AN: Mam świadomość, że minęło dużo czasu od ostatniej aktualizacji. Spodziewam się większej ilości wolnego czasu w trakcie świąt, więc dołożę wszelkich starań, by napisać wtedy kolejne rozdziały. Obawiam się, że później mogę mieć podobne kłopoty organizacyjne co do tej pory. I ostatnia sprawa - zbliżamy się do dużo żywszej akcji. :)

Betowała Lady Lecter. Bardzo dziękuję.

9

Drzewo rodowe Blacków mógł podziwiać każdy, kto zechciał wejść na drugie piętro rezydencji na Grimmuald Place. Wiekowy gobelin rozciągał się w jednym z pokoi na całą ścianę i sprawiał naprawdę imponujące wrażenie.

- Siedem pokoleń czystej krwi - mówiła Walburga z dumą, przedstawiając pamiątkę siostrzeńcowi. - Tutaj znajduje się twoja matka. - Wskazała końcem różdżki jedną z podobizn.

- Z krótkimi włosami? - zdziwił się Hadrian.

- Druella była wściekła, gdy je ścięła - prychnęła Walburga. - Bellatriks nikt nie przemówi do rozumu! - Następnie kontynuowała przedstawianie kolejnych osób z rodziny, nawet nie zaszczycając wypalonych miejsc spojrzeniem.

- Co tutaj było? - zapytał w końcu Hadrian, nie mogąc dłużej powstrzymać ciekawości i pokazując na nie palcem.

- Nic - oznajmiła kwaśno Walburga, wydymając z niezadowoleniem wargi. - Uważaj, zamiast się wpatrywać, gdzie nie trzeba.

Wysłuchiwanie długich list zaszczytów, jakimi zostali nagrodzeni dawno zmarli Blackowie albo monotonnie recytowanych lat życia, czy koneksji, nie było w stanie utrzymać uwagi Hadriana na długo. Walburga, stojąc sztywno przed gobelinem za nic miała jego znudzenie i raz po raz kazała mu powtarzać daty i tytuły.

- Mam dość, ciociu - zaczął w końcu marudzić.

Pani Black potraktowała go surowym spojrzeniem i kontynuowała wywód.

- Nie obchodzą mnie ich zasługi. I tak nie żyją! - burknął.

W tym momencie Walburga straciła cierpliwość i chwyciła go za ucho. Ostrym skrętem dłoni sprawiła, że chłopiec zasyczał z bólu.

Najbliższa krawędź gobelinu stanęła w ogniu. Kobieta wydała z siebie przerażony skrzek i machnęła desperacko różdżką, próbując ugasić szybko wspinające się płomienie. Hadrian przezornie się odsunął na drugi koniec pomieszczenia i przyglądał się scenie z szeroko otwartymi oczami, dłonią zasłaniając obolałe ucho.

- Wynoś się! - warknęła dysząca Walburga. Drzwi otworzyły się z hukiem. - Albo i twoje nazwisko stąd zniknie! - Dźgnęła różdżką napis „Pierwszy syn"' tuż pod podobiznami jego matki i ojca.

Hadrian czym prędzej wypadł na korytarz i popędził schodami w górę, okropnie przy tym tupiąc. Stara balustrada trzeszczała złowieszczo za każdym razem, gdy przytrzymywał się za nią na zakrętach.

Jedne z drzwi otworzyły się i na zewnątrz wysunęła się posiwiała głowa Polluksa Black'a.

- Skąd ten swąd, chłopcze?

Hadrian zatrzymał się. Odpowiedział dopiero, gdy wyrównał oddech.

- Zapaliłem gobelin. Niechcący - wyjaśnił bezbarwnym głosem.

Polluks parsknął śmiechem, a portret na najbliższej ścianie zagrzmiał z oburzeniem.

- No, no, coraz lepiej, młody czarodzieju. Jeszcze trochę i ten dom nie dotrwa twojego wyjazdu do Hogwartu! - cieszył się. - Najpierw zginające się łyżki, zapadająca się podłoga, wybuchające lampy, a teraz to... Chodź tutaj. - Otworzył drzwi szerzej, zapraszając wnuka do środka.

