18

Dzwonek oznajmiający koniec ostatniej lekcji w Hogwarcie zabrzmiał już dawno. Barty Crouch wciąż przebywał w klasie obrony, choć żaden uczeń nie siedział już w ławce, czekając na jego instrukcje. Mężczyzna przechadzał się z jednej strony pomieszczenia na drugą, wykorzystując miejsce zwykle służące do pojedynków.

Tylko patrząc pod odpowiednim kątem, można było zobaczyć, że przed biurkiem unosił się przezroczysty hologram. Połyskiwał niczym tafla szkła, a z runami ciągnącymi się wzdłuż jego brzegów, wyglądał trochę niczym ozdobna tarcza. Znaki pozostawały na tyle niewyraźne, że nietrudno było ich nie zauważyć, choć były ciemniejsze niż reszta magicznej powierzchni. Stanowiły najważniejszy element czaru, nad którym pracował Barty. To ich kolejność rozważał, zastanawiał się, czy warto było dodać kolejne linie albo znaczenia.

Podczas ostatniego spotkania Wewnętrznego Kręgu przedstawił Czarnemu Panu swój mały projekt, pracą nad którym zabawiał się, gdy tylko nie przeszkadzali mu uczniowie. Czarnoksiężnik polecił mu kontynuować, pochwalić się później efektem końcowym. Ponieważ Barty szczególnie lubił, gdy Voldemort doceniał jego wysiłki, zajął się czarem z jeszcze większym zapałem.

Barty zatrzymał się przy oknie. Wdzierające się z zewnątrz promienie zachodzącego słońca zapaliły rudawe refleksy w jego potarganych włosach. Tkwił w tym miejscu, aż z zamyślenia wyrwało go pukanie do drzwi. Drgnął i skrzywił się z niezadowoleniem. Odwrócił się i machnięciem różdżki sprawił, że transparentna tarcza zniknęła, a otwarte książki rozłożone na biurku zamknęły się i wróciły na półkę. Dopiero wtedy zawołał:

- Zapraszam!

Do klasy wmaszerował Hadrian. Zatrzasnął za sobą drzwi i bez wahania zbliżył się do nauczyciela. Nie spieszył się jednak, szedł, jakby miał zbyt dużo czasu do zmarnowania.

- Widzę, że dostałeś wiadomość ode mnie, Lestrange - stwierdził Barty. Oparł się o swoje biurko i skrzyżował ręce na piersi, w jednej dłoni swobodnie trzymając różdżkę.

- Dostałem - potwierdził Puchon. Odsunął dla siebie krzesło, usiadł i oparł się łokciami o blat.

- Czy wiesz, dlaczego tu jesteś? - Crouch przypatrywał mu się uważnie. Zawsze o to pytał.

Tym razem Hadrian miał przynajmniej podejrzenia.

- Zgaduję, że to coś związanego z Turniejem - odpowiedział gładko. - Nie wyobrażam sobie innego powodu, dla którego mógłby pan chcieć mnie widzieć.

- Uwierz, Lestrange, i dla tego powodu nie chcę cię widzieć, a jednak obaj tu jesteśmy i mamy sprawy do omówienia. - Grymas niezadowolenia na jego twarzy jeszcze się pogłębił. - Rozmawiałem już z Parkinson i Wright'em.

- Tak? - zaciekawił się Hadrian. - I czego się pan dowiedział?

- Zastanawiam się, czemu ty się niczego nie dowiedziałeś, Lestrange...

Hadrian przełknął ślinę i oblizał wargi. Nie dało się ukryć, jak źle byli dobrani, jak katastrofalnie antagonistyczne było ich podejście do siebie. Nie miał nad tym żadnej kontroli.

- Dowiedziałem się, oczywiście, że to zrobiłem... - zaczął mówić i przerwał. - Tylko niewystarczająco wiele - musiał dodać, choć słowa niechętnie opuszczały jego usta. - Nie przez brak prób, myślę, że rozumie pan moją sytuację.

- Skandaliczna, tak ją rozumiem - podsumował cierpko Crouch.

- No na pewno pan tak nie myśli - mruknął Hadrian. - Zdaję sobie sprawę, że wychodzę na tym najgorzej.

