Betowała Lady Lecter. Bardzo dziękuję!

12

- Zawołajcie mi Neville'a Longbottoma - rozkazała profesor McGonagall, wchodząc do pokoju wspólnego Gryffindoru. Niewielu uczniów znajdowało się tam o tak wczesnej porze.

Kilkoro z nich odwróciło się w jej stronę. Dean, który co chwilę pocierał zaspane oczy i przeczesywał włosy, pochylając się nad esejem, chętnie porzucił to zajęcie i podniósł się ze swojego miejsca.

- Zaraz tu będzie - zapewnił i pobiegł na górę.

Kobieta została przy drzwiach, tupiąc niecierpliwie nogą i obrzucając swoich podopiecznych surowym spojrzeniem. Zmarszczyła brwi z niezadowoleniem, widząc, że większość z nich bezużytecznie zalegała w fotelach, próbując utrzymać przytomność i uniesione powieki. Przed wieloma z nich zalegały stosy książek, najpewniej przygotowanych do odrabiania zadań domowych zebranych z całego tygodnia.

W końcu jednak na dole pojawił się młodzieniec, po którego posłała. Uratował tym samym Gryfonów, zanim McGonagall zdecydowała się powiedzieć im, co myślała o takim podejściu do swoich obowiązków.

- Longbottom, wracaj na górę i się ubierz - warknęła, widząc, że jedynie zarzucił bluzę na piżamę. Nierówno naciągnięte skarpetki były doskonale widoczne przy nieco przykrótkich nogawkach.

Neville zamrugał nieprzytomnie i spojrzał w dół, jakby potrzebował sprawdzić, co miał na sobie. Dopiero wtedy na jego twarzy pojawiło się zrozumienie. Pospiesznie wycofał się na schody.

- Weź płaszcz i grube rękawice - zawołała jeszcze McGonagall. Neville'a jednak nie było już widać, więc spojrzała wyczekująco na Dean'a. Gryfon kiwnął głową i również zniknął na górze, żeby dopilnować kolegi. Głowy Gryffindoru lepiej było nie złościć.

Gdy w końcu Neville znalazł się przed nią tym razem odpowiednio przygotowany do wyjścia, rozkazała:

- Chodź za mną.

Młodzieniec posłusznie, choć nieco niemrawo, podreptał za nią na zewnątrz wieży aż na dziedziniec. Jakoś zdołał przyklepać sterczącą na wszystkie strony grzywkę. Posyłał więc nauczycielce pytające spojrzenia spod opadających mu na oczy włosów.

Idąc z przodu, nie mogła uchwycić żadnego z nich. Ulitowała się nad nim dopiero, gdy zaczęli wchodzić między drzewa.

- Do śniadania będziesz uczył się ujeżdżać pegazy. Podejrzewam, że francuskie ministerstwo dostarczyło już abraksany przystosowane do szkolenia. Mam nadzieję, że bez jedzenia nie wypadniesz z siodła. - Brzmiała przy tym łudząco podobnie do Augusty Longbottom, gdy ta mówiła „Nawet nie próbuj przynieść mi wstydu!".

- Dam radę - zapewnił prędko Neville. Spuścił wzrok i tylko to uchroniło go od potknięcia się o wystający korzeń.

- Świetnie - oznajmiła McGonagall. - Gratuluję, panie Longbottom. Czara zawsze wybiera uczniów o wyjątkowej odwadze. Jestem z pana dumna. - Posłała mu wąski uśmiech z ledwo uniesionymi kącikami warg.

- Dziękuję, pani profesor - wymamrotał Neville, mnąc rąbek płaszcza.

McGonagall już go nie słuchała. Sprawnie wyminęła stojącą im na drodze sosnę. Neville, przez wzrok nieustannie wbity w ziemię, niemalże wpadł na drzewo. Musiał uskoczyć, by wyminąć je z drugiej strony.

- Proszę przyłożyć się do praktyk, panie Longbottom. Francuzi zaoferowali instruktaż, jednak z pewnością nie będzie im zależało na tym, żeby rzeczywiście posiadł pan zdolności jazdy. Efekty zależą tylko od pana i liczę, że zrobi pan, co w pańskiej mocy, by Turniej został otwarty zwycięstwem Hogwartu.

Znaleźli się na podłużnej polanie i McGonagall przystanęła. Po drugiej stronie znajdowało się kilka pegazów, a obok nich grupa ludzi.

- Dobrze, a więc jesteśmy na miejscu. Zostawię pana tutaj - oświadczyła autorytatywnie McGonagall. - Proszę się przyłożyć - powtórzyła z naciskiem. - Wierzę, że da pan sobie radę. Proszę też pamiętać, że w razie potrzeby może mnie pan znaleźć w moim gabinecie. - Z daleka kiwnęła głową instruktorom, posłała Neville'owi kolejny ledwo dostrzegalny uśmiech, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła z powrotem do zamku.

