Umieszczę jeszcze tę informację pod odpowiednim rozdziałem, ale dla wszystkich tych, których zdezorientowały wydarzenia po rozdziale 14., napiszę i tutaj - zmiany perspektywy okazyjnie wiążą się z przesunięciem się w czasie. W rozdziale 14. właśnie to miało miejsce - cofnęliśmy się do wydarzeń sprzed wyścigu, kiedy reprezentanci wybrani do Turnieju Trójmagicznego nie byli jeszcze oficjalnie znani i stąd też mowa o dyskrecji...

Mam nadzieję, że inny wyścig i widziany z innej perspektywy was nie znudzi.

Harry Potter Wiki potwierdza, że istnieją też inne gatunki pufków niż pigmejskie (i że lubią one jeść smarki).


16

Ktokolwiek zdecydował, by ławy przeznaczone dla widowni na czas wyścigu unieść w powietrze, szybko został znienawidzony przez rzesze czarodziejów, którzy przybyli obserwować otwarcie Turnieju Trójmagicznego. Nieustanne chybotanie sprawiało, że wielu uczniów kurczowo zaciskało dłonie na krawędziach swoich miejsc, bojąc się, że meble całkiem stracą stabilność, a oni spadną.

— Cokolwiek widzisz przez te włosy? — zainteresował się Hadrian.

Susan nawet nie odwróciła się w jego stronę. Siedziała sztywno, uparcie wpatrując się w górę, by nie widzieć odległości dzielącej ją od ziemi, a wiatr szarpiący płaszczami wszystkich obecnych sprawiał, że włosy zasłaniały jej twarz, wchodziły do oczu i przyklejały się do ust.

— Nie.

— Mogłabyś je związać — stwierdził. — Zawodnicy pewnie szybko oderwą się od ziemi, więc będziesz mogła ich obserwować bez patrzenia w dół...

Nie odpowiedziała i Hadrian westchnął. Zbyt dobrze czuł się w powietrzu, by zrozumieć lęk wysokości, choć musiał przyznać, że ławy mogłyby być mniej chybotliwe. Luna, która siedziała po jego prawej musiała nieustannie kręcić głową, by nie stracić z oczu zawodników, których ruchy śledziła przez omnikulary.

— Zrobić to dla ciebie? — zapytał, gdy zrozumiał już, że nie doczeka się odpowiedzi.

— Tak, proszę. — W głosie Susan nie było słychać typowej dla niej energii ani pewności siebie. Mówiła przez ściśnięte gardło.

Przez chwilę zastanawiał się, jak to zrobić. Zaczął w końcu zbierać splątane przez wiatr kosmyki do tyłu z zamiarem związania ich przy użyciu prostego zaklęcia krępującego.

— Już wszyscy są na linii — poinformowała ich Luna.

— Jakie mają miny? Są zieleni ze strachu? — zainteresował się Hadrian.

Udało mu się spiąć włosy Susan w kucyk i w końcu mógł zobaczyć, jak niewyraźnie wyglądała — blada i z wargami zaciśniętymi w tak wąską linię, że mogłaby konkurować z McGonagall.

— Tylko Longbottom — wtrącił się Wayne. — Za to reprezentantka Durmstrangu wygląda jakby ją w grobu wyjęli.

— A z Beauxbatons? Claude Sarazzin chyba?

Wayne zmarszczył brwi, przyglądając się czarodziejowi z zagranicy przez lornetkę. Hadrian odsunął się od Susan, która wydawała się niezdolna do włączenia się w konwersację, przelotnie zerknął na Lunę podziwiającą szare chmury, po czym sięgnął po własne omnikulary. Szybko wyregulował je tak, że mógł zobaczyć wyraz twarzy Francuza.

— Zadowolony — uznał w końcu Wayne i Hadrian musiał się z nim zgodzić.

Czarodziej siedział na abraxanie swobodnie, pozostawał dumnie wyprostowany. Bez skrępowania przyglądał się widzom i nie przestawał się chłodno uśmiechać. Zupełnie jakby już wygrał. Gdyby jego włosy były jeszcze trochę jaśniejsze, mógłby być krewnym Draco. Na pewno były na to wystarczająco zadbane.

W następnej chwili ława zachybotała się mocniej i Hadrian stracił go z oczu. Susan jęknęła słabo.

— Słuchaj, jesteś pewna, że chcesz tu siedzieć? — zwrócił się do niej. — Jeszcze nie jest za późno, żeby zejść.

— Wytrzymam — powiedziała przez zaciśnięte zęby.

Uniósł ręce w geście poddania.

— Pamiętam, że trybuny się tak nie kiwały — stwierdził, nie kierując słów do nikogo konkretnego.

— Siedziałeś kiedyś na szybujących trybunach? — ożywiła się Luna. — Myślałam, że robią takie tylko w Polsce!

— Co? — Zamrugał szybko. — Nie, tylko na unoszących się...

— Och — westchnęła Krukonka. — Szkoda. Słyszałam, że kibice zderzają się nimi po meczach quidditcha...

— Dobrze, że nie na meczu! — Wayne odsunął omnikulary od oczu i pozwolił im zawisnąć swobodnie na jego szyi. — Stary, co ty oglądałeś z lewitowanych trybun?

Hadrian wzruszył ramionami.

— Wyścig taki jak ten. — Uśmiechnął się krzywo. — Tylko że nielegalny.

Susan prychnęła na to wyznanie, ale nic nie powiedziała. Hadrian uznał, że musiała o nich słyszeć.

— I?

— I zastanawiam się, czy tamte trybuny były jakoś inaczej zaczarowane, czy może po prostu nie chwiały się, bo były większe.

— Jak się da, to coś z tym zrób! — syknęła Susan. — Od tego jesteś taki mądry!

Hadrian spojrzał na nią ze zdziwieniem, zaskoczony jadem w jej głosie. Puścił to mimo uszu. Jej blada jak prześcieradło twarz stanowiła nieustanne przypomnienie o jej podłym samopoczuciu.

— Spokojnie, właśnie nad tym myślę — mruknął, po czym odwrócił się w drugą stronę, do Luny. — Komu kibicujesz?

— Hogwartowi oczywiście. — Nikt nie potrafił zrobić bardziej zdziwionej miny niż Luna, co zawdzięczała lekko wytrzeszczonym oczom i wysoko osadzonym brwiom. — A ty nie?

— Sarazzin wygląda jakby aktualnie wiedział, co robi. — Zerknął na czarodzieja. Reprezentanci przygotowywali się już do startu, a nad szumem rozmów brzmiał głos Bagmana. Hadrian zignorował jego komentarze.

— Generalnie wygląda dobrze — stwierdziła Luna z uśmieszkiem, ale nie drażniła go dalej. — Rozmawiałam ostatnio z Neville'em. Opowiadałam ci już o tym?

Zastanowił się przez chwilę, ale nie potrafił sobie przypomnieć, by cokolwiek o nim wspominała.

— Nie, nie sądzę — uznał w końcu. — Jak w ogóle do tego doszło?

— Odwiedził szklarnię, kiedy patrzyłam na gwiazdy.