- Na pewno?- Crouch uniósł pytająco brwi.

Hadrian drgnął wtrącony z równowagi. Nie lubił, jak Crouch wybijał go z rytmu. A zdarzało mu się to niemal zawsze, gdy mieli rzadką okazję rozmawiać bez świadków. Przyłapany zmusił się, by skorygować się nieco:

- Czułbym się pewniej, wiedząc, co planują, co myślą o pierwszym zadaniu i jak chcą do niego podejść.

- Zdradzę ci, że oni też o tobie niewiele wiedzą. Na pewno mniej, niż wydaje mi się konieczne, by potraktować cię ze stosowną ostrożnością - powiedział Crouch.

- Bardziej chciałbym wiedzieć, czego się dowiedzieli o sobie nawzajem.

Tak samo jak chciałby znać mocne strony pozostałych reprezentantów i dostać choćby najmniejszą wskazówkę, na czym miało polegać pierwsze zadanie. W tym roku ktokolwiek odpowiadał za zachowanie tajemnicy, wywiązywał się ze swoich obowiązków bez zarzutu - na nieszczęście Hadriana.

- Tego, Lestrange, nie jestem w stanie ci powiedzieć. Dowiesz się jednak na pewno. - Zmrużył oczy. - Spodziewasz się konkurować dodatkowo z nimi, widzę to po tobie.

- A po nich?

Crouch odepchnął się od blatu i zaczął przechadzać się po pomieszczeniu tak, jak to robił, zanim dołączył do niego Hadrian.

- Lekceważenie. Niechęć.

- To nie najgorsza mieszanka. - Młodzieniec odchylił się na krześle do tyłu. Nie spuszczał wzroku z Croucha ani na chwilę. - Kto nas wybrał w takim składzie? Na co liczył?

Usta Croucha rozciągnęły się z sardoniczny uśmieszek, wokół oczu pojawiły się zmarszczki śmiechu. Mężczyzna paradoksalnie wydawał się starszy z takim wyrazem twarzy. Wraz ze zniknięciem maski powagi, odsłonięte zostały też ślady szaleństwa, delirycznego sadyzmu, któremu nie miał okazji dać upustu od lat.

- Nikt. Nikt nie wybrał was w takim składzie. Zapytałbym, czy myślisz, że jesteśmy tacy głupi, ale nie... Jesteśmy jako całość nawet głupsi, ponieważ nie mogliśmy dojść do porozumienia. Jesteście kompromisem. Bardzo niefortunnym, ale głosy sprzeciwu umilkły, gdy każdy dostał chociaż jednego adekwatnego kandydata, więc co jeszcze można było zrobić?

Hadrian uniósł brwi. Wyobrażał sobie, jak nauczyciele kłócili się jak dzieci, głośno wytykając wady kolejnych kandydatów, aż w końcu wściekli i sfrustrowani zrezygnowali z wyboru zgranej drużyny, byle zażegnać spór między sobą.

- To dużo wyjaśnia - mruknął. Zastanawiał się przy tym, kto wybrał kogo.

- I nie ma już żadnego znaczenia - odwarknął Crouch, przeistaczając się na powrót w surowego, niemarnującego słów instruktora, jakiego uczniowie Hogwartu znali. - Co przygotowałeś? Nie zostało dużo czasu.

- Dotarły do pana jakieś informacje o...

- Nie - uciął Crouch. - Mów.

- Mam przygotowanych kilkanaście fiolek eliksirów, które uznałem za najbardziej przydatne. - Zmarszczył brwi i spojrzał w bok, przywołując z pamięci nazwy konkretnych mikstur.

- Mam nadzieję, że nie zamierzasz marnować miejsca na bzdury jak eliksir wywołujący bąble, wypadanie zębów czy inne błahe żarty.

- Nic z tych rzeczy - zapewnił Hadrian. - Mam wywar żywej śmierci, eliksir znieczulający, hamujący upływ krwi... Tego typu rzeczy.

