15

Voldemort podniósł się ze swojego miejsca i niespiesznie zszedł na dół z samego końca. Do czasu, gdy zatrzymał się przed podium, większość nauczycieli opuściła już salę. Zwrócił się w stronę trójki czempionów, wciąż pozostającej na swoich miejscach z niechętnymi minami i powiedział:

- Francis zapomniał wspomnieć, że zwycięzca będzie tylko jeden. - Mierzył ich zimnym, przenikliwym spojrzeniem, nie zatrzymując się na żadnej twarzy dłużej niż na innych. - Dla Hogwartu ani Wielkiej Brytanii nie ma znaczenia, które z was wygra. Choć, oczywiście, nie zapomnimy żadnego was, jeśli oddacie zwycięstwo konkurencji. - Wykrzywił wargi w nieprzyjemnym uśmiechu. - Dlatego radzę wam... Dopilnujcie, by w ostatniej walce udział wzięła tylko wasza trójka.

Hadrian wyprostował się, gdy mężczyzna tylko zaczął mówić i słuchał uważnie. Voldemort przy swoim imponującym wzroście nie potrzebował nawet wchodzić na konstrukcję, czy stawać za mównicą, by być dobrze widzianym. Psychiczny atut wzmacniał wrażenie, jakie wywoływał, jednak Hadrian podejrzewał, że nawet gdyby go nie posiadał, wszyscy wbiliby wzrok w miejsce, z którego dobiegałby jego głos niezależnie od tego, czy byliby w stanie do dostrzec.

Czarnoksiężnik dał im chwilę na przetrawienie jego słów, reakcję. Gdy przez dłuższą chwilę nikt się nie odezwał, mężczyzna obrócił się i ruszył do wyjścia, mijając tych, którzy zastygli w miejscu, gdy zaczął mówić.

Jedynymi częściami ciała, których nie zakrył były dłonie i głowa, zauważył Hadrian. Czarnoksiężnik, jakby wyczuwając utkwiony w nim wzrok, spojrzał prosto na niego, a młodzieniec zamarł. Szybko jednak zmusił się, by kiwnąć z szacunkiem głową mężczyźnie.

W końcu trzasnęły drzwi za ostatnim z dorosłych i czempioni zostali sami. Pansy wciąż patrzyła w stronę wyjścia ze zmrużonymi oczami i zmarszczonym nosem, a Benjamin kulił się nad jakąś książką. Hadrian przegapił moment, w którym ją wyciągnął. Przeczesał włosy, zastanawiając się, jak zacząć rozmowę. Nic mu nie przychodziło do głowy.

Zdecydował się w końcu wstać, zostawiając swoją torbę na ławce i podejść do Benjamina. Wyciągnął do niego rękę tak, że ten nie mógł jej nie zauważyć.

- Nie rozmawialiśmy wcześniej - mruknął. - Hadrian Lestrange.

- Benjamin Wright - odparł chłopak i uścisnął dłoń Hadriana.

Hadrian, traktując go z czymś na kształt uprzejmej obojętności, wewnętrznie się krzywił na niechęć wyraźnie widoczną na twarzy drugiego, brak jakiegokolwiek entuzjazmu, wiotki uścisk i lepką skórę.

- Szukasz sojuszników, Lestrange? - wtrąciła się Pansy, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem. Siedziała do nich bokiem z naburmuszoną miną, jakby się przymierzając, by wstać i wyjść. - I tak ci to nie pomoże.

- Ruszyłabyś się i zapoznałabyś się z naszym nowym kolegą, Parkinson - odpowiedział. - Chyba, że chcesz zmienić skład. Nie pogniewałbym się na ciebie.

Wykrzywiła się do niego.

- Nie muszę. Słyszał jak się nazywam. Prawda, Benjamin?

- Słyszałem - potwierdził szóstoroczny.