— To pasjonat zielarstwa. Szklarnia brzmi jak miejsce, w którym mógłby się rzeczywiście pojawić. — Pokiwał głową. — Chociaż w nocy...?

— Dzisiaj w nocy — sprecyzowała Luna i Hadrian upewnił się, że na pewno jeszcze o tym nie słyszał. — Myślę, że szukał tam spokoju i mu przeszkodziłam.

— Dyskutowałbym z tym, kto komu przeszkodził. Ciężko podziwiać gwiazdy, gdy ktoś kręci się obok.

Luna uśmiechnęła się sennie.

— Nie przeszkadzał mi. Neville nie wydaje mi się zbyt rozgadany — stwierdziła nieobecnie — ale może mówi więcej, gdy nie jest zdenerwowany.

Hadrian zmrużył czy, po czym sięgnął po omniokulary.

— Spójrz na niego. — Machnął ręką mniej więcej w tę stronę, gdzie znajdował się Gryfon. — On zawsze jest zdenerwowany. A teraz prezentuje się jakby wiatr mógł zdmuchnąć jego chęć wygranej, mało z konia nie spadnie.

— Mhm — mruknęła. — Ma jakiś powód, by cię nie lubić?

— Longbottom? — Hadrian aż spojrzał na nią ze zdziwieniem. Wzruszył ramionami. — Nic mu nie zrobiłem, jeśli o to pytasz. — Na powrót skupił się na akcji na torze. Reprezentanci właśnie wystartowali i nikt nie przysłuchiwał się ich rozmowie. — Może nienawidzi całej mojej rodziny. W końcu jego rodzice nie żyją z różdżki moich... — Ponownie wzruszył ramionami.

Luna przez dłuższą chwilę nie odpowiadała i Hadrian skupił się na wyścigu. Do czasu gdy się odezwała już niemal zapomniał, o co chodziło:

— To było personalne. On cię o coś podejrzewa.

Gwałtownie obrócił głowę w jej stronę.

— O co? — zażądał ostro.

— Nie wiem — stwierdziła Luna łagodnie, nieprzejęta jego tonem.

Ktoś oberwał klątwą i ludzie wokół nich zaczęli wiwatować.

-xxx-

Sporą część swojego dzieciństwa spędził na Grimmuald Place. Bellatriks potrafiła go podrzucić pod opiekę Walburgii nawet na kilka dni, gdy Czarny Pan zlecił im misję wymagającą więcej czasu, jednak i bez tego trafiał tam przynajmniej kilka razy w tygodniu choćby na godzinę czy dwie. W starej rezydencji, której lata świetności już dawno minęły, czuł się jak w domu.

Czas zwykle zajmowały mu wykłady Walburgii, która bez wytchnienia wtłaczała mu do głowy zasady specyficznie pojmowanego dobrego wychowania, obycia w towarzystwie czy sztuki odpowiedniego ubioru. Choć nigdy nie zaczął się tym przejmować, jej nauki utrwaliły mu się w głowie na tyle, że nigdy nie założyłby różnokolorowych skarpetek czy nie zacząłby kwestionować potrzeby wyprasowania szaty zaklęciem przez założeniem. Tak samo nie zapomniałby języka w gębie niezależnie od sytuacji, mimo że konwersacje był zmuszony prowadzić z portretami przodków zamiast z żywymi ludźmi.

Wolał towarzystwo pradziadka niż ciotki. Polluks w pewnym momencie przeniósł się z innej rezydencji Blacków na Grimmuald Place i spędzał tam sporą część czasu, choć w przeciwieństwie do swojej córki utrzymywał kontakt ze światem zewnętrznym.

Medytacje były przyjemniejsze niż lekcje etykiety. Nic jednak się nie równało z odkrywaniem skarbów zalegających w dawno opuszczonych pokojach, zaglądaniem za portrety i podziwianiem makabrycznych dekoracji.

Tamtego dnia Hadrian zobaczył Polluksa w przedpokoju. Stary czarodziej wyraźnie zbierał się do wyjścia. Owinął się już ciężkim, skórzanym płaszczem, a w dłoni trzymał walizkę.

— Nie będziemy dzisiaj medytować? – zaciekawił się chłopiec. Czuł już radość na myśl o możliwości dalszego odkrywania sekretów budynku.

— Ah, nie, nie dzisiaj. Mam kilka spraw do załatwienia – stwierdził wymijająco mężczyzna. – Niefortunnie się złożyło, że Bella przyprowadziła cię akurat dzisiaj. Dostałem już wcześniej zaproszenie od starych znajomych.

— Sprawy? — chciał wiedzieć Hadrian.

Starszy czarodziej pochylił się i wyszeptał konspiracyjnie:

— Zawody pegazów… Gdyby twoja ciotka się dowiedziała, jestem pewien, że żaden z nas nie zostałby spuszczony z oka ani na chwilę. – Mrugnął porozumiewawczo.

— Opowiesz mi o tym potem, dziadku? Też chciałbym pójść.

Polluks się roześmiał. Robił to zupełnie inaczej niż pozostali członkowie rodziny, których Hadrian miał do tej pory okazję spotkać. Głęboki, niski dźwięk dobiegający z głębi piersi i niewątpliwie przekazujący prawdziwe rozbawienie w niczym nie przypominał złośliwego chichotu ciotek, szalonego rechotania Bellatriks ani stłumionych parsknięć, na które czasem pozwalał sobie Rudolf.

— Zawsze chętny do nowych przygód jak widzę. To rozrywka dla dorosłych, a tymczasem muszę się zbierać. Ten świstoklik nie czeka na spóźnialskich.

— Ale jeśli ciotka dowie się do następnego razu… to mnie ominie, prawda?

— Zatem dbaj dobrze, żeby się nie dowiedziała. – Klepnął wnuka w głowę i z zawadiackim uśmiechem wyślizgnął się na zewnątrz.

Jak na zawołanie Walburga pojawiła się w drzwiach. Opierała się o framugę, a na jej pomarszczonej, bladej twarzy widniał wyraz podejrzliwości.

— Polluks gdzieś wyszedł?

— Tak, wspomniał coś o starych znajomych.

— I nie wiesz nic więcej? – Zmrużyła oczy.

Hadrian wzruszył ramionami.

— Nie. Brzmiało naprawdę nudno. Dziadek chyba też nie chciał iść.

Walburga odpuściła.

Wbrew swoim słowom nie minęło dużo czasu, zanim Polluks wspomniał o wyścigach po raz kolejny i tym razem wydawał się o wiele bardziej chętny, by podzielić się doświadczeniem z wnukiem.

— Wspominałem ci jakiś czas temu o wyścigach. Chciałeś, żebym cię tam zabrał. Wczoraj przyszedł świstoklik — oznajmił sucho. Wcale nie musiał o tym przypominać Hadrianowi, bo chłopiec wciąż doskonale pamiętał krótką rozmowę i owiane tajemnicą wydarzenie.

Kłęby dymu wypełniały salonik na poddaszu, w którym się znajdowali, a wszystkie tapicerki i tapety już od dawna były przeżarte zapachem nikotyny. Mimo to, Polluks potrafił w prawdziwie arystokratyczny sposób wyglądać godnie i poważnie, kopcąc cygaro i wypowiadając coraz mniej słów. Zyskiwał tylko na zgryźliwości, która nabierała dziwnego charakteru, zmieszana ze spokojnym, refleksyjnym podejściem do życia jakie reprezentował czarodziej.