- Upewnij się jeszcze raz, że nie popełniłeś żadnego błędu, jeśli pochodzą z twojego własnego kociołka. - Spojrzał na ucznia poważnie. - Severus nie odmówiłby ci w tym okolicznościach, gdybyś go poprosił o opinię.

- Rozważę to.

Pomyślał o ponurym, zgorzkniałym mistrzu eliksirów. Nie zauważył, by czarodziej darzył go niechęcią większą niż pozostałych uczniów. Gdyby go poprosił, Snape najpewniej potraktowałby wszystkie jego eliksiry podejrzliwym spojrzeniem znad haczykowatego nosa, obracając kolejne fiolki w długich, pożółkłych od ingrediencji palcach. A potem by powiedział „Musisz mnie brać za głupca, Lestrange, żeby sądzić, że po zobaczeniu tego nie przyjdą mi natychmiast na myśl liczne wypadki... Nieporadnie likwidowane ślady spartaczonych eksperymentów warzycielskich... których nigdy nie powinieneś się podejmować bez nadzoru. Już nie mogę się doczekać, by usłyszeć, co dyrektor na to powie".

- Co do zaklęć - oświadczył Crouch - muszę zobaczyć, jak sobie radzisz.

- Uczył mnie pan. Wie pan, jak się pojedynkuję. - Nie musiał udawać znudzenia, które pojawiło się na jego twarzy na wspomnienie pojedynków z kolegami z klasy. Niewielu z nich potrafiło walczyć, a jeszcze mniejsza liczba dokładała starań, by osiągnąć choćby przeciętny efekt podczas prób na lekcjach.

- Wiem? Chyba jednak nie.

Hadrian nie odpowiedział, ani nie ruszył się z miejsca, choć doskonale rozumiał, czego Crouch od niego oczekiwał.

- Może mi pan powiedzieć coś o reprezentantach Beauxbatons i Durmstrangu? - zapytał, przerywając ciszę.

- Nie mogę. Czas leci, Lestrange.

Crouch przechadzał się swobodnie po sali. Z rękami założonymi za plecami podszedł do pustej, rzadko używanej tablicy i spojrzał na wiszący nad nią zegar. Zdawało się, że śledził przez chwilę sekundową wskazówkę, wsłuchiwał się w towarzyszące jej ruchowi tykanie.

W następnej chwili zawirował tak gwałtownie, że Hadrian ledwo zdążył otworzyć szerzej oczy. Klątwa już pędziła w jego stronę. Młodzieniec z trudem jej uniknął, zrywając się z krzesła i padając na podłogę obok. Już podnosił się na kolana, gdy zabrzmiał dźwięk pękającego drewna i zaraz potem huk przewracającego się krzesła.

Hadrian gwałtownie sięgnął po różdżkę. Płynnym ruchem przywołał tarczę, chroniąc się przez kolejną klątwą i wyprostował się. Nie wściekał się. Gdy tylko osłona przyjęła atak, pozbył się jej i posłał w stronę Croucha bezgłośne Reducto.

Mężczyzna bez widocznego wysiłku zszedł z trajektorii czaru. Jego odpowiedź nadeszła spod niewygodnego kąta i Hadrian musiał się odwrócić, by się obronić. Tablica roztrzaskała się na drzazgi. Machnął różdżką i jedna z ławek pofrunęła w stronę Croucha. Powtórzył ruch i złocona rama oderwała się od ściany za nim i poszybowała prosto na głowę nauczyciela.

Crouch łatwo posłał oba przedmioty w bok i odgryzł się. Nogi ławek obok Hadriana nagle zawiły się niczym węże i wystrzeliły, by opleść się wokół jego kostek.

Hadrian odskoczył gwałtownie w bok, uderzając udem o blat i przewracając mebel na ziemię. Nie zatrzymało go to. Natychmiast ruszył do przodu, zaklęciem torując sobie drogę. Wszystkie stoliki rozsunęły się i stłoczyły przy ścianach. Nic nie odgradzało go teraz od Croucha, dzieliła ich tylko pusta przestrzeń.

Wydało mu się, że zobaczył uśmiech na twarzy Croucha. Zignorował to, energicznie śląc serię klątw w jego stronę. Żadna nie trafiła celu.