Znakomicie się dobrali, pomyślał Hadrian. Odchrząknął i spróbował jeszcze raz:

- Powinniśmy chociaż spróbować. - Spojrzał w oczy najpierw Pansy, która wreszcie zaszczyciła ich widokiem swojego spłaszczonego nosa i wysoko uniesionej brody, a później paskudnie zgarbionemu Benjaminowi. - Wątpię, żebyśmy się zaprzyjaźnili - odpowiedziały mu prychnięcie Pansy i wymowna cisza Benjamina - ale znalezienie sposobu, w jaki możemy razem przejść przez Turniej nie powinno być niemożliwe...

Pansy uśmiechnęła się do niego słodko:

- Nie słuchałeś naszego szanownego ministra, Lestrange? - zaświergotała. - Zwycięzca może być tylko jeden. I nie łudź się, że pomogę kupie łajna jak ty wygrać.

Nie podobało mu się, jak objęła Voldemorta swoją drwiną. Nie zrobił jednak nic poza zmarszczeniem na nią brwi. Nie był też na tyle wrażliwy, by przejmować się każdym wyzwiskiem, które rzucała w jego stronę.

- Znakomicie, Parkinson - stwierdził, przeciągając głoski. - Przynajmniej sytuacja jest jasna.

- Cieszę się, że mogłam pomóc rozwiać twoje złudzenia. - Parkinson zacmokała. - W końcu trzeba pomagać mniej obdarzonym...

Zignorował ją i zwrócił się do Benjamina:

- A ty, Wright? Jak to widzisz?

- Nie wydaje mi się, żeby współpraca okazała się korzystna - wymamrotał chłopak pospiesznie.

- Znakomicie! - stwierdził Hadrian, potrząsając głową. - Nie zamierzam was zmuszać.

Wziął swoją torbę i wyszedł, trzaskając drzwiami, zbyt zły, by zostać dłużej. Może powinien - stwierdził w duchu, z każdym krokiem oddalając się jednak od sali - choćby po to, by obserwować, czy nie układali się między sobą. O wiele łatwiej było mu jednak ułożyć plan, w którym liczył Wrighta i Parkinson jako wrogów, niż wpaść na sposób, w jaki mógłby przekonać ich do połączenia sił. I nie chciał angażować się w głupie przepychanki.

Mógł spróbować później.

Zszedł w dół, a na parterze zamiast skręcić do Wielkiej Sali, skierował się do lochów. Zdecydował się nie pojawiać na obiedzie. Ścisk i hałas tylko by go zirytowały jeszcze bardziej, a jedzenie było ostatnią rzeczą, o której myślał w tej chwili.

Gwałtownie otworzył portret, odsłaniając przejście i zupełnie się nie przejmując protestami wyrwanej z drzemki podobizny. W myślach wyklinał ją w odpowiedzi. Z rozpędem wkroczył w tajny korytarz. Zaraz musiał zatrzymać się, by nie wpaść na osobę nadchodzącą z drugiej strony. Zacisnął szczękę i zmusił się do milczącego zejścia na bok. Nawet nie spojrzał, kogo mijał.

- Właśnie o tobie myślałem, Hadrian!

Hadrian oderwał wzrok od posadzki na dźwięk znajomego głosu i z zaskoczeniem spojrzał na Teda. Czarodziej zatrzymał się o krok od niego i widocznie ani myślał, by pozwolić mu przejść bez zamieniania wcześniej kilku słów.

- Aha - mruknął, nie chcąc zachęcać drugiego do pogawędki.

Powoli ruszył do przodu z nadzieją, że uda mu się wymknąć. Gdy już prawie mijał Teda poczuł dłoń na ramieniu i musiał się cofnąć.

- Czekaj! - zażądał Ślizgon. - Myślałem, że złapię cię w Wielkiej Sali, ale widzę, że się tam nie wybierasz. Mam dzisiaj szczęście, co? Nie będę musiał cię szukać.

A ja mam pecha, pomyślał Hadrian. Grymas niezadowolenia powoli pojawił się na jego twarzy.

- A po co miałbyś mnie szukać? - zapytał niechętnie. Oparł się barkiem o ścianę, a właściwie o kolumnę i zignorował liczne zdobienia wbijające mu się w ramię. - Nie wydaje mi się, żebyśmy mieli coś do omówienia.

