17

Hadrian Lestrange i Ron Weasley szli przez Hogsmeade ramię w ramię. Obaj mieli policzki zaczerwienione od mrozu, a z ich ust przy każdym oddechu uciekały obłoczki pary.

— Do Trzech Mioteł? — zapytał Ron, gdy znaleźli się niedaleko popularnego wśród uczniów baru. Drzwi co rusz otwierały się i zamykały, gwar rozmów prowadzonych wewnątrz budynku chwilami rozbrzmiewał i na ulicy, a do przechodniów razem z powiewami ciepłego powietrza docierał zapach piwa kremowego.

— Do Świńskiego Łba. — Hadrian kiwnął głową w stronę, gdzie znajdował się niesławny przybytek.

— To melina! Będziemy mieli w szklankach więcej kurzu niż alkoholu. — Ron potrząsnął głową z niedowierzaniem. — Naprawdę, stary, tam chcesz iść?

— Są trunki, które można dostać tylko w takich miejscach — oświadczył Hadrian, po czym dodał konspiracyjnie: — A Aberforth potrafi zmieszać prawdziwe cuda.

Grupa roześmianych uczniów minęła ich i skręciła do Trzech Mioteł, ktoś niedaleko rozprawiał o wyższości likierowych różdżek nad cukrowymi piórami.

Ron wzruszył ramionami.

— Nieważne — mruknął z niezadowoloną miną. — Jest tak cholernie zimno, że zaraz odmarzną mi uszy.

Hadrian musiał mu przyznać w duchu rację. Wcisnął dłonie głębiej w kieszenie płaszcza.

— Może załóż sobie za nie ten monstrualny szalik. Wygląda jakbyś mógł się owinąć nim ze trzy razy.

Ron spojrzał na niego z oburzeniem.

— Hej, udziergała go moja mama, nie krytykuj go!

Skręcili w końcu w boczną uliczkę, na której końcu mieściła się gospoda. Przeraźliwie skrzypienie poruszanego wiatrem szyldu z malunkiem ściętego, świńskiego łba dotarło do nich, jeszcze gdy szli główną drogą. Przez niewielkie, zapyziałe okna wychodzące na ulicę nie dało się zajrzeć do środka — były na to zwyczajnie zbyt brudne. Drzwi zbite z solidnych, potraktowanych zieloną farbą desek wykonane zostały wystarczająco solidnie, by nie pozwolić nikomu podsłuchiwać ani podglądać gości, czając się przed nimi.

Wnętrze było na tyle ciemne, że potrzeba było chwili na przyzwyczajenie wzroku i z tego powodu pierwszym, co witało gości, był zapach starego capa, jak określali tę woń sporadyczni klienci. Upchnięty w rogu kominek płonął jednak jasno, ogrzewając pomieszczenie i Ron nie protestował więcej, choć zmarszczył nos, gdy tylko przekroczyli próg.

Hadrian uważał, że gospoda miała urok podobny do roztaczanego przez Grimmauld Place 12, przez co czuł się w niej równie swobodnie co w rodowej rezydencji Blacków.

— Aberforth — przywitał właściciela z uśmiechem, podchodząc do lady.

— Znowu tutaj, Lestrange?

Hadrian nie przejął się mało gościnnym przyjęciem. Odwiedzał gospodę Pod Świńskim Łbem od lat i Aberforth odmówił mu miejsca i alkoholu tylko kilka razy i z perspektywy czasu był mu za to wdzięczny. Ktoś na pewno by zauważył, gdyby wrócił do zamku pijany.

— Mówiłeś, że jak się nazywa twój najnowszy wynalazek? Krew wilii? — zagaił swobodnie, opierając się za kontuar.

Słyszał, jak Ron zbliżył się do niego, szurając głośno. Hadrian mógł mu od razu powiedzieć, że pokrywająca kamień warstwa brudu była zbyt zbita, by cokolwiek się w niej poruszyło.

— Tak. — Aberforth krótko kiwnął głową.

— Dwa kufle. Tak, Ron?