Poczuł draśnięcie tuż nad kolanem i dopiero wtedy zorientował się, że Crouch odpowiedział, choć nic nie błysnęło, nic nie zdradziło, że atak nadchodził.

Ostrym machnięciem różdżki przeciął powietrze, podłoga pod stopami Croucha pękła. Nauczyciel uskoczył. Crouch się śmiał, a Hadrian ledwo to słyszał przez szum krwi w uszach.

Wymieniali klątwę za klątwę przez kolejne sekundy. Każdą z nich odczuwał jako o wiele dłuższy okres. Nie mógł stracić koncentracji ani na chwilę, najmniejszy ruch wymagał analizy i odpowiedzi, coraz bardziej dawał się we znaki brak tchu i ból napiętych mięśni. Crouch nie pozwalał mu stać w miejscu.

Kolejna podstępnie wysłana klątwa ścięła go z nóg. Hadrian instynktownie przetoczył się w bok, wyginając się tak, że i z ziemi mógł zaatakować swojego przeciwnika.

Zrozumiał, że jego nogi zostały związane. Finite nie wystarczyło, by się uwolnić. Przywoływał tarczę za tarczą, tracąc cenne sekundy. Jak na złość żadna z nadchodzących klątw nie znalazła się w zasięgu jego różdżki, gdzie mógłby ją schwytać i odesłać.

Desperacko myślał, co zrobić, by obrócić sytuację na swoją korzyść, dopóki bladoniebieski promień nie trafił go w pierś. Fala zimna przeszła przez jego tors, lodowate macki wyciągnęły się od serca aż po koniuszki jego palców. A potem nadszedł ból. Niemal wypuścił różdżkę z ręki, gdy wszystkie jego nerwy zapłonęły w jednej chwili, a mięśnie zadygotały zupełnie poza jego kontrolą.

Crouch nie czekał. Rozbroił Hadriana kolejnym zaklęciem. Dopiero wtedy zbliżył się do rozciągniętego na deskach młodzieńca, przyjrzał się grymasowi na jego twarzy i bezgłośnie potraktował go przeciwzaklęciem. Ból zniknął.

Hadrian nie zerwał się od razu na nogi. Dyszał ciężko i usiłował odzyskać czucie w kończynach. Widział nad sobą beznamiętną twarz czekającego cierpliwie Croucha, słyszał znów tykanie zegara.

Cicho, teraz jest tak cholernie cicho, myślał głupio i usiłował poruszyć palcami u stóp. Równie dobrze mógłby nie mieć nóg, tak się czuł. Nie minęło jednak aż tak dużo czasu, jak mu się wydawało, zanim cały rozedrgany przekręcił się na bok i usiadł, podpierając się na słabych ramionach.

Dopiero wtedy Crouch pokiwał głową, pewnie po cichu osądzając, że nic mu się nie stało, i odrzucił mu jego różdżkę. Hadrian nie złapał jej, nawet nie próbował. Wylądowała na jego brzuchu i stamtąd stoczyła się na podłogę.

- Przyzwoicie, Lestrange.

Hadrian zaczął się śmiać. Wciąż brakowało mu tchu i dźwięk pozostał przez to zduszony, ledwo wydobywał się z jego ust.

- Przyzwoicie? - powtórzył jak echo. - Chyba pan żartuje.

- Jest tak, jak powiedziałem. - Crouch zgarnął kilka drzazg z blatu biurka i oparł się o nie tak, jak robił wcześniej, zanim zaczęli walczyć. Mebel stał teraz nieco krzywo, ale nie wydawało mu się to przeszkadzać. Tak samo jak reszta zniszczeń, nawet nie podniósł różdżki, żeby zaczął je naprawiać. - Nie zawiodłeś mnie jednak, a zastanawiałem się, jak bardzo przesadzone są pochwały Belli.

Jak rzucił pan czar, przed którym nie ostrzegł mnie żaden błysk?, chciał zapytać. Duma nie pozwalała mu prosić go o pomoc.

- Rozmawiał pan z moją matką?

- Owszem - potwierdził. - Tak się składa, że nie mogłem jej odmówić czegoś, co i tak leży w moich obowiązkach.

