19

Najpierw obrót w lewo, a potem znów w prawo. Gładkie drewno odbijało światło lamp, zdradzając odciski palców w niektórych miejscach, gdy Hadrian kręcił różdżką między palcami. Nie śledził ruchu, zamiast tego wbijając wzrok w Pansy i Benjamina, którzy siedzieli po drugiej stronie sali.

Hadrian opierał się niedbale o ścianę i czekał niespokojnie na przybycie Ollivandera. Drażniła go obecność Pansy, która siedziała sztywno, jakby połknęła kij i trzymała wysoko uniesioną głowę. Wstrętem napawała go mina Wrighta. Wygląda, jakby coś knuł, myślał Hadrian. Nie zdawał sobie sprawy, jak gburowato prezentował się on sam w tej chwili.

Drzwi otworzyły się wreszcie. Jako pierwszy próg przekroczył Ollivander, zaraz po nim do środka wszedł profesor Ormond. Hadrian wbił wzrok w podłogę.

— Widzę, że wszyscy są — stwierdził Ormond. — Znakomicie! Obawiam się, że jutro nie będziemy już mieli czasu na rozmowy. Hadrian, Pansy, Benjamin, dyrektor Dumbledore życzy wam powodzenia na Turnieju i ja oczywiście też — oświadczył energicznie. Podszedł do każdego z nich, uścisnął dłoń, poklepał po ramieniu. Nawet nie zdążyli się obejrzeć i mężczyzna na powrót znalazł się przy wyjściu. — Zostawiam was teraz w dobrych rękach, pan Ollivander się wami zajmie.

Nie poczekał na odpowiedź, widocznie śpiesząc się. Tylko trzasnęły za nim drzwi i już go nie było.

W tym czasie siwy wytwórca różdżek zajął miejsce przy ustawionym na środku pomieszczenia stole i zdążył się przyjrzeć każdemu z obecnych.

— Zechce pani podejść jako pierwsza, panno Parkinson? — odezwał się.

Pansy wstała sztywno, wygładziła szatę i stukając obcasami zbliżyła się do niego. Przy każdym kroku rąbek materiału unosił się trochę, odsłaniając czubki wypastowanych aż do połysku butów. Dziewczyna wyciągnęła zza pasa różdżkę, uważając przy tym, by nie zaciągnąć materiału. Hadrian uważnie śledził jej ruchy. Zmrużył oczy, gdy przedmiot znalazł się w powykręcanych ze starości palcach Ollivandera.

— Jedna z nielicznych brzozowych różdżek, które udało mi się sprzedać... Sztywna... Rdzeń z włosa jednorożca — wymamrotał, oglądając różdżkę z każdej strony. Machnął nią i z pewną trudnością zdołał wyczarować kryształową karafkę, której pozbył się w następnym ruchu.

Hadrian myślał o hojnie administrowanych przez rodzeństwo Carrow chłostach z użyciem brzozowych rózg

i odstręczającej osobowości Pansy.

— Zgadza się — odparła, unosząc wyżej brodę.

— Mam nadzieję, że dobrze pani służy — powiedział Ollivander na koniec i oddał Pansy różdżkę.

Dziewczyna bez słowa wróciła na swoje miejsce. Benjamin został wywołany jako kolejny.

— Sosna, całkiem giętka, rdzeń z włókna smoczego serca — oświadczył Ollivander, jeszcze zanim różdżka Krukona trafiła w jego ręce. — Tak jak mówiłem, dobrze rokuje to na pana przyszłość, panie Wright. Nie znam właściciela sosnowej różdżki, który umarłby młodo!

Czarodziej wypuścił z różdżki Benjamina kilka szarych kółek i stwierdził, że nie ma zastrzeżeń. Nadeszła kolej Hadriana.

— Pan Lestrange, jeśli można! — zawołał.

Hadrian podszedł niego niechętnie. Nie musiał szukać swojej różdżki, ponieważ trzymał ją tak długo, że drewno nagrzało się pod jego palcami. Rozstał się z nią z oporami i jej badanie obserwował z niekrytą podejrzliwością.