— Pójdziemy? Naprawdę!? – ucieszył się Hadrian, niemal podskakując w miejscu i uśmiechając tak bardzo, że bolały go mięśnie twarzy.

Odpowiedziało mu złośliwe dmuchnięcie dymem.

— Powiedziałem ci, że zobaczę, co da się zrobić. Ubierz porządne buty, jeszcze nigdy nie widziałem wyścigu bez błota i prostaków depczących porządnym ludziom po palcach.

Hadrian pokiwał energicznie głową, zanim zniknął za drzwiami.

Niemal godzinę później opuścili rezydencję rodową opatuleni w płaszcze, z czapkami na głowach i w wyższych niż zwykle butach. Spacerem doszli do zaułka zajętego przez kontenery na śmieci. O tej porze tygodnia były pełne i miejsce przez średnio przyjemne aromaty nie sprzyjało czekaniu.

Polluks wyciągnął z kieszeni kopertę i wydobył ze środka cienki kawałek metalu wygięty w „U" i prawdopodobnie mający przypominać podkowę. Był jednak żałośnie cienki, pozbawiony jakichkolwiek ozdób i widząc go, Hadrian nagle stracił przekonanie, że wydarzenie, na które się wybierali było rzeczywiście ekskluzywne. Afera pachniała raczej sknerstwem i niedbalstwem.

— To nasz świstoklik. Złap go – wymamrotał starszy mężczyzna, a gdy Harry spełnił polecenie, stuknął różdżką w podkowę.

Artefakt natychmiast się uaktywnił. Po nieprzyjemnie długiej chwili wirowania i ciągnięcia za pępek, które w opinii młodego Lestrange'a miało na celu wyrwanie żołądka, tak samo jak aparycja zgniecenie, zostali wyrzuceni brutalnie na ziemię.

— To tutaj? – Rozejrzał się wokół. Wylądowali w środku lasu. Otaczały ich drzewa i krzaki.

— Oczywiście, że nie. Tędy.

Polluks przedarł się przez ścianę jałowców i dawno opadłych jagód. Znaleźli się na wydeptanej ścieżce, która doprowadziła ich do kolejnego prześwitu i w końcu na polanę zajętą przez jakby sklecone chwilę temu trybuny i tłum czarodziejów.

— To nie wygląda zbyt elitarnie, dziadku – odważył się skomentować Harry, rozglądając się wciąż. Zebrani nie wyglądali nawet na zbyt zamożnych, a błoto przed którym został ostrzeżony wcześniej znajdowało drogę niemal wszędzie. Podarte, poplamione peleryny, smród tytoniu, krążące trunki, nawoływania i natrętni maklerzy — tak to się przedstawiało. Znad niektórych butelek unosiły się opary sugerujące, że zawartość była mniej niż zdatna do spożycia – raczej eksperymentalna, potencjalnie śmiertelna oraz skutecznie pozbawiająca przytomności, zdrowego rozsądku i portfela.

— Każdy wyścig odbywa się gdzie indziej i stoiska są rozkładane bezpośrednio przed. Wiesz dlaczego?

— Nie – przyznał z zawstydzeniem chłopiec.

— Pomyśl! — burknął Polluks. — Trzeba mieć specjalne zezwolenie na posiadanie pegazów. Aurorzy i ludzie z Departamentu Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami tylko czekają, żeby się tu dostać i nas wszystkich aresztować.

— Morda, bo zapeszysz! Kubeł smoczej juchy za ramię, amatorze! – Wrzasnął ktoś tuż obok, ale gdy się odwrócili już nikogo tam nie było.

— Smoczej juchy? — powtórzył Hadrian.

— Poczujesz prawdziwy ogień w żyłach, kochasiu! – zapewniła czarownica z potężnym bukłakiem opartym na biodrze. – Tylko 5 sykli za kufel! Pozwolisz, że ci naleję. – Uśmiechnęła się czarująco, pokazując zepsute zęby. Szaty, które wcześniej były prawdopodobnie w jaskrawych kolorach, sprawiały wrażenie mocno przykopconych, a spod wymiętej tiary wystawały niesamowicie skołtunione włosy.

— Nie, dziękujemy – warknął Polluks, odciągając wnuka dalej. – Niejeden wylądował w Świętym Mungu po tym świństwie.

— Próbowałeś kiedyś, dziadku?

— Zrobiłem w młodości wiele rzeczy, których nie pamiętam. A Cassiopeia jeszcze więcej. Przeklęta kobieta potrafi przegrać w karty nawet bieliznę.

Hadrian mruknął „Oooo" w odpowiedzi. Nigdy nie wyobrażał sobie ciotki robiącej coś szalonego. Czarownica była nie bardziej energiczna niż zdychająca ryba.

Przepchnęli się na drugą stronę polany, gdzie znajdowały się porozrzucane w nieładzie, nie pozostawiające nawet złudzenia organizacji stanowiska. A właściwie kasy, choć niechlujni właściciele rozparci w cieniu drzew i bibeloty zaśmiecające blaty nadawały im wygląd straganów.

— Edwards. – Polluks przywitał jednego z nich, mężczyznę lubującego się w kowbojskich kapeluszach i zamiast szaty noszącego mugolski strój.

— Co dzisiaj, szefciu?

Arystokrata zmarszczył się na pieszczotliwe określenie i następne słowa wypowiedział nie bez jadu:

— Skoro czujesz, że znasz mnie tak dobrze, to na pewno nie muszę ci mówić, co obstawiam?

Czarodziej uniósł dłonie w geście poddania.

— Wybacz, szefciu. Już notuję twoje typy! – Wyciągnął świstek pergaminu i umoczył pióro w purpurowym atramencie. Skrzętnie zanotował nazwisko na górze i informacje o wyścigu.

— Triplet na Betty, Pioruna i Machloja. – Podał mu worek złota.

— Nic na Słonko?

— Nie dzisiaj – przyznał Polluks z niezadowoleniem. – Jest w nie najlepszej kondycji i chyba nie ma humoru. – A przynajmniej tak doniósł dżokej, trener i właściciel w jednym, Sarkis, o czym Polluks opowiedział wcześniej wnukowi. Sam arystokrata oferował jedynie wsparcie pieniężne i aprobatę Blacków w zamian za niewielkie korzyści, więc nie mógł sprawdzić stanu konia osobiście.

— Jak zwykle – parsknął Edwards. – Jeszcze nie wiedziałem Słonka w pogodnym nastroju… Nie wyobrażam sobie, co się wtedy dzieje!

— Starczy, Edwards. Bądź łaskaw i skończ wypisywać ten kupon…

— Pewnie, szefciu! – zgodził się radośnie mężczyzna i kilkoma zamaszystymi pociągnięciami pióra uzupełnił resztę danych, by postawić podpis bardziej skręcony niż węzeł gordyjski i nie pozostawiający najmniejszej nadziei na odczytanie nazwiska jego właściciela. Stuknął różdżką w pergamin i część treści powskakiwała we właściwe rubryki, a najważniejsze wyrazy stały się bardziej czytelne. – Miłego oglądania, szefciu! Wygraj wreszcie!

