Rozdział krótki i po długiej przerwie - mam nadzieję, że mi to wybaczycie (bo wracamy do perspektywy Hadriana, a mam wrażenie, że jednak jest na razie najbardziej lubianym bohaterem? To dobry powód!). Poza tym mam nieśmiały apel do osób, które czytają, ale nie komentują - dajcie mi czasem znać, co myślicie. Brak odzewu liczy się jako negatywna opinia.

Poza tym cofamy się do wydarzeń sprzed wyścigu, gdy reprezentanci wybrani do Turnieju Trójmacznego nie byli jeszcze znani.

14

- Stworek karmił prosiaki, jak mistrz Hadrian kazał. Stworek przychodzić każdego dnia i sprawdzać, jak należy - mówił skrzat zgięty w ukłonie tak głębokim, że postrzępionymi uszami zamiatał ziemię. - Dzisiaj prosiak już nie żyć. Żaden się nie ruszać.

Hadrian z rękami założonymi na piersi słuchał milcząco raportu. Ze zmarszczonymi brwiami patrzył na zagrodę, wewnątrz której leżały trzy nieruchome ciała.

- Dobrze się spisałeś, Stworku. Dziękuję, że tak szybko mi o tym powiedziałeś. - Nie odwrócił się w stronę skrzata, a w jego głosie wdzięczność nie brzmiała szczególnie wyraźnie. Wciąż, stworzenie zgięło się jeszcze niżej w ukłonie.

- Co pan kazać, Stworek zrobić.

Wcześniej tego ranka brzydka, pomarszczona twarz starego sługi była pierwszą rzeczą, jaką Hadrian zobaczył po przebudzeniu. Skrzat czekał ukryty w nogach jego łóżka, nie ośmielając się go obudzić, chcąc jednak przekazać wieści jak najszybciej.

Podszedł bliżej do zagrody, wyciągając różdżkę z rękawa. Ostrym machnięciem sprawił, że na bokach zwierząt wykwitły fioletowe plamy, które szybko przekształciły się w odróżniające je cyfry.

- Przeniesiesz je do sali... - zaczął Hadrian, ale urwał, zastanawiając się, jak określić miejsce. - W starej części zamku jest klasa, w której spędzałem dużo czasu przez ostatnie lata. Wiesz, o której mówię?

- Stworek wie - potwierdził skrzat chrapliwie.

- Świetnie. Połóż je na stołach. Chcę żebyś przez następne dni zwrócił uwagę na te, które wciąż żyją. Podasz mi dokładny czas, kiedy umrą. Dasz radę to zrobić?

Dopiero wtedy odwrócił się w stronę skrzata, pytająco unosząc brwi. Stworek skwapliwie pokiwał głową w odpowiedzi.

- Jak się ma Syriusz? - zapytał Hadrian, w międzyczasie pozbywając się ogrodzeń, rynien z wodą i wszystkich innych śladów pobytu zwierząt w tym miejscu, aż w końcu na dywanie zamokłych liści i kawałków kory zostały tylko ciała. Gdy pozbył się barier chroniących przez odkryciem i złą pogodą, temperatura wyczuwalnie spadła.

- Pan Syriusz nie zaglądać do domu Blacków od dawna. Stworek móc sprawdzić, jeśli pan zechcieć.

Hadrian potrząsnął głową, wiedząc, że pojawienie się skrzata w domu wuja mogło skończyć się tylko klątwami wymierzonymi w sługę, gdyby został odkryty.

- Nie trzeba. - Potrząsnął głową.

Niedaleko rozległ się trzask przypominający odgłos łamanego drewna i Hadrian zawirował, wyciągając różdżkę przed siebie. Nikogo tam jednak nie było. Zmrużył podejrzliwie oczy, skanując uważnie las wokół, jednak jeśli ktoś znajdował się niedaleko, to blade światło poranka nie było wystarczające, by ujawnić jego obecność.

Hadrian kiwnął głową Stworkowi i ruszył w stronę zamku, wciskając już marznące ręce do kieszeni płaszcza. Z okazji Turnieju wokół kręciło się mnóstwo obcych i wolał dłużej nie ryzykować przypadkowego spotkania.

