11
Kiedy Neville pierwszy raz przekroczył próg Wielkiej Sali, ławy i krzesła wydały mu się ogromne. Teraz, siedząc przy stole, musiał uważać na łokcie kolegów z rocznika. Jednym uchem przysłuchiwał się toczącym wokół rozmowom i przyglądał gościom z zagranicznych szkół. Mundurki wyraźnie się od siebie różniły i pozwalały łatwo określić, skąd kto przybył. Szaty uczniów z Beauxbatons wydawały się bardziej odpowiednie na wiosnę lub jesień, a z Durmstrangu, których ważnym elementem był gruby, obszyty futrem płaszcz, na mroźną zimę.
- Wile... Może jedna z nich zgodzi się ze mną wyjść do Hogsmeade - marzył Dean, wpatrując się maślanym wzrokiem w długowłosą dziewczynę przy stole Ravenclawu.
Kilkanaście stóp przed stołem nauczycielskim znajdował się obiekt okryty zdobioną płachtą. Gdyby postawić koło niego czarodzieja, sięgałby mu przynajmniej do żeber. Neville raz po raz kierował wzrok w tę stronę, ciekawy, co i po co tam ukryto.
- Możesz mieć szansę, brachu - odpowiedział Deanowi Ron z miną znawcy. - Ale chciałbym, żebyśmy już zaczęli jeść. Jestem głodny.
Neville żałował, że nie poszukał wcześniej Hermiony. Na pewno miała już przypuszczenia, którymi ewentualnie mogłaby się z nim podzielić. Albo przynajmniej uspokoiłaby go, że esej z zielarstwa wcale nie był na następny dzień. Jego Widłak Jadowity dopiero zaczynał kiełkować i w takiej sytuacji nie mógł zawrzeć w zadanej pracy obserwacji na temat jego dojrzałej formy.
Dziewczyna jednak siedziała po drugiej stronie stołu, gawędząc z Lavender Brown. Neville był niemal pewien, że Gryfonki jeszcze kilka tygodni wcześniej ledwo się tolerowały.
W końcu profesor Dumbledore odchrząknął i wstał, a uczniowie ucichli.
- Pragnę uroczyście powitać w Hogwarcie uczniów Beauxbatons oraz Durmstrangu, a także dyrektorów tych znakomitych szkół: madame Maxime i profesora Igora Karkaroffa! - Odpowiedziały mu oklaski. Niektórzy goście wdzięcznie skłonili głowy. - Hogwart będzie waszym domem przez najbliższe miesiące i mam nadzieję, że tak też wkrótce zaczniecie o nim myśleć. Przebyliście dziś długą drogę, więc na pewno jesteście zmęczeni i głodni. Nie martwcie się jednak. Gdy tylko skończycie jeść, powiemy wam o wszystkim, czego chcielibyście się dowiedzieć. Smacznego! - zawołał z uśmiechem.
W następnej chwili, na stołach pojawiły się półmiski i dzbany. Blaty zajęczały i ugięły się nieznacznie pod ich ciężarem. Aromaty kolejnych potraw wypełniły Wielką Salę. Uczniowie natychmiast zabrali się do jedzenia, zadowoleni z rozporządzenia Dumbledore'a.
Neville, choć równie głodny co reszta, nie zaprzestał przyglądania się nowo przybyłym. Wielu uczniów Durmstrangu zdawało się już znać niektórych Ślizgonów. Draco Malfoy żywo gestykulował, opowiadając o czymś chudemu jak patyk czarodziejowi, a Daphne Greengrass chichotała razem z ciemnowłosą czarownicą. Te dwie były do siebie wystarczająco podobne, by być krewnymi.
Neville zmarszczył brwi i wrócił do swojego talerza, przezornie odsuwając się nieco od Rona, który żywo opowiadał o ostatnim meczu quidditcha zrelacjonowanym mu przez braci.