Neville spojrzał niepewnie na nieznajomych tłoczących się po drugiej stronie polany. Gajowy Hogwartu, którego widywał bardzo rzadko, wyraźnie się wyróżniał, wyrastając o więcej niż jedną głowę ponad zbiorowisko. Znał go jedynie z widzenia, jednak obecność kogoś kogo potrafił rozpoznać, dodała mu trochę otuchy. Po chwili zmusił się, by ruszyć w tę stronę.

- Longbottom, hę? - zwrócił się do niego niski mężczyzna, gdy Neville znalazł się w odległości kilku kroków od grupy. W rękach trzymał notatnik i pióro.

- Tak.

- Znakomicie! - ucieszył się, kreśląc coś na papierze. - Zatem wszyscy są. Nazywam się Bernardo Acconcio i będę nadzorować wasze szkolenie. Macie dwa tygodnie, tak? Czeka was dużo ciężkiej pracy i jeszcze więcej stłuczeń. Lepiej od razu się zaopatrzcie w odpowiednie maści albo przejdziecie szkolenie bez ulgi od obolałych tyłków.

Reprezentant Beauxbatons patrzył na niego ze zgorszeniem, a przedstawicielka Durmstrangu wydawała się bardziej zainteresowana czubkami własnych butów, którymi grzebała w podłożu, odrywając mech od ziemi. Tymczasem Acconcio kontynuował:

- Każdy z was dostanie własnego instruktora. Zaraz się ze sobą zapoznacie. A to - wskazał w stronę zwierząt - są prawdziwe, czystokrwiste abraksany, jakie zwykle spotkacie tylko we Francji. Użyczą wam swoich grzbietów i jeśli będzie słuchać naszych wskazówek, zabiorą was tam, gdzie chcecie.

Wierzchowce były znacznie większe niż zwykłe, niemagiczne konie, a ich boki przysłaniały skrzydła pokryte błękitnymi piórami. Co jakiś czas rozprostowywały je, z dumą pokazując ich imponującą wielkość. Umaszczenie zwierząt stanowiło gamę ciepłych brązów o różnym nasyceniu.

- Jak często mamy tu przychodzić? - zapytał Clude.

- Codziennie - odparł natychmiast ich nadzorca. - Rano i po południu - sprecyzował, gdy mina czarodzieja się nie zmieniła.

Choć Claude nic nie odpowiedział, stojąc i nie ukazując żadnych emocji na twarzy, Neville podejrzewał, że miał na końcu języka oskarżenie o marnowanie ich czasu. Jako uczeń Beauxbatons z pewnością umiał jeździć dobrze, a może nawet znakomicie, jeśli jego pewna siebie postawa mogła coś sugerować.

- Pytaniami będziecie zadręczać swoich instruktorów - oświadczył jeszcze Acconcio i zatrzasnął notatnik, pióro zostawiając między kartkami. – Życzę owocnego treningu.

Po tych słowach wycofał się na skraj polany, gdzie wyczarował długą, porządną ławę, która mogłaby pomieścić kilka osób. Gdy po chwili przysiadł się do niego Hagrid, wyjaśniło się, po co wybrał aż tak dużą.

Instruktorzy sprawnie podeszli do trójki reprezentantów. Musieli wcześniej ustalić, którymi z nich się zajmą.

- Viorica Vasile. - Wysoka czarownica o przeszywającym spojrzeniu podała rękę Neville'owi. Miała mocny uścisk , rękawice aż zaskrzypiały, gdy zacisnęła palce na jego dłoni.

- Neville Longbottom - przedstawił się, starając się wyglądać na pewnego siebie.

- Wiem - odpowiedziała krótko. - Pokażę ci, na którym abraksanie będziesz latał. - Nie czekając na jego odpowiedź ruszyła w stronę zwierząt. Zatrzymała się przy ogierze o jabłkowitym umaszczeniu i położyła mu dłoń na szyi. - Trognon jest równie dobry na ziemi, co w powietrzu. Wymaga zdecydowania i siły. Bez tego będzie robić co zechce. - Koń wtulił głowę w jej rękę, gdy mówiła.

- To na nim wezmę udział w wyścigu?

Kobieta wzruszyła ramionami.

- Zapytaj o to dyrektora swojej szkoły. Jeśli zechce, żebyś pojechał na innym koniu, będzie musiał ci go dostarczyć.

- A, rozumiem - mruknął Neville.

