Betowała Lady Lecter. Bardzo dziękuję.

13

Neville wyczekiwał już końca uczty. Wyścig miał się odbyć następnego dnia i gdy on czuł się skrajnie zestresowany, pozostali uczniowie wręcz emanowali ekscytacją. Najchętniej uciekłby gdzieś daleko, gdzie ich obecność nie pogarszałaby jego zdenerwowania.

- Tylko spójrz na nią - syknęła mu do ucha Hermiona.

Zaczęła się do niego odzywać dopiero niedawno, nie wspominając ani słowem o wybuchu, który poprzedził jej długie milczenie, ani nie myśląc by przeprosić. Neville nie wypominał dziewczynie tego incydentu, nie znaczyło to jednak, że sprawa została zapomniana.

- Na kogo? - zapytał Neville.

- Reprezentantkę Durmstrangu. Ona jest pijana! To... oburzające! - oświadczyła Gryfonka, posyłając przez całą salę potępiające spojrzenia.

- Może świętują swoje nadchodzące zwycięstwo.

- Zgłoszę to nauczycielom! - powiedziała Hermiona. Wyglądała na gotową, by zrobić to właśnie w tej chwili. Została jednak na miejscu, kontynuując swoją tyradę. - Ona daje zły przykład, powinna być bardziej odpowiedzialna, skoro czara ją wybrała.

- Myślę... - zaczął Neville - że lepiej nie. Zostaw ją. Jest dorosła, może robić co chce, nie? Może przez to przegra.

Hermiona zmarszczyła na niego brwi.

- To byłoby oszustwo.

- Nie sabotujemy jej, nawet z nią nie rozmawialiśmy. Skoro się nie przejmuje, to po co to zmieniać i utrudniać mi zadanie? - mówił Neville, starając się zachować spokojny ton. Nie był do końca przekonany do tego, co mówił, takie podejście gryzło się z jego gryfońskim poczuciem sprawiedliwości i honoru. Nie przyszłoby mu do głowy, że ignorowanie poczynań Isobelle było w pewnym sensie niemoralne. Jednak, gdy Hermiona wyraziła swoją wątpliwość, coś zaczęło mu podszeptywać, że walka mogłaby być wtedy równiejsza.

- Wciąż... To wydaje mi się takie niesprawiedliwe, że ona nie tylko łamie regulamin, ale podchodzi do swojej funkcji z takim lekceważeniem. - Potrząsnęła głową. - Nie w takim duchu miało się to odbyć i nie o takich tradycjach mówił profesor Ormont przed eliminacjami.

Neville sięgnął myślami do wspomnienia nauki poprawnych postaw do pojedynków i przemowy Croucha z Ormondem. Nie pamiętał już, kto mówił co i ledwo przywoływał przekazane im wtedy informacje. Jednak odszepnął:

- Nie byłbym taki pewny, jakie zwyczaje miał na myśli. Czystokrwiści mają wiele takich, których wolałbym nie kultywować.

W oczach Hermiony błysnęło zrozumienie, po czym jej twarz wykrzywił grymas obrzydzenia. Zanim jednak powiedziała, co o tym myśli, Dumbledore życzył, by „Dobrze wypoczęli przed jutrzejszym dniem", skutecznie wypraszając uczniów z Wielkiej Sali. Wszystkie słowa i tak zagłuszyłoby szuranie krzeseł. Nie wypowiedziała ich też później.

Kominek w pokoju wspólnym Gryffindoru był jedną z najbardziej docenianych przez Neville'a rzeczy, o których umieszczenie w zamku zadbali założyciele. Siedzenie w cieple na wygodnym fotelu i obserwowanie tańca płomieni zapewniało relaks wieczorną porą zmęczonym Gryfonom. Neville wpatrywał się w palenisko, zatopiony w myślach, a Hermiona zwinęła się na pobliskiej kanapie ze starym tomiszczem na kolanach. Co jakiś czas szeptała pod nosem formułki zaklęć, definicje, czy cokolwiek innego próbowała zapamiętać i wciąż wodziła palcem wzdłuż linijek ręcznie zapisanego tekstu.

Kolejni uczniowie opuszczali pomieszczenie z upływem godzin.

- Nie powinieneś też już iść spać? - zapytała Hermiona, odrywając się w końcu od książki.

- I tak bym nie zasnął - wyjaśnił Neville. Ciążyły mu powieki i miał wrażenie, że nie dałby rady się już podnieść choćby chciał. Wiedział też, że gdyby przeniósł się do zimnego łóżka, przeleżałby całą noc z szeroko otwartymi oczami, nawiedzany przez najgorsze scenariusze zbliżającego się dnia.

- Lepiej, żebyś nie był jutro zmęczony. - Brzmiała na niemal zatroskaną.

Wstała ze swojego miejsca, przeciągnęła się, po czym chwyciła książkę i ruszyła w stronę dormitoriów.

- Kładziesz się spać? - Odwrócił się za nią z pytaniem.

- Zobaczę. Może przeczytam jeszcze parę stron.

Zniknęła na górze i temperatura jakby spadła o kilka stopni. Zdaje się, że to nie miejsce, a towarzystwo odganiało czarne myśli, stwierdził Neville. Wpatrywanie się w ogień i obserwowanie gry świateł na ścianach przestało nagle być kojące. Wyginanie się płomieni wydało mu się w pewnym momencie wręcz złowieszcze. Każdy kolejny doskonale słyszalny trzask drewna miał w sobie coś szokującego i sprawiał, że Neville drgał, aż w końcu cała senność odeszła w niebyt.

Od czasu, kiedy Hermiona poszła na górę minęło wystarczająco dużo czasu, by Neville uznał, że dziewczyna nie pojawi się już tej nocy w pokoju wspólnym. Podniósł się z fotela, nie znajdując w sobie ani śladu przyjemnego rozprężenia, które ogarnęło go wcześniej . Portret Grubej Damy nawet się nie obudził, gdy ostrożnie go uchylił, opuszczając wieżę.

Kiedy profesor Sprout uznała, że Neville ma nie tylko dobrą rękę do roślin, ale też czuje pasję do przedmiotu, wręczyła mu klucz do szklarni. Pierwszych kilka było otwartych dla wszystkich, jednak dalsze, w których mieściły się niebezpieczniejsze rośliny, pozostawały zamknięte przez większość czasu, w trosce o bezpieczeństwo uczniów. Neville podejrzewał, że chodziło nie tylko o ochronę tych, którzy nie umieliby sobie poradzić z duszącymi pędami czy pąkami kwiatów otwierającymi się tylko po to, by odgryźć nieostrożnemu ogrodnikowi rękę, ale też o uniknięcie niebezpiecznych żartów.

Wszystkie pomieszczenia i tak zwykle były opuszczone. Dlatego Neville cieszył się teraz tak samo, jak zawsze gdy odwiedzał je, by pracować nad swoimi projektami z zielarstwa. Zakończył Lumos jeszcze zanim wszedł do środka. Po ciemku, gdy jedynie słabe światło księżyca sączyło się do środka przez szklany dach, nie było widać oznak życia łatwo dostrzegalnych za dnia i wydawało się, że nawet rośliny śpią.

Noc jeszcze nie jest tak głęboka, pomyślał Neville. Wyciągnął jeden z taboretów zwykle schowanych pod ladą i usiadł plecami do drzwi. Po chwili, gdy jego wzrok przyzwyczaił się do ciemności, zauważył, że nie jest sam. Nie odzywał się, próbując dostrzec więcej niż zarys sylwetki na tle szklanych ścian, dodatkowo zniekształcony przez liczne osłaniające tę osobę liście i gałęzie.

- Nie rozpoznaję cię po ciemku - powiedziała w końcu tajemnicza osoba. Młoda kobieta, której Neville nie zidentyfikował po głosie.