Ted zaczął grzebać w kieszeni, wyraźnie czegoś szukając.

- Mam dla ciebie listę - stwierdził. Znalazł w końcu nieco pognieciony kawałek pergaminu złożonego na cztery i podał go Hadrianowi.

Puchon przyjął go i rozłożył. Bez szczególnego zainteresowania przeczytał, jakie złożono zamówienia. Jego uwagę przykuło coś innego.

- Po co mi ich nazwiska?

Ted przestąpił z nogi na nogę, szybko jednak się opamiętał i przestał się wiercić.

- Właśnie dlatego potrzebowałem cię znaleźć - przyznał. - Chciałbym, żebyś dostarczył eliksiry do ludzi, którzy...

- Nie - przerwał mu Hadrian.

- Ale... - spróbował jeszcze Ted.

Hadrian spojrzał na niego tak zimno, że Ted zamilkł. Młody Lestrange opuścił dłoń z listą, mnąc ją między palcami.

- Podzieliliśmy się rolami na samym początku. Ja warzę, ty dostarczasz. Nie mam najmniejszego zamiaru rozszerzać swoich - zawiesił głos - kompetencji. - Wymówił ostatnie słowo z dokładnie miarkowaną pogardą. Nie zapomniał jeszcze ich ostatniej rozmowy. Choć przytyki nie robiły na nim wrażenia, nie zamierzał przepuścić drugiemu próby zmuszenia go do zmiany zdania, ani upartego ignorowania jego chęci wycofania się z ich układu. - Właściwie to czy nie miałeś szukać już innego warzyciela?

- Nie wydaje mi się - odpowiedział Ted. Ciężko było odczytać cokolwiek z jego twarzy w tym momencie.

- A ja jestem pewien - stwierdził Hadrian i wyciągnął dłoń, by oddać mu świstek. Gdy drugi zignorował gest, cisnął mu pergaminem w pierś.

Zgnieciona w kulkę lista upadła na podłogę. Ciche pacnięcie przez chwilę było jedynym dźwiękiem słyszalnym w pustym korytarzu. Dwaj czarodzieje milcząco mierzyli się wzrokiem i Hadrian był pewien, że w końcu musiało dojść do walki. Z każdym kolejnym spotkaniem wierzył w to coraz bardziej i jednocześnie rosła jego frustracja z powodu energii marnowanej na tak błahą sprawę.

- Hadrian - odezwał się w końcu Ted - wyświadczyłbyś mi wielką przysługę, gdybyś zadbał o dostarczenie eliksirów ten jeden raz.

Nie spieszył się z odpowiedzią, wykorzystując kolejne sekundy na ważenie swoich opcji. Mógł dociekać, pytać 'dlaczego?' albo odmówić i zakończyć uciążliwą znajomość raz na zawsze, bo nie łączyło ich nic innego. Zdecydował się na trzecią drogę.

- Zrezygnujesz wtedy. Przestaniesz mnie nagabywać o dalszą współpracę - powiedział cicho, dokładnie artykułując każde słowo, nadając stwierdzeniu większą wagę.

Ted potrząsnął gwałtownie głową, przerywając kontakt wzrokowy.

- Jeszcze nie - odmówił natychmiast. Poruszył się niespokojnie, przesuwając stopę po podłodze ze słyszalnym szuraniem i trącając porzucony pergamin. - To za szybko, wiesz? Wytrzymaj do końca roku - kucnął i podniósł listę tak, że gdy się wyprostował, mógł ją wręczyć Hadrianowi razem z ofertą rozejmu - tylko o tyle czasu proszę.

- A później? - zażądał Hadrian.

W pierwszej chwili Ted zamrugał. Potem zrozumiał, o co był pytany i odpowiedział:

- Później już ode mnie nie usłyszysz ani słowa. Żadnych żądań, żadnych zamówień ani propozycji. - Uniósł dłoń w górę, a drugą, w której trzymał listę, przyłożył do serca.