- W takim razie pora się wziąć do pracy. Zaczniemy od czegoś prostego. - Wyciągnęła różdżkę zza pasa ze świśnięciem. Następnie krótko machnęła nią w stronę worków zalegających przy najbliższych krzakach, a kilka z nich poszybowało w ich kierunku. - Łap - rozkazała na kilka sekund zanim uderzyły w Neville'a z impetem, którego nigdy nie doświadczył, samemu używając tego samego zaklęcia. Ledwie zdążył zacisnąć ramiona wokół worków i przy okazji samemu utrzymać się na nogach. - Najpierw przygotowanie do jazdy. Osiodłasz go i założysz mu ogłowie.

Kobieta zaczęła krok po kroku instruować Neville'a jak dokładnie powinien się tym zająć. Trognon prychnął na niego więcej niż raz i młodzieniec miał wrażenie, że abraksan z jakiegoś powodu nim pogardzał.

- To teraz, wskakuj na górę - rozkazała instruktorka, gdy wszystkie paski znalazły się na swoim miejscu, a ona dopięła lonżę. - Poprowadzę cię żebyś się przyzwyczaił, a ty masz nie spaść. Skup się na znalezieniu balansu na jego grzbiecie i nie próbuj za nic ciągnąć. Jasne?

- Gdzie mam chwycić?

Viorica chwyciła i uniosła w górę wodze. Następnie zebrała je w jedną dłoń i wręczyła Neville'owi.

- Trzymasz tutaj. Lewa noga w strzemię, prawą przekładasz nad jego grzbietem. Zrób to płynnie i spokojnie.

Neville spojrzał z determinacją na zwierzę przed nim. Biorąc pod uwagę jego imponujące rozmiary, czekało go trudne zadanie. Przybliżył się jednak na tyle, na ile mógł i zgodnie z instrukcją, wsunął stopę w strzemię. Nie było to zbyt stabilne ani wygodne. Zacisnął jednak mocniej dłonie na wodzach i dźwignął się w górę. Udało mu się zachować równowagę i już przekładał nogę, gdy Trognon prychnął i poruszył się. Neville zachwiał się i odchylił się mimowolnie do tyłu, kopiąc konia w zad.

Odpowiedziało mu rozeźlone rżenie i abraksan wierzgnął, strącając go na ziemię. Poczuł jak panika zaciska się wokół jego piersi niczym zimna obręcz, gdy mignęło mu przed oczami niebo prześwitujące przez korony drzew. Gwałtownie uniósł ramiona, chcąc osłonić głowę. W następnej chwili jego bark, a następnie łopatki spotkały się z ziemią. Impet pozbawił go tchu. Otumaniony bólem zacisnął ciasno powieki i zagryzł szczęki.

Kolejny błysk przerażenia nadszedł, gdy nie mógł odetchnąć. Dopiero w następnej chwili zachłysnął się głośno powietrzem i otworzył szeroko oczy. Viorica przypatrywała się temu obojętnie, będąc świadkiem jego pierwszej porażki w jeździectwie. Zalała go fala wstydu.

Kobieta zajęła się wyplątywaniem jego stopy ze strzemienia, która do tej pory pozostała tam uwięziona, a Neville usiłował się zebrać i wstać. Instruktorka wyprostowała się i odwróciła do abraksana. Głaskała go po szyi, dając Gryfonowi tyle czasu, ile potrzebował.

Młodzieniec był jej niemal wdzięczny za to, że nie czekała, obserwując go.

- Musisz bardziej uważać - powiedziała tylko, gdy zdołał się unieść i wyprostować, po czym po raz kolejny wręczyła mu wodze.

Tym razem podszedł do całego procesu dużo ostrożniej, wypatrując ruchu, przez który znów mógłby ponieść porażkę. Znalazł się jednak w siodle.

- Dobrze - pochwaliła, po czym wzięła do ręki lonżę i nie mówiąc już nic, zaczęła prowadzić konia.

Neville zacisnął ciasno dłonie na wodzach i ledwo powstrzymał się od zamknięcia oczu. Kilka metrów dalej Claude pogalopował w las. Isobelle dalej dyskutowała ze swoim instruktorem, który najwyraźniej był dużo gadatliwszy od Viorici. To było jednak wszystko, co zdążył wypatrzeć, zanim sytuacja zmusiła go do skupienia się jedynie na koniu.

Godzinę później Viorica wreszcie zdecydowała się zakończyć trening. Neville nie marzył o niczym innym niż gorący prysznic i sen, a myśl o kolejnej lekcji jazdy jeszcze tego samego dnia sprawiała, że się wzdrygał.

Natychmiast skierował się w stronę zamku. Gdy wyszedł już spomiędzy drzew, zobaczył, że kilkanaście kroków przed nim szła Isobelle. Zaczął się zastanawiać, czy instruktorzy dostali polecenie, by wypuszczać ich o konkretnej porze i Claude też już zsiadł z konia.