-xxx-

Z głową podpartą na dłoni półleżał na ławce, planując kolejne kroki eksperymentu, gdy do sali wślizgnęła się Luna. Cicho zamknęła drzwi i podeszła bliżej. Hadrian od razu skierował na nią wzrok, odwlekając przez chwilę powitanie i zastanawiając się, jak udawało jej się stąpać tak cicho, choć obute w pantofle stopy nie były stawiane na ziemi ze szczególną ostrożnością.

Wciąż milcząco obserwował, jak dziewczyna przeszła się między stolikami, poświęcając chwilę uwagi każdemu z zajętych blatów. W końcu stanęła przed nim i sięgnęła do jego głowy. Zrozumiał po co, dopiero gdy zobaczył liść w jej dłoni. Nie zauważył, kiedy znalazł się w jego włosach. W następnej chwili szalik został odwinięty z jego szyi i przerzucony przez oparcie krzesła, a płaszcz rozpięty.

- Mógłbyś poprosić Stworka o ciepłą herbatę - stwierdziła, przyciągając krzesło dla siebie. Siedzieli blisko siebie. - Wyglądasz na zmarzniętego.

Kiwnął głową. Nie musiał nic mówić, ponieważ skrzat pojawił się i tak, już trzymając tacę z dzbankiem, filiżankami i dwiema porcjami ciasta.

- Dziękujemy, Stworku - powiedziała Luna z uśmiechem. - Dobrze ci się dziś spało?

Skrzat wytrzeszczył na nią oczy, przyzwyczajony jednak do jej pytań odpowiedział możliwie uprzejmie:

- Stworek dziękować, pracować całą noc jak porządny skrzat. Pani być bardzo dobra.

Luna przez chwilę patrzyła na niego, jakby wiedziała coś więcej. Szybko jednak odpuściła, nalewając im herbaty i zabierając się do jedzenia swojego kawałka ciasta cytrynowego.

Hadrian w końcu zdjął płaszcz i sięgnął po herbatę. Siedział przez chwilę zgarbiony, z łokciami opartymi na kolanach i obracając tylko wciąż parującą filiżankę w dłoniach, zanim się odezwał:

- Jedna już padła.

- Która? - Dokładnie oblizała widelczyk zanim go odłożyła na talerzyk.

- Jedynka. Ta, która dostała największą dawkę. - Zamrugał i wyprostował się, w końcu całkowicie wyrywając się z zamyślenia. - Pozostałe zapadły w coś rodzaju śpiączki.

- To bardzo dobrze, prawda? Masz okazję zbadać stan przejściowy.

Pokiwał głową, w końcu również zabierając się za ciasto i opowiadając dalej między kolejnymi gryzami.

- Tak, zaraz je dokładnie zbadam. Ale myślę... - przełknął, zakłócając rytm wypowiedzi - że mógłbym kazać Stworkowi przetestować to jeszcze na jednej, skoro widać jakieś efekty.

- Co przetestować?

- Jeszcze nie wiem. - Wzruszył ramionami. - Jak im się przyjrzę, to będę wiedział, co przydałoby się doprecyzować. Oprócz tego, że powtórzenie całego eksperymentu miałoby sens.

- O ile coś znajdziesz.

- O ile coś znajdę - powtórzył jak echo, choć z pewnością siebie i przekonaniem w głosie, których brakowało u Luny. - Przynajmniej mogę już mniej więcej określić granicę między dawką, która od razu uśmierca, a dawką, która wprowadza w śpiączkę.

Luna porzuciła temat, opowiadając mu za to o swojej dyskusji z portretem Gideona Złotozębnego z trzeciego piętra i o kichającym kolanku od zlewu w łazience dziewcząt. Nie przerwała, gdy Hadrian wstał, by zacząć badania.

W rękawicach ochronnych jako pierwszą dokładnie obejrzał skórę testowanej trójki, oświetlając ją dodatkowo różdżką, a drugą dłonią przeczesując krótką szczecinę i masując w poszukiwaniu guzów.

- Widziałaś kiedyś coś takiego? - zapytał i Krukonka podeszła do niego, by zobaczyć, o co chodzi. - Jak to można nazwać? Wysypka, może plamy... - Wskazał dłonią na intensywnie niebieskie przebarwienie, które zajmowało obszar małego spodka w okolicach pachwin, bardziej po stronie pleców niż brzucha.