- Nic na to nie poradzę - mruknął Hadrian.

- Tak, też nie widzę sposobu na uspokojenie twojej magii. Wyjątkowo destrukcyjna, co? Biada tym, których zdecydujesz się przekląć. - Wyszczerzył się z rozbawieniem. - Powiem ci, co możemy zrobić, żeby ta rudera postała jeszcze kilka lat.

Hadrian spojrzał na niego z ciekawością.

- Co takiego?

- Uspokoimy ciebie. Medytacja, mój drogi!

Hadrian przybrał zgorszoną minę. Nie uśmiechało mu się siedzenie i nic nie robienie przez całe godziny.

Polluks poklepał go pocieszająco po plecach, choć wciąż cała sytuacja wyraźnie go śmieszyła, i poprowadził wnuka w głąb pomieszczenia.

- No, postaraj się, młody. Inaczej ciotka Walburga nie da żyć nam obu.

-xxx-

Nieodzowną częścią pracy warzyciela była umiejętność zapanowania nad swoim ciałem. Wraz z pewnością w rękach, pojawiał się spokój duszy. Myśli zmiecione przez solidną koncentrację długo nie wracały nieproszone. Dlatego też Hadrian od początku uznawał proces warzenia za sposób na wyciszenie się, zajęcie odrywające od natłoku innych spraw, a nie obowiązek.

Potrzebował jednak ciągłych wyzwań - coraz trudniejszych eliksirów, aby nie popaść w rutynę. Znudzony, łatwo odpływał myślami. Dlatego podejmował kolejne z nich, które wymagały ciągłej koncentracji. Naturalnie, każdy kolejny eliksir był bardziej skomplikowany, czasochłonny i niebezpieczny. Z rozwojem umiejętności warzenia musiał też nauczyć się zdobywać trudno dostępne składniki i unikać sytuacji, w których musiałby odpowiadać na niewygodne pytania dotyczące zawartości kociołka.

Antidotum, którego warzenia się podjął wymagało, ściślejszego nadzoru niż większość eliksirów, dlatego Hadrian musiał odejść od swoich zwyczajów i ustawić kociołek w innej sali. Ryzykował nakryciem, jednak znaczna odległość jego dormitorium od porzuconej klasy, w której zwykle spotykał się z Luną i którą uważał za tak bezpieczną jak tylko mogła być znajdując się na terenie szkoły, stanowiła poważny problem. Eliksir, którego przygotowania się podjął, wymagał częstego doglądania i dodawania składników o często niedogodnych porach. Choć robił, co mógł, by skoordynować czas dodawania kolejnych ingrediencji do wywaru tak, by jak najmniej kolidował z lekcjami i treningami quidditcha, wciąż było to uciążliwe, a przechodzenie na drugi koniec zamku tylko by to pogłębiło.

Miał nadzieję, że jego wysiłek się opłaci i zmieszanie specyfiku z trucizną od Goldsteina dostarczy mu jakiś wskazówek. Nie podejrzewał, żeby toksynę udało się zneutralizować czymś, na co recepturę znalazł w książce.

Sala, którą wybrał na tymczasowe laboratorium znajdowała się w lochach, niedaleko pokoju wspólnego Hufflepuffu i w nieco większej odległości od kwater Slytherinu. Dojście do niej wymagało znajomości bocznych korytarzy, które dla mieszkańców wyższych pięter były istnym labiryntem. Gdyby jednak coś wybuchło, Snape na pewno nie pomyliłby drogi. Musiał powstrzymać się od eksperymentów na czas pracy w tym miejscu.

Niechętnie przyznał, że była to dobra okazja do skrócenia wciąż rosnącej listy prostszych eliksirów, które obiecał uwarzyć Tedowi. Układ, który zawarł z Teodorem Nott'em pod koniec trzeciego roku nauki w Hogwarcie nużył go coraz bardziej i nie zamierzał kontynuować współpracy po skończeniu szkoły.