Dziewczyna zatrzymała się, szukając czegoś w wewnętrznych kieszeniach płaszcza. Chcąc nie chcąc, Neville zrównał się z nią. Trafił akurat na moment, gdy zatrzasnęła metalowe pudełko i pociągała łyk z piersiówki.

Musiała dostrzec go kątem oka. Opuściła naczynie i mruknęła:

- Hej. Isobelle - przedstawiła się oszczędnie. - A ty Neville, tak?

Kiwnął głową i rozchylił usta, by coś dodać. Nie wiedział jednak, co takiego mógłby powiedzieć nieznajomej dziewczynie.

- Oczarowana - zapewniła przeciągle dziewczyna. Z bliska ciemne kręgi pod oczami i powieki opuszczone jakby w znużeniu od razu zwracały uwagę. - Też wyciągnęli cię z łóżka bez zapowiedzi?

- Tak.

- Chociaż tyle. Nie wyglądasz jakbyś świętował, że zostałeś wybrany - skomentowała. Powoli podążali w stronę zamku, o wiele wolniej niż Neville szedłby bez towarzystwa.

- Cieszę się z tego - zapewnił Gryfon.

- My się cieszyliśmy ze skrzynką prawdziwej, czarodziejskiej wódki, jaką robią tylko w Rosji. Taką radość widać po człowieku następnego dnia, a na tobie nie ma po niej ani śladu - ciągnęła z wyraźnym akcentem. Tym trudniej było ją zrozumieć, że wszystkie słowa wypowiadała bardzo niedbale.

Neville zaczynał rozumieć, czemu wyglądała na pół żywą.

- Często tak imprezujecie? - zapytał.

- Gdy tylko nadarzy się okazja - oświadczyła. Uśmiechała się, widocznie zadowolona na samą myśl o takiej rozrywce.

Dotarli do wrót zamku, a Neville odetchnął z ulgą - wreszcie mógł się odłączyć i zakończyć wymuszoną rozmowę.

Jego poranne zniknięcie wywołało więcej zainteresowania u Gryfonów niż by chciał. Chcąc jak najszybciej pozbyć się ich uwagi, odpowiedział wszystkim ciekawskim, że trenował. Na jego nieszczęście, doprowadziło to tylko do zwielokrotnienia ilości pytań i chętnych do wysłuchania jego relacji.

Nikt nie próbował zatrzymywać go, gdy wychodził na treningi do Zakazanego Lasu. Gryfoni byli gotowi okazywać swoje wsparcie w każdy możliwy sposób i na szczęście tym razem zdołali to osiągnąć, nie przeszkadzając mu. Wynikom nauki brakowała jednak sporo do ideału.

Neville miał trudności choćby ze złapaniem równowagi na grzbiecie abraksana, który zdawał się specjalnie wierzgać mocniej, jakby chcąc mu utrudnić zadanie. Viorica ze stoickim spokojem prowadziła go przez kolejne kroki na drodze do opanowania jeździectwa. Nie łudził się jednak, że zależało jej na sukcesie.

Większość uczniów spędzała czas po obiedzie, wylegując się w pokoju wspólnym, o ile szczególnie pilny projekt nie zmuszał ich do koczowania w bibliotece. Neville ubrał się ciepło. Poklepał kieszenie płaszcza, upewniając się jeszcze raz, że zabrał wszystko, czego potrzebował, zanim wyszedł z dormitorium.

Stajnie nie znajdowały się daleko od miejsca, w którym spotykali się co rano z instruktorami.

Budynek nie robił specjalnego wrażenia. Przyjrzał się wrotom, które poskładane z posiwiałych ze starości desek nie wyglądały na ani współczesne, ani solidne. Rygiel był niezałożony, a kłódka rozpięta. Nie musiał nawet wyciągać różdżki, by je otworzyć. Pchnął mocno najbliższe skrzydło, które łatwo ustąpiło.

Wnętrze było przestronniejsze niż sugerował wygląd budynku z zewnątrz. Ściany kiedyś pokryte białą farbą szpeciły liczne przebarwienia, a betonową podłogę przyprószyły źdźbła słomy i siana, które zostały wyniesione na kopytach i butach z boksów albo niesprzątnięte od czasu wnoszenia do nich paszy.

Neville już prawie przyzwyczaił się do zapachu abraksanów, choć jeszcze nie na tyle, by nie zwrócić na niego uwagi. Pozwolił drzwiom się zamknąć i ruszył do przodu, zaglądając do boksów. Powoli przeszedł wzdłuż rzędu, wypatrując konkretnego wierzchowca. Znalazł go dopiero, gdy zaglądał do tych po drugiej stronie przejścia, zawracając już do wyjścia.

Ogier nawet nie podniósł głowy, gdy zatrzymał się przed ogrodzeniem.