- Na pewno mi też wysłaliby bilety, gdybym nie musiał w tym czasie siedzieć w Hogwarcie! - zapewnił wszystkich rudzielec. - Ale za rok nie odpuszczę i zobaczę ich na żywo! Fred i George mi to załatwią.
- Nie zapomnij o nas wtedy - upomniał się Seamus. - Twoim kumplom też należą się w końcu równie dobre miejsca!
Nikt nowy nie dosiadł się do stołu Hufflepuffu, tak samo, jak do Gryffindoru. Neville łatwo wypatrzył Hadriana, który siedział z ponurą miną i pochyloną głową.
- Nie martw się! Zdam ci tak dobrą relację, że poczujesz, jakbyś widział to na własne oczy! - zapewnił jowialnie Ron, po czym zatkał sobie usta solidnym kawałkiem steku.
Gdy szczękanie sztućców dobiegło końca, a półmiski w znacznej części opustoszały, Dumbledore wstał ponownie.
- Muszę was prosić, żebyście jeszcze się nie rozchodzili. Nadszedł czas na obiecane wieści o Turnieju Trójmagicznym! Mam nadzieję, że ciekawość utrzyma wasze oczy otwarte jeszcze choć przez chwilę. - Uśmiechnął się ciepło do wszystkich obecnych. - Jak zapewne pamiętacie, udział mogą wziąć tylko szósto i siódmoroczni. Nie będę jednak powtarzał już znanych wam reguł, bo przecież nie na to czekaliście. - Mrugnął porozumiewawczo i zamilkł na czas nie dłuższy niż jeden oddech. - Na pewno zastanawiacie się, co możecie zrobić, żeby dostać szansę na wieczną chwałę i bogactwo? Już zrobiliście wszystko, co się dało. Reprezentantów szkoły wybiera dyrektor wraz z nauczycielami, a decyzję podejmiemy nie tylko na podstawie waszych dotychczasowych osiągnięć, ale także cech charakteru. - Ta rewelacja wywołała liczne protesty. Uczniowie nie doczekali się jednak uzasadnienia, a jedynie kolejnych informacji:
- Zanim jednak odbędzie się główne starcie, Turniej zostanie otwarty specjalnym, honorowym wyścigiem, którego organizacją zaoferowało zająć się Francuskie Ministerstwo! Aby podjąć wyzwanie, wystarczy, że wrzucicie wasze nazwiska do czary ognia.
Powoli wyjął różdżkę z rękawa szaty, specjalnie przeciągając chwilę, gdy zebrani czekali na wyjaśnienie. Neville od razu zerknął na obiekt przed stołem nauczycielskim. Dyrektor Dumbledore w końcu wykonał zamaszysty ruch różdżką i materiał zsunął się na podłogę, odkrywając kamienną kolumnę, na której szczycie znajdowała się kamienna misa. W jej wnętrzu płonął jasny, niebieskawy ogień.
- Macie dwa dni na podjęcie decyzji. Później ogłoszone zostaną wyniki, a wylosowani podejmą przygotowania do wyścigu. Decyzję podejmujcie z rozwagą! – dodał Dumbledore surowo. - Dobrej nocy życzę.
Uczniowie zerwali się ze swoich miejsc, chętni, by zniknąć w pokojach wspólnych i przedyskutować świeżo poznane fakty z przyjaciółmi. Część chwilę zwlekała z wyjściem, tworząc korek przy drzwiach, przy okazji usiłując wypatrzeć, w którą stronę udadzą się przybysze z Beauxbatons i Durmstrangu.
Neville, zamiast podążać za tłumem, podszedł do Hermiony. Siedziała z absolutnie wściekłą miną i nie wydawała się skłonna do podniesienia się z krzesła. Zaciskała dłonie niebezpiecznie mocno na najbliższym pucharze i Neville zastanawiał się, czy zaczepianie jej w tej sytuacji było mądre. Zebrał się jednak na odwagę i położył jej dłoń na ramieniu.