— Dziękuję, Edwars, tak zamierzam.

Gdy Polluks chciał odejść, zatrzymało go nagłe stwierdzenie:

— Jabłuszko ma nową dżokejkę. Ma szansę… tak w moim odczuciu.

— Nowicjuszka! – zbył z lekceważeniem mężczyzna i pociągnął Hadriana w stronę trybun. – Nott z pewnością na nas czeka. Rozmawialiśmy ostatnio i jeśli mamy szczęście, to poznasz jego syna. Jest w twoim wieku, inteligentny chłopak. Nic jak dziedzic Malfoyów, więc na pewno znajdziecie nic porozumienia.

Hadrian miał szczerą nadzieję, że rzeczywiście tak było. O panie Nott'cie wiedział tylko tyle, że od lat był lojalnym Śmierciożercą, jednak, jeśli jego dziadek traktował go jak przyjaciela, to nie spodziewał się po mężczyźnie brutalności. Raczej wyważenia i miłości do etykiety, cygar i konserwatywnych poglądów.

Trybuny nie tworzyły jednej całości. Były to liczne, porozrzucane bloki z miejscami ułożonymi jak na stadionie i podzielonymi w różnokolorowe loże. Zbudowane z cienkich paneli, które głośno dudniły przy każdym uderzeniu i skierowane w przeróżne strony przywodziły bardziej na myśl tekturowe makiety tuż po wysypaniu z pudełka niż ważną strukturę na wydarzeniu sportowym.

— Co tu robisz, Black?! Tacy jak ty nie są tu mile widziani! – Usłyszeli warknięcie. W ich stronę przedzierał się zgarbiony mężczyzna, brutalnie rozgarniając łokciami innych ludzi. Miał nieprzyjemnie wysoki głos i twarz wykrzywioną w grymasie złości.

— Wręcz przeciwnie, Rabid, wręcz przeciwnie… Pewnego dnia sobie uświadomisz – odparł Polluks na tyle głośno, by wszyscy słyszeli. Zachował przy tym wyważony ton głosu, co stanowiło mocny kontrast wobec ich rozeźlonego rozmówcy.

— Wręcz przeciwnie?! Brudne machlojki i wręczanie pieniędzy pod ladą! Tym się szczycisz, Black?! – wrzasnął. Wyglądał przy tym jakby chciał się rzucić z pięściami na Polluksa.

— Nie wiem, o czym mówisz. Jak zwykle obwiniasz mnie o własne kłopoty finansowe… Żałosne, naprawdę żałosne. Nie jestem w żadnym stopniu odpowiedzialny za twoje mierne umiejętności ani nędzę. Robisz scenę złemu czarodziejowi, Rabid.

— Kim on jest? – zapytał cicho Hadrian, obawiając się, że przeszkodzi w wymianie.

Polluks usłyszał, zerknął szybko na Hadriana i odpowiedział:

— To nikt ważny, wnuku. Jedynie mierny dżokej, który szuka winnych swoich porażek. – Słowa był wystarczająco głośne, by wszyscy wokół usłyszeli. Gdy część wykrzywiła usta w drwiącym uśmiechu lub wręcz beztrosko zarechotała, Rabid spienił się ze złości.

— Black, ty zaszczany błotoryju! A żebyś zdechł ze swoją kazirodczą rodziną! Kogo dziś będziesz pieprzył, co? Swoją córkę? Siostrę? A może…

— Dobrze ci radzę, zamilcz – warknął Polluks z pogardą i obrzydzeniem. – Zamilcz, zanim sprawię, że więcej nie zechcesz otworzyć ust!

— Co mi możesz zrobić, Black? Co? Poważyłbyś się?! – Szczerzył pożółkłe zęby, wypluwając kolejne słowa razem ze śliną.

Zanim Polluks zdecydował się wyciągnąć różdżkę, wyrośnięty drab chwycił dżokeja i siłą odciągnął, sycząc groźby do uszu i stanowczo zatykając usta. Zgarbiony, żylasty mężczyzna wyglądał wręcz karykaturalnie, próbując się rzucać, byle się wyszarpnąć i wrócić do sprzeczki.

Pan Black wciągnął głośno powietrze przez zęby. Hadrian zerkał na niego z niepokojem.

— Niektórzy ludzie – zaczął mężczyzna grobowym tonem – nie radzą sobie ze swoimi porażkami i chcą pociągnąć ze sobą innych. A Rabid jest w tym wyjątkowo uporczywy i podły. Nie powinniśmy tracić więcej czasu. Nie chciałbym, żeby Nott czekał na nas zbyt długo. Miałem nadzieję zamienić z nim jeszcze kilka słów przed wyścigiem.

Wspinając się w górę konstrukcji, wyraźnie czuli drgania i niebudzące zaufania chybotanie. Zatrzymali się przy jednym z wyższych rzędów. Większość miejsc była zajęta, a pozostałe zapełniały się w szybkim tempie.

Na ich widok posiwiały mężczyzna z równo przyciętymi wąsami wstał i podszedł do nich, by uścisnąć dłoń Polluksowi.

— Hadrian, to mój syn Teodor – przedstawił chłopca za sobą, stanowczo popychając go do przodu.

Idąc w ślady dorosłych, chłopcy uścisnęli sobie dłonie, kiwając głowami i serwując uśmiechy – trochę niepewny w przypadku Teda i radosny u Hadriana.

Teodor Nott był wysokim, mizernie wyglądającym chłopcem ze starannie zaczesanymi włosami, bladą cerą sugerującą niechęć do przebywania na dworze i inteligentnymi niebieskimi oczami. Wyraźnie przypominał ojca, mimo znacznie drobniejszej postury i wycofanego, nieśmiałego stylu bycia. Hadrian od razu go polubił.

— Jesteś pierwszy raz na wyścigach? – zagaił młody Nott.

— Tak, przekonałem dziadka, by mnie tu zabrał. To brzmi ekscytująco, wyścigi! A ty? Znasz się na tym?

Teodor zaśmiał się lekko.

— Nie, ale to zdecydowanie zapowiada się ciekawie.

— Black, wiesz może, kto jedzie na Jabłuszku? — zainteresował się starszy Nott. — Nie widziałem wcześniej tej dziewczyny. Wydaje się okropnie młoda.

— Nowa dżokejka, amatorka. Nie liczyłbym na zbyt wiele – osądził starszy czarodziej.

Przy Jabłuszku – abraksanie z brzoskwiniową sierścią i paskudnymi zębiskami — stała młoda czarownica. Krzepka blondynka z różowymi pasemkami głaskała pegaza po grzywie, szepcząc mu słowa zachęty i śmiejąc się do stojącej obok koleżanki.

— Zawsze zbywasz nowicjuszy, a ja zawsze biorę typy inne niż ty i wygrywam. – Nott uśmiechnął się z sympatią przy przytyku.

— Za którymś razem odzyskam to, co straciłem.

— Metoda progresywna, przyjacielu? Boję się, że za każdym razem przegrywasz jeszcze więcej.

Polluks pokręcił tylko głową ze znaczącym uśmieszkiem i pewnością, że jego prognozy w pewnym momencie się sprawdzą.