— Pewnie — zgodził się rudzielec z roztargnieniem. Odwijał w tym czasie szalik i rozglądał się po pomieszczeniu z ciekawością. Wygrzebał z kieszeni kilka drobniaków, wcisnął je w dłoń Hadrianowi i poszedł zająć stolik.

— Ostrożnie z tym — burknął Aberforth podsuwając Hadrianowi dwa kufle wypełnione po brzegi.

Młodzieniec skinął na znak, że zrozumiał, zapłacił i dołączył do swojego kolegi przy stole. Odstawił naczynia na zmatowiały blat. Nie dało się rozpoznać, z jakiego drewna został wykonany. Gdyby Hadrian nie wierzył, że sprzątanie na czyjejś posesji było w złym guście, potraktowałby miejsce solidnym chłoszczyć, a tak mógł tylko dyskretnie zaczarować swoje szaty, by nie trzymał się ich brud.

— Próbowałeś już tego? — zapytał Ron, a gdy Hadrian potrząsnął przecząco głową, kontynuował: — Ciekawe jakie ma działanie. Nie nazywa się chyba krwią wilii bez powodu!

— Raczej wątpię, żebyśmy stali się bardziej powabni po wypiciu — stwierdził Hadrian. Podejrzewał raczej, że upodobnią się nieco do innych patronów obecnych w gospodzie.

Kątem oka obserwował dwójkę prowadzącą wymianę. Mężczyzna w kapturze zasłaniającym całą twarz z wyjątkiem nosa i ze szponami zamiast paznokci przesunął właśnie po blacie pakunek w stronę drugiego gościa z głową owiniętą szmatami i wypchaną torbą leżącą na ławie obok.

— Ach, to byłoby dobre! Widziałeś niektóre z nich? — zachwycał się Gryfon. — Gdyby tylko któraś zgodziła się ze mną umówić... — powiedział z rozmarzeniem.

— Musiałbym nie mieć oczu, by nie widzieć. Próbowałeś którą zaprosić...?

Ron spojrzał na niego, jakby oszalał, a jego uszy poczerwieniały.

— No coś ty! Myślisz, że powinienem?

Hadrian nie skomentował tego w żaden sposób i obaj chłopcy pociągnęli po łyku zamówionego napoju. Trunek jednocześnie palił i jakby oblepiał gardło. Nie musieli długo czekać, aż przyjemne ciepło rozeszło się od ich żołądków aż po koniuszki palców.

— Nie mogę uwierzyć, że odwołali rozgrywki quidditcha z powodu Turnieju — stwierdził Ron.

Hadrian oparł głowę na dłoni i powoli zamieszał zawartością kufla.

— Nie mogę uwierzyć, że nie uprzedzili nas wcześniej. Przyjąłem nowych ludzi, zaczęliśmy się przygotowywać do pierwszego meczu... — urwał. — Wreszcie mamy szukającą, która będzie mogła konkurować z Ginny — oświadczył z uśmieszkiem.

Przynajmniej obaj rozumieli, że rozgrywek nie dało się zorganizować — nie kiedy uczniowie z Durmstrangu i Beauxbatons byli obecni i też powinni być w stanie jakoś w grze uczestniczyć.

— No nie wiem! — zaperzył się Ron. — Ginny jest najlepsza. Kogo przyjąłeś? — Pociągnął kolejny łyk.

— Trzecioroczna, Miranda Pools. Będzie miała szansę pokonać twoją siostrę w przyszłym roku. Żałuję tylko, że tego nie zobaczę.

— Ach, nie udawaj, przyznaj, że Turniej uratował was przez utratą Pucharu!

— Łudzisz się — prychnął Hadrian. — Zamierzasz dalej organizować treningi, jak się zrobi cieplej?

— Tak — potwierdził Ron bez wahania. — Ty też, nie?

— Oczywiście. — Zamyślił się na chwilę, sięgając myślami do początku roku szkolnego. — W Ravenclawie wybrali nowego kapitana w tym roku. Szkoła też musiała się późno dowiedzieć, co się będzie działo. — Zamilkł na chwilę, a Ron nie próbował nic dodać. — Szkoda by było zostawić nowicjuszy bez przeszkolenia na kolejny rok. Mam tylko nadzieję, że Wayne da sobie radę, jeśli Turniej zabierze mi cały wolny czas.