- Hej, Trognon - zawołał cicho, z trudem przywołując w pamięci imię konia. Częściej określał go w myślach jako przeklęte konisko. - Mam coś dla ciebie. - I to nie wywołało żadnej reakcji. - Zdaje się, że jednak jesteś tak durny i złośliwy jak myślałem - dodał ponuro i zaczął grzebać w kieszeniach płaszcza.

Specjalnie zabrał ze sobą kilka jabłek z obiadu, by użyć ich jako łapówki i przekonać do siebie ogiera. Nie potrzebował kolejnego rywala, gdy czas go gonił. Miał nadzieję, że przynajmniej ze zwierzęciem sobie poradzi.

Odsunął deskę, która zasłaniała małe okienko w drzwiczkach i wsunął przez nie rękę do środka boksu, owoc trzymając w dłoni.

- Patrz. Czujesz coś? A może jednak wziąłem nie to? - mówił Neville. Koń prychnął i odwrócił się do niego zadem.

- Jabłka nie ruszy.

Głos, który nagle rozległ się za jego plecami, zaskoczył go tak, że Neville podskoczył, uderzając ramieniem o górną krawędź otworu i wypuszczając owoc. Przyciągnął szybko ramię do siebie i obrócił się, cofając się o krok, tak że metalowe pręty boksu znalazły się tuż za jego plecami.

Przed nim stała czarownica, której nie kojarzył nawet z widzenia. Jeśli dobrze ocenił jej akcent, musiała być z Beauxbatons. Dawno też nie widział ucznia Hogwartu, który odważyłby się pokazać w mugolskim stroju. Przy klimacie politycznym Czarodziejskiej Brytanii było to odbierane jako prowokacja, a to niosło za sobą przykre konsekwencje.

- Są strasznie dziwne pod tym względem - stwierdziła dziewczyna. - Madame Maxime daje im whiskey. Może gdybyś zamiast jabłka przyniósł nalewkę jabłkową, przyjąłby ją lepiej.

- Nie wpadłem na to - przyznał niepewnie Neville.

- Albo cukier. Jeszcze nie spotkałam konia, który nie chciałby cukru.

Czarownica wsadziła rękę do kieszeni dżinsów, która musiała zostać magicznie powiększona, ponieważ jej ręka schowała się aż do połowy przedramienia, zanim ją wyciągnęła.

- Daj mu to. - Wyciągnęła do Neville'a zaciśniętą pięść z czymś ukrytym wewnątrz. Gdy młodzieniec się ociągał, niecierpliwie chwyciła jego rękę. Wcisnęła mu przedmiot w dłoń i owinęła na nim jego palce zanim się odsunęła.

Neville dopiero wtedy zobaczył, że dostał kostkę cukru.

- Dzięki - wydusił z zaskoczeniem.

Obrócił się do boksu i jeszcze raz wsunął dłoń do środka.

- Hej - spróbował. Jedyną reakcją, jaką otrzymał było machnięcie ogonem.

- Ten jest uparty, co? I chyba nieprzekonany do ciebie. - Czarownica stanęła obok niego i nachyliła się do krat. Zacmokała kilka razy i powiedziała coś po francusku w wyjątkowo czułym tonie.

Trognon w końcu odwrócił się do nich, a gdy dziewczyna zachęcała go dalej, nawet podszedł do drzwiczek. Neville poruszył dłonią, chcąc zwrócić uwagę zwierzęcia na to, co w niej trzymał.

Gdy w końcu osiągnął swój cel i koń pochylił łeb, by zabrać smakołyk, zaczął się poważnie obawiać o swoje palce. W końcu poczuł jednak tylko krótkie muśnięcie pyska abraksana i mógł się wycofać.

- Znasz się na koniach? - zwrócił się do czarownicy obok.

- Nie aż tak. - Uśmiechnęła się do niego. - Ale jeżdżę od dziecka, więc spędziłam z nimi dużo czasu.

- O, to może... - Neville uniósł ramię w nerwowym geście drapiąc się po karku. - Może wiesz, czemu mnie tak nie lubi?

- Hmm. - Dziewczyna wydęła wargi, przyglądając mu się z zamyśleniem. - Nie - stwierdziła w końcu. - Ale jeśli chcesz, żeby cię polubił powinieneś przyjść jeszcze kilka razy. Wiesz, może w końcu go przekupisz. - Uśmiechnęła się aż uniosły się kąciki jej oczu.

- To brzmi jak plan - przyznał Neville. Wsadził ręce do kieszeni. - Spróbuję jutro. A teraz... Chyba już pójdę.

Nie zatrzymywała go. Spotkali się jednak następnego dnia i jeszcze kolejnego. Sarit Mendel, bo tak się nazywała, wydawała się lubić go coraz bardziej. Postępy w przekonywaniu do niego Trognona nie były jednak tak imponujące.