— Dobrze pamiętam tę różdżkę, panie Lestrange, długo czekałem, aż przestanie się kurzyć na moich półkach — oznajmił radośnie Ollivander. — Sekwoja i włókno ze smoczego serca, taaak? Bardzo trwałe drewno...

Oglądał różdżkę przez dłuższą chwilę i Hadrian w napięciu czekał, czy zdradzi coś jeszcze, beztrosko wyrzuci z siebie kolejną, obciążającą informację — ponieważ Hadrian czuł się w tej chwili jakby mężczyzna badał nie narzędzie jego sztuki a sumienie.

Nie zrobił tego jednak. Wypuścił tylko kłąb purpurowego dymu i zwrócił mu ją z uśmiechem na zasuszonych wargach. Hadrian uciekł od niego czym prędzej.

-xxx-

Wayne nadłożył rano drogi, by odprowadzić Hadriana do skrzydła szpitalnego na obowiązkowe badania przed Turniejem. Hadrian był mu za to wdzięczny w duchu, czuł się nieswojo w zupełnie nietypowy dla siebie sposób i choć nie wierzył, by eskorta mogła okazać się konieczna, obecność dobrego kolegi pozwoliła mu uniknąć zbyt głębokich rozmyślań.

Gdy został wypuszczony na zewnątrz jako pierwszy — wyniki testów nie zostały skomentowane, więc założył, że były prawidłowe — czekały na niego Luna i Susan. Uśmiechnął się na ich k.

— Podejrzewam, że to nasza ostatnia szansa, by cię dzisiaj złapać — stwierdziła Susan, rozprostowując wcześniej założone na piersi ręce.

— W takim razie dobrze, że ją wykorzystałyście.

— Będziemy cały czas z tobą — powiedziała Luna z łagodną pewnością. Miała poważną minę i oczy wyglądały tego dnia na wystraszone, a nie zdziwione.

Hadrian nie lubił tego wyrazu.

— Wiem.

Chciał obrócić się już i iść, ale kątem oka dostrzegł blond głowę. Draco.

— Czy i ty przyszedłeś mnie eskortować, kuzynie? — zawołał Hadrian.

— Eskortować cię? — powtórzył Draco z niedowierzaniem i skrzywił się lekko. — Proszę, nie nazywaj się moim kuzynem, jeśli nie będziesz nawet w stanie dotrzeć na arenę bez mojej pomocy.

— Nie kłopocz się, te dwie piękne damy spełnią tę powinność za ciebie — odparł żartobliwie. Susan zaczerwieniła się, ale nie zwrócił na to uwagi, myśląc raczej o arenie. Miał pojawić się na błoniach, ale czy to cokolwiek znaczyło?

Zgrzytnęła klamka i z sali jako kolejna wyszła Pansy. Posłała im pogardliwe spojrzenie i chciała ich minąć bez słowa. Draco ją zatrzymał.

— Poczekaj, Pansy! — zażądał i natychmiast ruszył w jej stronę.

Przekrzywiła głowę bardzo powoli i uniosła brwi.

— Taaak? — wycedziła. — Czego chcesz, Malfoy?

— Pomyślałem, że cię odprowadzę — oświadczył sztywno czarodziej. — Skoro i tak nie mam nic lepszego do roboty...

Pansy przez chwilę tylko na niego patrzyła, zupełnie nieruchomo. A potem jej pomalowane wargi wykrzywiły się w złośliwy uśmieszek.

— Zatem idź... i się czymś zajmij, Malfoy — poradziła mu zjadliwie słodkim tonem.

Wyraz niedowierzania na twarzy Draco niemal przyprawił Hadriana o wybuch śmiechu. Nie zdołał jednak ukryć radości. Pansy łatwo to zauważyła.

— Och, wyglądasz jakbyś się dusił, Lestrange. Śmiało, nie męcz się ze względu na nas. Oszczędziłbyś nam w ten sposób kłopotu.

Susan otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale urwała, gdy Hadrian zarechotał w odpowiedzi na odcinek.

— Tyle jadu, Parkinson, równie urokliwa z ciebie żmija co zawsze. — Wyszczerzył się. — Nie szkoda ci tępić kłów jeszcze przed Turniejem?