- Idź beze mnie - odpowiedziała chłodno, nawet nie podnosząc głowy.
- Mogę na ciebie poczekać - zaoferował. - Nie spieszy mi się.
- Nie. - Oderwała w końcu ręce od stołu i położyła je na kolanach. - Zamierzam jeszcze iść do biblioteki i czegoś poszukać. Idź do wieży, naprawdę.
- W porządku - zgodził się niechętnie. Do tej pory Hermiona przynajmniej oferowała wymówki związane z nauką, jeśli nie chciała spędzać z nim czasu.
Przecisnął się między uczniami, którzy wciąż marudzili przy wyjściu. Na dłuższą chwilę zawiesił wzrok na ogromnych wrotach prowadzących na błonia, od których okrutnie wiało zimnem, prawie wpadając przy tym na najbliższą zbroję. Odwrócił się w samą porę, by zobaczyć zasuniętą przyłbicę o centymetry od swojej twarzy i gwałtownie wypchnąć przed siebie dłoń. Góra metalu z okropnym łomotem zachwiała się i Gryfon z przerażeniem skoczył do przodu, by przytrzymać ją w miejscu.
Odetchnął z ulgą, gdy zgrzyty metalu ucichły i zbroja nie była już bliska upadku. Obserwując stare blachy podejrzliwie, odstąpił o krok, a później kolejny i gdy nic się już nie wydarzyło, odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem ruszył w stronę schodów, ignorując chichoty za swoimi plecami. Przeskakując co dwa stopnie, pospieszył na górę, byle dalej od tego miejsca.
Dopiero piętro wyżej zwolnił. Widział już przed sobą swoich kolegów z roku. Spotkania z nimi również wolał uniknąć, przynajmniej jeszcze przez chwilę. Czasami miał wrażenie, że potrafili zwietrzyć jego porażki. Za każdym razem, gdy coś paskudnego mu się przytrafiało, któryś z nich przypominał sobie o jego istnieniu.
Podążył za nimi w bezpiecznej odległości aż do porteru Grubej Damy.
- Chwała niedźwiedziom - wyrecytował, zadowolony, że pamiętał hasło.
W pokoju wspólnym Gryffindoru wydawało się tym przyjemniej, że na zewnątrz już dawno zapadł zmrok, a wiatr gwizdał przeraźliwie. Rozpalone palenisko, szum rozmów i żółtawe światło wydawały się wręcz idyllicznym obrazem. Nie został tam jednak i zamiast tłocznej przestrzeni wybrał własne dormitorium.
Zapalił światło i w pierwszej kolejności podszedł do swojego Widłaka Jadowitego. Roślinka zajmowała zaszczytne miejsce na jego szafce nocnej. Upewnił się, że nie potrzebuje dodatkowego podlewania i przez chwilę przyglądał się z przyjemnością powoli rosnącym pędom. Niewiele im brakowało, by wspiąć się na kolejną półkę szafki.
Wyciągnął się na łóżku i przymknął oczy. Wsłuchał się w odgłosy rozmów z dołu niosących się po schodach, rytmiczny dźwięk pompy i tykanie systemu grzewczego. Wydarzenia minionego dnia wróciły do niego spokojną falą.
Życie było odrobinę mniej przytłaczające w ostatnich miesiącach. Ale też starał się znaleźć w sobie coś, co pozwoliłoby mu je ujarzmić. Pierwiastek, którego jeszcze nie odkrył, a który wszyscy wokół posiadali i ze złudną łatwością wykorzystywali. Nie wiedział, czym był, ale miał pewność, że z nim mógłby przestać się przejmować i zacząć zajmować się tylko tym, na czym mu zależało.
W pierwszej kolejności przypomniał sobie wściekłą minę Lestrage'a, a z tym przyszło cierpkie ukucie nienawiści i gorzka satysfakcja. Nie zamierzał odpuścić, dopóki on sam nie stał się źródłem problemów Puchona.