- Może naprawdę powinienem przynieść mu brandy. Ale przemycanie alkoholu... Wolałbym tego nie robić.

- To nie tak, że ktoś cię za to poważnie ukarze, nie? - odpowiedziała Sarit, pochylając się ku kratom.

- Nie, raczej nie. Ale rozumiesz, jednak nie powinienem. Gdyby ktoś mnie złapał, na pewno by to zapamiętali. McGonagall mogłaby odebrać mi punkty - rozważał.

- Głowa domu?

- Tak - potwierdził. - Chciałbym, żeby kostki cukru w końcu zadziały.

- Może powinieneś po prostu więcej jeździć - rzuciła w lekkim tonie. - Wiesz, aż antypatie twojego wierzchowca nie będą stanowić problemu. Dobry jeździec opanuje nawet niechętnego konia.

- Chodzę na wszystkie treningi. I nie jestem dobrym jeźdźcem - odparł Neville. Brzmiał na urażonego, nawet jeśli nie chciał tego okazać.

- W takim razie, powinniśmy nad tym popracować, nie? - Sarit wyprostowała się i spojrzała mu prosto w oczy. - Chodź, nie traćmy więcej czasu. W końcu ci się spieszy, prawda?

- Chodźmy? Gdzie mamy iść? - Młodzieniec uniósł brwi.

- Jeździć - powiedziała, jakby to było oczywiste. - Jeśli ćwiczenia z ludźmi z ministerstwa nie wystarczają, to znaczy, że po prostu musisz spędzić na nich więcej czasu.

Nie czekając na jego zgodę, zaczęła ściągać z haka elementy uprzęży.

- Sam nie dam rady się nauczyć. Nie mam o tym bladego pojęcia. I nawet Hermiona nie słyszała o instruktarzu jazdy dla debili w hogwarckiej bibliotece. - Gryfonka przynajmniej mu odpowiedziała, gdy poszedł do niej prosić o radę. Najczęściej kazała mu sobie poradzić samemu lub wyśmiewała jego problemy, jeśli miała zły humor lub pokłócili się niedawno.

- Pomogę ci - zapewniła natychmiast Sarit. Bez wahania otworzyła drzwi i weszła do boksu.

Nie minęło dużo czasu zanim wyprowadzili przygotowanego do jazdy abraksana ze stajni. Neville w przeciwieństwie do zadowolonej z siebie uczennicy Beauxbatons, wyglądał blado, a zdenerwowanie było wyraźnie widoczne na jego twarzy. Już od dawna było ciemno i jazda między drzewami nie wydawała mu się najbezpieczniejsza, Sarit jednak powiedziała:

- Wsiadaj - w tak optymistycznym tonie, że Neville posłuchał, podchwytując jej nastawienie.

Po swojej pierwszej nieudanej próbie wdrapania się na grzbiet nie miał już z tym problemów, zawsze zachowując szczególną ostrożność i nie pozwalając zaskoczyć się nagłym ruchom wierzchowca. I tym razem zdołał znaleźć się na górze bez problemu. Zdziwiło go za to, że Sarit usiadła tuż za nim, obejmując go w pasie i przyciskając się do jego pleców tak, że mogła wygodnie oprzeć głowę na jego ramieniu.

- To co, ruszamy? - mruknęła mu prosto do ucha. Jej oddech połaskotał go w szyję.

- Pewnie - zgodził się cicho, nie dając rady wypowiedź słowa tak głośno, jak zamierzał. Ścisnął boki abraksana łydkami i ruszyli do przodu stępem.

- Może nawet pofruniemy, co ty na to? - zaproponowała Sarit, przesuwając jedną dłoń trochę wyżej.

Neville nie mógł się nie zgodzić. Niedługo później, gdy wynurzyli się spomiędzy drzew po zaledwie kilku krokach abraksan oderwał się od ziemi.

-xxx-

Albus Dumbledore stał odwrócony w stronę okna, podczas gdy obecny szef Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów zajmował jego miejsce za biurkiem. Voldemort siedział na najwygodniejszej kanapie w całym gabinecie, którą zresztą chwilę wcześniej sam wyczarował.

- Pojawiły się głosy, że lepiej by było, gdyby każdy z czempionów pojechał na wierzchowcu występującym w państwie, gdzie znajduje się jego szkoła. Dzięki temu, rywalizacja odbywałaby się nie tylko między Beauxbatons, Durmstrangiem i Hogwartem, ale też między Magiczną Francją, Czarodziejską Brytanią i wschodnią Europą - mówił Erwin Iverson mocno pochylony nad biurkiem.