Drwił, choć nie brzmiał nieprzyjaźnie. Wiedział, że nic nie denerwowało ludzi jak Parkinson bardziej niż pobłażliwość.

Draco otrząsnął się z szoku i stanął między Pansy a Hadrianem, sprawiając, że dziewczyna nie odpowiedziała.

— Odprowadzę cię, dobrze? — powiedział Draco i chwycił ją pod ramię.

Poszła z nim, choć zaraz wyszarpnęła się z jego uścisku i dźgnęła go w łokciem w żebra. Na korytarzu z daleka słychać było marudzenie Ślizgona, gdy odchodzili w stronę schodów.

Chwilę później i Hadrian ruszył w stronę namiotu wraz ze swoją eskortą. Zastanawiał się, czy powinien podzielić się z Susan, która wyglądała na zdezorientowaną, wyjaśnieniem stojącym za zachowaniem Draco i Pansy. Nie musiałby wtedy przynajmniej przez chwilę obawiać się kolejnych zapewnień czy pytań odnośnie Turnieju. Milczał jednak, ponieważ nie wiedział, jak ubrać to w słowa, jak powiedzieć, że od kiedy Pansy zerwała z Draco i przestała udawać słodką idiotkę, młody Malfoy nagle poczuł wobec niej zainteresowanie. Cała sytuacja wychodziła poza jego pojęcie. Unikał też Draco, który potrafił skomleć na temat swoich rozterek godzinami, gdy czarodziej chciał jeszcze o tym opowiadać, więc nigdy nie usłyszał niczego, z czego dałoby się wyłuskać wyjaśnienie.

Od czasu zerwania z Draco Pansy nie kryła się też z nienawiścią wobec Hadriana. Nie żeby wcześniej przekonali kogokolwiek o braku złych uczuć między sobą.

-xxx-

Namiot, w którym reprezentanci mieli czekać na pierwsze zadanie, okazał się dużo większy w środku niż na zewnątrz. Światło sączące się przez bordowy materiał tworzący jego ściany nie wystarczało, by całkiem rozjaśnić wnętrze i za meblami typowymi dla dobrze urządzonego salonu rozciągały się liczne cienie. Hadrian spojrzał na puchaty dywan, wysepkę kanap z niskim stolikiem po środku, kilka regałów z książkami, które mogły stanowić jedynie ozdobę i kilka paprotek, za których obecność niewątpliwie odpowiadała profesor Sprout — spojrzał na to wszystko i uśmiech spłynął z jego twarzy. Obok nie było nikogo, dla kogo musiałby udawać optymizm.

Wystrój przypominał mu nieco o Rezydencji Lestrange i jej ciemnych, wypełnionych po brzegi luksusowymi przedmiotami wnętrzach.

Dopiero kiedy ruszył w stronę ustawionych obok siebie siedzisk odkrył, że nie jest sam. Czarodziej, który zajmował odwrócony bokiem do wejścia fotel nie drgnął nawet od kiedy Hadrian znalazł się w namiocie. Rozparty wygodnie, wręcz zatopiony w poduszkach mężczyzna nie spał jednak.

— Dzień dobry — przywitał się Lord Voldemort. Jego usta wykrzywiał uśmieszek.

Hadrian zamarł. Przed chwilę na jego twarzy pojawił się wyraz niepokoju, by zaraz zastąpiła go dobrze wyćwiczona maska uprzejmej, może lekko zabarwionej drwiną obojętności. Nie czuł wcześniej, by ktoś go obserwował. Teraz jednak, gdy zdał sobie sprawę, że to uważne spojrzenie spoczywało na nim od początku, przykuło go wręcz do podłogi. Uczucie było irracjonalne, wiedział o tym i mu się nie poddał. Ta świadomość nie wystarczyła jednak, by wrażenie całkiem zniknęło, ponieważ w oczach Ministra zawsze zdawało czaić się coś nieprzyjemnego, nawet gdy przyjmował najbardziej przyjazną minę.

— Dzień dobry, panie Ministrze — zdołał powiedzieć Hadrian. Jego głos się nie załamał mimo ucisku w gardle.

Voldemort płynnym ruchem dłoni wskazał kanapę po drugiej stronie stolika.