Ślizgon wiedział o jego tymczasowym miejscu pracy, choć Hadrian nie poinformował go o żadnej innej ze swoich kryjówek. Ta stanowiła wyjątek tylko dlatego, że zamierzał ją porzucić najdalej w przeciągu miesiąca. A fakt, że nie musiał szukać Teda, bo ten sam do niego przychodził, również był bardzo wygodny.

I tego dnia Ted wpadł z impetem do środka, nie pukając i otwierając drzwi z rozmachem. Te mocno uderzyły o ścianę, odkruszając odrobinę wiekowego tynku. Hadrian ledwo się powstrzymał od wzdrygnięcia na ten nagły huk. W cichej sali, gdzie jedynymi dźwiękami były syk ognia, okazyjne stuknięcie fiolki o fiolkę oraz ledwo słyszalny świst jego oddechu, każdy gwałtowny odgłos szokował.

Pozostał jednak, mimo zaskoczenia, odwrócony plecami do drzwi. Wtargnięcia Teda były na tyle charakterystyczne, że Hadrian nie miał wątpliwości, że to właśnie on. Jego głos tylko to potwierdził:

- Masz wszystko gotowe?

Granicę między bezpośredniością, a opryskliwością łatwo przekroczyć. Hadrian nie spodziewał się przecież po starym znajomym niczego innego niż bezpardonowego przemaszerowania daleko za nią. I tak samo jak w sytuacji, gdy już na początku ulewy można przewidzieć, że zerwie się przerdzewiała rynna, oszczędzając sobie przykrego zaskoczenia zaczynał raczej myśleć nad jej naprawą zamiast wyklinać pogodę. Tak i w tej, przygotowywał w myślach listę rzeczy, którymi nie pozwoli wyprowadzić się z równowagi.

Uniósł brew, choć jego rozmówca nie mógł tego zobaczyć, i nożem zsunął szczątki posiekanych ślimaków do kociołka. Śluz na rękach był nie do uniknięcia, zdawał się w zupełnie niewyjaśniony sposób wspinać od ostrza, przez rękojeść i aż do dłoni, by okazyjnie pryskać nawet na nadgarstki. Jeśli mógł, zamierzał uniknąć kontaktu z wnętrznościami stworzeń i nie naśladować Snape'a, który skrupulatnie przenosił zmasakrowane organy tuż nad powierzchnię warzonych eliksirów i dopiero wtedy wypuszczał je z palców tak, że wślizgiwały się pod powierzchnię bez najmniejszego chlupnięcia.

Ułożył na desce do krojenia kolejną trójkę osobników, szykując się do odpowiedzi. Przerodzenie się rozmowy w kłótnię wydawało się nieuniknione - równie dobrze mógł sobie pozwolić na drobne złośliwości.

- Mogłeś doprowadzić do wybuchu, wparowując tu w ten sposób. Miałeś szczęście, że żaden z eliksirów nie był niestabilny. - Nie zamierzał obiecywać, że któryś nie wejdzie zaraz w taką fazę.

Ted zbył stwierdzenie machnięciem ręki. Hadrianowi nawet by nie drgnęła powieka, gdyby Ślizgon ryzykował tylko własnym, aroganckim zadkiem. Dużo bardziej troszczył się o własne zdrowie.

- Masz?

- Co konkretnie?

Wiedział, o co pytał. W końcu otrzymał listę rzeczy, które miał uwarzyć na potrzeby ich małego biznesu. Ponieważ Ted najczęściej informował go o kolejnych zamówieniach w biegu, mijając się z nim na korytarzu albo w wielkiej sali, łatwo było udawać niezorientowanego.

- Zamówienie rzecz jasna! – odparł Ted niecierpliwie. - Udało ci się dostać te sproszkowane pazury hipogryfa?