- Smocza ospa zostawia chyba bardziej purpurowe ślady. - Przygryzła wargę. - Będziemy musieli poszukać, jeśli też nie wiesz.

- Nie wiem - potwierdził z niezadowoleniem. - I ciekaw jestem, czy u ludzi te plamy pojawiają się w podobnych miejscach.

Ale tego nie mogli sprawdzić. Za to po śniadaniu Hadrian podjął próbę znalezienia innych skutków trucizny, wspomagając się instrukcjami z lewitującego tuż przed jego nosem podręcznikiem do magomedycyny, który specjalnie po to wypożyczył z biblioteki.

- Stłukłem sobie palec - powiedział w odpowiedzi na podejrzliwe spojrzenie pani Pince. - Drugi raz w tym tygodniu - dodał, przybierając najbardziej zbolałą minę, jaką mógł. Kobieta mu odpuściła.

Wykonał kilkanaście skanów, które nic mu nie powiedziały, choć wiele z nich okazało się bardzo barwnych lub dźwięcznych. Jeden z wyników objawił się pod postacią chmury zielonkawego proszku, która przyprawiła go o paskudny atak kaszlu. Jeszcze długo po tym miał zaczerwienione oczy.

Następne były testy badające sprawność konkretnych organów i wyszukujące nieprawidłowości w ich strukturze. Choć podręcznik zalecał delikatność, częściej niż nie kończył czar wbijając koniec różdżki w badane ciało zamiast „delikatnie zatrzymując ją tuż przed skórą" jak zalecał tekst.

- Będę miał szczęście, jeśli zaraz czegoś nie rozsadzę i nie skończę ze świńską krwią w nosie - burknął z irytacją. Luna zaśmiała się znad książki w odpowiedzi.

W końcu jednak zdołał do czegoś dojść, o czym od razu poinformował przyjaciółkę.

- Co takiego teraz robisz?

- Cóż, teoretycznie sprawdzam przesyłanie impulsów nerwowych... Co chyba oznacza, że rażę ją prądem. Mniej więcej. - Nie interesowały go szczególnie magomedyczne detale. - I sygnał do mnie nie wraca, jak powinien, więc podejrzewam, że to system nerwowy padł ofiarą trucizny.

- I co dalej? - zapytała Luna, przekrzywiając głowę.

- Merlin mi świadkiem, nie mam pojęcia - stwierdził z irytacją.

Zamiast się jednak poddawać, przeczytał dokładnie odpowiedni rozdział z „Podstaw diagnozy". Kiedy dotarł do ostatniej strony, zatrzasnął książkę ze złością, aż powiew poruszył kilkoma lokami opadającymi na jego czoło.

- Wiedziałbym dokładnie tyle samo, gdyby Goldstein powiedział mi o objawach, zamiast bawić się w te gierki. - Przeczesał włosy z frustracją wykrzywiającą twarz.

- Goldstein nie zna śmiertelnej dawki - pocieszyła go Luna. - A my dowiedzieliśmy się dzisiaj wyjątkowo dużo.

Pokiwał głową.

- Powinienem jeszcze sprawdzić, w jaki sposób Goldstein wyciągnął truciznę na próbkę... Jak wpadł na to, że ma do czynienia z trucizną.

- Pewnie zgadł.

- Albo ktoś zamieszany mu podpowiedział. - Przymknął oczy i odchylił się na krześle do tyłu. - Chociaż to byłoby bez sensu, nie? On chce ich wyleczyć... Chyba, że ktoś, kto ich otruł wcale nie chciał doprowadzić do ich śmierci...

Luna zamrugała powoli.

- Może ten ktoś nie trafił z dawką - zaproponowała łagodnie.

- To byłoby bardzo głupie z jego strony. Nie przygotować się do zabójstwa.

Kolejne dni pozbawiły ich wątpliwości co do motywu sprawcy. Wszystkie świnie padły.

-xxx-

Hadrian obserwował ze swojej ławki parę pojedynkującą się na środku sali. Profesor Crouch obserwował ich czujnie, co jakiś czas komentując:

- Co ty robisz?! Tarcza! Słyszałeś kiedyś o tarczy?! - ze złością, albo:

- Trzymaj tę różdżkę, zaraz sama ci wypadnie z ręki!