— Widziałem, że chcesz usiąść. Nie pozwól, żeby moja obecność cię powstrzymała. — Uniósł jedną brew do góry jakby w rozbawieniu. — Zapraszam.

Dopiero wtedy Hadrian ruszył się z miejsca. Siedzisko okazało się wygodne, nawet bardzo. Przełknął ślinę i powiedział możliwie uprzejmym tonem:

— Zaskoczyła mnie pana obecność tutaj. Nie spodziewałem się, że ktokolwiek pojawi się tu tak wcześnie i nie mogę powiedzieć, żebym widział kiedyś pana w towarzystwie uczniów.

Po co się odzywasz, chciał się zapytać, po co ci to głupcze? Bezpieczniej byłoby milczeć. Nie mógł się jednak powstrzymać, przejść obojętnie obok szansy rozmowy, gdy znalazł się tak blisko czarnoksiężnika, o którym słyszał budzące podziw i grozę opowieści, od kiedy tylko pamiętał.

— Nie ma potrzeby, żebym kontaktował się z uczniami osobiście — odpowiedział czarnoksiężnik. — Mam od tego nauczycieli.

Hadrian poczuł się zakłopotany. Zacisnął dłonie na materiale szaty. Był to o wiele mniej widoczny gest niż wykręcanie palców.

— Oczywiście — mruknął.

— Postanowiłem zrobić jednak wyjątek dla reprezentantów — dodał Voldemort, przyglądając się młodzieńcowi z rozbawieniem. — Wasz występ będzie miał znaczący wpływ na reputację Hogwartu. W oczach publiki umiejętności, które zaprezentujecie, odzwierciedlają generalny poziom nauczania. — Widać było po lekko kpiącym wykrzywieniu jego ust, zmarszczkach śmiechu w kącikach oczu, co o tym myślał. — Nie zdziwi cię zatem na pewno, że chciałbym wiedzieć, jakiego rodzaju wystąpienia mogę się spodziewać.

— Żeby przygotować się do kontroli szkód? — zapytał Hadrian.

— Powiedz mi, Lestrange, czy będzie taka potrzeba?

Hadrian zamarł po raz kolejny, by zaraz zagotować się ze złości. To zabrzmiało zupełnie tak, jakby Minister pytał go, czy zamierza zawieść. Dlatego wbił w czarnoksiężnika gniewne, urażone spojrzenie i odpowiedział tonem tak uprzejmym, że aż obraźliwym:

— Nie mogę panu odpowiedzieć na to pytanie, nie wiedząc co mnie czeka. Co innego, gdybym miał chociaż podstawy, by przypuszczać…

— Jakie to wtedy byłoby nudne, gdybyś mógł przypuszczać — prychnął Voldemort. — Jakie przewidywalne! Powiedz mi, Lestrange, po co miałbym stawiać was przed zadaniami, których treść moglibyście przypuścić?

Złośliwe iskierki zapaliły się w jego oczach. Choć słowa zostały wypowiedziane spokojnie, coś w nacisku położonym na jedno z nich zdradziło niedowierzanie, szyderstwo. Rzeczywiście, myślał Hadrian, dlaczego miałby nam cokolwiek ułatwiać, skoro mógł postawić nas przed wyzwaniem, które byłoby ekscytujące do obejrzenia.

— Z pewnością zwiększyłoby to nasze szanse na wygraną.

— Trywialna wymówka. Podobno zostaliście wybrani tak, by szanse na wygraną były jak najwyższe… — Uśmiechnął się w ten charakterystyczny, nieprzyjemny sposób. — Choć może nie powinienem temu ufać, więc powiedz mi, Lestrange, czy wasze szanse są wciąż tak niskie, że wymagają podwyższenia?

— Nie powiedziałbym, że to wymóg — odpowiedział Hadrian ostrożnie, śledząc subtelne zmiany w wyrazie twarzy swojego rozmówcy i jednocześnie pilnując każdego wypowiadanego słowa. Czuł się jakby balansował na wyjątkowo cienkiej linie, decydując, co mógł, a czego nie mógł przyznać.

— Co zatem byś miał odwagę mi powiedzieć, Lestrange?

— Że znam jedynie swoje szanse — powiedział młodzieniec bez zastanowienia. Słowa już dłuższą chwilę czekały na końcu jego języka.