— Jak się nazywa ta dziewczyna? – zapytał pan Nott, wracając do tematu, który zaczął.

Polluks z rezygnacją otworzył program wyścigów, o którym jego przyjaciel zapomniał i znalazłszy odpowiednie nazwisko, odczytał:

— Renee Garceau.

Nott szybko uznał, że dżokejka w żaden sposób nie mogła być Brytyjką i stracił zapał.

— Dziadku, który to Słonko? Edwards coś wspominał – przypomniał sobie Hadrian.

Pan Black zmarszczył brwi z niezadowoleniem na samo wspomnienie tematu.

— To ten hipogryf po lewej. Widzisz, go? A ten ciemnoskóry czarodziej w mugolskiej czapce to Sarkis. – Wskazał kierunek.

— Hipogryfy też mogą startować? – zdziwił się Ted.

— Oczywiście. Za to nie rozumiem, Black, jak możesz godzić się, by ktoś, kto cię reprezentuje, nosił publicznie takie paskudztwo. – Nott zrobił zniesmaczony grymas.

— Nie jestem jego garderobianym. Ubierze kask i nie będzie cię to kuło w oczy. W tiarze przecież nie poleci.

— Czy przekonanie hipogryfa do lotu nie jest trudniejsze niż pegazów? – zastanawiał się głośno Hadrian. – Czytałem, że są strasznie dumne…

— Lubisz czytać? – Ucieszył się Ted. Uśmiechnął się szeroko, prawdopodobnie ciesząc się, że znalazł kogoś podzielającego miłość do książek. – Też o nich czytałem. Są bardzo szybkie i dużo niebezpieczniejsze. Założę się, że to dlatego!

Pan Nott spojrzał na ożywionego syna z mieszanką czułości i pobłażania, po czym kiwnął potwierdzająco głową.

— Szanowni czarodzieje i czarownice! Pozostały wam dwie minuty, by zająć miejsca! – Rozległ się głos z magicznego megafonu, odbiór utrudniało chrobotanie między słowami. Zagłuszył na chwilę wszystkie rozmowy.

Hadrian wciąż nie rozumiał, gdzie dokładnie miał odbyć się wyścig, a komunikat jedynie dodał do zamętu. Na pytające spojrzenie został tylko zapewniony, że „przekona się".

— Ta dziewczyna – burknął widocznie zirytowany Polluks – nie ma kasku. Nie pojmuję, czemu pozwalają jej się ustawić.

— Używa nowego czaru, jest lepszy niż tradycyjny sposób – wtrąciła się czarownica z przodu, najwyraźniej podsłuchując ich rozmowę.

— Niesprawdzona amatorka używająca równie niepewnego czaru… To miejsce wyraźnie schodzi na pufki.

— Nie przesadzajmy już, Black. Na pufki? Już nawet nie na psy? To dobrze, że ktokolwiek się troszczy o wynalazki.

— Nie obrażajmy tak wiernych zwierząt jak psy...

Wyznaczony czas na zajmowanie miejsc minął i przez trybuny przeszedł wstrząs w akompaniamencie skrzypnięcia. Osoby, które uczestniczyły w wydarzeniu po raz pierwszy, spojrzały z niepokojem pod nogi. Następnie wszyscy ludzie na trybunach poczuli bardziej zdecydowane szarpnięcie w górę i bloki oderwały się od ziemi wśród kilku zaskoczonych pisków, śmiechów i rozsypywanych na wszystkie strony okruchów ziemi, a także kilku przekąsek, które wypadły z rąk właścicielom.

Hadrian nie mógł powstrzymać otwarcia ust ze zdziwienia. Ted był raczej przerażony, jeśli zielonkawa barwa twarzy chłopca mogła coś sugerować i zaciskał dłonie na siedzeniu tak mocno, że zbielały mu kostki.

— Niesamowite – szepnął Hadrian z zachwytem, rozglądając się wokół z szeroko otwartymi oczami.

Trybuny zaczęły się organizować i przesuwać dalej od początkowej lokacji i 'kas', gdy tylko nabrały wysokości. Ułożyły się w dwa odsunięte od siebie na sporą odległość rzędy. Po chwili w powietrze wzniosły się kolejne przedmioty – poprzeczki, obręcze i półprzeźroczyste ściany, a gdzieniegdzie zaczęły migać na kolorowo kształty miejsc niedostępnych dla jeźdźców i ich wierzchowców.

— Prosimy zawodników o przygotowanie się do startu!

Jeźdźcy wsiedli na swoje wierzchowce i wjechali do boksów. W tym czasie Polluks zmusił Hadriana, by wyrecytował wszystkie znane mu informacje o pegazach, co jakiś czas wtrącając poprawki i zapomniane fragmenty.

— Ale pan męczy to biedne dziecko! – powiedziała czarownica z przodu, ta sama co wcześniej, używając fałszywie współczującego tonu — w efekcie brzmiała sztucznie i nieprzyjemnie piskliwie.

— Niech się młody uczy – odparł surowo Polluks.

— Nikt nie prosił pani o komentarz – poparł go pan Nott.

Z megafonu rozległo się głośne odliczanie, aż w końcu operator wrzasnął ochrypłe „START!", drzwiczki zamykające boksy puściły i wierzchowce ruszyły do przodu. Choć każdy z nich miał skrzydła, jako pierwszy musiały pokonać długi, płaski pas ziemi, nabierając prędkości. Towarzyszyło temu dudnienie kopyt, oranie hipogryfich pazurów, tuman kurzu i zachęcające nawoływania widowni.

— Machloj wysuwa się na prowadzenie! – Cztery pary nóg zapewniały przewagę norweskiemu wierzchowcowi, choć wyglądał jak skrzyżowanie konia z pająkiem. – Na ogonie siedzi mu Piorun! Niestety, drodzy państwo, daleko mu do prędkości światła, ale wielokrotnie widzieliśmy, że potrafi runąć w dół jak grom z jasnego nieba!

Polluks pochylił się do przodu, przyglądając się z pełną koncentracją wyścigowi.

„Patrz, czwórka to Margaryna, mój ulubieniec!" i „Margaryna? Co za egzotyczne imię!" zabrzmiało gdzieś z boku razem z zapalonym nawoływaniem „Śpiewak! Biegnij, Śpiewak! Pal podkowy!".

Płaski teren skończył się wraz z bulgoczącym, wściekle purpurowym bajorem, które stopniowo rozrastało się. Epicentrum stanowił kipiący kociołek, z którego wypływały niesamowite ilości piany razem z toksycznymi oparami. Pegazy podrywały się w ostatnich momentach, często skręcając się w powietrzu po wymuszonym początku lotu. Zygzak wywinął niemal salto, dżokej jednak pozostał nieporuszony, wyraźnie przyzwyczajony do pląsów pegaza. Klawisz zanurzył krawędź kopyta w substancji i jeśli głośny skrzek i przyspieszone bicie skrzydłami były czymś, po czym można to ocenić, kontakt z eliksirem nie był bezbolesny.