- Ty też nie wydajesz się znajoma.

- Och, zaraz to naprawię - zapewniła, brzmiąc przy tym, jakby szczerze zdziwiła ją potrzeba ujawnienia jej tożsamości. Podeszła bliżej, zatrzymując się po drugiej stronie stołu. Wyciągnęła różdżkę, której koniec natychmiast rozżarzył się różowawym światłem i uniosła ją aż na wysokość swojej twarzy. - Jestem Luna.

- Neville - odpowiedział.

- Tak, już zauważyłam - odpowiedziała pogodnie. - Zawsze się chowasz za innymi Gryfonami - stwierdziła niespeszona.

Neville też ją rozpoznał. Choć nigdy z nią nie rozmawiał, widział ją wielokrotnie w towarzystwie Lestrange'a i słyszał nawet, że się przyjaźnią.

- Co tutaj robisz? - zapytał. Szczerze chciał wiedzieć, choćby po to, by uciszyć niepokój wywołany obecnością przyjaciółki wroga w jego sanktuarium.

- Przyszłam popatrzeć na gwiazdy. - Światło różdżki zgasło. Dziewczyna uniosła głowę, spoglądając na niebo przez szkło. - Dobrze je stąd widać i jest o wiele cieplej niż na wieży astronomicznej.

Neville powątpiewał.

- Patrzysz na nie przez ten zarośnięty dach?

- Widok jest tylko trochę zamglony - stwierdziła Luna i zdołała przy tym brzmieć równie pogodnie co przedtem, a nie jakby broniła swojej wymówki. Może rzeczywiście nie próbowała. - A co ciebie tu sprowadza?

- Myślałem, że pobędę tu sam.

- Przeszkodziłam ci.

Neville uświadomił sobie, jak nieuprzejmie musiał zabrzmieć.

- To nie tak - zapewnił pospiesznie. - Nie przeszkadzasz mi.

Luna mruknęła tylko „Mhm". Gryfon nie wziął tego za dobry znak.

- Towarzystwo roślin jest naprawdę kojące, dlatego tu przyszedłem - wyznał z zakłopotaniem. - Z reguły nikogo tu nie spotykam. Zaskoczyłaś mnie. - Dalej czuł, jakby musiał się tłumaczyć, jednak brakowało mu słów.

- Spójrz, nie widać dziś Andromedy - odezwała się w końcu Luna, przerywając w końcu ciszę. Przez cały czas nie oderwała wzroku od gwiazd. - Pewnie nie ma dziś najlepszego dnia.

- Nie? - wykrztusił Neville.

- Raczej nie - potwierdziła dziewczyna. - Nie obraziłeś mnie. Rozumiem, czasami też jestem zła, gdy myślę, że pobędę sama, a dzieje się inaczej. Ale szybko mi przechodzi. A tobie już przeszło?

- Tak.

- Cieszę się. - Wróciła do swojego poprzedniego miejsca między gałęziami, tuż przy szybie.

- Często tu przychodzisz?

- Nie aż tak. - odparła łagodnie. - Ale z reguły jest już wtedy ciemno. To nie twoja pora. Chyba, że się mylę?

Neville chciałby wiedzieć, jak w ogóle dało się być aż tak spokojnym. Żałował, że odeszła i znów nie miał szansy na zobaczenie więcej niż zarys sylwetki.

- Nie mylisz się. Ale często bywam tu za dnia. Robię projekty - wyjaśnił i po chwili dodał jeszcze jakby to wymagało sprecyzowania: - na zielarstwo.

- Tak, nie chodzisz na eliksiry - stwierdziła z roztargnieniem.

Neville zmarszczył brwi.

- A ty nie jesteś na moim roczniku.

- Nie.

- Lestrange ci to powiedział? - zapytał, starając się brzmieć jak najbardziej obojętnie. Nie zdołał jednak ukryć mieszanki złości i niesmaku, który odczuwał na samą myśl o Puchonie, niezawodnej jak odruch Pawłowa.

Luna przekrzywiła głowę i kosmyk włosów opadł jej na twarz.

- Wspominał kilka razy o lekcjach eliksirów. Odniosłam wrażenie, że nie szło ci najlepiej - wyjaśniła. Gdy nie otrzymała żadnej odpowiedzi przez dłuższy czas, zapytała: - Dlaczego tak nie lubisz Harry'ego?

Neville wykrzywił się na to zdrobnienie i na myśl, że tak szybko, nienaturalnie wręcz, doszła do takiego wniosku. Żadna odpowiedź nie wydawała mu się też wystarczająco dobra, by podzielić się nią z Luną i nie zabrzmieć głupio lub mściwie. W końcu postawił na najbardziej neutralne wyjaśnienie ze wszystkich:

- Nie znam go zbyt dobrze, ale wydaje mi się, że robi za plecami wiele rzeczy, których nie powinien. - Aż zgrzytnęło, gdy zacisnął szczękę, mało nie przygryzając sobie języka.

Luna mruknęła ze zrozumieniem.

- Wiesz, Harry ma serce na swoim miejscu - stwierdziła łagodnie.

Neville umilkł pogrążony w zadumie, bo nie rozumiał, jak Luna mogła stwierdzić coś takiego, będąc blisko Lestrange'a. Musiała przecież widzieć, co robił. Nawet nie zaprzeczyła jego oskarżeniu i przez to tym bardziej nie potrafił pomieścić w głowie, dlaczego zadawała się z Hadrianem i twierdziła jeszcze przy tym, że nie jest złym człowiekiem.

W końcu Luna po cichu wyszła ze szklarni. Im dłużej Neville siedział, myśląc, tym bardziej pogrążał się w przekonaniu, że Luna nie zasługiwała na znoszenie towarzystwa kogoś tak zepsutego. Z przekonaniem uznał, że ktoś równie pogodny i spokojny, nie mógł zająć miejsca u boku drania jak Lestrange, bez zamieszanych w to manipulacji. Neville nie zamierzał też odpuścić w tej sprawie, choć nie widział równie oczywistego, choćby najbardziej brutalnego i niehonorowego rozwiązania, co dla pozostałych machlojek Lestrange'a. Dziewczyna na pewno nie zapomniałaby go, choćby Neville doprowadził do jego zniknięcia.

Chcąc przespać choć kilka godzin, Neville niedługo później wrócił do wieży Gryffindoru. Gruba Dama chrapała, rozparta w swoich ramach, ledwo się mieszcząc w ograniczonej przestrzeni portretu. Neville zastukał w płótno i strażniczka uniosła powieki, krzywiąc się na niego od razu.

- Zamknięte - burknęła, ziewając. - Nie powinieneś mnie nawet budzić. I tak cię nie wpuszczę.

- Wystarczy, że otworzysz i nie będę ci już przeszkadzał - zaproponował speszony Neville. - Znam hasło. - Natychmiast je podał.

Strażniczka nie wydawała się przekonana.

- Chłopcze, jeśli nie chcesz spędzać nocy w łóżku, to powinieneś odpuścić sobie aż do końca.

Gryfon otworzył usta, chcąc powiedzieć coś, co by ją przekonało, gdy portret został otwarty od wewnątrz i w progu stanęła rozzłoszczona, rozczochrana Hermiona Granger.

- Neville - syknęła. - Wchodź natychmiast.

Posłusznie podążył za nią do pokoju wspólnego. Spod jej szaty wystawały nogawki piżamy. W kominku płonął ogień, a na stole leżało tomiszcze, które nie mogło należeć do nikogo innego. Neville podejrzewał, że dziewczyna spędziła na dole dłuższą chwilę, najpewniej czekając na niego.

- Myślałem, że poszłaś spać - stwierdził niepewnie.

Hermiona usiadła w fotelu, a Neville zajął miejsce naprzeciwko.