Voldemort zaśmiał się cicho. Nie był to dźwięk rozbawienia, a jeden z tych, którymi można by odpowiedzieć na nijaki żart, jedynie by okazać aprobatę opowiadającej go osobie.

— Ciekaw jestem, czy ich wysokość okaże się wystarczająca, by przewyższyć sumę szans innych kandydatów. — Sięgnął po kieliszek czekający na stoliku obok, nie napił się jednak z niego, jedynie leniwie zakręcił zawartością. Przez chwilę obserwował, jak ciemne wino oblewało ścianki naczynia, gdy nim kręcił. — Oczywiście mam taką nadzieję — stwierdził łagodnie. — Ostatecznie przyszedłem tu, by życzyć wam powodzenia… Nie. — Spojrzał Hadrianowi prosto w oczy i uśmiechnął się, nie ukrywając przy tym zębów. — Przyszedłem życzyć tobie powodzenia, Lestrange, skoro jesteś graczem solo.

Hadrian zamrugał z zaskoczeniem, chwilę zajęło ułożenie mu w głowie chaotycznego podziękowania i kolejną wypowiedzenie go:

— Bardzo dziękuję. Nie musiał pan jednak tracić na to czasu...

Voldemort machnął wolną ręką, uciszając go.

— Nie musiałem. Postanowiłem jednak tak zrobić, znaleźć czas i przyjść tutaj, zanim pozwolę ministrom Dufort i Romanov zaszczycić mnie swoją obecnością.

— Myślę, że to oni są zaszczyceni — mruknął Hadrian niepewnie.

— Powinni się tak czuć, czyż nie? Brakuje mi jednak wiary w ludzką umiejętność prawidłowej oceny sytuacji… Zastanawiające, jakie wnioski pojawiają się w niektórych głowach. Fascynujące wręcz, powiedziałbym, szkoda jedynie, że tak często przekraczające granice absurdu, pożyteczności i dobrego smaku. — Zmrużył oczy w zamyśleniu.

Do tego czasu Hadrian już dawno zapomniał, że mądrzej byłoby milczeć albo wręcz zejść czarnoksiężnikowi z oczu. Skupił się jednak na ich rozmowie, wygodnie mu było na łatwo uginającej się pod jego ciężarem kanapie i w kojącym półmroku.

— Jeśli pan pozwoli, to chciałbym zapytać o jedną rzecz — poprosił Hadrian.

Voldemort zaczął wreszcie sączyć swoje wino i w ogóle nie spieszył się z odpowiedzią.

— Być może — przyzwolił łaskawie. Zaraz potem zażądał: — Zagraj ze mną, Lestrange.

— W co chciałby pan zagrać?

Voldemort wyciągnął różdżkę — z rękawa szaty, choć ruch był tak szybki i płynny, że Hadrian nie miał wcale pewności, co zobaczył — i pojedynczym machnięciem sprawił, że na stoliku między nimi pojawiła się szachownica z ustawionymi już na pozycjach startowych figurami. Odpowiedź stała się oczywista.

Był to bardzo zwykły zestaw z jasnego i ciemnego drewna. I choć figury wyglądały jakby zamarły w pół ruchu, to jednak żadna z nich nawet nie drgnęła.

Z użyciem magii wyczarował mugolskie szachy. Voldemort musiał kochać ironię, stwierdził Hadrian, ponieważ nie było wątpliwości, że tchnienie w nie pozornego życia nie kosztowałoby czarnoksiężnika więcej niż kolejne machnięcie różdżki — jeśli nawet tyle.

— Białe czy czarne? — zapytał mężczyzna.

— Białe — wybrał natychmiast Hadrian i szachownica odwróciła się tak, że jaśniejsze figury znalazły się po jego stronie.

— To odpowiedni wybór w duchu podwyższania swoich szans — skomentował Voldemort. — Spodziewałbym się jednak innego wyboru po dziedzicu Blacków…* — stwierdził z uśmieszkiem.

Rozważał swój pierwszy ruch i jednocześnie myślał, czy jego matka opowiadała czarnoksiężnikowi o nim. Odrzuciłby ten pomysł, gdyby nie to, że Bellatriks lubiła się chwalić synem jak Hadrian, być może czując, że spełniające oczekiwania dziecko świadczyło o niej jako o matce i czarownicy.