- To znaczy, że pojadę na innym koniu? - wydusił Neville, gdy zrozumiał, że mężczyzna po drugiej stronie biurka oczekiwał odpowiedzi. Ciężko mu było pokonać onieśmielenie, gdy znajdował się pośród tak potężnych czarodziejów. Proste, pozbawione ozdób krzesło, które mu wskazano wcześniej, dodatkowo podkreślało, jak nisko znajdował się w hierarchii.

- Trzymamy na terenie Hogwartu grupę testrali. Może widziałeś, jak co roku ciągną powozy, Neville? - odezwał się Dumbledore, odwracając się do ucznia. Okno było jedynym źródłem światła w gabinecie i trudno było dostrzec wyraz twarzy starego czarodzieja.

- Tak.

- To doskonale wytrenowane, inteligentne i przyjazne ludziom zwierzęta. Wierzę, że szybko się do nich przekonasz - zapewnił Dumbledore ciepło.

- Nie wszyscy będą w stanie zobaczyć, czego dosiądziesz, Longbottom. Choć może już się przekonałeś, że ci, którzy ich nie dostrzegają łatwo wykluczają ich istnienie. - wtrącił Voldemort, odzywając się po raz pierwszy od kiedy znaleźli się w pomieszczeniu. Nie wydawał się przy tym ani trochę bardziej zainteresowany rozmową niż wcześniej. Przyglądał się swoim paznokciom, a drugą dłonią już sunął w poszukiwaniu kieliszka na stoliku obok.

Neville nie odpowiedział tym razem, usiłując nie pamiętać w tej chwili, przez co widział testrale i jak bardzo nienawidził tego, który zwrócił się do niego w tak pół poufale, pół pogardliwie . Ale przecież był nikim, więc jak mógłby sprzeciwić się takiemu traktowaniu?

- Może przejdziemy się zobaczyć, jak pan Longbottom będzie się czuł z tą zmianą? Moglibyśmy też poprosić jego instruktorkę o ocenę, czy rzeczywiście są odpowiednio sprawne, by któregoś z nich wybrać - zaproponował Iverson. Odchrząknął i podniósł się ze swojego miejsca. - Dyrektorze Dumbledore, czy zamierza pan...?

Starzec kiwnął głową.

- Tak, chętnie wam potowarzyszę. Nie miałem jeszcze okazji porozmawiać z młodym Nevillem od czasu ceremonii. - Uśmiechnął się do młodzieńca. - Minister ma o wiele lepsze kontakty z francuskimi oficjelami. Na pewno bez problemu w międzyczasie zlokalizuje pannę Vasile - stwierdził, nawet nie patrząc na Voldemorta.

Neville wstał za nimi i zmusił się, by wykonać pół-ukłon w stronę ministra zanim wyszedł z gabinetu, podążając za Iversonem.

Urzędnik wyraźnie nie lubił niepotrzebnie się odzywać, a może to praca w dyplomacji przekonała go, że lepiej powiedzieć za mało niż za dużo - Neville nie wiedział. Dumbledore za to zachowywał się wyjątkowo przyjaźnie.

- Co sądzisz o przygotowaniach do wyścigu, mój chłopcze? Dobrze ci idzie?

- Wszystko jest w porządku, profesorze. Staram się jak mogę, ale chyba nie jest zbyt dobrze...

- Nie musisz się martwić. Na pewno w mig podchwycisz, o co chodzi i zabłyśniesz, kiedy trzeba. Początki często są trudne, ale nie warto na ich podstawie przesądzać o talencie lub jego braku – pocieszył go starzec. - Okazja do lotu na czymś innym niż miotła tak rzadko się przytrafia, że lepiej się tym cieszyć póki można i nie dać się niepotrzebnie zjeść nerwom. Miałem kiedyś okazję pofrunąć na hipogryfie... Wspaniałe stworzenie pozwoliło mi się dosiąść. Nigdy tego nie zapomnę. - Dumbledore gładził się po brodzie, a przyjemne wspomnienia rozciągnęły jego usta w szerszym uśmiechu. Oczami sięgał daleko w przeszłość do czasów odległej młodości i Neville nie odpowiedział, nie chcąc wyrywać go z tego stanu.

- To ma być gdzieś tutaj, tak? - Iverson zatrzymał się na skraju lasu.

Dyrektor zamrugał i natychmiast odrzekł:

- Ach, nie do końca. Pozwól, że poprowadzę. Myślę, że będzie lepiej, jeśli poprosimy Hagrida o pomoc w przywołaniu stada. Nie spotkałem jeszcze nikogo, kto miałby tak dobrą rękę do zwierząt jak on.