- Tak jak ja myślałam o tobie - odpowiedziała zgryźliwie. Oparła łokcie na kolanach, pochylając się do przodu. - A potem usłyszałam głos Grubej Damy i zobaczyłam ciebie.

- Oh - wydusił Neville.

- Oh? - zawtórowała Hermiona jadowicie. - Gdybym wiedziała, że jesteś tak nieodpowiedzialny nie zostawiłabym cię samego! Jutro ważne wydarzenie. Twój występ zaważy na reputacji naszej szkoły, a ty zamiast zrobić wszystko co możesz, by być wtedy w jak najlepszej formie, włóczysz w się w nocy po zamku jak rządny przygód małolat! - Z każdym kolejnym słowem jej głos wchodził w coraz wyższe tony. Kilka portretów pootwierało oczy.

Neville dziwił się, że nie zabrakło jej oddechu w połowie zdania.

- Właśnie miałem iść się położyć - odpowiedział cicho. - Możesz sama zobaczyć, że wejdę na górę i nie wyjdę z łóżka aż do rana. - To było ryzykowne zagranie. I gdy zaczął już wstawać, zrozumiał, że przecenił swoje szanse.

- Nie myśl, że pozwolę ci uciec zanim się wytłumaczysz, Neville!

-xxx-

Profesor McGonagall poprosiła Neville'a o pójście z nią zaraz po śniadaniu. Zamiast do jej gabinetu, stajni albo nawet miejsca startu, jak w pierwszej chwili pomyślał, wspięli się na na drugie piętro do skrzydła szpitalnego. Wewnątrz znajdowała się pozostała dwójka czempionów ze swoimi opiekunami, madame Pomfrey oraz nieznany mu magomedyk.

- Widzę, że już możemy zaczynać - stwierdził mężczyzna. - Zapraszam pierwszą osobę.

- Idź, Neville - natychmiast zarządziła McGonagall, popychając go lekko do przodu.

Zajął miejsce na brzegu łóżka wskazane przez magomedyka. Chwilę później w ręce już trzymał fiolkę.

- Wlej całość do ust i nie przełykaj - poinstruował czarodziej, nie odwracając się od stolika, na którym przygotowywał kolejne specyfiki.

Substancja okropnie paliła w ustach.

Na boku McGonagall i Pomfrey rozmawiały ściszonymi głosami. Nawet jeśli po drugiej stronie sali nie było ich słychać, do Neville'a docierało każde słowo.

- Kto zażądał testów? - spytała McGonagall.

- Nasz minister. Dopiero dzisiaj rano wszyscy się dowiedzieliśmy. Wyobraź sobie, od rana wpadają tu obcy ludzie, zaglądają mi do butelek i wnoszą własny sprzęt - oburzała się po cichu pielęgniarka. - Dopiero dyrektor Dumbledore zrobił z tym porządek.

- Co to w ogóle za testy? Mam nadzieję, że to nie kolejna epidemia. Jeszcze pamiętam zamieszanie związane ze smoczą ospą!

Pomfrey zacmokała.

- Nie. - Z grymasem nachyliła się do McGonagall i wyjaśniła: - Sprawdzają ich pod kątem trucizn.

- Ale po co? - McGonagall uniosła brwi ze zdziwieniem. - Jestem absolutnie pewna, że w tak bezpiecznej szkole jak Hogwart i to pod nosem tylu potężnych czarodziejów nikt by się nawet nie odważył spróbować!

- Madame Maxime zrobiła awanturę naszemu ministrowi tuż pod moimi drzwiami - zaczęła opowiadać kobieta, łypiąc podejrzliwie na nauczycielkę z Beauxbatons, która stała po drugiej stronie sali nieruchoma niczym statua. - Oskarżała go... Nie, to było po prostu bezczelne. Powiedziała „Robisz to tylko po to, by uniknąć podejrzeń, jeśli nasz chłopiec zostanie otruty". Okropna kobieta.

McGonagall przybrała ponurą, podejrzliwą minę.

- Poppy, gdyby coś się stało - zaczęła i westchnęła, przerywając. - Dokładnie w ten sposób uniknąłby oskarżenia.

- Które spadłoby na nas wszystkich, Minerwo! Nie tylko na niego, jednak wielu z nas podejrzewałoby jego udział w tym zamieszaniu. Ale nie! Ostatnio wywieźli kolejnych pacjentów do Świętego Munga. Wszyscy w śpiączce, na skraju śmierci. I wyobraź sobie, że niemal każdy to szanowany urzędnik ministerstwa, który palcem by nie kiwnął, by sprzeciwić się reżimowi.

- Poppy, nikt nie wie, co zrobili - wyszeptała gorączkowo McGonagall. - Może nic, może to zwykła choroba. Ale wciąż, wiedząc jakim człowiekiem jest minister i co zrobił, wierzę, że ufanie jego motywom jest niemądre.

Pomfrey potrząsnęła głową.

- Ja się cieszę, że być może unikniemy wypadku i żaden z czempionów nie spadnie z konia otruty.

Uzdrowiciel zwrócił się do Neville'a, podsuwając mu półmisek z mlecznobiałego kryształu, z kolejnym poleceniem:

- Wypluj do tego. - Nie minęło dużo czasu zanim ocenił: - Dobrze, chłopcze. Jesteś czysty jak łza.

Profesor McGonagall znalazła się tuż przy nich.

- Znakomicie - stwierdziła. - To znaczy, że możemy już iść?

- Oczywiście. Rozumiem, że pani Pomfrey zostanie tu w roli świadka z Hogwartu?

Pielęgniarka potwierdziła kiwnięciem głowy. Neville wstał z łóżka, ustępując miejsca Isobelle i podchodząc do drzwi. Czekał tam, aż McGonagall skończyła wymieniać uwagi z Pomfrey. Zanim wyszli, miał jeszcze okazję usłyszeć:

- A ty, młoda damo, nie masz w sobie może nic, co ktoś musiałby w ciebie wlewać, ale te wyniki pozostawiają wiele do życzenia...

McGonagall prychnęła pod nosem. Neville zaczął się zastanawiać, czy i ona była świadoma poczynań Isobelle.

- Przynajmniej mamy to już za sobą - mruknęła McGonagall. - Nie wyobrażam sobie, jak ten Turniej ma odbyć się bez wypadków, skoro dezorganizacja panuje jeszcze przed oficjalnym otwarciem.

Może właśnie dlatego, że jeszcze się nie zaczął, podpowiedział zgryźliwy głosik w głowie Neville i chłopak z trudem powstrzymał uśmiech.

- Na szczęście mamy jeszcze trochę czasu przed startem - mówiła dalej nauczycielka. - Profesor Crouch czeka na nas na błoniach.

Jednak zamiast spotkać go tuż przed zamkiem, musieli podejść aż pod chatkę Gajowego. Półolbrzym zajmował się testralem, sprawdzając jego kopyta, ostrożnie rozprostowując skrzydła, klepiąc po głowie, a nawet zaglądając do paszczy.

- Wszystko z nim w porząsiu - oświadczył Hagrid, gdy znaleźli się na tyle blisko, by mogli usłyszeć.

- Dziękuję, Hagridzie - odpowiedziała McGonagall z wąskim uśmiechem.

Crouch wylegiwał się na wyczarowanym przez siebie, bo taki mebel na pewno nie należał do gajowego, leżaku z ręką zasłaniającą oczy. Gdyby nie gruby płaszcz i wełniany szalik owinięty wokół jego szyi, wyglądałby jak przeniesiony z plaży.

- Profesorze Crouch. - McGonagall zawsze zwracała się do popleczników Voldemorta w rażąco oficjalnym tonie.

Mężczyzna odsłonił twarz i kiwnął im głową.

- To co, zamierzasz jechać z uprzężą i w siodle, Longbottom?