— Dobrze, że Lestrange'owie nie są ograniczeni do jednego koloru. — Wykonał pierwszy ruch.

— Jaki kolor byłby dla was odpowiednio dziwny*? — Voldemort uniósł brwi. — Zdaje się, że któryś z twoich przodków zdecydował, że szafirowy, jeśli pamięć mnie nie myli. A przynajmniej tak twierdziła twoja babka.

Hadrian zmarszczył brwi. Tło ich nigdy nieużywanego i nigdzie niepokazywanego herbu rodowego rzeczywiście miało taki kolor.

— Spotkał ją pan kiedyś? — zainteresował się.

On sam nie miał nigdy okazji. Starsze pokolenie opuściło Czarodziejską Brytanię na samym początku wojny i gdy ich synowie ujawnili oficjalnie swoją przynależność w szeregach Śmierciożerców, stwierdzili, że już nie wrócą. Nie zapraszali też do siebie rodziny i ostatni list, na który odpowiedzieli dotyczył prośby o opiekę nad pół-krwi córką Rabastana, której samo istnienie napawało go odrazą. Przyjęli ją.

— Nie miałem przyjemności poznać jej osobiście. Stanowiła jednak na tyle ważną osobistość w kręgach arystokracji, że jej słowa i działania nie raz dobiegły i moich uszu. — Uśmiechnął się w ledwo zauważalny sposób, ledwo unosząc kąciki ust. — Czy wolałbyś, by pozostała w kraju? Zajmowała się tobą?

— Nigdy nie wróciła, więc najwyraźniej nie zależało jej na tym szczególnie. Czemu więc mnie miałoby brakować jej obecności? — Skrzywił się. — Pewnie jest jej dobrze tam, gdzie jest. Nie mam jej tego za złe.

Hadrian wyobrażał ją sobie jako jedną z tych dam, które przychodziły na przyjęcia w wyprasowanych w kant szatach w pastelowych barwach, z grubą warstwą pudru na policzkach. Jako kobietę instruującą wszystkich wokół, jak się mają zachowywać, używając do tego tonu nieznoszącego sprzeciwu i nazywając tych nieszczęśników "kochany" albo "złotko". Żałował czasami, że nie mógł poznać ani jej, ani dziadka. Kiedy indziej zapominał o ich istnieniu.

— Chciałem zapytać, dlaczego zdecydował się pan zorganizować Turniej?

Voldemort pochylał się do przodu i w zamyśleniu wpatrywał się w szachownicę. Wodził palcem wzdłuż brzegu swoich ust, a większość płaszczyzn jego twarzy tonęła w cieniu. Przesunął jedną z figur i dopiero wtedy zerknął na Hadriana.

— Jak sądzisz, Lestrange?

— Jakie ma znaczenie, co sądzę?

— Żadne — powiedział Voldemort. — Poświęciłeś jednak tej sprawie wystarczająco dużo uwagi, by zapamiętać i zadać jedno ze swoich pytań. Na pewno zdołałeś do tego czasu wymyślić powód albo kilka, które wyjaśniałyby moją decyzję.

— Miałem nadzieję, że to ja się czegoś dowiem — mruknął Hadrian z niezadowoleniem. Nie dostał jednak żadnej odpowiedzi na to i poczuł, że nie ma innego wyboru, jak podzielić się swoimi rozmyślaniami. — Myślę, że nadarzyła się okazja i szkoda jej było nie wykorzystać. Wierzę też, że chce nas pan poddać próbie. Nie próbowałem jednak nawet zgadywać, jakie są pana powody.

— Poddać próbie — mruknął Voldemort — podoba mi się to określenie. Rzeczywiście, zostaniecie przetestowani. Po co? Może dla rozrywki tłumu. Może dla zaspokojenia ciekawości. Jaki mógłbym mieć cel w sprawdzaniu tak małej grupy? — Przekrzywił głowę, jakby sam się zastanawiał nad swoją motywacją. — Zdradzę ci, Lestrange, że wasz występ, choć ma swoje znaczenie, nie przeczę, jest jedynie dodatkiem do całości. Mógłbym się bez niego obejść.