- Chciała, żeby się pan upewnił, że jestem przygotowany? Jest już trochę za późno, żeby mówić o jakiejś pracy nade mną...

Crouch prychnął.

- Podobno jesteś dorosły, Lestrange. Nikt nie będzie cię niańczył i chodził za tobą, żeby ci pomóc. Przekażę jej, że raczej przeżyjesz.

- Jak miło.

Crouch zignorował jego ton.

- Bella ma bardzo wysokie mniemanie o twoich umiejętnościach - powiedział. - Niemal bezkrytyczne. Zastanawiam się, czy i ty cierpisz przez podobną arogancję...

- Nie jestem arogancki - zaprzeczył młodzieniec. Zebrał się w końcu z podłogi i wyszarpnął spomiędzy stłoczonych stolików krzesło, na którym mógłby usiąść.

- Dla swojego dobra uwierz, że nie jesteś najlepszym zawodnikiem. Jeśli chcesz przeżyć, zawsze myśl, że oni wszyscy są od ciebie lepsi - poradził mu Crouch.

- Jestem całkiem niezły, chyba nie chce pan mi powiedzieć, że nie. - W jego głosie nie było jednak przekonania. Tylko zmęczenie.

Nie musiał się przyznawać do słabości, by wziąć sobie słowa nauczyciela do serca. Pamiętał, jak Crouch pojedynkował się ze Snape'em, gdy prezentowali uczniom jeszcze raz podstawy pojedynków. To była jedyna okazja, kiedy widział, jak mężczyzna z kimś aktywnie walczył i uwierzył wtedy, że Crouch pokazał cały zakres swoich umiejętności. Głupia pomyłka. I po swojej własnej walce nie zamierzał jej powtarzać, czarodziej wciąż mógł coś ukrywać.

- Bella prosiła też, żebym coś ci przekazał - oświadczył Crouch. Machnął różdżką i z jego teczki wysunęła się gruba, szara koperta. Poszybowała w stronę Hadriana. - Twierdziła, że będziesz wiedział, co z tym zrobić. - Zrobił powątpiewającą minę. - Mam nadzieję, że się nie myliła i nie będziesz mi zawracał głowy.

Hadrian zważył przesyłkę w dłoni. Ciężka, ocenił. Na pewno było w niej więcej niż tylko list.

Crouch znacząco wskazał mu drzwi.

Nie wiedział, co znajdowało się w kopercie, więc wstrzymał się z jej otwarciem, aż miał pewność, że nikt nie zajrzy mu przez ramię. Zaciągnął kotary wokół swojego łóżka, upewnił się, że kołdra skopana tak, że przykrywała go tylko do kolan, nie zsunie się całkiem na ziemię, i dopiero wtedy ją otworzył.

List, książkę i pudełko - to właśnie znalazł w środku. Najbardziej zaciekawiło go pudełko - płaskie, z niemalowanego drewna i bardzo lekkie. Resztę przedmiotów odłożył na bok. Łatwo otworzył wieko. Przed jego oczami znalazł się zwinięty materiał. Musiał go odsunął, by zobaczyć, co znajdowało się w środku. Dopiero wtedy dojrzał małą, wypełnioną bezbarwną cieczą kapsułkę. Ostrożnie chwycił ją w palce i uniósł do światła. Przez chwilę obracał ją we wszystkie strony, delikatnie zbadał paznokciem materiał osłonki, aż w końcu odpuścił i zamiast niej zaczął badać książkę.

Czarna okładka, nieco już wyblakła i całkiem pusta, była jakby mechata, zakurzona pod jego palcami, a kartki pożółkłe i kruche ze starości. Ilustracje i tekst pozostały jednak wyraźne. Miał przed sobą podręcznik czarnej magii, to było jasne.

Sięgnął w końcu po list, oczekując, że znajdzie tam odpowiedzi, dowie się, w jakim celu te przedmioty zostały mu przysłane. Rozwinął pergamin i natychmiast rozpoznał pismo Rudolfa. Jego matka nigdy nie pisała.