Piorun zaczął zyskiwać większą prędkość w powietrzu, prując do przodu, gdy większość wierzchowców wciąż znajdowała się na ziemi. Jabłuszko oderwała się od ziemi wyjątkowo sprawnie, jakby nowa dżokejka Garceau dodała jej zręczności.

— Machloj „3" atakuje brutalnie i taranuje „4" Margarynę! To poważne uderzenie, „4" wyraźnie straciła kurs i może nawet spadnie!

Hadrian obserwował uważnie Słonko, czarnego hipogryfa z wyraźnie zakrzywionym dziobem i ostrymi pazurami, które jeszcze chwilę temu ryły ziemię oraz czarnym upierzeniem. Wydawał się groźny. Młody czarodziej miał okazję zobaczyć, jak zwierzę wykonało w powietrzu beczkę godną orła, którego głowę nosiło, umożliwiając Sargisowi uniknięcie posłanej w jego stronę klątwy.

Dopiero w tym momencie Hadrian to zauważył. Wszyscy jeźdźcy mieli w dłoniach różdżki i w powietrzu zaczynały krążyć jaskrawe promienie zaklęć i klątw.

Betty kłapnęła zębiskami w sposób bardziej przypominający rekina niż klacz, gdy jej noga została trafiona. Brzoskwiniowa sierść pokryła się krwią.

— Watt kontratakuje, jednak czy ma jakiekolwiek szanse? Tak mało zwrotna klacz jak Betty nie podwyższa jego szans. Zasługuje jednak na brawa za wytrwałość! Wierna szkapa!

Słonko pomiędzy kolejnymi karkołomnymi manewrami zbliżył się do klaczy. Ostry dziób wbił się w jej bok, gdy szarpała się pomiędzy nadchodzącymi z różnych stron klątwami. Zarżała desperacko i wyraźnie straciła na wysokości. Dżokej przytomnie pokierował ją w dół – zamiast jednak wylądować, zanurkował pod błękitnym polem, oddzielając się na chwilę od reszty grupy. Aetonan leciał teraz w krzywy, niezgrabny sposób, jakby do jego jedzenia dodano zbyt wiele alkoholu.

— Betty ucieka od starcia! Jabłuszko znajduje się na prowadzeniu! Co za niespodzianka! Czyżby wykorzystała zamieszanie?!

Piorun poruszał się w prostej linii naprzód, prześlizgując się dzięki nieznacznym skrętom między zaklęciami.

Chwilę później pasiasta poprzeczka, wisząca do tej pory spokojnie w powietrzu, zaczęła się poruszać ruchem wahadłowym jakby chciała zmieść zbliżających się do niej jeźdźców. W następnej chwili wykonała machnięcie w zupełnie niespodziewanym kierunku, niemal uderzając oddalającą się Jabłuszko po zadzie.

— Uskoczyła w ostatnim momencie! Co za emocje, drodzy państwo! – wrzeszczał komentator. – Piorun otrzymał draśnięcie w skrzydło! Ale co to? Czyżby zbliżali się do kolejnej atrakcji dzisiejszego toru?!

Zbliżali się do jadowicie zielonej chmury, przez którą nie było nic widać. Nie widać też było sposobu, by ją szybko ominąć. Machloj zwolnił, pozwalając się wyprzedzić koniom podążającym do tej pory blisko za nim. Gdy niemal zniknęli w chmurze, dosiadający graniana czarodziej uniósł różdżkę i w powietrzu zaczęły się formować prymitywne włócznie. Z kolejnym machnięciem poleciały naprzód z szaloną prędkością, łapiąc jednego jeźdźca, dżokeja wcześniej poparzonego „23", i przebijając go wpół, po czym znosząc z wierzchowca. Klawisz „23" pognał dalej w bliżej nieokreślonym kierunku. Jedna z pozostałych włóczni drasnęła bok pegaza „5",. Reszta pofrunęła dalej bez uszczerbku.

— 23 ODPADA Z WYŚCIGU! – Na dole kilku domniemanych uzdrowicieli popędziło na pomoc rannemu zawodnikowi. – MACHLOJ GNA NAPRZÓD ELIMINUJĄC PRZECIWNIKÓW SWOIMI SŁYNNYMI SZTUCZKAMI!

Hadrian przyłożył dłonie do uszu, obawiając się, że jeszcze chwila i ogłuchnie. Ted podążył w jego ślady, jednak Black i Nott zdawali się nie przejmować i nawet wywrzaskiwali własne zachęty i komentarze razem z resztą wypełnionej nobliwymi arystokratami loży.

Machloj ze szczęśliwą „3" na grzbiecie, wciąż w nienaruszonym stanie zanurkował za resztą. Niespodzianka czekała go po wydostaniu się z chmury. Wcześniej oszczędzona Betty z dżokejem unosiła się spokojnie w jednym miejscu. W stronę graniana poleciała rozległa siatka. Czarodziej w odpowiedzi machnął różdżką, przecinając śmiesznie łatwe do zniszczenia liny. Kolejny czar „3" zapalił, a także chmurę, która wybuchła płomieniami w jednej chwili, wyłączając z gry konie, które się nie wydostały i niemal łapiąc Machloja. Rumak został trafiony tylko fragmentami siatki, gdy z maksymalną prędkością ruszył do przodu, nie szczędząc swoim przeciwnikom klatw.

Zraniona klacz wytrwale podążyła jednak do przodu, nie pozwalając się zdystansować.

— Machloj nadrabia stracony dystans! Betty nie odpuszcza! Ale, ale, spójrzcie, co się dzieje z przodu! Jabłuszko i Piorun wymieniają klątwy! Co za szaleństwo!

Miejsce, w którym pojedynkowała się dwójka jeźdźców było najeżona migoczącymi przeszkodami wszelkich barw. Oliver Foggerty „11" na Piorunie zapamiętale rzucał klątwę za klątwą w szybkiej sukcesji. Garceau odpowiadała, manewrując zręcznie abraksanem i zastawiając kolejne pułapki czy prowadząc zwody. Po kolejnych jej zaklęciach w powietrzu unosiły się bańki. Kilka przylepiło się do skrzydeł wierzchowca przeciwnika, jednak zdawał się tego nie zauważać. Kobieta zanurkowała unikając uderzenie słupkiem odgradzającym tor od widowni, który przywołał Foggerty. Wystrzeliła coś, co wyglądało jak różnokolorowe fajerwerki. Skutecznie oślepiły „11" i sprawiły, że celował w wątpliwym kierunku.

Pędząc do przodu, niemal wpadli na błyszczące pola, których do tej pory udawało im się unikać.

Expulso!

Garceau razem z wierzchowcem została odrzucona do tyłu, robiąc półobrót w powietrzu, zanim pegaz zdążył wyhamować.

Piorun znajdował się o długość konia przed wirującą belka, gdy uderzył mocno skrzydłami, w efekcie zmieniając miejsce tak gwałtownie, że wyglądało to jak skok. Dżokejka Jabłuszka świsnęła różdżką i nagle testral z jeźdźcem zostali ciśnięci w dół — poturbowani i niezdolni do uratowania się przez upadkiem z powodu nieprzytomności dżokeja. Przecięli jedno z kolorowych pól i po tym wierzchowiec również się nie ruszał.