— Właśnie! — Ron usiadł prościej. — Gratulacje, stary! Przynieś Hogwartowi chwałę, czy coś, bo jesteś jedynym sensownym czempionem z naszej szkoły. — Pochylił się nad stołem, by klepnąć Hadriana w ramię. — Ale Parkinson! — prychnął. — Kto wymyślił, że wystawienie jej to dobry pomysł?

Hadrian nie wiedział. Przyjął gratulacje Rona z uśmiechem, tak jak wszystkie poprzednie, którymi został zasypany zaraz po ogłoszeniu reprezentantów i później, gdy świętowali w Pokoju Wspólnym, dopóki zmęczenie ich nie powstrzymało.

Gdy dołączył do nich Wayne, alkohol zdążył uderzyć już im do głów. Śmiali się trochę zbyt głośno i często, ale wciąż daleko im było do granicy, po przekroczeniu której Aberforth wyrzuciłby ich za drzwi. Wayne zebrał się jako pierwszy, a Hadrian z Ronem siedzieli w barze aż zaczęło się ściemniać. Zbliżał się grudzień i dni stawały się coraz krótsze.

Lodowate powietrze nie wystarczyło, by ich całkiem otrzeźwić, gdy nieco chwiejnie wyszli na zewnątrz. Spoważnieli jednak.

— Mama by mnie zabiła, gdyby wiedziała, że się z tobą zadaję — stwierdził nagle Ron nie do końca wyraźnie, nieco bardziej przeciągle niż zwykle.

Hadrian spojrzał na niego ze zdziwieniem. Zapinał jeszcze swój płaszcz i starał się postawić jak najwyżej kołnierz.

— Ściskasz mi dłoń co mecz, na pewno wie — odmruknął.

— Nie, nie. — Ron potrząsnął głową i zachwiał się trochę mocniej. Hadrian chwycił go za ramię, tak na wszelki wypadek. — Mama nigdy tego nie powie, ale nie cierpi wszystkich Śmierciożerców i gdyby mogła, nie pozwoliłaby nam żadnego spotkać... — urwał. — Znaczy, ma rację. Arystokraci... Straszne dupki!

— Rycerze Walpurgii — poprawił go Hadrian bez przekonania. Oficjalnej nazwy i tak najczęściej używali tylko urzędnicy i nawet jego matka określała się jako Śmierciożerczyni. — I nie jestem jednym z nich.

— Mam na myśli — zaczął Ron z naciskiem — że nie jesteś taki zły jak ona myśli, że wy wszyscy jesteście... Stary, ja wiem, że jesteś porządnym gościem!

Hadrian nie odpowiedział, milcząco słuchając wywodu Rona. Wolałby nigdy nie usłyszeć o opinii Molly Weasley. Przypomniało mu to rozmowę o Neville'u. Ilu jeszcze ludzi gardziło nim za samo bycie Lestrange'em? Nie chciał wiedzieć, nie dbał o to, a jednak świadomość ich niechęci drażniła go w trudny do zignorowania sposób. Na przekór chciał im pokazać, że był nieodrodnym synem swoich rodziców i że nazwisko Lestrange nosił z dumą.

— Nie może się pogodzić z tym, że wiesz, tato zarabia teraz lepiej... Od zmiany rządu, wiesz? Charlie mówił, że wszyscy myśleli — parsknął nagle śmiechem — że będzie bezrobotny! A wiesz co się dzieje? Przychodzą do niego wystrojeni idioci pokroju Malfoya — nie mógł przez chwilę kontynuować, zajęty rechotaniem — i pytają „Panie Weasley, jak jeszcze mogę się chronić przed mugolami? Co jeśli jakiś mnie zaczepi w drodze do pracy?".

Ron zaczął śmiać się w najlepsze, Hadrian patrzył na niego z szokiem. Złapał go za bark i przytrzymał, gdy rudzielec stracił równowagę.