Reszta klasy bez energii wyskrobywała kolejne słowa wstępu do eseju zadanego na kolejną lekcję. Hadrian czuł tylko, jak powieki mu opadają, a głowa sama pochyla się, aż czołem dotknął pustego pergaminu. Nie podjął wysiłku, by się wyprostować.

- Lestrange! - Głos Croucha wyrwał go z półsnu. - Nie śpisz już? Dobrze! Zostaniesz po lekcji! - Nauczyciel stał tuż przed nim z rękami założonymi na piersi i zmarszczonym czołem. Gdy Hadrian nie odpowiedział, warknął jeszcze: - Zrozumiałeś?

Hadrian kiwnął niemrawo głową, patrząc na niego zamglonym wzrokiem i Crouch wreszcie odszedł. W tym samym momencie jego powieki opadły. Odchylił się z krzesłem do tyłu, przesuwając trochę ławkę za sobą. Miał tylko nadzieję, że Crouch nie zechce go męczyć udziałem w pojedynku i że słońce nie zajdzie przynajmniej do końca lekcji - wyjątkowo przyjemnie grzało go przez szybę w twarz.

W końcu jednak zadzwonił dzwonek, a uczniowie zerwali się na nogi, szurając krzesłami i wrzucając rzeczy do toreb z energią, której nie pokazali ani razu przez ostatnią godzinę, byle szybciej wyjść. Hadrian również się spakował, choć bez pośpiechu. Usiłował przy tym stłumić kolejne ziewnięcia.

Crouch, choć przez poprzednie lata robił co mógł, by nauczyć ich obrony - a może raczej robił co mógł, by bali się jego przedmiotu nie nauczyć - to siódmoklasistom odpuścił. Hadrian wiedział, że wielu z jego kolegów i koleżanek odetchnęło z ulgą, jak Hanna, która wreszcie mogła przestać narzekać na siniaki albo Ernie, któremu Crouch zawsze utrudniał zadanie.

- Wiesz, czemu kazałem ci zostać, Lestrange?

- Nie - odparł, ponieważ naprawdę nie miał pomysłu. Przysypiał na lekcjach tak często, że na mało którym nauczycielu robiło to wrażenie, a Crouch nie przejmował się nim nigdy tak długo. jak nie przeszkadzał i radził sobie z walkami.

- Co za szkoda - prychnął nauczyciel. - Ale powinieneś się ucieszyć. A teraz chodź, muszę zamknąć salę.

Wyszli na zewnątrz. Mężczyzna zabezpieczył drzwi i machnięciem ręki kazał Hadrianowi ruszyć w stronę schodów.

- Gdzie idziemy?

- Nie mogę ci powiedzieć. Jeszcze zaczniesz się domyślać zbyt szybko, Lestrange. - Wyszczerzył zęby z lekko drwiącym uśmiechu.

Hadrian potrząsnął głową z niezadowoleniem i posłał nauczycielowi krzywe spojrzenie. Weszli na czwarte piętro, wybierając tylne korytarze i prawie puste tylne schody. Większość uczniów o tej porze schodziła do Wielkiej Sali na obiad, więc drogi prowadzące w tę stronę stawały się zatłoczone.

W końcu stanęli przed dwuskrzydłowymi drzwiami, z dala od klas i pokojów wspólnych. Hadrian nigdy nie widział wnętrza tej sali. Zanim jednak zdołał choćby pomyśleć „Co się tam znajduje?", Crouch pchnął go do przodu i już wchodził do środka.

Znalazł się w przestronnej, kamiennej auli. Jedynym źródłem światła była wąska linia okien osadzonych na ścianie za rzędami siedzeń ułożonych w taki sposób jak na trybunach albo jak na sali posiedzeń Wizengamotu. Z przodu znajdowało się podium, a za nim wisiał gobelin z godłem Hogwartu. Nie zauważył innych ozdób, choć liczne miejsca wyłożone poduszkami wyglądały dość elegancko.