Machloj, a pewien odcinek za nim tocząca pianę z pyska Betty, niemal dogonili Jabłuszko, gdy z dołu wyleciał Słonko. Przejechał pazurami po grzbiecie Machloja, który zawisł zdezorientowany w odpowiedzi na nagłą, głęboką ranę – dżokej mógł tylko spojrzeć z rozpaczą na ziejące czerwienią szramy i bijące bez odrobiny koordynacji skrzydła.

Słonko nie zatrzymał się ani na chwilę, prując do przodu. Sarkis leżał płasko na jego grzbiecie, trzymając się ciasno szyi. Ten duet zgubił swój numer gdzieś między drzewami, w których koronach się czaił sekundy wcześniej. Poszybowali do przodu na nieruchomych skrzydłach, niesieni siłą szalonego rozpędu w stronę Graceau. Dżokejka ruszyła z miejsca z nadzieją na uniknięcie konfrontacji. Meta była niedaleko.

Betty podążała wytrwale za prowadzącą dwójką. Na torze nie zostało więcej koni, choć widowni zabrakło szansy, by zobaczyć jak odpadły.

Garceau ściskała mocno boki pegaza, pospieszając go i wywrzaskując głośno zaklęcia przy każdym obrocie do tyłu. Sarkis nie odpowiadał, skupiając się tylko na pościgu. Zresztą rzucanie zaklęć z hipogryfa, który był zbudowany inaczej niż pegazy, było raczej problematyczne.

Gdy zrównał się z nową dżokejką, Sarkis oderwał dłoń od szyi zwierzęcia. W dłoni trzymał różdżkę tak czarną, że zlała się z piórami hipogryfa, gdy wyciągnął ją z rękawa podczas lotu. Wycharczanym „expulso" zbił abraksana z kursu i przeciął linię mety.

Widownia zawyła, a komentator wrzeszczał ogłuszająco „WYGRAŁ! SŁONKO „6" UJEŻDŻANY PRZEZ FARHANA RUWAIDA SARKISA!

— Skurczybyk powiedział, że przegra! – oburzył się Polluks zrywając się z miejsca i rzucając wyciągnięte w czasie wyścigu omniokulary na siedzenie.

Pan Nott zaczął się śmiać.

— I mówiłeś, że Garceau to niewarta uwagi amatorka, przyjacielu!

— PODZIĘKUJMY LORDOWI POLLUKSOWI BLACK ZE STAROŻYTNEGO I SZLACHETNEGO RODU BLACKÓW ZA WSPARCIE ZWYCIĘSKIEGO DUO!

Polluks zrobił zrozpaczoną minę.

— Miejsce drugie zajmuje Jabłuszko „19" klacz ujeżdżana przez Renee Garceau! Miejsce trzecie dla wytrwałej szkapy od lat uczestniczącej w wyścigach – Betty „2" pod Jamesem Wattem!

— Co się stało z tymi, którzy spadli? – zapytał Hadrian z pewnym niepokojem.

Polluks odwrócił się do niego i odparł obojętnie.

— Magomedycy zbierają ich w trakcie. Jeśli nie – to był ich wybór.

— Ktoś zginął? – Omiótł trasę zaniepokojonym spojrzeniem, jakby spodziewał się zaraz zobaczyć trupa. A ziemia była coraz bliżej wraz z powolnym opadaniem trybun i belek.

— Mnóstwo ludzi. A dzisiaj? Możemy spytać, jeśli cię to obchodzi – zaproponował, pocierając wąsy. Wygrzebał z kieszeni kupon. – Taaak, Betty znalazła się w pierwszej trójce. Poszło mi dzisiaj całkiem nieźle! Widzisz, Nott? Hadrian, pójdę zaraz odebrać nagrodę…

— Pójdziemy wszyscy razem, również mi się udało. – Pan Nott wstał i wygładził szatę. Hadrian i Ted szybko się podnieśli i podążyli za dorosłymi, przeciskając się przez rozgadany tłum.

Pan Nott wziął kupon swój i Polluksa do 'kasy', by potwierdzić wyniki. Pieniądze mogli odebrać później w Gringottcie. Black dostrzegł Sarkisa kawałek dalej i nie mógł przepuścić okazji, by nu nie wyrzucić wprowadzenia w błąd. Chłopcy zostali sami, choć dorośli znajdowali się wciąż w zasięgu wzroku.

— Dostałeś już swój list do Hogwartu, Ted?

— Tak, przyszedł kilka miesięcy temu. A twój? – odpowiedział chłopiec.

— Wczoraj. – Hadrian wręcz emanował dumą. – Nie mogę się doczekać, aż będę miał własną różdżkę! Gdybym tylko mógł już ją dostać…

— To pewnie i tak nie mógłbyś czarować – zapewnił go Ted. – Mam moją od kilku miesięcy, jednak ojciec wziął ją na przechowanie, dopóki nie zacznie się rok szkolny.

Hadrian nie stracił wcale entuzjazmu. Wątpił też, by jego rodzice zabronili mu czarować, szczególnie że namiar był jedną z pierwszych rzeczy, które Czarny Pan zniósł po opanowaniu Ministerstwa. Ale i bez tego Blackowie nie złamaliby tradycji instruowania swoich dzieci w najbardziej podstawowych zaklęciach na długo przed rozpoczęciem oficjalnej edukacji.

— Dziadek pokazał mi kilka zaklęć. Skrytki Blacków mają kilka znośnie zachowanych różdżek i nawet udało mi się znaleźć coś działającego. Jedna była tak stara, że rozpadła się, gdy tylko ją wziąłem.

Ted spojrzał na niego z zazdrością i niedowierzaniem.

— I jakie zaklęcia umiesz? – Oczekiwał przechwałek.

Hadrian się roześmiał.

— Lumos. Nic innego mi nie wyszło, ale na pewno zmienię to, jak tylko zaczniemy Hogwart. – Wzruszył ramionami. – To całkiem niezły wynik, nie? Z własną różdżką powinno być lepiej.

— Kiedy po nią idziecie? – zaciekawił się młody Nott. Po namyśle dodał: – Dawno nie byłem na Pokątnej, chętnie kupiłbym nową książkę.

— Co czytałeś? Może to znam. Ojciec zabierze mnie w najbliższy weekend, na razie ma dużo pracy.

Wymienili jeszcze kilka zdań, zanim Hadrian stracił zainteresowanie rozmową. Zaczął się rozglądać na boki i węszyć ze zmarszczonymi brwiami.

— Pachnie burzą, czujesz?

— Burzą? – Ted spojrzał na niego ze zdziwieniem. Wciągnął powietrze na próbę. – Jeśli tak pachnie burza…

Kilka osób w tłumie, dla których zapach ozonu przywoływał inne skojarzenia, zaczęło się przeciskać gwałtownie w stronę budynków organizacji. Ktoś odważył się wrzasnąć:

— Bariery siadają!

— A chrobotek to grzyb, partaczu! Łamią je! – rozległo się z drugiej strony.

Tłum zakotłował się, kolejne osoby zaczęły się energicznie przedzierać w różnych kierunkach – jedni na pomoc bliskim, drudzy by uciec od zagrożenia. Hadrian stracił z oczu zarówno pana Notta jak i dziadka. Ted zbladł i zacisnął nerwowo dłonie na szacie. „Łamią…? Jak to?" padło niesłyszane.