Drogi synu,

mamy nadzieję, że przygotowania nie sprawiają ci kłopotów, ani że nie nękają cię wątpliwości. Nie wahaj się napisać do nas w razie potrzeby, pomożemy ci najlepiej, jak umiemy.

Jesteśmy ostatnio zajęci, Turniej sprawił, że Brytanię postanowiło odwiedzić więcej czarodziejów i kreatur niż kiedykolwiek wcześniej. Nie ma potrzeby, żebyś się tym przejmował, sądzę jednak, że powinieneś mieć świadomość, jak wygląda sytuacja poza murami Hogwartu. Nie możemy ufać ich intencjom i martwi mnie, jak łatwo jest im zejść na najniższe piętra Ministerstwa. Nie wypada mi powiedzieć na ten temat więcej.

Do twojej matki dotarły pogłoski na temat Turnieju, które przekonały ją, by zdobyć dla ciebie pewien drobiazg. Prosimy cię, żebyś dla naszego spokoju i swojego bezpieczeństwa umieścił kapsułkę w jednym ze swoich zębów. Wierzę, że nie sprawi ci kłopotu wymyślenie, w jaki sposób można to zrobić. Ta niewielka ilość łez feniksa, nawet nie kropla, powinna ci uratować życie, gdybyś został śmiertelnie zraniony i zrobić to na tyle dyskretnie, by nikt nie zechciał przyjrzeć się jej pochodzeniu bliżej.

Mamy też nadzieję, że książka, którą dla ciebie wybraliśmy okaże się przyjemną i pożyteczną lekturą.

Uściski i całusy,

Rudolf i Bellatriks

Zbladł w czasie czytania. Musiał się zmusić, by oddychać spokojnie, głęboko. Jeszcze raz sięgnął dygoczącymi dłońmi do pudełka i zajrzał do środka. Błysk kapsułki wydawał się wręcz złowrogi. Jego matka, która sądziła, że wszystko można było zabić, która żyła przekonana o ich wyższości, niezniszczalności, usłyszała coś, co kazało jej wierzyć..

-...że mogę umrzeć - wyszeptał głucho.

Słowa stały się jeszcze bardziej przerażające, gdy je wypowiedział. Blady, przerażony i zrezygnowany wpatrywał się w słonecznie żółte kurtyny i zastanawiał się, kiedy to przestało być zabawne. Czemu czar prysnął tak wcześnie, kiedy miała czekać go przygoda, kiedy nie był durniem i potrafił się posługiwać różdżką...?

Nabrał głęboko powietrza w płuca i powoli je wypuścił. Ostrożnie spalił list. Rozumiał, że zachowanie go mogłoby się okazać niewygodne. Przekazanie listownie informacji o zawartości kapsułki i tak stanowiło pewne ryzyko. Żadne konsekwencje nie czekałyby go per se, jednak posiadanie czegoś tak drogiego i trudnego do zdobycia musiało wzbudzić pytania, gdyby zostało odkryte, a wykorzystane już przysługi należało trzymać w głębszej tajemnicy niż te, które wciąż trzymało się w zanadrzu.

-xxx-

Nerwowa energia nie pozwalała mu usiedzieć w miejscu ani skupić się na niczym. Dlatego samotnie krążył wokół zamku niezdolny do odzyskania spokoju. Ciemna, kładąca się nisko na mokrej, zmarzniętej ziemi trawa i niebo zasłonięte tak grubą warstwą chmur, że wyglądało, jakby miało runąć, doskonale oddawały jego nastrój. Przyglądał im się z upodobaniem.

Dopiero kiedy Hadrian zaczął czuć, jak sztywnieją mu palce, zdecydował się wrócić do środka. Niechętnie powlókł się do biblioteki. Przerzucił swój płaszcz przez oparcie pierwszego wolnego krzesła, które dostrzegł i powlókł się w stronę regałów. Nie wiedział, co chciał czytać. Wybór lektury był mu w tej chwili tak obojętny, że nie zaprotestowałby nawet, gdyby ktoś podsunął mu pod nos Tygodnik Czarownica.

- Nie wydaje mi się, żebyś był tak ponury, kiedy ostatnio cię widziałem - skomentował ktoś zza jego pleców.