- Pan Lestrange, zapraszam - zawołał profesor Ormond, gdy tylko ich dostrzegł. - Proszę sobie wybrać miejsce. - Kiwnął głową w stronę rzędów siedzeń. - Tylko gdzieś z przodu, będziemy rozmawiać.

Od razu dostrzegł Pansy Parkinson i kawałek dalej Benjamina Wrighta. Pamiętał, że i oni doszli do finału eliminacji. Zdecydował się usiąść blisko drzwi tak, żeby mógł widzieć wszystkich obecnych, gdy się obróci. Choć we trójkę byli jedynymi uczniami obecnymi na sali, siedzieli od siebie najdalej.

W tym czasie Crouch podszedł do Ormonda z pytaniem:

- Mam zostać? Będę do czegoś potrzeby?

- Jeśli masz czas, Barty. Nie musisz, ale jeśli zostaniesz, na pewno się przydasz - odpowiedział Francis.

Na sali znajdowali się również profesorowie Flick, Snape i Sprout. Pod samą ścianą siedział minister Voldemort. Dumbledore pozostawał jednak nieobecny.

Ormond zaklaskał, zwracając na siebie uwagę.

- Skoro już wszyscy jesteśmy, możemy zaczynać! Zaraz się dowiecie, dlaczego was tu przyprowadziliśmy, a właściwie to was poinformuję - zwracał się bezpośrednio do ich trójki - chyba że pan minister chce zabrać głos?

- Nie. - Padła odpowiedź z tyłu. - Nie przejmuj się mną, Francis.

- Oczywiście. - Kiwnął mu głową w geście szacunku, po czym wrócił do udzielania wyjaśnień: - Będziecie reprezentować Hogwart w Turnieju Trójmagicznym... Tak, Pansy?

Hadrian zerknął na Ślizgonkę, która jak zawsze wydawała się skwaszona.

- Dlaczego jesteśmy tu we trójkę? Powinien być jeden czempion, tak? - zażądała.

- Otóż, panno Parkinson, w tym roku poszczególne szkoły reprezentują trzyosobowe drużyny.

- Ale dlaczego? - wtrąciła się, tym razem niepytana.

Hadrian rozsiadł się wygodniej, decydując, by jedynie słuchać i się nie odzywać.

- Współpracując możecie stawić czoła trudniejszym zadaniom - odezwał się Flitwick, uprzedzając Francisa.

- Tak, właśnie - potwierdził natychmiast Ormond. - Mam nadzieję, że się znacie? - zapytał. Poczekał chwilę, jednak gdy nie otrzymał odpowiedzi, zaczął ich kolejno wskazywać otwartą dłonią i wymawiać ich nazwiska: - Hadrian Lestrange, Pansy Parkinson, Benjamin Wright. Pan Lestrange i Panna Parkinson powinni się znać, w końcu są na jednym roku - zauważył.

- Znamy się - syknęła Pansy i rzuciła Hadrianowi pogardliwe spojrzenie, na które czuł, że wcale nie zasłużył. Uniósł brwi w udanym zdziwieniu, poruszając ustami w drwiące „Znamy się?".

- Świetnie - mruknął Ormond bez przekonania. - Pan Wright jest uczniem szóstego roku. Zapoznajcie się dobrze przed pierwszym zadaniem, wiele zależy od tego, jak dobrze będziecie w stanie się porozumieć i na ile zdołacie sobie zaufać.

To się nie uda, stwierdził w duchu Hadrian. Wright z miejsca budził nim niechęć i wątpił, by zdołał się do niego przekonać. Natomiast z Pansy warczeli na siebie nawzajem od lat, a od czasu gdy dziewczyna przestała chodzić z Draco, nie zatrzymywała już dłużej opryskliwych komentarzy dla siebie. Hadrian nie pozostawał jej dłużny.

- Przed pierwszym zadaniem nie dostaniecie żadnej wskazówki. Przygotujcie się dobrze, ponieważ od tego, jak dobrze sobie poradzicie, będzie zależeć wasz występ podczas kolejnych wyzwań. Są połączone, rozumiecie? - Ormond zmierzył ich uważnym spojrzeniem, upewniając się, że żadne z nich nie ignorowało go w tej chwili. - Prawdopodobnie podczas pierwszego zadania będziecie mogli zdobyć wskazówkę, która pozwoli wam lepiej sobie poradzić z kolejnym. Tak samo podczas drugiego.