- Wciąż czekam, aż mi wyjaśnisz, czemu przyjąłeś tę prośbę. To nie jest coś, co można dostać na pierwszym lepszym straganie. A może liczyłeś, że dorwę jakiegoś hipogryfa i zaproponuję mu pedikiur? To rzadki składnik, który bardziej by się przydał do zupełnie czegoś innego niż wciąganie kresek. Te półgłówki i tak nie odróżnią ich nawet od zmielonych paznokci trolla. – Odgłos uderzania tasaka o deskę przybrał na sile.

- Masz?

- Mam.

Znał wiedźmę pracującą w stajni, w której trzymano między innymi hipogryfa. Właściciele nie dbali o sprzedaż jego piór czy pazurów, dlatego nikt nie zwrócił uwagi, gdy kobieta obcięła je na jego prośbę, a później tanio sprzedała.

- Krata eliksirów nasennych? – pytał dalej Ted. Krążył przy tym po pomieszczeniu, zaglądając do szaf przystrojonych pajęczynami i odstawionych na bok kociołków, wypatrując znajomych substancji.

Hadrian bez słowa machnął różdżką. Kilkanaście zapieczętowanych fiolek uniosło się w powietrze i równą wstęgą przeleciało przez klasę. Ustawiły się na najbliższej ławce w trzech rzędach. Krata w eliksirach oznaczała zwykle piętnaście porcji. Dla fiolkowanych eliksirów nie była to imponująca wielkość, w przeciwieństwie do kraty butelek.

- Dasz radę wyczarować sobie kratę – mruknął i wrócił do siekania ślimaków. Widok nie należał do najprzyjemniejszych, tyle mógł przyznać. Wciąż jednak bawiło go, jak Ted omijał wzrokiem deskę, nie ukrywając obrzydzenia.

- Pomożesz mi. Eliksiry na kaca?

- Nie poznajesz jeszcze? Ta żółta breja, która stygnie przy zlewie. – Przełknięcie grudkowatego paskudztwa było tym trudniejsze, im bardziej potrzebne. - Możesz już chyba ją porozlewać.

- Czemu miałbym poznawać? Wiesz, że mam ciekawsze zajęcia niż upijanie się z tą bandą kretynów. - Podszedł jednak do odpowiedniego kociołka i gdy upewnił się, że temperatura spadła wystarczająco, przywołał chochlę, lejek i zestaw kolb.

- Racja, jesteś przecież specem od rodzajów kurzu z książek…

- To w ogóle przejdzie przez ten lejek?

Breja stała w miejscu. Gorzej mogło pójść tylko używając sitka.

- Nie mogłeś wziąć czegoś szerszego? Widziałem ostatnio baterię starych słoików w klasie kilka korytarzy dalej.

Znalazł je, gdy rozglądał się za odpowiednią salą. Ktoś zostawił cały karton w jednej z szaf. Nie prezentowały się najpiękniej - obklejone filtrem brudu, więżące smrody na tyle paskudne, że wyczuł je mimo stęchlizny zawilgoconej tektury. Przebarwione dna mogły okazać się problematyczne, jeśli spowodowały je magiczne czynniki, ale resztę można by rozwiązać kilkoma zaklęciami.

- Chyba żartujesz, jeśli myślisz, że ktoś kupi eliksir w słoiku! Umiesz wyczarować jakieś lepsze naczynia, nie?

- Umiem. Ale one będą umiały spektakularnie zniknąć w nieprzewidzianym momencie. Lepiej zobacz, czy masz przy sobie jakieś śmieci, to transmutuję je i powinny wytrzymać trochę dłużej.

Ted zaczął wywlekać kieszenie. Zdołał wytrząsnąć kilka świstków, wykałaczkę i opakowanie po cukrowych piórach.

- Dalej masz z tym kłopoty?

Hadrian zdusił irytację w zarodku.

- Rozumiem, że jesteś specem? Nie będę ci zabierał okazji do popisania się w takim razie.