— Widzisz ich? – Hadrian starał się wypatrzeć opiekunów wśród zamieszania, skupiając na tym całą swoją uwagę. Czarodzieje wokół byli jednak dużo wyżsi od niego czy Teda. Nie dostrzegali znajomych postaci przez pojawiające się na krótko przerwy między ciałami uciekających ludzi – ani tam, gdzie ich ostatnio widzieli, ani nigdzie indziej.

Wydawało im się, że słyszą krzyk. Chwilę potem zaroiło się od czarodziejów w jaskrawo czerwonych szatach, które wyraźnie odróżniały się od przeważnie ciemnych kolorów. Następnie polanę rozświetliły czerwone błyski zaklęć i głośno wywrzaskiwane formuły. Ktoś upadał, ktoś zawodził i zdawało się, że wszyscy pchali się, by uciec albo walczyć.

— Gdzie? Gdzie mamy iść?— zażądał Hadrian. – Wiesz cokolwiek?

Ted jednak nie opowiedział, wydawał się całkiem zdezorientowany. Hadrian zaczął go ciągnąć w kierunku, gdzie wydawało się być najmniej atakujących.

Czerwone szaty uparcie kojarzyły mu się z jednym – aurorami. Ale to było zupełnie niemożliwe, ponieważ wiedział, że w takie miejsce zostałaby wysłana Brygada Uderzeniowa z jego matką na czele. Zacisnął zęby, dusząc w sobie mieszankę złości i paniki i szukał najlepszego wyjścia z sytuacji.

Widzowie na oszołamiacze i zaklęcia wiążące niby-aurorów odpowiadali tnącymi klątwami, nawet jeśli brakowało im umiejętności do wyczarowania zwykłej tarczy. Ci, którzy nie chcieli walczyć, uciekali lub przegrywali, próbując.

Zaklęcia padały ze wszystkich stron, a w zamieszaniu ciężko było dostrzec, z której strony nadchodziły. Hadrian uchylił się ledwo przez brunatnym promieniem i przez chwilę czuł ulotny żar na twarzy jakby owiał go pustynny wiatr. Chłopiec zatrzymał się dopiero, gdy dotarli do jednej z budek. Pociągnął Teda za róg, gdzie przycisnęli się ciasno do ściany, wyglądając co chwilę.

Harry starał się wciąż wypatrzeć dziadka lub przynajmniej pana Notta. Zamiast tego zobaczył jak świetlista jakby utkana ze światła sieć zacisnęła się ciasno wokół czarodzieja, który wciąż posiadał różdżkę. Dźgał nią na zewnątrz, wypluwając kolejne inkantacje – nieskutecznie. Jego przeciwnicy w żaden sposób nie wyróżniali się z tłumu. Jeden z nich rzucił jakiś przedmiot w stronę pojmanego. Minęło nie więcej niż sekunda zanim czarodziej zniknął, a napastnicy wmieszali się w tłum, wirując i rzucając zaklęcia jak wszyscy inni.

Odwrócił się do Teda, gdy coś przypominającego gwałtowną falę ciepła rozeszło się za jego plecami. Budka wybuchła. Płonące, połamane dechy posypały się na ich głowy. Poczuli uderzenie, które pchnęło ich przed siebie, aż padli na kolana i skulili się w sobie. Siła eksplozji naruszyła ziemię, sprawiła, że liczne kępki leżały wyrwane, a pojedyncze źdźbła spadały na ziemię razem ze mgiełką rozżarzonego pyłu. Smród dymu przyczepiał się do ich ubrań i włosów, wnikał między wargi i w nozdrza.

Hadrian uniósł głowę, rozglądając się w panice. Zerwał się gwałtownie, gdy tylko zobaczył odzianą w czerwony strój postać kilka metrów przed sobą. Promień oszałamiacza pomknął w jego stronę. Runął na ziemię kawałek dalej, z trudem unikając trafienia. Stracił na chwilę oddech od uderzenia. Potoczył się jednak dalej, przerażony i obolały. Uderzył w czyjeś nogi. Padła wiązanka przekleństw.

— Ted!? Na Merlina, tu jesteś! – Ktoś wskoczył przed nich. Hadrian dopiero po chwili rozpoznał pana Notta.

Oczy gryzły go od dymu i mrugał gwałtownie chcąc się pozbyć nieprzyjemnego uczucia.

Starszy Nott wdał się pojedynek z niby-aurorem. Hadrian czuł się przy tym jakby oglądał tylko pojedyncze sceny, migawki z akcji. Zapamiętał jednak, jak arystokrata walczył. Nie cofał się, przywoływał raz po raz tarczę i używał tylko starannie przemyślanych zaklęć. Bez wahania parł do przodu, nie tracił czasu na finezyjne zaklęcia czy niepotrzebne słowa.

Szybko pokonał swojego przeciwnika i ruszył na poszukiwania Polluksa. Ted pomógł Hadrianowi zebrać się na nogi i pospiesznie podreptali za starszym czarodziejem.

— Widziałem tam Polluksa. Ten dureń zawsze się w coś wpakuje – wymamrotał Nott pod nosem. Hadrian to usłyszał, choć może nie powinien.

Starszy arystokrata wciąż znajdował się tam, gdzie Nott go ostatnio widział. Pojedynkował się.

Hadrian natychmiast rozpoznał przeciwnika. Rabid rzucał zaklęcia z zaciętą, nienawistną miną. Miał wyraźną przewagę w walce. Black sprawiał wrażenie człowieka niewprawionego, ociężałego – jakby namyślał się nad każdym zaklęciem, zanim zdecydował się je posłać naprzód. Najgorsze było to, że nie trafiał. I gdy Hadrian myślał, że potknie się o własne nogi, Rabid go dostał.

Klątwa trafiła prosto w pierś i drwiący uśmieszek zmienił się w grymas bólu. Polluks runął na ziemię, zanim którykolwiek z nich zdołało go złapać, czy choćby podtrzymać.

Z bliska zobaczyli krew przesiąkającą szatę i dziwaczny, jakby zdeformowany kształt klatki piersiowej.

Niby-aurorzy zaczęli się wycofywać i kolejnym czarodziejom udawało się pokonać osłony antyaportacyjne, które ktoś nałożył podczas ataku. Rozsypały się po chwili i Nott z ponurą miną kazał im się przygotować do aportacji, przytwierdzając wcześniej starszego czarodzieja do wyczarowanych noszy.

-xxx-

Hadrian z szarpnięciem obudził się przez kominkiem w pokoju wspólnym. Przez chwilę patrzył nieprzytomnie w ogień, po czym zorientował się, gdzie jest i rozluźnił się w fotelu.

Minęły lata od ataku i rozumiał już, że to właśnie zaangażowanie w wyścigi Polluksa doprowadziło Blacków do ruiny mimo finansowego wsparcia Rudolfa. Pradziadek lata wcześniej umarł od klątwy, którą został wtedy potraktowany. Ale Hadrian wciąż nie wiedział, kto przywdział szaty aurorów, choć dostał potwierdzenie, że nie, nie była to robota ich Ministerstwa.