— No, przyjacielu, też bym się tego nie spodziewał, ale pora cię odprowadzić do zamku, co?

Szybko udało mu się zrzucić ten obowiązek na Finnigama, który też kierował się już w stronę szkoły. Hadrian zawrócił, nikomu nie tłumacząc, jakie sprawy chciał jeszcze załatwiać w Hogsmeade.

-xxx-

Drzwi wejściowe skrzypnęły cicho, zamykając się, a Hadrian znalazł się w holu Hogwartu razem ze świeżą porcją lodowatego powietrza. Obok jednak nie było nikogo, kto mógłby z tego powodu narzekać. Rozpiął płaszcz, potarł zaróżowiony od mrozu nos i ruszył w stronę ukrytego za schodami korytarza.

Zamek był opustoszały o tej porze. Sprawunki zajęły mu dłużej niż zakładał, a droga z Hogsmeade również wymagała czasu. Nie zaszedł jednak zbyt daleko, zanim wysoka, chuda postać zastąpiła mu drogę.

McGonagall stanęła z rękami założonymi na piersi i czekała, aż Hadrian się do niej zbliży, mierząc go surowym wzrokiem. Ubrana w surowe szaty zasłaniające ją od stóp do głów, z kokiem tak porządnym, że wyglądał jakby został zrobiony sekundy temu i z ustami zaciśniętymi w wąską linię stanowiła ucieleśnienie szkolnej dyscypliny.

— Panie Lestrange — powiedziała i już to zabrzmiało jak nagana.

Nie było nauczyciela, którego Hadrian chciałby spotkać mniej niż ją. Nie dał jednak tego po sobie poznać, uprzejmie kiwając kobiecie głową i wypowiadając grzecznościowe:

— Dobry wieczór, Profesor McGonagall.

— Na pewno zdaje sobie pan sprawę, że minęła już pora wędrówek po korytarzach. W czasie ciszy nocnej uczniowie są zobowiązani znaleźć się w swoich dormitoriach, pełnoletni czy nie. - Mówiła, jakby popełnił o wiele poważniejsze przewinienie. — Pana też dotyczy ta zasada.

— Oczywiście, pani profesor. Zwyczajnie straciłem poczucie czasu i już zmierzałem do siebie, by naprawić to... zaniedbanie.

Jej mina nie złagodniała ani trochę. Rozkrzyżowała jednak ręce i obróciła się w drugą stronę, informując go wcześniej:

— Pójdzie pan ze mną do mojego gabinetu.

Nie miał innego wyboru, niż za nią podążyć. Nie silił się na protesty, ponieważ zostałby jeszcze odebrany jako kłótliwy albo wypierający się swojej winy. Co z tego, że nie widział potrzeby traktowania go pogadanką nad talerzem herbatników, jeśli McGonagall życzyła sobie go zrugać?

Otworzyła przed nim drzwi do gabinetu — wiedział, że były doskonale zabezpieczone i choć czarownica nie musiała nawet wyciągać różdżki, nie przepuściłyby nikogo innego — i gestem dłoni zaprosiła go do środka.

— Proszę usiąść, panie Lestrange — powiedziała chłodno i przemaszerowała za biurko.

Hadrian posłusznie opadł na twarde krzesło z wysokim oparciem i wyciągnął nogi przez siebie. Zastanawiał się, czy złapała Rona podczas powrotu do wieży. Nie sądził, by rudzielec cokolwiek powiedział, ale Finnigama nie darzył takim samym zaufaniem.

Nie zamierzał odezwać się jako pierwszy. Dlatego siedział nieruchomo, milcząco i mierzył się wzrokiem z McGonagall. Po tym, jak drgnął jej policzek, ocenił, że dostrzegła w jego oczach drwinę.

— Wczoraj został pan oficjalnie przedstawiony jako jeden z reprezentantów Hogwartu — oznajmiła w końcu. — Wielu uczniów, szczególnie tych z młodszych klas będzie patrzyło na pana jak na wzór do naśladowania. Mam nadzieję, że zdaje pan sobie z tego sprawę?

Przekrzywił lekko głowę.