Potem jego myśli powędrowały do równie wściekłej i rozgoryczonej Hermiony. O tak, to było niesprawiedliwe. Dziewczyna miała niewielkie szanse na udział w Turnieju po przegranych pojedynkach. Nie sądził, by zasłużyła na to ograniczenie. Nie wiedziała wtedy nawet, o co konkuruje, a przynajmniej nie do końca. Musiała jednak to przełknąć, tak jak znosiła wiele innych porażek, uprzedzeń i trudności.
A na końcu była czara. Błękitny ogień płonął w niej jasno i Neville wyobrażał sobie, jak płomień musiał rwać się, tańczyć i syczeć, gdy ktoś wrzucał swoje nazwisko do środka.
To może być twoje nazwisko, podpowiedział mu wyzywający głosik w jego głowie. Jeśli tylko nie brakuje ci odwagi.
Zacisnął dłonie na kołdrze, mimowolnie spięty na samą myśl. Przekręcił się na bok i wyciągnął różdżkę z kieszeni, po czym machnięciem zgasił światło i rzucił ją na szafkę nocną. Zastanawiał się, czy nie była to jego szansa, może nawet ostatnia, na udowodnienie swojej wartości. W pojedynkach na eliminacjach tylko się ośmieszył, marnując okazję.
Chciał się wyróżnić. Czy wyścig by mu to umożliwił? Tak, podszeptywało mu coś, mógł to wykorzystać. Potrzebował tylko szybko nauczyć się jeździć, a co najważniejsze, odrobiny szczęścia dla odmiany od wiecznie spotykającego go pecha.
- A co jeśli znowu nie podołam? - dał głos swoim myślom.
Przekręcił się niespokojnie na drugi bok, mnąc już całkiem swoją pościel. Westchnął ciężko i zacisnął powieki. Jeśli nie mógł zrobić nawet tego... Czara nie powinna go wybrać, jeśli nie miał szans.
Usiadł gwałtownie, przesunął się na krawędź łóżka i wyciągnął kawałek pergaminu ze swojej szkolnej torby. Dużymi, wyraźnymi literami napisał „Neville Longbottom", chcąc to zrobić, póki odwaga go nie opuściła. Zamierzał udowodnić, że nie jest bezużyteczny, a później wynieść na światło dzienne wszystkie przekręty, które wypatrzył, stojąc z boku, a przynajmniej tak sobie przyrzekał w tej chwili, powtarzając znajomą formułkę.
Wiatr wył za oknem tak samo, jak do tej pory, a Neville ukrył twarz w dłoniach. Sam się prosił o jeszcze cięższy los.
Następnego dnia obudził się przed wszystkimi i gdy po cichu wyślizgnął się z dormitorium, szarawe światło poranka dopiero zaczynało się sączyć przez okna, ledwie rozjaśniając wnętrze zamku. Przemierzając puste korytarze i niezliczone, ruchome schody, nie czuł zwykle towarzyszących mu obaw. Tylko spokój. Zupełnie jakby podjął dobrą decyzję. A może to tylko brak sądzącego wzroku innych nie zabierał mu wiary w swoje siły.
Wielka Sala świeciła pustkami i jęk otwieranych drzwi zabrzmiał w niej wyjątkowo głośno. Neville pierwszy raz usłyszał, że w ogóle skrzypią.
Czara ognia stała w tym samym miejscu, co poprzedniego wieczoru. Bez żółtawego światła świec szary kamień nie miał w sobie nic tajemniczego, nic imponującego. Artefakt przypominał starodawną chrzcielnicę bardziej niż cokolwiek innego, a wieczny ogień - płomień mugolskiego palnika gazowego.
Wydobył z kieszeni skrawek pergaminu ze swoim nazwiskiem i wrzucił go do środka. W ułamku sekundy spłonęła z wyraźnie słyszalnym sykiem, nie pozostawiając po sobie ani śladu.