- Jestem specem od magicznych umów od niedawna – zaanonsował z dumą Ślizgon, prostując się. - Rozmawiałem z goblinami. Jeśli nie starczy nam pieniędzy na otworzenie lokalu, pożyczą nam złota.

Podobieństwo Notta do zająca było szczególnie widoczne, gdy młodzieniec się z czegoś cieszył. Do pełnego obrazu brakowało tylko, by zastrzygł odstającymi uszami. Z wydatną górną wargą wywijającą się w uśmiechu, odsłaniając przerośnięte zęby, niefortunnego podobieństwo nie mogło przejść niezauważone.

- Nam, Ted? To twój biznes. – I nie pożyczyłby złamanego knuta od goblinów. Merlin wie, czy nie musiałby spłacać długu własną krwią. - Nie szukaj już więcej śmieci. Zmodyfikuję trochę te kolby.

- Jesteśmy wspólnikami. Bez ciebie nie mam co zakładać! – Bo kto inny chciałby spędzać wieczory pochylając się nad kociołkiem? Szansa na znalezienie z ulicy chętnego do przyrządzania eliksirów była raczej nikła, a cała idea polegała na tym, by sprzedawać taniej niż mistrzowie eliksirów, więc nie mógł zatrudnić nikogo z kwalifikacjami.

Tymczasem Hadrian z każdym kolejnym zamówieniem stawał się coraz bardziej znudzony ich niewyszukanym charakterem.

- Będziesz musiał. Wielokrotnie ci powtarzałem, że po skończeniu szkoły nie zamierzam się dalej w to bawić.

- Rozkazy mamusi? - zadrwił Ted.

Hadrian zmusił się, by nie odpyskować również czymś na temat matki Teda. Miał na tyle przyzwoitości, by nie obrażać martwych. Ambicje Bellatriks, które kiedyś nieopatrznie zdradził Ślizgonowi, też należały do rzeczy, którymi nie zamierzał pozwolić się zdenerwować.

- Nieustanne warzenie banalnych eliksirów mnie nie pasjonuje. Mam własne plany i kontynuowanie naszego układu do nich nie należy.

- Sądziłem, że też chcesz się od tego wyrwać. Rozmawialiśmy o tym. Nie chcę być uwiązany Mrocznym Znakiem, hę? - zacytował go. - Nic nie robisz w tym kierunku. Zmieniłeś zdanie, Hadrian? Nagle chcesz zostać Śmierciożercą... O przepraszam, Rycerzem! A może tylko sprawić przyjemność mamusi... Jesteś takim żałosnym maminsynkiem!

- Skończyłeś? Nie zamierzam skończyć uwiązany do niczego. Ani do Czarnego Pana ani do kotłów.

- Nie ma mowy, żebyś się teraz wycofał! Obiecałeś mi pomóc z warzeniem, zgodziłeś się. Możemy wspólnie na tym zarobić.

Ted zaproponował współpracę, ale do sprzedawania własnych eliksirów doszli dopiero po pewnym czasie. Na samym początku częściej pomagali bliźniakom Weasley, roznosząc produkty lub rekrutując ludzi do eksperymentów. Z czasem, gdy Hadrian nauczył się wymykać z Hogwartu, zajęli się dostarczaniem produktów, których przesłanie pocztą bezpośrednio do szkoły mogłoby skończyć się karą.

Starsi uczniowie tkliwie wspominali czas, gdy groźby Filcha nigdy nie doczekiwały się spełnienia. Choć bardzo rzadko któryś nauczyciel przydzielał taką formę dyscyplinowania uczniów strach pozostawał, że może tym razem nie uda się uniknąć bólu.

- Nie zgadzam się bawić w małego przedsiębiorcę. Gobliny zeżrą cię żywcem, a ty jeszcze myślisz, że to sprytne.

- Nie rozumiesz. To zadziała! Nie ma innego sposobu. Jak możesz być taki... Taki bezmyślny i tego nie wykorzystać?!

Niech Helga da mu cierpliwość...