- Tak, sir.

Mężczyzna machnął różdżką, a wtedy wszystkie potrzebne rzeczy poderwały się z ziemi i poleciały prosto na Neville'a. Chłopak ledwo je złapał. Nie dał się jednak wytrącić z równowagi i natychmiast zabrał się za siodłanie Pięknisia.

Z Crouchem lepiej było nie dyskutować niepotrzebnie, o ile nie było się młodą, czystokrwistą czarownicą z pewną dozą uroku osobistego. Mężczyzna pomógł mu upewnić się, że wszystko pozostanie na miejscu w trakcie wyścigu.

- Dzięki temu - machnął różdżką - nie zostaniesz przyklejony do siodła. Banalna rzecz, paskudny upadek. A to - kolejny ruch nadgarstka - sprawi, że nikt nie pomoże ci się zaplątać w uprząż.

Kiedy skończyli Crouch wyprostował się, otrzepał płaszcz z kilku ździebeł trawy, która przyczepiła się do materiału i oświadczył:

- Zrobiłem, co się dało. Z resztą życzę ci powodzenia, Longbottom. - Klepnął go w ramię i oddalił się w stronę zamku, kiwając po drodze McGonagall i Hagridowi, nie wymieniając jednak z nimi żadnych uwag.

McGonagall odprowadziła Neville'a do namiotu, gdzie wszyscy czempioni mieli się zebrać i pozwolić pokierować się organizatorom. Po drodze kobieta usiłowała podzielić się z Neville'em radami. Wolałby, żeby już milczała.

Błonia zajmowały liczne, długie ławy, porozrzucane w niechlujny sposób, prawdopodobnie miały posłużyć jako trybuny. Neville zastanawiał się, czy ktoś zamierzał je poustawiać, czy może ten zaszczyt miał przypaść gościom. Nie robiło mu to wielkiej różnicy, ale dziwił się, że przewidywany splendor wydarzenia nie był wcale widoczny.

Gdy tylko weszli do namiotu podbiegł do nich łysiejący mężczyzna.

- Witam! Jestem Ludo Bagman! - Uścisnął dłoń Neville'a. Miał lepką skórę. - To wspaniale zobaczyć wreszcie wszystkich czempionów w jednym miejscu! - oświadczył, zapraszając ich, by weszli dalej i usiedli z resztą obecnych.

- Mam nadzieję, że się nie spóźniliśmy - powiedziała McGonagall.

- Nie, oczywiście, że nie, pani profesor! - natychmiast zapewnił Bagman. - Mamy jeszcze czas. Zaraz zaczynamy, ale to tylko znaczy, że przyszła pani w idealnym momencie.

- Nie spodziewałam się, że tyle nam zejdzie na ostatnich przygotowaniach.

- Ale wszystko już dopięte na ostatni guzik, pani profesor?

Podczas gdy McGonagall była zmuszona do rozmowy z Bagmanem, Neville przyjrzał się czempionom. Karkaroff zdawał się strofować spiętą Isobelle, a czarownica towarzysząca Claude'owi była równie pasywna co wcześniej. Sam czempion z Beauxbatons siedział z przymkniętymi oczami i równie dobrze mógł spać.

Neville w międzyczasie zdołał zaczepić stopą o dywan, potykając się. Nie upadłby, ale McGonagall i tak chwyciła go za ramię i w ten w sposób doprowadziła aż do najbliższej kanapy.

- Dobrze, skoro jesteśmy już wszyscy, możemy przejść na najważniejszych rzeczy. Czy zostaliście już zapoznani z trasą?

- Nie - odparł Claude, nie otwierając oczu.

- Nie? - powtórzył Bagman ze zdziwieniem. - Jak to nie?

- Nie zostali. - McGonagall zacisnęła usta w wąską kreską. Emanowała niezadowoleniem.

- No... Dobrze. W takim razie was zapoznam. - Czarodziej usunął machnięciem różdżki wszystkie kubki i talerzyki, a następnie stuknął kilka razy w blat. Zamiast jednolitej powierzchni znalazł się przed nimi plan terenów wokół Hogwartu. - Linia startu jest tutaj. - Palcem wskazał miejsce niedaleko bramy głównej. - Następnie pojedziecie tędy; przez większość czasu będziecie mieć widzów po co najmniej jednej stronie, więc nie powinniście mieć problemu. Potem zjeżdżacie w dół, o tutaj. Przecinacie drogę do Hogsmeade, a potem podążacie wzdłuż brzegu jeziora. Na koniec wjeżdżacie do zakazanego lasu, robicie łuk i wyjeżdżacie na otwarty teren. To wszystko, tu macie linię mety. - Stuknął w punkt niedaleko drugiej bramy. Trasa nie zahaczała w żadnym miejscu o błonia, więc nie musieli pokonywać ogradzających je murów ani tym bardziej ozdobnych kolumn i pawilonów.

- Zasady, panie Bagman - przypomniała McGonagall, nie czekając na pytania.

- Racja. Jeśli macie przy sobie jakieś eliksiry, artefakty czy cokolwiek innego... Możecie je zatrzymać. Jeśli jednak chowacie w kieszeni skrzata, goblina, wróżkę, bogina czy cokolwiek, co żyje i znajduje się na liście kreatur, wypuśćcie je teraz. - Nikt się nie poruszył. - Żadnych w tym roku? Podobno ktoś próbował kiedyś przemycić trolla na zawody - zaczął opowiadać Bagman, ale przerwała mu McGonagall.

- Panie Bagman! - syknęła.

- Przepraszam, pani profesor, już wracam do tematu. Pomoc z zewnątrz jest zabroniona. Zrobiliśmy oczywiście wszystko, co mogliśmy, by powstrzymać widownię od spontanicznego rzucania czarów, by wspomóc czempionów, nie możemy mieć jednak pewności, czy nie zaangażowaliście kogoś z zewnątrz. Aurorzy będą mieć was na oku, jednak żaden z nich nie powinien wejść na trasę. Dla własnego bezpieczeństwa omińcie każdego, kto zlekceważy tę zasadę, ponieważ może mieć złe zamiary. - Odchrząknął. - Za próbę użycia klątwy uśmiercającej lub jakiejkolwiek innej powodującej natychmiastową śmierć zostaniecie odeskortowani do Azkabanu. Aportacja na torze jest możliwa, jeśli jednak spróbujecie się przenieść poza wyznaczone granice, może was spotkać przykra niespodzianka, a przede wszystkim dyskwalifikacja. - Brakowało im sposobu, by sprawdzić, co uczestnik zrobił w trakcie kilkusekundowej nieobecności, czy przypadkiem z nikim się nie zamienił. - To chyba wszystko. - Zerknął na zegarek. - W porę, zapraszam na zewnątrz. Chyba, że macie jakieś pytania?

Pokręcili zgodnie głowami.

Od linii startu dzieliła ich niewielka odległość. Wiele miejsc na ławach zostało już zajętych. Ich wierzchowce czekały niedaleko pilnowane przez Hagrida. Już z daleka mogli rozróżnić abraksana, testrala i graniana, choć dla wielu widzów stały tam tylko dwa zwierzęta.

Neville szybko ocenił, że granian wygląda najdziwaczniej z nich wszystkich. Pierwszy raz miał okazję zobaczyć jednego na własne oczy i szary, ośmionogi koń robił równie nienaturalne wrażenie, co na ilustracjach.

Rozsadzała go mieszanka strachu i ekscytacji. Z mięśniami tak rozedrganymi, że chciał biec, nie wiedział, czy wolałby popędzić gdzieś, by się ukryć, czy by wskoczyć na grzbiet czekającego wierzchowca i pogalopować naprzód.