Hadrian odwrócił się powoli. Nie połączył w pierwszej chwili głosu rozmówcy z odpowiednim nazwiskiem. Dopiero, gdy zobaczył jego twarz, rozpoznał Claude'a. Nie spodziewał się, że będzie jeszcze kiedyś miał okazję z nim rozmawiać.

- Widziałeś mnie dość dawno. Mam wrażenie, że opuszczacie wasz powóz tylko po to, żeby jeść - odpowiedział apatycznie.

- Kto chciałby wychodzić na taki mróz? - Claude się wzdrygnął. - Osławiona szkocka zima okazuje się gorsza niż mówią plotki i dziwię się, jak możecie żyć w takim klimacie przez lata.

- Może powinniście się cieplej ubierać. Przygotować się na wypadek, gdyby zaczęło sypać. Żeby dotrzeć na kolację musielibyście brodzić po kolana w śniegu - powiedział.

- Zastanawiam się, czy stanie się to przed pierwszym zadaniem - odpowiedział Claude. - Pokazałbyś wtedy, o ile lepsi są uczniowie Hogarwartu w brodzeniu...

Hadrian przekrzywił głowę.

- Uważasz, że pierwsze zadanie odbędzie się na zewnątrz? - zapytał cicho.

Claude nie zawahał się z odpowiedzią:

- Zgaduję. Jeśli nie ukrywacie tu jakiejś wielkiej, zadaszonej hali, to nie widzę innej opcji.

Hadrian poczuł zawód, liczył przez chwilę, że Francuz coś wiedział i mógł zdradzić jakiś szczegół.

- Nic o tym nie wiem. Nie obawiasz się, że reprezentanci Beauxbatons zamarzną, zanim rozpocznie się walka? - Uśmiechnął się zaczepnie.

Victorine Lanteigne, Fanette Chesnay, Kari Gauvin - przypomniał sobie nazwiska wybranych do Turnieju uczennic z francuskiej szkoły. Nie wiedział o nich nic. Reporterzy nie zostali wpuszczeni do Hogwartu ani do Hogsmeade od czasu wyścigu. Nikt nie wyłamał się i nie udzielił wywiadu. W gazetach pojawiły się jedynie zdjęcia reprezentantów w towarzystwie skąpych informacji. Miejsce urodzenia, zawody rodziców, czy wygrana w konkursie na najlepszy esej o kontaktach z harpiami, co osiągnęła Fanette Chesnay, nie mówiły o nich wiele.

- Prędzej was zmrozi ze strachu, gdy staniecie oko w oko z naszymi reprezentantami. - Claude swobodnie oparł się o regał.

- Widzę, że masz o nich wysokie mniemanie - stwierdził Hadrian.

- Wystarczająco. Muszę wierzyć, że są dobre... Inaczej byłbym naprawdę zawiedziony, że nie startuję na ich miejscu - przyznał. Jego ton był bardziej poufały niż wcześniej. - Chcesz się czegoś o nich dowiedzieć, tak? Nie musisz próbować być subtelny.

- Muszę, jeśli nie chcę wyjść na głupca, jeśli mi nie powiesz - odparł Hadrian. - Powiesz mi?

- Tyle, ile mógłby ci zdradzić każdy uczeń Beauxbatons - potwierdził i kiwnął głową. - Chesnay jest bardzo inteligentna, powinieneś na nią szczególnie uważać. Gauvin ma dobre serce. Lantaigne to cicha woda i dobra warzycielką.

Przez chwilę milczał, czekając na ciąg dalszy. Nie nadszedł. Za to w oczach Claude'a pojawiły się iskierki rozbawienia.

- I... to tyle? - odparł Hadrian, unosząc brwi. Nie zapytał „Jak ma mi się to przydać?", choć słowa cisnęły mu się na usta.

Claude odepchnął się lekko od regału i wzruszył ramionami.

- Nie jestem ich przyjacielem, a gdybym był, powiedziałbym ci jeszcze mniej - rzucił przez ramię, oddalając się i tym samym kończąc rozmowę.

Hadrian nie oderwał od Claude'a wzroku, dopóki czarodziej nie wyszedł z biblioteki.