— Nie sądzę, żeby tak się stało.

— Informuję pana, że tak się stanie — powiedziała z naciskiem. — Proszę sobie wziąć tę informację do serca i zachowywać się jak reprezentantowi przystoi. — Odetchnęła głęboko. — Ledwie minął dzień, panie Lestrange, a już zasłużył pan na reprymendę.

— Czy zdarza się czasem, że nie ma pani wątpliwości co do mojego zachowania? — zainteresował się. Ciężko było znaleźć coś obraźliwego w tonie jego głosu czy zblazowanym wyrazie twarzy. Treść pytania wystarczyła jednak, by nauczycielka spiorunowała go wzrokiem.

— Niezwykle rzadko, panie Lestrange.

Tak, na to wygląda, pomyślał Hadrian. Przesunął wzrok z posępnej twarzy McGonagall na równo poustawiane przedmioty na jej biurku. Zakręcony kałamarz i czyste pióro leżały na rozwiniętym, gotowym do zapisania arkuszu pergaminu. Kilka rolek czekało w pogotowiu tuż obok. Na samej krawędzi blatu stał półmisek z przyschniętymi już herbatnikami, a po drugiej stronie mosiężna lampa z zielonym abażurem. Potem Hadrian zaczął się przypatrywać regałom zasłaniającym pokryte ciemnoczerwoną tapetą ściany. Nie próbował odczytać tytułów książek. Zaciekawił go za to stary, utrzymany w żółtawobrązowych barwach globus, który niespiesznie kręcił się wokół własnej osi.

— Proszę wstać i opróżnić kieszenie.

— Słucham? — Spojrzał na nią zaalarmowany.

— Chcę zobaczyć zawartość pana kieszeni. Widzę, że nie ma pan ze sobą torby — powtórzyła.

Nie miał. Za to wewnątrz jego magicznie powiększonych kieszeni znajdował się więcej niż jeden pakunek, którego nie powinien wnosić na teren szkoły.

— Tak jak wszyscy przeszedłem kontrolę przed wyjściem z zamku. — Nie drgnął ze swojego miejsca.

Nie kłamał. Rodzeństwo Carrow, które przejęło tę funkcję razem ze stanowiskiem woźnego, nie było jednak dużo trudniejsze do oszukania niż Filch, choć ich obecność ułagodziła pewnych członków rady szkoły, którzy czuli się zniesmaczeni obecnością charłaka w pobliżu ich dzieci.

— Nie został pan sprawdzony po powrocie.

— Dlaczego miałbym? — oburzył się. — Regulamin nie wspomina o takiej potrzebie.

— Czytał pan regulamin? — Uniosła brwi i Hadrian zrozumiał, że z niego drwiła. — Nigdy bym nie zgadła, panie Lestrange, że może go pan znać. I żeby odpowiedzieć na pana pytanie: interesuje mnie, co pan wnosi do Hogwartu.

— Jak już mówiłem — wycedził — zostałem sprawdzony przed wyjściem. Nie ma pani żadnego powodu, by się interesować moimi prywatnymi rzeczami.

— Wciąż jest pan uczniem tej szkoły, panie Lestrange. Proszę okazać trochę dojrzałości i dostosować się do reguł — powiedziała, po czym uniosła jeden kącik ust w niby uśmiechu. — Jako uczeń drobiazgowo stosujący się do regulaminu i tak dokładnie zaznajomiony z każdym jego podpunktem na pewno nie będzie miał pan problemu z rozwianiem moich wątpliwości. Chodzi jedynie o zachowanie porządku.

Zbierał się, by udzielić jej jakiejś odpowiedzi, wstać i wyjść, tracąc tym samym punkty i zarabiając szlaban, gdy rozległo się pukanie. Drzwi otworzyły się i w progu stanęła profesor Sprout, jeszcze zanim McGonagall wydusiła z siebie zaproszenie.

— Pomono — powiedziała ze zdziwieniem. Surowość zniknęła z jej twarzy, zastąpiona nikłym niezadowoleniem.— Mogę ci w czymś pomóc?