Dopiero wtedy Neville'a dopadły wątpliwości. Zbladł i zacisnął usta w wąską kreskę, a nagła suchość w gardle zmusiła go do powtórnego przełknięcia śliny.
Decyzji jednak nie dało się już cofnąć. Z pergaminu nie został nawet proch, który mógłby zebrać. Przetrwał kolejne trzy dni nękany strachem i niespodziewanymi przypływami paniki, z których nikomu się nie zwierzył. Hermiona dalej nie chciała z nim rozmawiać, a nie czuł, by jego zmartwienia obchodziły kolegów z roku.
Dumbledore zdecydował, że nazwiska reprezentantów zostaną wyjawione przez czarę po uczcie:
- Żeby nie zepsuć nikomu apetytu - wyjaśnił stary czarodziej z uśmiechem.
W większości nieznani uczniom czarodzieje i czarownice zasiadali tego wieczoru przy nauczycielskim stole. Neville, zerkając na nich spod przydługiej grzywki, szybko doszedł do wniosku, że musieli być ważni dla polityki. Voldemort nie tylko był obecny, ale też zabawiał ich rozmową.
Hermiona, blada i zaciskająca dłonie na brzegu blatu aż pobielały jej kostki, ani razu na niego nie spojrzała, od kiedy weszła do sali. Z włosami potarganymi bardziej niż zwykle, sinymi kręgami pod oczami i grubą księgą wsuniętą pod talerz, na którym rozgrzebywała znikomą ilość dorsza, wydawała się zamknięta we własnym świecie. Nawet Lavender nie próbowała uzyskać od niej odpowiedzi, nachylając się przez stół do Ginny, by coś jej szepnąć.
Do czasu, gdy dorośli uznali, że wszyscy się najedli, Neville zdążył się uspokoić. Przekonany, że jego nazwisko nie miało szansy wypaść z czary, mógł bez ekscytacji oczekiwać na wywołanie reprezentantów.
Niewysoka czarownica w eleganckiej, lawendowej szacie wstała od stołu nauczycielskiego jako pierwsza i jedyna, natychmiast zwracając na siebie uwagę. Spod jej tiary wystawały loki, zbyt kształtne, by powstały inaczej niż z użyciem zaklęcia, a jej uśmiechowi brakowało szczerości, jak często bywało u ludzi, którzy musieli notorycznie okazywać radość, nawet gdy niekoniecznie ją czuli.
- Witam uczniów Hogwartu, Beauxbatons i Durmstrangu, a także nauczycieli i dyrektorów tych trzech wybitnych szkół. Swoje ukłony kieruję w szczególności w stronę profesora Dumbledore'a, obecnego dyrektora Hogwartu, oraz ministra Voldemorta, przywódcy Czarodziejskiej Brytanii w podziękowaniu za ugoszczenie nas wszystkich na czas Turnieju! - Kiwnęła im głową, a Neville nie mógł nie zauważyć jak sztywna przy tym była. - Goszczenie tutaj to prawdziwa przyjemność. Dziękuję również za przyznanie mi zaszczytu poprowadzenia dzisiejszej ceremonii. Otwierający wyścig ma szczególne znaczenie dla kultury i tradycji Magicznej Francji, a ja, jak być może wiecie jestem francuską minister magii - wyjaśniała, starając się objąć wzrokiem całą salę.
Gdy kobieta zaczęła omiatać spojrzeniem część sali, w której znajdował się stół Gryffindoru, Neville wbił oczy w swój talerz i długo nie podnosił głowy.
- Wyjaśnieniami powinna się zająć osoba najlepiej obeznana w temacie. - wtrącił Voldemort ze swojego miejsca.