Piękniś przywitał go przeszywającym skrzekiem, gdy tylko znalazł się w odległości kilku metrów od niego. Ludzie zaczęli się rozglądać wokół, wypatrując źródła dźwięku, a Neville się uśmiechnął do zwierzęcia z sympatią.

- Hej - mruknął, gładząc skórzasty łeb testrala i starając się zignorować dziwne spojrzenia kierowane w jego stronę. Następnie wspiął się na jego grzbiet. Zamiast oglądać zszokowane miny, na które z tej wysokości miał świetny widok, skupił się na wypatrywaniu czerwono-złotych szalików, licząc, że znajdzie wśród nich Hemionę.

Gdy jej nie zobaczył, przyjrzał się dokładnie drodze przed nim. Nic niezwykłego, wydeptana trawa bez dostrzegalnych niespodzianek. Zastanawiał się, czy organizatorzy przygotowali na trasie przeszkody, które miałyby być dodatkowym wyzwaniem zaraz po unikaniu fruwających we wszystkie strony zaklęć.

Neville upewnił się, że jego różdżka wciąż znajdowała się za pasem.

- Czy wszyscy widzowie zajęli już swoje miejsca? - zagrzmiał głos nad tłumem. - Proszę się pospieszyć, inaczej za chwilę nie będą państwo mogli już oglądać wyścigu z trybun. - Komunikaty nadawał nieznany czarodziej, najprawdopodobniej urzędnik w towarzystwie Flitwicka i kilku innych. - Proszę nie zwlekać, miejsca nie będą dłużej dostępne za... - Czarodziej zaczął głośno odliczać i gdy zbliżał się do końca, grupa uniosła różdżki. Zabrzmiało zero i ławy poderwały się kolejno do góry. Niektóre z nich chybotały się niebezpiecznie, przeważane przez ludzi stłoczonych po jednej stronie. Źdźbła wyrwanej z ziemi trawy i pył sypały się z nóg mebli, sprawiając, że wokół zrobiło się jakby ciemniej. Neville poczuł ziarno piachu pod powiekami.

Dłuższą chwilę czarodzieje krążyli wokół, upewniając się, że żadne zaklęcie działa poprawnie, że żadna z ław nie wierzga ani nie próbuje kręcić się w kółko. Następnie inna grupa, do której i tym razem dołączył Flitwick, zaczęła rzucać kolejne czary. Prawdopodobnie zabezpieczenia, które miały pomóc uniknąć wtrącania się przypadkowych ludzi w rywalizację.

- Proszę uczestników o ustawienie się na linii! - zawołał Bagman. - Czy sędziowie są gotowi do rozpoczęcia wyścigu?

- Nie martw się o nas, Ludo! - odkrzyknął ufryzowany blondyn w szacie, która mogła konkurować ze strojami Dumbledore'a. Lockhart, skojarzył Neville. Augusta Longbottom miała całą kolekcję jego książek.

To oczekiwanie, kropla po kropli wysysało z niego energię. Mógłby już jechać, skupić się tylko na wykonaniu swojego zadania. Tymczasem siedział na grzbiecie testrala, czując jak napięcie usztywnia wszystkie jego mięśnie i oblewa go zimny pot. Spuścił wzrok na ziemię, przypatrując się glebie, byle wyrzucić na chwilę ze świadomości miriadę twarzy. Było sucho i przynajmniej na otwartym terenie nie musiał się martwić o śliskie liście albo kałuże błota, które mogłyby ich wessać, gdyby nieopatrznie skierował konia na ich kurs.

Zaczął żałować, że nie pomyślał wcześniej o sprawdzeniu warunków w lesie i na brzegu jeziora. Nie zastanawiał się nad ostrą skarpą na pograniczu Hogsmeade, choć mogła się okazać nawet bardziej problematyczna. Spróbował podnieść się na duchu wspomnieniem wielu życzeń powodzenia, które mu złożono. Przypomniało mu to o spoczywającym na nim ciężarze oczekiwań. To była jego ostatnia szansa i nawet z nadzieją na przeprowadzenie wcześniej ułożonego planu z sukcesem, perspektywa wygranej pozostawała mglista.

- Na sygnał ruszycie do przodu! - powiedział Bagman i Neville ledwo słyszał komunikat przez świst w uszach. Championi pochylili się w siodłach. - Do startu! - Neville zacisnął ciaśniej dłonie na uprzęży, a na jego twarzy pojawił się wyraz determinacji. - Gotowi! Start!

Neville ścisnął łydkami boki testrala i Piękniś gwałtownie ruszył do przodu. Neville musiał chwycić się mocniej, by nie upaść od nagłego szarpnięcia. Z szeroko rozwartymi oczami i wysoko uniesioną głową zobaczył w jednej chwili, chłonąc wszystkie szczegóły, rozwrzeszczany tłum i pozostałą dwójkę championów sunących do przodu.

Musieli rozpędzić się przed uniesieniem się w powietrze, znosząc wstrząsy przy każdym spotkaniu kopyt wierzchowców z ziemią i utrzymując się na ich grzbietach.

Claude nie znalazł się od razu na przodzie, jak Neville by się spodziewał. Czarodziej jechał na równi z nim, pozwalając Isobelle wybić się do przodu. Dziewczyna wyprzedziła ich o kilka metrów, akurat tyle, by mogli zobaczyć kopyta galopującego graniana. W następnej chwili coś wybiło go z rytmu, niszcząc przewagę. Neville zerknął najszybciej jak umiał w dół tylko po to, by zobaczyć naruszoną ziemię i wyraźnie wyrwany z niej sznur, który już mijali.

Nie zauważył w pierwszej chwili, że Claude zmienił pozycję. Chłopak od początku jechał w siodle nieco prościej od ich dwójki, swobodniej. Teraz, nieco mniej pochylony i z ręką przy żebrach obserwował championkę Durmstrangu z o wiele większą uwagą niż na drogę. Neville szybko zrozumiał dlaczego. W rękawie ukrywał różdżkę.

Claude wysunął rękę i szybkim ruchem nadgarstka posłał klątwę w stronę czarownicy. Odwróciła się natychmiast, jakby tylko na to czekała, uzbrojona i z zaklęciem tarczy na końcu języka. Błysk światła odbił się od niewidzialnej osłony i dziewczyna już słała w stronę przeciwnika swoją odpowiedź. Skręcała się przy tym w siodle, lecz podrzut zmusił ją do odwrócenia się na moment plecami.

Neville znalazł się pomiędzy nimi niepewny, czy powinien się wtrącić.

Z przestrachem dostrzegł zaklęcie, które zboczyło w jego kierunku. Odchylił się gwałtownie, myśląc tylko o jego uniknięciu. Zacieśnił chwyt na uprzęży, która uratowała go przed upadkiem. Jedną ręką obejmując szyję wciąż galopującego konia i przesuwając się płasko przy jego grzbiecie, aby znaleźć się równo na górze. Widownia kibicująca im z góry została dawno zapomniana, tak jak aurorzy łypiący na nich ze stanowisk wzdłuż trasy.

Pozostała dwójka, która w jakiś sposób znalazła się za nim, przerzucała się wciąż klątwami. Neville odetchnął głęboko. Zbliżali się już do drogi prowadzącej do Hogsmeade, widział już przed sobą wydeptany pas ziemi i rozumiał, że nadeszła pora, by unieść się w powietrze.

Zerknął jeszcze raz do tyłu, upewniając się, że pozostali uczestnicy nie przenieśli uwagi na niego, akurat by zobaczyć jak Isobelle wykrzykiwała kolejną klątwę. Różowawy promień trafił w bok abraksana, wygryzając jego sierść i skórę. Neville z szarpnięciem odwrócił głowę do przodu.