Żeby tylko był szczery, myślał Hadrian, albo przeklnę go bezlitośnie.

- Daj mi to. - Wyciągnął rękę do Teda.

Czarodziej wręczył mu pergamin bez chwili zwłoki, może obawiając się zmiany zdania, po czym pozwolił sobie odetchnąć z ulgą. Nie czekał dłużej i ruszył przed siebie, nagle śpiesząc się bardziej niż Hadrian na samym początku ich rozmowy.

- Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć - powiedział, mijając Puchona i klepiąc go w ramię.

Wyjątkowo ten gest nie wydał się Hadrianowi przyjacielski i przez sekundę nawiedziła go ochota, by odpowiedzieć o wiele bardziej dotkliwym uderzeniem - za to, że po raz kolejny uległ - ale szybko ją od siebie odepchnął.

-xxx-

Różowawa mikstura bulgotała miarowo w potężnym, czarnym kociołku zawieszonym nad ledwo odkręconym palnikiem. Kolejne tworzące się bąble rosły aż do rozmiarów piłek bejsbolowych, a gdy już wyglądały jakby miały się unieść, pękały z cichym pyknięciem.

Hadrian odkorkował fiolkę, obserwując w tym czasie gotujący się eliksir. Następnie chwycił chochlę i powoli, ostrożnie wlał zawartość naczynia do kociołka, cały czas mieszając. Przez chwilę nic się nie dało, a ciecz dała się rozmieszać, z niebieskiej plamy przechodząc we fioletowe smugi, a później całkiem znikając z widoku.

Z każdym kolejnym okrążaniem chochli eliksir ciemniał, aż w końcu osiągnął głęboko fioletową barwę i zaczął gęstnieć. Mieszanie stawało się coraz cięższe, a mikstura traciła na objętości. W końcu Hadrian musiał przerwać, nie mogąc dłużej ruszyć chochlą.

- Szlag! - zaklął.

Miał przed sobą podobną do smoły breję, a loch zaczął się wypełniać gryzącym dymem. Machnięciem różdżki zgasił palnik i usunął zawartość kociołka. Rękawem szaty zasłonił nos i przeszedł na drugi koniec pomieszczenia, nie tracąc po drodze grymasu niezadowolenia z twarzy.

Kolejne antidotum poległo w starciu z nieznaną trucizną.

Zajrzał do ustawionych na blatach wzdłuż ściany kociołków i zamieszał w jednym z nich. Naburmuszony opadł na krzesło. Zerknął na zajętą szkicowaniem czegoś Lunę, która nawet nie podniosła głowy, już przyzwyczajona do kolejnych zakończonych niepowodzeniem prób.

- Chyba skończyły mi się sposoby - oznajmił, wydymając wargi.

Luna oderwała się wreszcie od swojego rysunku i poprawiła go łagodnie:

- Skończyły ci się konwencjonalne sposoby.

Z westchnieniem przeczesał włosy, plącząc nieokiełznane loki jeszcze bardziej. Wyzwanie, któremu nie mógł sprostać szybko przerodziło się w katorgę, a ekscytacja związana z zajmowaniem się czymś wyjątkowym, tajemniczym, ustąpiła miejsca poczuciu niemocy i rezygnacji.

- Masz jakiś pomysł?

- Tak. - Kiwnęła głową. - Myślę, że mógłbyś spróbować alchemii.

Spojrzał na nią jakby oszalała.

- Alchemia? - powtórzył głucho. - Skąd taki pomysł, Luna? Nic nie wiem o alchemii... Czytałaś coś o tym, znalazłaś jakąś obiecującą wzmiankę?

Luna kręciła kolczykiem-rzodkiewką między palcami i gdyby jej różdżka założona za ucho nie wplątała się w jej włosy, już dawno by spadła na ziemię.

- Próbowałeś neutralizować truciznę zaklęciami i eliksirami. Próbowałeś ją wyciągnąć za pomocą magii. Nic z tego nie wyszło - wyliczyła wszystkie dołujące porażki z równie nieobecnym wyrazem twarzy co zawsze. Patrzyła przy tym w bok, jakby sięgając wzrokiem do wspomnień. - Poskutkowały jedynie metody fizyczne.