Hadrian trawił w milczeniu jego słowa. Powoli rozgrywali partię i na szachownicy stało mniej i mniej figur. Pozostali reprezentanci powinni niedługo do nich dołączyć.

— Zadałeś mi jedno pytanie, Lestrange — odezwał się w pewnym momencie Voldemort — pozwól, że zaproponuję ci kolejne.

Hadrian spojrzał na niego z zainteresowaniem.

— Słucham pana.

— W jakim celu przyjechali tu reprezentanci Francji i Skandynawii? Wykorzystałem okazję, to prawda, jednak to francuscy oficjele wyszli z inicjatywą, a nasi przyjaciele ze Skandynawii znaleźli powód, by się zgodzić.

— Każda strona ma jakąś agendę?

— Tylko martwi nie mają agendy, Lestrange — skwitował Voldemort. — Zastanów się nad tym. Czy dotarła do ciebie wcześniej informacja, że to Francja jako pierwsza wyszła z ofertą?

Hadrian kiwnął głową i Voldemort kontynuował:

— A jednak więcej czasu spędziłeś zastanawiając się nad moimi motywami, nie zapytałeś, w jakim celu odkopali tak starą tradycję. To ciekawe, że mniej zainteresowały cię powody obcego, niesprzymierzonego z nami kraju niż moje.

— Nie patrzyłem na to w taki sposób — przyznał Hadrian.

Na to Voldemort nie udzielił mu już żadnej odpowiedzi, zmrużył jedynie oczy i skupił się ponownie na grze.

Kiedy ciszę przerwał szelest materiału i do namiotu weszła Pansy w towarzystwie Benjamina, Hadrian ku swojemu zaskoczeniu poczuł ulgę. Nadszedł odpowiedni moment, by przerwać partię, jeśli nie chciał przegrać.

Voldemort bez słowa podniósł się ze swojego miejsca i podszedł do dopiero co przybyłej dwójki.

— Obawiam się, że muszę wracać do swoich obowiązków — stwierdził. — Życzę powodzenia z pierwszym zadaniem, Parkinson, Wright.

Nie uścisnął ich dłoni, tak samo jak wcześniej nie zrobił tego z Hadrianem. Zmierzył ich zimnym, oceniającym spojrzeniem i wyszedł z namiotu.

Hadrian dyskretnie pozbył się szachownicy. Z jakiegoś powodu wolał, by pozostała dwójka wierzyła, że Minister rzeczywiście gościł w namiocie tylko przez chwilę.

— Czekamy jeszcze tylko na uczniów Beauxbatons — oświadczyła Pansy. — Mam nadzieję, że jesteś gotowy, Lestrange.


*Brzozowa różdżka świetnie nadaje się do czarów, najchętniej wybierze osobę nieugiętą, najczęściej kobietę, perfekcjonistkę, obsesyjnie kochającą i narzucającą się matkę (-symboliczna ochrona noworodków w Walii i Szkocji za pomocą brzozowych kołysek i talizmanów). W starożytnym Rzymie z brzozy wykonywano różdżki liktorskie, które stanowiły symbol potęgi i dostojeństwa, a obecnie są kojarzone z terrorem i ludobójstwem. Brzozowe rózgi były w Wielkiej Brytanii popularnym narzędziem do wymierzania kar cielesnych.

*Sosnowa różdżka wybierze niezależnego, działającego samodzielnie czarodzieja, który może być postrzegany jako samotnik. Sosna lubi być używana kreatywnie.

*Różdżki z sekwoi wybierają czarodziejów cechujących się umiejętnością wyjścia z tarapatów, poradzenia sobie w najgorszej sytuacji i dużą odpornością. Sekwoje osiągają wyjątkowo imponujące rozmiary, ponieważ rosnąć przestają jedynie trafione piorunem. Nie są im straszne pożary ani szkodniki (chroni je gruba kora), a ogień jedynie sprawia, że otwierają się ich szyszki. Ścięte wypuszczają nowy pęd.

*Black=czarny

*Lestrange — nazwisko pochodzi o estrange, czyli dziwny, zagraniczny.