Zapalone wewnątrz światła sprawiały, że chatka gajowego była doskonale widoczna już z daleka. Neville podejrzewał, że gdyby niebo było trochę jaśniejsze dostrzegliby też siwy dym unoszący się z komina. Na palcach jednej ręki mógłby policzyć okazje, kiedy znalazł się w pobliżu tego miejsca, choć było całkiem dobrze widoczne z wieży Gryffindoru.

Dumbledore zastukał w drzwi. Odpowiedziało mu ujadanie psa, a ze środka zabrzmiało:

- Kieł, spokój! - Na progu pojawił się gajowy. - P'sor Dumbledore! - skłonił głowę z szacunkiem. - Może pan wejdzie? Coś trz'a pomóc?

- Dobry wieczór, Hagridzie. Razem z panem Iversonem i Neville'm potrzebujemy zobaczyć stado testrali. Miałem nadzieję, że będziesz mógł nas do nich zaprowadzić.

Hagrid łypnął na pozostałą dwójkę, zanim na powrót skoncentrował się na dyrektorze Hogwartu.

- Ta, oczywiście, że zaprowadzę. Wezmę tylko co trz'a i idziemy - zapewnił. Zniknął we wnętrzu chatki. Gdy pojawił się ponownie na zewnątrz, tym razem zamykając za sobą drzwi, przez ramię miał przerzucony płat mięsa.

Poprowadził ich w głąb lasu. Tam, na polanie położył stek na ziemi i odstąpił kilka kroków. Urzędnik ministerstwa przyglądał się całej sytuacji z niepokojem.

- Teraz czekamy - wyjaśnił Hagrid teatralnym szeptem.

Iverson, jeśli miał jakieś pytania, powstrzymał się od ich zadawania. Neville wypatrywał szarawych pysków między drzewami.

Chrupanie zgniatanych liści mogło przejść niezauważone wśród innych odgłosów lasu - szelestu poruszanych wiatrem gałęzi czy skrzeków wydawanych przez budzące się o tej porze stworzenia. Neville jednak słuchał uważnie. Niedaleko zabrzmiało coś między rzężeniem a prychnięciem, a później krzak po drugiej stronie polany poruszył się. Szare, skórzaste nogi, a później chudy pysk stały się widoczne, gdy pierwszy testral wyszedł spomiędzy drzew. Blisko za nim podążyły kolejne, wszystkie równie przeraźliwie chude, ciemne i z nagą skórą. Natychmiast podążyły do krwawego kawałka, który przyniósł im Hagrid.

Iverson wyraźnie ich nie widział. Dopiero znikające fragmenty mięsa i głośne mlaskanie sprawiły, że zmarszczył brwi i odezwał się:

- Już tu są, tak? W takim razie nie ma na co czekać. Któryś się panu szczególnie podoba, panie Longbottom? Nie widzę powodu, by nie zaczął się pan z nimi zapoznawać, gdy czekamy na pannę Vasile.

- Da pan im wpierw zjeść - burknął Hagrid.

Neville pozostał na swoim miejscu, przypatrując się zwierzętom i zastanawiając, który wydaje mu się najbardziej odpowiedni. Podejmując decyzję, podszedł do Hagrida i wskazał na rękaw płaszcza, który pokrywały teraz ciemne plamy.

- Mogę?

- Co? - Hagrid nie zrozumiał. Zmarszczył brwi i potrząsnął głową. Zanim jednak Neville zdołał wyartykułować jakieś wytłumaczenie, machnął ogromną ręką, przez co chłopak niemal odskoczył do tyłu ze strachu, i burknął: - Nieważne! Dobra!

Neville nie czekał aż zmieni zdanie. Natychmiast zacisnął dłoń na materiale, brudząc skórę krwią. Cofnął się i podszedł bliżej do grupy zwierząt.

Wyciągnął umazaną posoką rękę do przodu i czekał. Kilkoro z testrali zastrzygło uszami i rozszerzyło nozdrza, a dwa najbliższe nawet uniosły głowy w jego stronę. Jeden z nich zbliżył się do niego. Neville przyglądał mu się z fascynacją. Zwierzę wydawało się mierzyć go wzrokiem, kierując na niego składające się z samych białek, puste oczy. I musiało dostrzec coś, co je przekonało, ponieważ przeciągnęło dziwnie długim, praktycznie czarnym językiem po oferowanej mu dłoni, zlizując powoli zasychającą krew.

Neville wziął to za dobry znak i drugą dłonią pogładził testrala po łbie.

- To twój kandydat, Neville? - zapytał Dumbledore. - To interesująca metoda - pozwolić im wybrać. Bardzo sprytna, jeśli masz do czynienia z inteligentnymi stworzeniami, a testrale niewątpliwie takie są...

- Tak, myślę, że to będzie ten - potwierdził Neville. Następnie zwrócił się do Hagrida: - Jak się nazywa?

- Piękniś. Zadufany w sobie kawaler!