jego drodze stanęło lustro, to zawsze witała go ta sama niesforna burza włosów.
- W takim razie będziesz robiła dobre wrażenie za nas dwoje - powiedział z uśmiechem.
- Nie wiem, czy ktokolwiek zdoła zrównoważyć to, jak się prezentujesz - stwierdziła. Hadrian zrobił oburzoną minę, a Susan ciągnęła dalej: - Ale spróbuję. Nie mogę odrzucać takich wyzwań, jeśli mają mnie kiedyś przyjąć do Wizengamotu!
- Dalej nie zmieniłaś zdania?
- Absolutnie. Czemu miałabym? Ktoś musi podejmować rozsądne decyzje, choć przemówienie do bardziej racjonalnej strony niektórych brzmi jak przegrana z góry sprawa.
- Jak ty nie dasz rady, to kto? Jeśli nikt nie ostrzeże tych biedaków zawczasu, to zdobędziesz własny stołek bez oporu i naprostujesz im kręgosłupy aż będzie strzelać.
Nawet im odrobinę współczuł, choć nie miał zbyt pozytywnej opinii o urzędnikach ministerstwa. Najwyższe stanowiska obsadzane przez mieszankę samozwańczych arystokratów i zasiedziałych jeszcze od kilku kadencji wstecz nudziarzy. A jak znał Susan, dziewczyna zamierzała wedrzeć się pomiędzy nich z kodeksem pod pachą i misją restrukturyzacji na ustach, a całą operację przeprowadzić z uśmiechem, przez który większość rozpływałaby się ze szczęścia na samą myśl o spełnianiu jej poleceń. Naprawdę, musiałaby trafić na drugą taką jak ona, żeby miała się z kim zmierzyć.
- Wtedy będę cię podejrzewać o bycie tym złośliwym informatorem - oświadczyła. - Ale do tego czasu muszę nauczyć się chodzić w tym. - Uniosła nogę wyżej, prezentując mu czarne szpilki.
- Tak, bardzo ładne - zapewnił odruchowo. Susan łypnęła na niego podejrzliwie i Hadrian uniósł ręce w geście poddania. - Naprawdę! Wyglądają jak narzędzia tortur, ale ci pasują!
Bellatriks uraczyła go kilkoma opowieściami o kreatywnym wykorzystaniu obcasów, po których dziura w stopie była najmniejszą z jego obaw, a wręcz miłą perspektywą wśród wielu złych skojarzeń, które przywodziły na myśl te buty.
- Proszę, nie próbuj już komplementować mojego stroju. Koszmarnie ci to wychodzi.
- Sama mnie do tego zmuszasz - bronił się. - I mam do ciebie pytanie, może akurat będziesz wiedziała. Utrzymujesz regularny kontakt z twoją ciotką z Wizengamotu, nie?
- Tak, mówiłam ci, że to ona mnie przekonała do tego. Piszemy do siebie.
Podejrzewał raczej, że dziewczyna przechodziła wcześnie zaczęte szkolenie drogą korespondencyjną. Większość czystokrwistych czekała aż ich dziedzic skończy szkołę, zanim zaczynali ich wdrażać w życie polityczne. Dla większości sprawa kończyła się do udziału w balach i ich sporadycznej organizacji.
- I mówi ci co się dzieje w ministerstwie? - dopytywał się dalej.
- Mniej więcej. O co chodzi, Hadrian? - Uniosła brwi.
Właściwie nie miał po co dłużej krążyć wokół tematu.
- O te zawody. Zastanawiam się, czy w ogóle zamierzają nam powiedzieć, co się dokładnie dzieje. O tym też ci pisała?
Po jej minie wiedział, że nie tylko zrozumiała dokładnie o co pytał, ale też miała własne przemyślenia na ten temat.
- Oh, to... - mruknęła jakby zdziwiona. - Tak właściwie to nie mam pojęcia, po co was przetrzymują w niepewności. Tak, wiem też o tym. Myślałam, że lepiej trzymać to dla siebie, skoro z jakiegoś powodu nauczyciele wciąż czekają. Ale nie zamierzasz się byt hojnie dzielić tą wiedzą, prawda?
- Mogę się nią w ogóle nie dzielić, jeśli tak wolisz - zaproponował.
- Tak będzie najlepiej. Nie żebym nie chciała pomóc innym, ale bardziej mnie martwi, czy ktoś nie miałby pretensji do cioci. Plotki łatwo się roznoszą i boję się, że szybko wiedzieliby wszyscy. A to zwróciłoby niepotrzebną uwagę. - Stała się o wiele poważniejsza, zaniepokojona perspektywą kłopotów.
Hadrian kiwnął głową.
- Będę milczał - obiecał. - Jak myślisz, dlaczego nic do tej pory nam nie powiedzieli?
- Sporo szczegółów wciąż trzeba ustalić, ale ogólne założenia już od dawna są na papierze. Tu chodzi o politykę międzynarodową, cały proces toczy się od wielu miesięcy. Nie wiem dokładnie od ilu, ponieważ to nie jest coś, co spływa do Wizengamotu, ale...
O ile Hadrian się orientował w działaniu Ministerstwa, to takie zadania Voldemort bezpośrednio przekazywał do Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów i Wizengamot był angażowany dopiero, gdy sprawa miała w fizyczny sposób oddziaływać na Czarodziejską Brytanię. Organizacja bankietu dla zagranicznych oficjeli by ich nie dotyczyła, ale ustalanie procedur wymiany handlowej już tak.