- Dziękuję, ministrze Voldemort. - Ponownie skinęła mężczyźnie głową, po czym zwróciła się do całej Wielkiej Sali: - Zacznijmy od wylosowania reprezentantów. Razem - gestem dłoni wskazała, że miała na myśli zasiadających przy nauczycielskim stole - uznaliśmy, że będzie najlepiej, jeśli te osoby będą od początku świadome, że wyjaśnień powinny słuchać ze szczególną uwagą. Nie chcemy, by czempioni jakimś przykrym zrządzeniem losu nie pojęli swoich zadań, prawda? - zapytała słodko. Kilku nauczycieli prychnęło na to, a McGonagall spojrzała na swoich podopiecznych szczególnie surowo. Najgorsi rozrabiacy spośród Gryfonów wyprostowali się i przybrali najbardziej najniewinniejsze miny, na jakie było ich stać.
- Jeszcze nic nie zrobiłem - syknął Pedro do swoich kolegów, gdy kobieta odwróciła się, na powrót skupiając uwagę na francuskiej minister. Piątoroczny stracił co najmniej pięćdziesiąt punktów w ciągu ostatnich miesięcy i jego twarz stała się przez to powszechnie znana w ich wieży.
Francuska minister podeszła do czary ognia i zatrzymała się tuż za nią.
- Reprezentantem Beauxbatons zostaje... - Powoli wyciągnęła dłoń nad kamienną misę, a w odpowiedzi płomień wspiął się wyżej, aż do jej palców, po czym na chwilę zabłysł czerwienią. W powietrze wyleciał świstek pergaminu. Czarownica sprawnie go złapała i z szerokim uśmiechem na karminowych wargach odczytała: - Claude Sarrazin!
Od stołu Ravenclawu wstał wysoki, jasnowłosy młodzieniec. Rozejrzał się po Wielkiej Sali z nieczytelną miną, po czym przywołał na twarz czarujący uśmiech i nie spuszczając wzroku z obserwujących go ludzi, powoli się ukłonił.
- Proszę zostać na razie przy stole, panie Sarrazin - powiedziała minister. Następnie powtórzyła teatrzyk z wyciąganiem dłoni po świstek. - Reprezentantem Durmstrangu zostaje Isobelle Olsson!
Wszyscy skierowali wzrok na czarownicę, która z trudem wstała i dopiero wtedy odstawiła puchar na blat. Jego zawartość prawie się wylała. Twarz dziewczyny szybko przybrała odcień ciemnej czerwieni, widoczny nawet przy blasku świec. Dygnęła niezgrabnie i pospiesznie opadła w dół, a jej krzesło zazgrzytało przy tym głośno. Neville obserwował jeszcze, jak schowała twarz w zgięciu ramienia siedzącej obok koleżanki. Większość uczniów szybko jednak straciła zainteresowanie dziewczyną, czekając na ostatnie losowanie.
- Reprezentantem Hogwartu zostaje - przeważająca część obecnych zamarła, bez mrugnięcia wpatrując się w płomień wiecznego ognia - Neville Longbottom! - zawołała minister.
Neville poczuł się ogłuszony. Z szumem w uszach niedopuszczającym do niego żadnych dźwięków i oczami panicznie szukającym choć jednej przyjaznej twarzy zaczął się unosić. Zdołał szybko dostrzec, że Dumbledore się do niego uśmiechał - czy to była duma? – wstał więc, nie odrywając wzroku od twarzy starszego czarodzieja.
Proces prostowania się, kłaniania i siadania trwał o wiele dłużej, niż by tego chciał, gdy skupiała się na nim uwaga tylu osób. Paliła go twarz i uszy. Nawet nie marzył o utrzymaniu równego oddechu ani ukryciu paniki. Nie myślał o tym, chcąc się jedynie zapaść pod ziemię i już nigdy nie wypełzać na powierzchnię.
To nie moje nazwisko miało wypaść, myślał tępo.
Gdy tylko usiadł, od razu się kuląc, by stać się jak najmniej widocznym, minister kontynuowała:
- Teraz gdy wszyscy wiedzą, kto weźmie udział w wyścigu, zapoznam was z ogólnym zarysem wydarzenia. Nie przejmujcie się, jeśli nie zdołacie zapamiętać wszystkiego naraz. Nauczyciele z pewnością powtórzą wam najważniejsze informacje bez problemu, a i gazety nie opuszczą ani jednego słowa! - Samonotujące pióra nad notatnikami kilku dziennikarzy kryjących się po kątach Wielkiej Sali nie opadły nawet na moment, od kiedy rozpoczęła się ceremonia.