- Coś już wiadomo o pierwszym...? - zainteresowała się Sprout.

- Nie, nic nam nie przekazano, żebyśmy przypadkiem nie spróbowali przygotować naszych reprezentantów... - Zerknął szybko na ministra, który oglądał swoje paznokcie.

Voldemort uśmiechnął się krzywo i odezwał:

- Wystarczy, że przygotują się do walki i będą współpracować. Pierwsze zadanie zostało skonstruowane w taki sposób, by wręcz nie dało się przekazać żadnych istotnych informacji. Nie wymaga żadnej specyficznej wiedzy, ani przygotowania w konkretnym kierunku.

- Zatem przekonamy się wtedy, czy wybraliśmy odpowiednie osoby, zdolne poradzić sobie w nowej sytuacji - stwierdził Ormond, nie kierując słów do nikogo szczególnego.

Zapadło na chwilę milczenie, gdy Ormond ze wzrokiem wbitym w sufit wyraźnie nad czymś myślał, a może próbował sobie coś przypomnieć. Ciszę przerwał Snape:

- Obawiam się, że to może nie być oczywiste dla naszych podopiecznych - spojrzał na uczniów spod pół-opuszczonych powiek z charakterystycznym niesmakiem - dlatego czuję się zobowiązany wspomnieć, że informacje, które wam dzisiaj zdradzamy, nie będą przekazane dalej. - Wykrzywił się. - Oczywiście wątpię, by dotarło do was za pierwszym razem, więc powiem prościej: nie zdradzicie nikomu, że reprezentanci zostali już wybrani. Nie pochwalicie się, że będziecie mieli szansę ryzykować swoimi bezwartościowymi życiami przed publiką. A jeśli mnie nie posłuchacie, poniesiecie konsekwencje, a my rozważymy, czy nie lepiej byłoby wymienić czempionów na innych, zdolnych do wykonywania choćby prostych poleceń... Skoro na lepszych nie ma co liczyć.

Do tej pory ogłoszeni zostali uczestnicy wyścigu i Hadrian podejrzewał, że nauczyciele nie chcieli, by odciągać od nich uwagę. Albo może, by ich przeciwnicy nie mieli zbyt wiele czasu na poznanie przeciwników przed Turniejem.

Ormond odchrząknął.

- Macie jakieś pytania?

- Dlaczego musimy brać udział w zawodach we właśnie takim składzie? - odezwała się Pansy.

- Coś pani nie odpowiada, panno Parkinson?

- Tak, uważam, że mamy w Hogwarcie uczniów, którzy bardziej się nadają do...

Ormond uniósł dłoń, przerywając jej. Marszczył przy tym brwi wyraźnie niezadowolony z jej podejścia. Jednak to Crouch się odezwał.

- Parkinson! - burknął. - Zrezygnuj i rzeczywiście, skład reprezentacji się zmieni. Kilka osób czeka na twoje miejsce, hę? Dalej coś ci się nie podoba? - podszedł do przodu, aż mógł się pochylić nad ławką, przy której dziewczyna siedziała.

- Nie - wypluła z naburmuszoną miną.

- No to znakomicie! - oświadczył Crouch z udawaną radością. - Koniec spotkania! Zostawimy was tutaj i będziecie mieli świetną okazję, by się poznać i dogadać!

Dorośli zaczęli wstawać, cicho dyskutując pomiędzy sobą. Hadrian zaczepił Croucha, gdy ten przechodził obok niego, zmierzając do wyjścia.

- Co to za sala?

Mężczyzna zatrzymał się i uniósł na niego brwi. Odpowiedział jednak:

- Zbiera się tu rada szkoły. - Odgarnął włosy z czoła. - Na pewno będą chcieli was zobaczyć - dodał jeszcze i wyszedł, a za nim reszta nauczycieli.

Zerknął w bok, by zobaczyć, że ani Pansy ani Benjamin nawet nie niego nie spojrzeli, uparcie gapiąc się w różne kąty sali. Zastanawiał się, po co mieli rywalizować z innymi szkołami, skoro mogli sami wykończyć się nawzajem - a przynajmniej na to się zapowiadało.