- To nieważne. Czyli to ma coś wspólnego z zagranicą?
Susan przygryzła wargę i zmarszczyła brwi jak zawsze, gdy nad czymś myślała.
- Słyszałeś o Turnieju Trójmagicznym?
- Nie. Co to?
- Turniej, który kiedyś organizowano między Hogwartem, Durmstrangiem i Beauxbatons. Chcą zrobić coś podobnego. Nie zrozum mnie źle. Nie odnawiają historycznego turnieju, choć pewnie nazwą to tak samo. Zapraszają jednak te dwie szkoły.
- Do nas, tak? Inaczej musieliby nam już coś powiedzieć. Prosić rodziców szóstorocznych o zgody.
- Dokładnie. Ale i tak powinni. Nie wiem jak zamierzamy ich ugościć bez żadnych przygotowań w zamku. Nie widziałam, żeby coś do tej pory robili. I ten chaos! I kandydaci! Powinni dać nam równe szanse, by się przygotować! - stwierdziła z oburzeniem.
- To już coś. - Uśmiechnął się do dziewczyny. - Orientujesz się po co?
- Pytasz o najbardziej zagmatwaną rzecz. Ciężko mi powiedzieć. Francuskie ministerstwo chciało zacieśnić współpracę i Czarny Pan to chyba podchwycił.
- Wyobrażam sobie. Myślisz, że nie są szczęśliwi z powodu tego turnieju?
- O, na pewno nie! W końcu zmodyfikował tyle zasad, że na pewno muszą być wściekli. A teraz już nie wycofają się z tego z twarzą. - Wypowiedziała tę prognozę ze złośliwą radością. - Nie wyobrażam sobie, czego mogli chcieć, ale Czarny Pan niemal na pewno zdoła jakoś umniejszyć ich ważność.
Hadrian nie mógł się nie zgodzić.
- Wykorzystując nas? - zasugerował z krzywym uśmieszkiem. Tak długo jak na końcu dostaną obiecane korzyści z udziału, nie widział powodu, by się oburzać.
Susan nachyliła się w jego stronę i konspiracyjnym szeptem zasugerowała:
- O ile profesor Dumbledore nie znajdzie sposobu, by go ośmieszyć jako pierwszego.
Niektóre rządy wciąż nie uznawały zmian w brytyjskim ministerstwie i zgadzały się rozmawiać jedynie z Dumbledore'm, który mimo utraty pozycji w Czarodziejskiej Brytanii zachował międzynarodowe tytuły. Wielokrotnie zdołał zaszkodzić polityce Czarnego Pana, chociaż teoretycznie przestrzegał znanego wszystkim przymierza i reprezentował interesy Ministerstwa Magii. Jednocześnie pogłębiał opinie, że oszalał na starość. Plotki o zdziwaczeniu czy utracie jasności umysłu nie powstrzymywały jednak popleczników pro-mugolskich rządów od proszenia o spotkanie z dyrektorem Hogwartu.
- Mam nadzieję, że nie. Może jednak lepiej, żeby zagranica nie brała nas za błaznów. Poza tym wydawało mi się, że nasze ministerstwa już długo usiłowały się dogadać.
Susan wzruszyła ramionami.
- Dogadywali się głównie badacze. O tym też za wiele nie mogę powiedzieć. Pracowali wspólnie nad barierami. Wieszcz ostatnio pisał o testach, czytałeś to?
- Oczywiście. - Magiczne wioski miały zostać całkowicie odgrodzone od mugolskich, a z czasem wymazane z niemagicznych map. - Jaka ma być forma tego turnieju? Co będziemy robić? Będą nas dalej selekcjonować?
Susan uśmiechnęła się z rozbawieniem i obróciła tak, że stuknęła go kolanem w udo.
- Będziesz musiał poczekać. Wiem trochę więcej niż reszta, ale te rzeczy wciąż przechodzą zmiany. Przynajmniej jako pierwszy zdajesz sobie sprawę, że przyjadą tu ludzie z innych szkół.
- Mhm, już sobie wyobrażam ten ogromny bajzel. Trunki ze wschodu i wile. Mam tylko nadzieję, że jeśli będę brał udział, to nikt mnie nie zapamięta przez tę katastrofę.
- Liczysz na to? A nie na przychylność pięknych wil?
- Dokładnie.
Susan uśmiechnęła się, jakby wiedziała więcej niż on.
- Skoro zadałeś już wszystkie pytania co do turnieju, może mi wytłumaczysz numerologię?
Hadrian spojrzał na dziewczynę z rezygnacją. Nie mógł jednak odmówić, nieważne jak żmudne było czekające go zadanie. Wielokrotnie już pomagał Susan w zrozumieniu przedmiotu, jednak kolejne wprowadzane na lekcjach zagadnienia wymagały takich samych tłumaczeń jak poprzednie. Mimo opanowanego coraz szerszego zakresu materiału nie łapała sensu samej numerologii.
- Pewnie masz problem z esejem? - przypuścił.
- Nie tyle z samym esejem, co ze zrozumieniem, co takiego piszę... - Skupiła się na zakręcaniu swobodnego kosmyka włosów wokół palców.
Zaczęli z nadzieją, że zdążą przed śniadaniem. I gdy Hanna zeszła do pokoju wspólnego, rzeczywiście zbliżali się do końca.
Hannah razem z Susan opuściła pokój wspólny. Hadrian został, w myślach już rozważając kolejne warianty przebiegu turnieju.