Czarny kształt wyrósł może półtora metra przed nim. Dopiero gdy go ominął, szarpiąc wodzami tak mocno, że wywołał skrzek wierzchowca, rozpoznał, że czarny kształt to drewniany pal. Nie chciał sobie wyobrażać zaostrzonego końca przebijającego się przez testrala, uwalniając na zewnątrz wnętrzności, tylko po to by dosięgnąć Neville'a, przecisnąć się od krocza w górę kręgosłupa i...

Piękniś rozłożył skrzydła i uderzył mocniej kopytami o ziemię, odbijając się. Wiwat tłumu był ledwo słyszalny przez łopot skrzydeł. I bez niego większość odgłosów porywał pęd.

Pochylił się do przodu. Wiatr smagał go po twarzy, sprawiając, że łzawiły mu oczy i przenikał przez ubrania tak, że czuł chłód mimo wysiłku, jaki wkładał w jazdę.

Zielonkawa klątwa przefrunęła tuż nad nim, przypalając kilka kosmyków jego włosów i cudem mijając skrzydła Pięknisia. Neville wyciągnął różdżkę, wykręcając się do tyłu i usiłując jednocześnie pozostać jak najniżej, akurat by zobaczyć kolejne czary lecące w jego kierunku. Niewerbalne „Protego" uratowało mu skórę.

„Zabiliby mnie" pomyślał, posyłając Drętwoty w stronę Isobelle, która znajdowała się trochę bliżej. Dziewczyna odpowiedziała ogniem zanim skończył zaklęcie, wciąż dając radę się obronić.

Claude nagle zboczył mocno w prawo, tracąc kolejne metry i zajmując miejsce prawie tak samo blisko widowni jak Isobelle. Neville zrozumiał dlaczego, gdy z lewej strony nadeszło uderzenie. Poczuł jakby zderzył się ze ścianą. Niewidzialna przeszkoda choć nie oszołomiła Pięknisia na tyle, by spadł, jego lot skrzywił się i stracili trochę wysokości.

Jeśli wiatr nie zmroził go aż do kości, to przerażenie już tak. Ledwo łapał powietrze w usta, czuł galopowanie serca i przyprawiające o mdłości gorąco w klatce piersiowej, które kłóciło się z chłodem w jego kończynach.

Granian Isobelle poderwał się w powietrze, od razu podkurczając cztery pary nóg. Claude uniósł różdżkę, wrzeszcząc coś, co utonęło w hałasie. W następnej chwili końska krew rozbryzgnęła się w powietrzu. Trafił oba wierzchowce.

Piękniś szarpnął zadem wyżej, chybocząc się przy tym i bijąc skrzydłami mocniej. Neville okręcił się gwałtownie, lekceważąc szarpnięcia i pęd powietrza, który wypychał go z siodła.

- Separo! - wrzasnął mściwie.

Zamiast trafić w ciało, srebrzysty promień spadł na czubek różdżki czarodzieja z Beauxbatons i natychmiast zgasnął, wchłonięty i przekształcony w następną klątwę: Aufero.

Isobelle wykorzystała moment, śląc cały łańcuszek klątw na Claude'a. Czarodziej nie próbował ich odbijać, manewrując abraksanem tak, że żadna go nie trafiła. A potem i on oderwał się od ziemi i Neville zorientował się, że przecięli już drogę do Hogsmeade i byli niebezpiecznie blisko skarpy.

Za blisko, szybko zrozumiał Gryfon. Isobelle ostro pięła się w górę i Neville podążył w jej ślady, bojąc się, by Piękniś nie zahaczył kopytami o krawędź. W następnej chwili, zanim jeszcze na dobre poprawił kurs, ostry ból przeszył jego plecy. Wrzasnął, tracąc przez to oddech i nie mogąc w szoku nabrać powietrza.

Zaczynał rozumieć, czemu Claude nie próbował być pierwszy w wyścigu. Kolejny atak chybił jednak. Zobaczył jak wielobarwna bańka mija go i mógł tylko pomyśleć, jak bardzo przypominała mu meduzę. Wiatr bezlitośnie drażnił wypalony placek na jego plecach.

Obrócił się, by zobaczyć kolejną klątwę lecącą prosto w jego twarz. Natychmiast wygiął się w bok, chowając głowę za ramieniem.

Claude z ledwo widocznym uśmiechem, swobodnie kierując wierzchowcem i zasypując ich klątwami wzbudzał w Neville'u i Isobelle tyle goryczy co entuzjazmu w publiczności. Głośne piski świeżo zdobytych przez niego fanek kuły w uszy nawet bardziej.

- Contristo! - syknęła Isobelle.

Neville podążył wzrokiem za nikłym błyskiem, który przeszył pierś Claude. W tym momencie został trafiony po raz pierwszy. Chłopak wygiął się w łuk, odrzucając głowę do tyłu. Wykrzywił się z bólu tylko po to, by w następnej chwili zacisnąć szczękę i z determinacją odgiąć się do przodu. Odpowiedział atakiem, krzywo trzymając różdżkę w konwulsyjnie zaciśniętych palcach i chybiając o całe metry.

Neville szybko spojrzał do przodu upewniając się, że jego kurs był czysty, zanim dołączył do wymiany.

- Expelliarmus! - zawołał.

Claude podniósł głowę i szarpnął lejcami tak, że zaklęcia trafiło w bok abraksana zamiast w niego. Zwierzę zarzęziło od uderzenia, skręcając się jeszcze bardziej, dopóki czarodziej nie zmusił go do ponownego skierowania się w górę. Kolejne klątwy leciały już w stronę Neville'a i jedna z nich trafiła w jego ramię, przecinając materiał płaszcza i wchodząc głęboko w ciało. Szybko jego ręka spływała krwią.

Zaczął podnosić ramię, jeszcze w trakcie krzycząc „Reducto". Szybko odkrył, że nie był w stanie ruszyć nim powyżej pewnej wysokości. W następnej chwili, gdy wciąż walczył z paniką i szokiem, poczuł trafienie w bok. Isobelle skierowała się przeciwko niemu.

Usiłując nie spaść, szarpiąc za uprząż, by nie upuścić różdżki i jednocześnie dać radę wspiąć się w górę, zmusił testrala do zmiany kierunku. Zaklął desperacko, gdy pasek wyślizgnął się spomiędzy jego palców.

Wciąż trzymał różdżkę, uświadomił sobie z ulgą.

- Reducto - powtórzył i czerwony błysk pomknął w górę. Tym razem trafił.

Chwilę później następna przeszkoda zbiła całą ich trójkę w dół.

- Co się dzieje? Czyżby wszyscy zawodnicy spadali?! - krzyczał komentator.

Neville dziwił się, że w ogóle go usłyszał, wirując w powietrzu. Piękniś starał się ich utrzymać, uchronić przed upadkiem, ale uderzenie zmusiło ich do ogłupiającego kręcenia się wokół własnej osi, które ciężko było zatrzymać.

Zaklął, gdy zobaczył kolejny promień. Nie zdążył nawet mrugnąć zanim czerwone światło uderzyło w bok testrala. Zwierzę zaskrzeczało, a Neville poczuł metaliczny odór krwi i coś przesiąkającego jego nogawkę. Szarpnął się, by przywołać tarczę, ale kolejne ataki spadały na nich bez chwili przerwy.

Wrzasnął z przerażeniem, gdy runęli w dół, zamiast tylko chylić się w tę stronę jak do tej pory. Testral zwinął skrzydła i nic nie trzymało ich w górze. Kropelki ciemnej juchy zostawały za nimi jak ślad.

Isobelle walczyła z Claude'm i żadne z nich już się nie obróciło w stroną Neville'a.

- Szlag, szlag, szlag - szeptał przez zaciśnięte zęby jak mantrę.