Profesor Sprout weszła do środka, pozwalając drzwiom zamknąć się bez jej ingerencji.

— Minerwo, słyszałam, że złapałaś jednego z moich uczniów — oznajmiła łagodnie, przyjaźnie. Zbliżyła się do nich i położyła Hadrianowi dłoń na ramieniu. Poza tym nie dała mu w żaden sposób znać, czy była po jego stronie.

Nie należała do chudych kobiet i zajmowała tyle miejsca, że nie można jej było nie zauważyć. Sympatyczny, choć nie mniej przez to konkretny sposób bycia Sprout sprawiał, że ignorowanie jej stawało się czymś gorszym niż łatwą do wytłumaczenia nieuprzejmością. McGonagall nie mogła jej zbyć.

— Owszem. — Kiwnęła sztywno głową.

Zanim zdążyła dodać coś jeszcze Pomona uśmiechnęła się szeroko i oświadczyła:

— Dobrze, skoro już tu jestem, nie ma potrzeby, żebyś traciła więcej wieczoru. Odprowadzę go do Pokoju Wspólnego, gdzie już powinien dawno się znaleźć. — Uniosła dłoń, widząc, że McGnagall chciała zaprotestować. — Nie martw się, Minerwo, dopilnuję, żeby nigdzie nie zabłądził po drodze.

W międzyczasie profesor Sprout opuściła swoje miejsce za krzesłem Hariana i podeszła do regału, z którego szczytu zwieszały się długie liście paprotki.

— Widzę, że dobrze o nią dbasz — stwierdziła, badając roślinę. — Może przyjmiesz jeszcze jedną doniczkę?

— Nie, Pomono, przykro mi, ale obawiam się, że to już byłoby dla mnie za dużo...

— Wstań, Hadrian, idziemy — poleciła krótko Sprout, po czym zwróciła się na powrót do do McGonagall: — Szkoda, przydałoby ci się więcej zieleni tutaj. Nawet Severus zgodził się zaopiekować jedną roślinką...

Nie przestając mówić ani na chwilę, zdołała wyprowadzić Hadriana na korytarz. Przez ramię życzyła McGonagall miłego wieczoru, zamknęła drzwi i dopiero wtedy puściła łokieć swojego podopiecznego.

— No, miałeś szczęście, że portret Elżbietusza dostrzegł, jak Minerwa cię porwała z korytarza — oświadczyła, gdy już oddalili się na tyle od gabinetu, by zyskać pewność, że czarownica nie mogła usłyszeć ich rozmowy.

— Chciała mnie przeszukać.

— Może i chciała. — Prychnęła. — Nie wiem, co sobie myślałeś, wracając tak późno! To tak jakbyś chciał kłopotów! — zrugała go.

Milczał i Sprout nie ciągnęła reprymendy dalej.

— Nie kuś już dzisiaj losu, Hadrian — powiedziała w końcu dużo łagodniej. Westchnęła i kompletnie zmieniła temat: — To chyba nie był najlepszy moment, by przekonywać Minerwę do przyjęcia kolejnej roślinki. Ale dobrze by jej zrobiło dodać coś żywego do tego ciemnego gabinetu. Może podchodzę do tego zbyt optymistycznie, co Hadrian? Wciąż jestem przeszczęśliwa, że Severus chwali sobie mój prezent...

— Profesor Snape wziął jakąś roślinę do lochów?

— Tak, tak, przekonałam go do zabrania dość specyficznego gatunku. Tylko żartowałam, mówiąc, że Plwacz Jaszczurzy pasowałby do jego charakteru, ale stał się całkiem przychylny moim namowom, gdy usłyszał, że roślinka nie tylko wytrzyma w półmroku, ale też opluje parzącą substancją wszystkich nieproszonych gości.

Hadrian nie potrafił sobie wyobrazić, kto mógłby odwiedzać profesora Snape'a.