- Pieniądze, Ted? Naprawdę? Uważasz, że za galeony kupisz wolność? Że twój ojciec pozwoli ci robić co zechcesz, bo zapełnisz kilka sakiewek? Jesteś kretynem. Prawdziwym kretynem. Zasilisz skarbiec Nottów, a potem zagną cię tak, że będziesz szorować nosem o podłogę w pokłonach przed Czarnym Panem.

- Będę niezależny. W przeciwieństwie do ciebie nie wyląduję w jakiejś zawszonej dziurze, jeśli mnie wydziedziczą.

- Zawlecze cię za fraki do dworku, Ted, i na tym się skończy twoja przygoda. Nie mam zamiaru wplątywać się w tę głupotę! Tego naprawdę chcesz? Niech ci Salazar sprzyja, o przesprytny Ślizgonie!

- Uważasz, że jesteś taki błyskotliwy, co Lestrange?

Nie bardziej niż ty, chciał burknąć. Spojrzał tęsknie na drzwi, marząc, by Nott w końcu się wyniósł i przestał robić cyrk.

- Uważam, - wycedził - że nie zostanę wydziedziczony. Nie zamierzam do tego doprowadzać. Pokłonię się, kiedy trzeba i pójdę swoją drogą. Nie będą mieli żadnego powodu, by mnie zatrzymać. Miotający się kretyn jak ty, Ted, budzi dużo większą niechęć.

- Ty się pokłonisz?! Prędzej sobie kark złamiesz!

- Spójrz prawdzie w oczy, przyjacielu. Moja matka wierzy, że zrobię dokładnie to, czego mnie nauczyła. Jeśli powiem, że chcę stać się lepszym czarodziejem, zanim zaoferuję swoją lojalność Czarnemu Panu, to sama mi pomoże szukać odpowiedniego nauczyciela albo załatwi mi świstoklik do Egiptu.

- Łudzisz się. Niszczysz szansę dla nas obu!

- Czas pokaże, nie? Zadbam przynajmniej o własną skórę, skoro ty nie jesteś w stanie otworzyć oczu na realia - mruknął Hadrian bez przejęcia. Ted niemal gotował się ze złości. - Powinieneś się rozejrzeć za kimś innym do warzenia, póki masz czas. Oczywiście, jeśli nie chcesz sabotować własnego planu łudząc się, że zmienię zdanie.

Nott nie odzywał się dłuższą chwilę, usiłując się opanować. Nie powstrzymał się jednak od mordowania wzrokiem Hadriana opartego o ławkę.

- A tu co jest? - Podszedł do kociołka z dopiero co zaczętym antidotum. Eliksir stał nieco z boku na stabilnym blacie z dużą ilością miejsca do krojenia wokół. Zawartość ledwo słyszalnie bulgotała na małym ogniu.

- Coś, co cię nie interesuje. To mój własny projekt i nie wiem, czy jest bezpieczny.

- Nieważne - stwierdził. Wydawał się już całkiem spokojny. - Co to za plany, o których ciągle mówisz? Chciałbym chociaż wiedzieć, czym się wymawiasz. Dobrze wiesz, że nie mogę sprzedawać eliksirów, których nie mam.

- Naucz się warzyć, a będziesz je miał. Nie zamierzam dostać garbu nad emulsją na trądzik tylko po to, byś spływał złotem. - Całkiem pominął pierwszą część wypowiedzi Teda.

- Duża część tego złota wpada prosto do twojej kieszeni, Hadrian. Nie rób z siebie męczennika. A może chcesz więcej? - Zabrzmiało to niemal chętnie. W pięściach wciśniętych w kieszeni szaty i lekko wykrzywionej linii ust wciąż kryło się niezadowolenie.

- Nie potrzebuję pieniędzy.

- Czemu tak nagle chcesz się wycofać? - dopytywał Nott. Wpatrywał się w Hadriana, jakby siłą woli chciał zmusić go do wyjawienia swoich powodów.