Znajdowali się nad płaskim, otwartym terenem. Pod nimi znajdowała się tylko trawa. Sekundy zanim spotkali się z ziemią Piękniś jeszcze raz rozłożył skrzydła. Neville nie chciał patrzeć na lepką od krwi skórę, rozorany bok ani własne, ignorowane obrażenia. Uderzenie wstrząsnęło nimi wszystkimi, wysyłając iskry bólu od postrzępionych fragmentów skóry i mięśni.

Mógł się cieszyć, że żadne cięcie nie było na tyle głębokie, by ich wybebeszyć. Potoczyli się naprzód, nierównym, chybotliwym kłusem. Neville desperacko szukał odpowiedniego pakunku w kieszeni, ledwo mogąc cokolwiek wyczuć przez zdrętwiałe palce.

- Accio - powiedział w końcu i zielonkawe zawiniątko śmignęło prosto w jego dłoń.

Z trudem rozwinął papier, wydobywając na zewnątrz roślinę. Wyglądała jak kilka brązowawych nitek splątanych razem. Gdy przyłożył ją do boku swojego wierzchowca natychmiast się rozrosła, spijając krew i obrastając rany, trzymając wszystko razem i chroniąc niczym bandaż.

Isobelle i Claude, którzy również znaleźli się na ziemi, pędząc wzdłuż brzegu jeziora i wymieniając klątwy, zostawiali Neville'a coraz bardziej w tyle. Gryfon odkrył, że skrócenie dzielącej ich odległości nie było tak łatwe jak zakładał.

Claude zdołał trafić uczennicę Durmstrangu. Dziewczyna zasłoniła się ramieniem, a zaklęcie trafiło ją w biceps, raniąc i wytrącając z równowagi. Zaraz po tym posłał w jej stronę całą serię podobnych zaklęć.

Neville widział, że dziewczyna nie nadążała z obroną, zdekoncentrowana bólem i niewprawiona w przywoływaniu tarczy. W przeciwieństwie do Claude'a wierzchowiec pod nią bardziej jej przeszkadzał niż pomagał w walce. W pewnym momencie przestała unikać klątw, siadając prościej w siodle i odpowiadając ogniem.

Łatwo było zobaczyć nawet z daleka, że większość ataków Claude'a trafiała, przepalając się przez warstwy ubrań i wywołując głębokie oparzenia wahające się od bolesnych pęcherzy po zwęglone ciało.

Isobelle posłała fioletowawy promień w stronę swojego przeciwnika. Neville zobaczył z daleka błysk tarczy, ale klątwa przeszła przez nią jakby jej tam nie było. Claude wrzasnął, wciąż jednak odpowiadał. Uprząż na granianie ożyła, unosząc się i oplatając ciało Isobelle, krępując jej uda i ramiona. Dziewczyna wrzasnęła i jej szaty zaczęły się kopcić w miejscach, gdzie weszły w kontakt z zaklętą skórą.

- Crucio! - ryknęła wściekle.

Claude nie zdążył zrobić uniku i poleciał do przodu na grzbiet swojego wierzchowca, skręcony bólem. Niewybaczalne nie trzymało długo i czarodziej zaraz uniósł głowę, gotowy się zemścić.

Żadne z nich nie mogło tego zobaczyć, ale Neville miał doskonały widok. Coś zburzyło spokojną taflę jeziora. W następnej chwili zielonkawe więzy wystrzeliły z wody, żeby zacisnąć się wokół nóg abraksana, ściągając go w dół. Wśród przeraźliwego rżenia i łopotania skrzydeł, zaklęć wykrzykiwanych przez Claude'a, zwierzę z jeźdźcem zostali wciągnięci pod powierzchnię. Wyraźne kręgi rozchodziły się po wodzie jeszcze przez dłuższą chwilę. Pod ciemną taflą, błyskały jaskrawe kolory zaklęć.

Neville szybko minął miejsce upadku, poznaczone głębokimi bruzdami w piasku. Przezornie trzymał się jak najdalej od brzegu i starał się dogonić Isobelle, wykorzystując okazję. Miał szansę, ponieważ dziewczyna zwolniła, by uporać się z ożywioną uprzężą.

Nie był daleko, gdy paski w końcu puściły, wracając na swoje miejsce i odsłaniając wypalone do żywego mięsa pręgi na ciele czarownicy. Okręciła się w stronę Neville'a, pewnie bardziej spodziewając się zobaczyć Claude'a, gdyby zdołał się jakoś uwolnić, niż zapomnianego czempiona Hogwartu. Z tej odległości mógł zobaczyć w jakim stanie była, z bladą twarzą wykrzywioną z bólu i potem zalewającym oczy. I choć Neville nie czuł się dużo lepiej, jego rany były o wiele mniej rozległe.

- Contristo! - zaklęła głośno.

Neville miał problem z poruszaniem ramieniem wystarczająco szybko, by wycelować do ataku. Do wywołania tarczy wystarczył jednak ruch nadgarstka.

- Aufero! - Isobelle nie poddała się i zasypywała go kolejnymi klątwami. - Leado!

Atak trafił w pierś Pięknisia i zwierzę wydało z siebie przeraźliwy skrzek i załopotało skrzydłami. Nie opóźniło ich to jednak. Testral jakby przeskoczył dzielące ich metry, doskakując do graniana i kłapiąc paszczą jakby zamierzał własnymi szczękami zatrzymać przeciwnika.

Neville skierował różdżkę na swoją kieszeń, starając się zrobić to subtelnie. Kilkanaście małych roślinek wylewitowało w półprzezroczystych bańkach.

Nie potrafił zmusić dopiero rozwijających się roślin do nagłego rozkwitnięcia. Zdołał jednak sprawić, by już dorosłe okazy cofnęły się do momentu, kiedy dopiero kiełkowały i zostały w tym stanie pewien czas. Nieco drżącym machnięciem różdżki posłał grupę baniek w stronę Isobelle.

Osiadły wokół niej, niektóre przykleiły się do jej szat, a inne do sierści graniana. Zamiast się ich pozbywać, skierowała kolejną klątwę na Neville'a.

W następnej chwili zaklęcia wokół roślin pękły, uwalniając je. Głęboka szrama przecięła pierś Neville'a, tnąc przez mostek i żebra, prawie je przebijając, głęboko wrzynając się w mięśnie jego boku. Zrobiło mu się czarno przed oczami, gdy krew przesiąkła cały przód jego szat i pociekła aż do siodła. Bolało za bardzo, żeby mógł krzyczeć.

Posłane do Isobelle rośliny uwolniły trujący sok natychmiast, gdy wróciły do swoich pełnych rozmiarów, pokrywając ją lepką, żółtawą mazią, która miała paraliżować układ nerwowy obszarów, których dotknęła. Czarownica wrzasnęła, wstrząsana dreszczami tak mocnymi, że szybko stłumiły dźwięk aż do udręczonego jęku.

Wjechali do Zakazanego Lasu. Neville półprzytomnie utrzymywał się na grzbiecie, pozwalając testralowi manewrować między drzewami bez jego pomocy - gdyby nie inteligencja i samodzielność zwierzęcia już dawno by w coś wjechał, zajęty walką. I tym razem Piękniś go nie zawiódł.

Fioletowa klątwa musnęła jego bok. Mięśnie ramienia skręcające się w agonii sprawiły, że całkiem stracił czucie w dominującym ramieniu. Drugą ręką sięgnął szybko po różdżkę, zanim wysunęła się z bezwładnych palców i zginęła w runie leśnym lub została zgnieciona pod kopytami.

Isobelle zachwiała się w siodle. Z zamglonym wzrokiem i rozluźnionymi mięśniami twarzy wyglądała na ledwo żywą. Uprząż wyślizgnęła jej się z rąk i w następnej chwili spadła ze grzbietu graniana. Neville odwrócił się tylko, gdy usłyszał uderzenie bezwładnego ciała o ziemię. Wierzchowiec czarownicy uciekł w bok, szybko znikając pomiędzy drzewami.