Posłuchał rady profesor Sprout i tego wieczoru nie siedział do późna, a tym bardziej nie krążył po zamku. Zamiast tego położył się i nawet zdołał zasnąć, gdy z Pokoju Wspólnego dobiegały go jeszcze ledwo słyszalne urywki rozmów. W konsekwencji obudził się przed świtem, gdy na zewnątrz było jeszcze dość ciemno. Pierwsze światło zbyt słabe by przebić się przez kotary dopiero zaczynało rozjaśniać horyzont. Po tym jak zwlekł się z łóżka, nie musiał już rzucać Lumos, by się z czymś nie zderzyć.

Narzucił na siebie szatę, okręcił szyję niedbale szalikiem i wyciągnął już zapieczętowany list z pierwszej szuflady szafki nocnej. Owalne, ciemne korytarze, które musiał przemierzyć, by wyjść z części zamku należącej wyłącznie do Puchonów, naprawdę przypominały o tej porze tunele wyryte w ziemi i gdy w końcu stanął przed beczką stanowiącą wejście do Pokoju Wspólnego, poczuł się jakby wynurzył się z jamy jakiegoś zwierzęcia.

Dopiero przed wrotami wychodzącymi na błonia zarzucił płaszcz na ramiona, a list wsunął do kieszeni. Skulił się nieco, gdy poczuł na jeszcze rozgrzanej od snu skórze lodowate powietrze. Skierował się z stronę sowiarni. Nie spieszył się, wciąż rozprężony po satysfakcjonującym odpoczynku.

Nie podniósł głowy ani nie rozejrzał się, wchodząc do zaniedbanego budynku. Nieprzyjemny zapach stał się wyczuwalny, jeszcze zanim znalazł się na prowadzących do drzwi schodkach.

W środku co jakiś czas rozbrzmiewało pohukiwanie którejś z sów, a gdy cichło, niczym w odpowiedzi zaraz odzywała się inna. Panowała tam temperatura na tyle wysoka, że zdecydował się rozpiąć płaszcz i poluzować szalik, zanim zaczął się wspinać na górę, gdzie spodziewał się znaleźć należącą do niego włochatkę.

Ptak spał jeszcze, gdy przed nim stanął i musiał mruknąć cicho 'hej', by go obudzić. Z parteru dobiegło go skrzypnięcie drzwi. Sprawnie przywiązał list do nóżki włochatki, pogłaskał ją po łebku i polecił zanieść wiadomość do jego rodziców. Nie zwlekając dłużej, zaczął schodzić na dół, poświęcając każdemu zaświnionemu stopniowi odpowiednio dużo uwagi.

Nie zainteresował się szczególnie tym, kto oprócz niego wysyłał tak wcześnie swoją korespondencję. Odwrócił się jednak, gdy kątem oka dostrzegł jasne włosy i skrawek błękitnego mundurka Beuxbatons. Zatrzymał się wtedy i zmrużył oczy. Rozpoznał Claude'a, napatrzył się na niego wystarczająco w czasie wyścigu, by łatwo mu to przyszło. Powoli, cicho, oparł się o ścianę, postanawiając zaczekać, aż czarodziej odeśle sowę i się do niego odwróci. Niemal nie odrywał od niego wzroku, co jakiś czas tylko zerkając przez wykusz w murze na rozjaśniające się z każdą chwilą niebo.

Sowa odleciała, a Claude ruszył w stronę schodów. Na Hadriana spojrzał przelotnie, nie dając po sobie poznać, czy go rozpoznawał. Mógł nie wiedzieć, kim był, reprezentantów wybrano aż dziewięciu i żaden z nich nie został wywołany na środek. Padły jedynie nazwiska.

— Zaimponowałeś mi — stwierdził Hadrian, by zwrócił jego uwagę.

Udało mu się to. Claude zatrzymał się i skupił na nim wzrok.

— Chciałem ci pogratulować wygranej — kontynuował Hadrian. — Jestem pod wrażeniem umiejętności, jakie zaprezentowałeś.

— Dziękuję. — Francuz nie zaoferował mu uśmiechu w odpowiedzi. Jego ton był jednak uprzejmy. — Nie spodziewałem się docenienia od kogoś z Hogwartu. Może z wyjątkiem nauczycieli i urzędników, ale czy oni nie są zobowiązani do uściśnięcia dłoni nam wszystkim?