Hadrian kiwnął milcząco głową, zatrzymując słowa obrony i niepotrzebne „Dowiedziałem się czegoś dzięki temu", które chciało mu się wyrwać. Słuchał jednak, pamiętając, że przyjaciółka nie atakowała jego prób, a obiecała zaproponować jakieś rozwiązanie. Przedmiot rozważań stał się przez ostatnie tygodnie zbyt drażniący, by mógł jednak podejść do niego z profesjonalną obojętnością i wytrzymać krytykę, gdyby ta nadeszła.

- Trucizna okazała się wrażliwa na mugolskie metody. Dlatego pomyślałam o alchemii, która wykorzystuje te metody - wyjaśniła w końcu.

Odchylił się na krześle i utkwił wzrok w łukowym suficie. Próbował wcześniej różnych sposobów ekstrakcji trucizny z ciał zatrutych zwierząt i magia mu nie pomogła. W to, że zaklęcia nie były w stanie zneutralizować toksycznej substancji musiał już uwierzyć Goldsteinowi na słowo, ponieważ on sam nie umiał ich rzucić.

- Mówisz, że skoro trucizna jest magiczna, ale odporna na magię, to trzeba do rozpracowania wykorzystać dziedzinę magii, która prawie nie wykorzystuje magii?

Wzruszyła ramionami.

- Wielu mugoli zainteresowało się alchemią, więc wiele metod też jest mugolskich. Pan Flamel mówił, że są bardzo pomocne i nie odkryłby połowy rzeczy, które odkrył, gdyby czasem nie odłożył różdżki.

Wspomnienie słynnego alchemika przykuło jego uwagę i przypomniało mu, że mówili o gałęzi magii, która była obskurna i rzadko używana nie dlatego, że brakowało jej znaczenia, ale dlatego, że zamiast wyników, jakie oferowały od wieków dopracowywane receptury na eliksiry, dawała do dyspozycji jedynie narzędzia i mgliste nadzieje.

- Dziękuję, Luna.

Właśnie w ten sposób zaledwie dzień później znalazł się w rzadko uczęszczanym kącie biblioteki, z rosnącym niedowierzaniem odczytując tytuły kolejnych książek. Pozycje takie jak „Alchemia: magia mugolsko-czarodziejskiej współpracy", „Magia i szukanie kociołka złota, słynne eksperymenty i niepowodzenia mugolskich uczonych", „Nieśmiertelność w probówkach", „Jak zyskać życie wieczne i pełną sakiewkę" zajmowały przeważającą część tych kilku półek, które według przymocowanej do regału plakietki były poświęcone alchemii.

Z każdą kolejną przejrzaną książką Hadrian coraz bardziej marszczył brwi, jednocześnie zły i rozbawiony. Powoli zaczynał wierzyć, że większość z tych rozpraw powinna znaleźć się dziale mugoloznastwa, a sam zakątek biblioteki był tak rzadko odwiedzany, że uniknął nawet porządków po rozpoczęciu w Hogwarcie rządów Voldemorta.

Zabrał jednak do stolika kilka pozycji, których tytuły brzmiały najsensowniej, a po wstępnym przekartkowaniu nie okazywały się rozprawiać o mugolskich próbach podrabiania biżuterii i pieniędzy. O ile bawił go pomysł maczania złotych dukatów w rtęci, tylko by ją stopić i odsłonić złoto, oszukując tym samym publiczność, to nie widział dla siebie korzyści z tej wiedzy.

Sterta, którą rozłożył na blacie okazała się zawierać głównie pozycje filozoficzne, instruujące jak osiągnąć przemianę duchową za pomocą ćwiczeń i medytacji. Choć nie były to informacje, których szukał, nie oderwał się od lektury dopóki na czytaną przez niego stronę nie padł cień i ktoś nie stwierdził:

- To nie jest potrzebne na zajęcia.