Neville pozwolił sobie na westchnienie ulgi, choć było ono bardzo płytkie. Każdy oddech przynosił kolejną falę agonii. „Jestem tak blisko" myślał zamroczony. Musiał tylko dojechać do mety, nie dać się złapać w żadną z zastawionych na nich pułapek.

Mgliście uświadomił sobie, że nie słyszał komentatora ani okrzyków tłumu już dłuższą chwilę. Było też ciemno i oprócz odoru krwi zaczął wyczuwać aromatyczne żywice i gnijące liście. Kopyta Pięknisia wbijały się o wiele głębiej w wilgotną, śliską ziemię, zostawiając za nimi wyraźne ślady.

Ciągnęli się przez chwilę do przodu, utrzymując stałe, choć niezbyt szybkie tempo. Ranny testral nie był w stanie galopować szybciej, a Neville był o włos od zsunięcia się tak, jak Isobelle. Nie był też pewien, czy zdołałby w razie potrzeby rzucić jakikolwiek przyzwoity czar swoją lewą ręką.

- Lumos - wymruczał, uświadamiając sobie, że z trudem mieścił język w ustach. Koniec różdżki zaświecił słabo.

Dostrzegł między drzewami postać w aurorskich szatach i wziął to za znak, że nadszedł czas by skręcić w stronę otwartego terenu.

Niepokoiło go, jak cicho było w zakazanym lesie. Słyszał tylko własny oddech i rytmiczne uderzenia kopyt. Długo się to nie zmieniało. A potem usłyszał, jak coś przecięło powietrze i aż podskoczył. Ból rozkwitł od jego krzyża w górę i na boki, podróżując wzdłuż kręgów. Został trafiony.

Odwrócił się. Claude znajdował się niedaleko za nim. Nie zostało w nim nic z elegancji, którą prezentował do tej pory. Ociekający wodą, w podartych szatach odsłaniających przekrwione, siniejące kręgi i z miną, którą zobaczył u Isobelle, gdy dziewczyna zaczęła rzucać niewybaczalnymi, podążał za nim cicho jak cień. Nie było słychać ani nazw zaklęć, które wypowiadał ani odgłosów jazdy.

Cel Claude'a wyraźnie się pogorszył, ponieważ kolejne jego klątwy mijały Neville'a, choć o włos. Gryfon po raz kolejny chciał się posłużyć przygotowanymi wcześniej okazami ze szklarni. Nie udało mu się.

Wszystko zadrżało i przez chwilę czuł ozon w powietrzu. Potem został wyrwany z siodła i ciśnięty do przodu niewidzialną siłą. Słyszał za sobą skrzek Pięknisia, który też oberwał oraz niepokojący odgłos łamania się i jęk pękającego drewna.

W następnej chwili uderzył w ziemię z siłą, od której zadzwoniło mu w uszach, zalała go agonia, a któraś z ran musiała się otworzyć bardziej. Przeturlał się jeszcze kawałek pchany siłą wyrzutu i jęknął głucho, gdy w końcu się zatrzymał.

Czuł zimną glebę pod plecami, drażniącą ziemię i krawędzie liści w rozognionych miejscach, gdzie skóra nie chroniła dłużej delikatnej tkanki. Przed oczami, między przeskakującymi czarnymi punktami widział korony drzew. Od razu pomyślał o innym upadku, którego niedawno doświadczył.

Drgania wywoływane przez zbliżającego się abraksana przechodziły przez podłoże i docierały aż do niego. Skierował wzrok w tę stronę.

„Nie wstaniesz" wydawało mu się, że mógł przeczytać z ruchu wykrzywionych warg Claude'a, który był już tuż przed nim. A potem któreś z końskich kopyt uderzyło w jego podbrzusze i kolejne w klatkę piersiową, zsuwając się szybko na ziemię. Neville stracił przytomność.

-xxx-

Obudził się w skrzydle szpitalnym. Zaraz po otwarciu oczu ledwo widział i musiał kilka razy zamrugać, zanim rozpoznał, że to pani Pomfrey pochylała się nad nim, unosząc jego głowę.

- Nie ruszaj się i połknij to - rozkazała, wpychając mu łyżkę do ust. - Załataliśmy już najgorsze dziury, ale część będzie musiała sama się zrosnąć. Paskudne klątwy - mówiła.

Nie byli sami. Towarzyszyła im grupa magomedyków. Dwóch stało tuż obok szkolnej pielęgniarki, a reszta pochylała się nad drugim zajętym łóżkiem. Neville przypuszczał, że zajmowała je Isobelle.

- Claude wygrał? - zapytał, ledwo będąc w stanie wydobyć z siebie głos.

- Tak, gratulują mu jeszcze. Potem też tu trafi - stwierdziła cierpko. Potem spojrzała na niego surowo. - Paskudne ma pan rany, panie Longbottom. Dopilnuję, żeby dobrze pan o nie zadbał.

Neville przypomniał sobie o czymś jeszcze: po wyścigu otwierającym Turniej mieli zostać wskazani reprezentanci każdej ze szkół.

- Chcę iść to zobaczyć - oświadczył i sam się zdziwił, ile zdecydowania było z jego głosie. Szczególnie, że psychicznie czuł się równie poobijany, co fizycznie.

- No nie - oburzyła się Pomfrey.

Neville zdołał usiąść i kołdra opadła mu na kolana, odsłaniając jego klatkę piersiową - paskudnie rozciętą, spuchniętą i ze szramą zaszytą mugolskimi szwami. Widząc jego spojrzenie, magomedyk wyjaśnił:

- Nie dało się tego zamknąć z użyciem magii. Został pan potraktowany skomplikowaną klątwą i rana jest niewrażliwa na konwencjonalne metody leczenia.

- Wytrzymają? - Uniósł dłoń i zatrzymał ją kilka centymetrów od granatowych nitek.

- Proszę nie dotykać. Jeśli podejmie pan wysiłek fizyczny mogą pęknąć, a wtedy rana otworzy się ponownie.

Neville kiwnął głową ze zrozumieniem i zsunął nogi na podłogę.

- Absolutnie nie! - zaprotestowała Pomfrey, zagradzając mu drogę. Stojąc z pięściami założonymi na biodrach, spoglądała na niego z wyraźną naganą.

- Wrócę później. - Zmarszczył brwi. Zależało mu i nie chciał rezygnować z tej jednej, drobnej rzeczy. Dlatego zmusił się, by wstać. Znalazł się nos w nos ze starszą czarownicą.

Kobieta z westchnieniem cofnęła się o krok i skierowała na niego różdżkę. Bandaże owinęły cały jego tułów i ramiona.

- Przynajmniej pana nogi są w dobrym stanie - stwierdziła kwaśno. Przywołała dla niego ciepłą szatę. - Proszę uważać albo już pana z oka nie spuszczę, dopóki nie zostanie nawet ślad po tych ranach.

Kiwnął głową na zgodę i na chwiejnych nogach skierował się do wyjścia. Tylko eliksiry które w niego wlano, gdy był nieprzytomny, pozwalały mu się w ogóle ruszać.

Jeszcze zanim wyszedł z zamku zaczęły nim wstrząsać dreszcze i oblał go zimny pot. Zatrzymywał się kilka razy po drodze, podpierając ściany, by odzyskać oddech. Zdołał jednak w końcu dotrzeć na tyle blisko do tłumu, by usłyszeć wyraźnie głos Lockharta.

- Reprezentantami Beauxbatons zostają: Victorine Lanteigne, Fanette Chesnay, Kari Gauvin! Reprezentantami Durmstrangu zostają: Arina Gavrilova, Patrick Maier oraz Steffen Gerste! Reprezentantami Hogwartu zostają: Pansy Parkinson, Handrian Lestrange oraz Benjamin Wright!