- Ted, to było dobre ćwiczenie. Ale celem ćwiczeń nie jest robienie ich w nieskończoność. Zwariowałbym, gdybym miał pracować w aptece, sklepie, czy jakkolwiek nazwiesz ten swój lokal. Nawiasem mówiąc powinieneś umieścić go na Śmiertelnym Nokturnie, jeśli zamierzasz sprzedawać to, co do tej pory.

- Nie bądź głupi. Od razu znalazłbym się pod aurorskim okiem. Poza tym patrzeć codzienne przez witryny na te stare jędze? W życiu! Już prędzej założę hodowlę bahanek w moich kotarach!

- Przydałoby mi się trochę ich jadu - zażartował Hadrian.

Ted odsunął sobie krzesło. Nie zapowiadało się, by Ślizgon zamierzał wyjść szybko. Hadrian zaczynał się obawiać, że kolega zamierza ciągnąć rozmowę do upadłego.

- Bierzesz udział w Turnieju - stwierdził powoli, wpadając w zupełnie inny ton niż wcześniej.

- Myślałem, że to wyścig na miotłach - burknął Hadrian, któremu wcale nie podobały się kolejne, dezorientujące zmiany tematu. Łatwo mu było unikać zdradzenia zbyt wiele, gdy wiedział do czego dąży rozmówca. Bez tego mógł wygadać coś ważnego, nawet o tym nie wiedząc.

- Zamierzasz dostać się do ostatniego etapu? Chyba, że to już finał. Mogliby powiedzieć coś więcej.

Hadrian odetchnął głęboko. Zerknął przez ramię do kociołka. Na szczęście z zaniedbywaną zawartością nie działo się nic niepokojącego.

- Z tego co wiem, nie planują dalszej selekcji. Luna też tak myśli.

- Pomyluna? Czy ona w ogóle wie, którą stroną różdżki się czaruje?

- Ted - zaczął i urwał. Wziął uspakajający oddech, cicho dziękując dziadkowi Polluksowi za pracę nad jego temperamentem. - Potrzebujesz czegoś jeszcze, czy masz wszystkie zamówienia?

- Chciałbym wiedzieć, co zamierzasz zrobić w związku z tym konkursem.

- Tak?

- Tak - potwierdził zdecydowanie Ted. - Przegrasz? Wygrasz?

- Słyszałem, że wynik poznaje się po zawodach - odpowiedział sucho. Ted uśmiechnął się tylko z całkowitą pewnością siebie. Gdyby ktoś do nich dołączył w tym momencie, mógłby ich pomylić z parą przyjaciół.

- Swojego podejścia też nie znasz?

- Oczywiście, że znam. - Odwrócił się do tyłu, by zamieszać w kotle.

- Co tam robisz?

- Sprawdź w podręczniku do eliksirów, jak nie w swoim, to w Draco. Jeśli nie zamierzasz otruć swojego pierwszego klienta, powinieneś zacząć uczyć się warzenia.

- Wygrasz?

- Nie rozumiem, czemu tak ci na tym zależy. - Zmierzył go wzrokiem. Zbyt długo go znał, by uwierzyć w brak ukrytych motywów. Ted nigdy nie wykazywał przywiązania do jego osoby, chociaż miał powód. Powód dla którego Hadrian głupio liczył na przyjaźń po dotarciu do Hogwartu. - Zakładasz się?

- Kto wie.

- Stawiam dziesięć galeonów na siebie.

- Nawet nie wiesz, jak będą wyglądały konkurencje - zauważył Nott, natychmiast zajmując przeciwne stanowisko i zaczynając podważać szanse na wygraną Hadriana.

- Ty też nie, a pytałeś. Nie ma powodu, bym nie mógł się zabawić. I przy okazji uszczęśliwić matkę. Jeśli pojedynki są wystarczająco istotne, by oprzeć na nich całe eliminacje... Cóż, krew i flaki z pewnością sprawią, że się uśmiechnie. Rozumiesz… W końcu jestem maminsynkiem.