Przez lata słyszał reprymendy wypowiadane równie opryskliwym, autorytatywnym tonem wystarczająco często, by rozpoznać od razu Granger. Doczytał akapit do końca, po czym powoli opuścił książkę sprzed oczu na blat. Nie odwrócił się jednak ani nie wyprostował.

- Słyszałaś, że nieuprzejmie jest zaglądać komuś przez ramię?

Dziewczyna prychnęła w odpowiedzi i Hadrian walczył, by się nie wykrzywić. Irytowała go i choć Draco miał podobny sposób bycia, to wobec Granger nie czuł ani odrobiny pobłażliwości, z jaką podchodził do zachowania kuzyna.

- Jesteś w miejscu publicznym. To oczywiste, że wszyscy będą widzieć, co czytasz - oświadczyła i bez skrępowania pochyliła się, łaskocząc Hadriana włosami w szyję i chwyciła książkę. Zamknęła ją, sprawdzając okładkę.

Mało nie burknął, że narusza jego prywatną przestrzeń. Zamiast tego pociągnął za kosmyk włosów, który znalazł się najbliżej jego twarzy i mruknął:

- Fuj, Granger, nie chcę mieć twoich włosów w nosie. Pogarszają mój katar. - Pociągnął nosem dla potwierdzenia swoich słów. Czuł się doskonale.

Dziewczyna odsunęła się i przez chwilę mógł zobaczyć niesmak na jej twarzy.

- Nie powinieneś chodzić przeziębiony po zamku. Możesz kogoś zarazić - zrugała go.

Nie musiał się obracać, by wiedzieć, że stała sztywno wyprostowana i z wysoko uniesioną brodą.

- Przytul się do mnie jeszcze bardziej, a oddam ci wszystkie zarazki. - Gdyby mógł kichnąć na zawołanie, właśnie to by zrobił.

Granger zignorowała go i przesunęła się tak, że zamiast za jego krzesłem znalazła się obok blatu. Bez skrępowania kartkowała „Wężową siłę", coraz bardziej marszcząc brwi.

- Co za bzdury - stwierdziła. - To gorsze niż wróżbiarstwo!

- Ach tak?

Nie odpowiadała przez chwilę. Hadrian obserwował, jak szybko poruszała oczami, czytając jakiś ustęp, a z każdą linijką czerwieniała coraz bardziej, aż na jej twarzy pojawił się wyraz absolutnego zgorszenia.

- Nie rozumiem, jak możesz tracić czas, czytając takie rzeczy!

- Jakie rzeczy? - zapytał niewinnie. - Musiałaś znaleźć coś, do czego jeszcze nie doczytałem? Wydajesz się... zawstydzona. A może podniecona? - Przekrzywił głowę w udanym zaciekawieniu.

Rumieniec rozlał się aż na jej dekolt.

Otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła, nie mówiąc ani słowa. Potrząsnęła głową, po czym z hukiem zatrzasnęła książkę i niemal cisnęła ją na blat.

- Nie spodziewałabym się... - wydusiła w końcu, ale nie skończyła. Przygryzła wargę, spojrzała na niego karcąco, wciąż zaczerwieniona, po czym odwróciła się na pięcie i pospiesznie zniknęła między półkami.

- Po prostu nie rozumiesz nauki wychodzącej poza suchą teorię, Granger! - zawołał za nią z uśmieszkiem.

Sięgnął po książkę i zaczął czytać dalej, jak dostąpić oświecenia przez seks.


Terminy, kto by ich dotrzymywał... Właściwie to zaczynam teraz wakacje, więc kolejne aktualizacje powinny pojawiać się przez kilka miesięcy w krótszych odstępach czasu. ;)

Istnieje książka o tytule ("The serpent power"), który można przetłumaczyć jako "Wężową siłę", jednak nie o nią chodzi, choć z tego co słyszałam jej autor Arthur Avalon lub inaczej John Woodroffe naprawdę próbował dostąpić oświecenia, razem z żoną stosując seksualne techniki tantryczne.