— Może w tym wypadku nie byłem do końca lojalny wobec mojej szkoły. — Uśmiechnął się krzywo. — Jeśli mogę zapytać, jak długo jeździsz?

Hadrian żałował w tej chwili, że nie umył zębów przez wyjściem z dormitorium. Trzymał dystans. Znajdował się jednak na tyle blisko drugiego młodzieńca, że mógł mu się dobrze przyjrzeć. Przystojny, bez wahania tak by go określił.

— Od dziecka — odparł Claude bez wahania. — Słyszałem, że w Czarodziejskiej Brytanii popularne są inne rozrywki niż jazda? — W jego głosie nie było słychać śladu zagranicznego akcentu, mówił płynnie po angielsku.

Razem ruszyli w dół krętych schodów.

— Wyścigi są nielegalne, a sprowadzenie czy hodowla pegazów sprawiają dużo kłopotów, więc niewielu z nas ma motywację, by się tego podjąć — wyjaśnił. Zdecydował się nie wspominać o stajniach, które Malfoyowie utrzymywali w Europie razem z imponującą winiarnią. — Dużo chętniej wsiadamy na miotły niż na konie.

— Ach, tak, słyszałem dużo dobrego o brytyjskich drużynach — mruknął Claude. Otworzył drzwi i jako pierwszy wyszedł na zewnątrz. Wiatr sprawił, że kilka kosmyków osunęło mu się na czoło. — Rozmawiamy jednak o koniach. Znalazłeś się kiedyś na grzbiecie?

— Nie, nie miałem takiej okazji. — Hadrian potrząsnął głową. — Za to podziwiałem wcześniej podobny wyścig. Nie chcę udawać, że jestem znawcą, ale mam porównanie.

— We Francji?

— Dopiero muszę ją odwiedzić.

Claude spojrzał na niego z zainteresowaniem.

— Jeden z tych niesławnych...?

— Dokładnie taki. — Uśmiechnął się krzywo. — Może nawet najbardziej niesławny ze wszystkich, bo ostatni w Brytanii, o jakim słyszałem.

Claude nie odpowiadał mu przez chwilę. Pustą drogą szli w stronę błoni w milczeniu. Mijali jałowce oraz nagie, pozbawione liści jabłonie. Trawę pokrywał szron i gdyby musieli przez nią przejść, niewątpliwie usłyszeliby chrupanie dobiegające spod podeszew ich butów.

— Kiedy poinformowano was o Turnieju? — przerwał ciszę Hadrian.

— Hmm — mruknął Claude, unosząc przy tym brwi. Pytanie go zaskoczyło. — Nikt nie wyjaśnił wtedy, co dokładnie nas czeka, ale jeszcze przed wakacjami madame Maxime wspomniała, że powinniśmy dobrze wykorzystać czas wolny na podniesienie naszych umiejętności, ponieważ może pojawić się przed nami... szansa.

— A kiedy was poinformowała o wyjeździe?

— Na początku tego roku. Zdaje się, że już wtedy wszystko było ustalone.

— To ciekawe, że słowa Turniej Trójmagiczny po raz pierwszy w Hogwarcie padły tuż przed waszym przyjazdem. — Choć dzięki pozyskanym informacjom nie musiał się dłużej zastanawiać, jak Beauxbatons i Durmstrang zdołały się przygotować i od kiedy ich uczniowie ćwiczyli, to świadomość, że mógł wiedzieć o Turnieju wcześniej napełniała go niezadowoleniem.

— Nie przedstawiłeś się — stwierdził nagle Claude.

— Hadrian Lestrange — odmruknął Hadrian, nie zatrzymując się i spoglądając na drugiego.

— Spodziewam się, że dużo łatwiej niż ja odkryjesz powód, dla którego wasze Ministerstwo milczało, Lestrange — stwierdził. — A tu jest nasz powóz. — Machnął ręką, w stronę odległego kształtu. — Na razie.

Rozeszli się w różne strony, zanim Hadrian miał okazję zadać mu więcej pytań. Z każdą odpowiedzią powstawały kolejne.