Wyraz uroczystej powagi zagościł na jej twarzy, zanim przeszła do sedna:
- Ponieważ wyścigi na pegazach są tradycją zakorzenioną w kulturze Magicznej Francji i jedną z niewielu czarodziejskich dyscyplin, które wymagają od uczestników tak różnorodnych umiejętności, a jednocześnie oferują możliwość bezpośredniej rywalizacji, zostały uznane za odpowiednią formę otwarcia Turnieju Trójmagicznego. Zwyczajowo są przeznaczone dla dorosłych czarodziejów, dlatego, choć wielu naszych uczniów miało już przyjemność dosiadać abraksanów, nie będą oni mieli znaczącej przewagi w zawodach. Żeby jednak wyrównać szanse, nauczyciele z Beauxbatons oraz specjaliści wybrani przez nasze ministerstwa udzielą reprezentantom wszelkiej potrzebnej pomocy w opanowaniu umiejętności jeździeckich. Nie musicie się więc martwić, jeśli to będzie wasz pierwszy raz na grzbiecie! - Uśmiechnęła się przy tym zapewnieniu, pokazując szereg białych zębów. - Wyścig odbędzie się za dwa tygodnie w sobotni poranek. Do tego dnia macie czas, by przygotować się najlepiej, jak możecie, wedle waszego uznania. Oczywiście, ze swojej strony mogę wam tylko doradzić, byście wzięli sobie do serca rady waszych nauczycieli i bardziej doświadczonych kolegów. Podczas wyścigu będą obowiązywać te same zasady, co podczas turniejowych zadań. To oznacza, że wszystko z wyjątkiem zaklęć przeznaczonych do bezpośredniego odebrania życia, jak na przykład klątwa uśmiercająca, jest dozwolone. Waszym celem będzie dotarcie do mety, dlatego konfrontacja z pozostałymi uczestnikami nie doda ani nie odejmie waszemu występowi.
Neville wpatrywał się w nią z przerażeniem. Nie mógł pojąć, co kobieta miała na myśli przez „dozwolone wszystko z wyjątkiem klątwy uśmiercającej". Jego myśli płynęły wolniej niż podobna smole breja, której nigdy nie odszorował z dna swojego kociołka po niefortunnej lekcji eliksirów trzy lata wcześniej, a słowa jakby nie chciały trafić do jego uszu. Wszystko mogło być równie dobrze tylko brzęczeniem bachanek.
Nie zauważył przy tym oceniających spojrzeń swoich nauczycieli ani ciekawskich zerknięć uczniów, którzy dopiero odkrywali, że czarodziej jak Neville Longbottom w ogóle istnieje. Jak we śnie wyszedł z Wielkiej Sali, gdy wyjaśnienia dobiegły końca. Niezatrzymywany przez nikogo i niewyrwany ze stanu zawieszenia między szokującą rzeczywistością a koszmarem dotarł aż do dormitorium siódmorocznych, gdzie musiał się zmierzyć ze zgrają swoich kolegów.
I gratulacjami. Jak mógł przyjąć życzenia, kiedy jego szanse prezentowały się tak żałośnie i jeszcze wyglądać przy tym na wdzięcznego? Takie myśli dopadły go jednak dopiero, gdy usiłował zasnąć za zasuniętymi kotarami, wcześniej zbyt zszokowany, by przyjąć odpowiednią minę podczas wymieniania kolejnych uścisków dłoni.
Jego koledzy potraktowali go ze zrozumieniem i nie protestowali zbytnio, gdy zamiast świętować, wczołgał się pod kołdrę i nie wyszedł aż do rana.
