Czemu od dwóch miesięcy nie było rozdziału... Mogłabym się tłumaczyć, ale powiedzmy, że i dla mnie jest to zagadką. : Czy wiecie, że to opowiadanie publikuję już od roku? Straszna ilość czasu, a nie jesteśmy jeszcze nawet w połowie.
Rozdział ucinam szybko, bo wychodzę z założenia, że to pierwsze zadanie lepiej zmieścić w jednym odcinku rozsądnej długości.
Poza tym chciałam wam powiedzieć, że shippuję Francis/Gilderoy/Rita.
Dziękuję Liamhain za sugestie poprawek. :*
20
Nie odezwali się do siebie ani słowem, od kiedy Voldemort opuścił namiot. Niechęć, którą się darzyli, wyjątkowo nie była wyczuwalna. Ani napięcie, ani niepewność przed jakim wyzwaniem przyjdzie im stanąć, nie sprawiły, że się zjednoczyli. Były jednak na tyle silne, by powstrzymać ich od złośliwych komentarzy i wytłumaczyć niezręczną ciszę, która zaległa w pomieszczeniu. Czekali.
Hadrian wstał z kanapy, na której zajmował miejsce do tej pory i podszedł do najbliższego regału. Zaczął przechadzać się przed nim, wodząc wzrokiem po tytułach umieszczonych tam w ramach dekoracji książek. Zastanawiał się, czy warto byłoby po którąś sięgnąć, nie chciał jednak przekonywać, czy ich stronice były puste
Przeszedł w końcu dalej, aż znalazł się przed stojącym lustrem. Tafla była na tyle duża, że stojąc zaledwie kilka kroków przed nią, odbijał się od stóp aż po czubek głowy. Przeczesał włosy palcami, nie poprawiając przy tym ani trochę ich ułożenia. Wygładził nieco płaszcz. Temperatura była tu niemal tak niska jak na zewnątrz. Przesuwając dłońmi po materiale, mógł wyczuć ukryte w kieszeniach fiolki obłożone zaklęciami przeciwdziałającymi tłuczeniu się i wyciszającymi brzęk stukającego o siebie szkła.
Nie mógł wiedzieć, co mu się przyda, postarał się więc wziąć po trochu specyfików różnego rodzaju. Uzbroił się, w co tylko mógł, włączając w to strój do pojedynków, od którego spodni nogawki wystawały mu spod płaszcza, oraz ampułkę przesłaną przez rodziców. Nie chciał o niej myśleć inaczej niż o środku zapobiegawczym, czymś, co się w żadnym wypadku nie przyda.
Blisko wejścia do namiotu Pansy stała z założonymi rękami obok Benjamina. Wymieniali się uwagami na tyle cicho, że padające słowa docierały do Hadriana jedynie jako niezrozumiały szum. Obrócił się i wrócił do wysepki kanap, tym razem siadając po stronie, z której mógł obserwować wejście.
Udało mu się znaleźć wygodną pozycję. Głowę podparł na dłoni i zamarł tak na dłuższą chwilę, ledwo mrugając. Myślami był daleko, jeszcze raz przypominając sobie wszystkie nic niewarte szczególiki na temat innych czempionów, które pojawiły się w gazetach. Trwał tak, dopóki ktoś nie odsunął kotary szarpnięciem. W międzyczasie na błoniach zaczęło się robić coraz bardziej gwarno.
Do środka pomieszczenia weszła ciemnowłosa czarownica. Arina Gavrilova, natychmiast skojarzył Hadrian. Wydawała się niewysoka przy olbrzymie, który podążył tuż za nią. Patrick Maier, piegowaty czarodziej z sianem na głowie gorszym nawet niż to Barty'ego Croucha, mierzył na oko niemal dwa metry wzrostu. Nie był przy tym tyczkowato chudy, miał raczej posturę niedźwiedzia, a futrzany płaszcz noszony przez wszystkich uczniów Durmstrangu nie odejmował mu szerokości.
— Здравствуйте — powiedział. Miał głęboki, donośny głos. Choć jego towarzyszka również poruszyła ustami, prawdopodobnie się witając, nie dało się jej przy nim usłyszeć.
Pansy przyglądała im się nieprzyjaźnie i zdobyła się tylko na kiwnięcie głową. Po Benjaminie ciężko się było spodziewać jakiejkolwiek reakcji. Hadrian odmruknął „cześć" ze swojego kąta, nie starając się szczególnie, by po drugiej stronie pokoju dało się zrozumieć, co odpowiedział.
Dwójka magów zaczęła się rozglądać wokół. Gdy chwila minęła, a do środka nie weszła trzecia osoba z drużyny — Steffen Gerste — Hadrian przełamał ciszę:
— Gdzie wasz kolega?
Arina obróciła głowę w jego stronę jako pierwsza.
— Pali na zewnątrz — odpowiedziała ze śpiewnym, wschodnim akcentem.
Hadrian pokiwał głową, jakby wszystko rozumiał. Najwyraźniej nie było nic wyjątkowego w nieobecności Gerste'a. Puchon jednak nie potrafił sobie wyobrazić czarodzieja palącego na zewnątrz, przed oczami publiki i nauczycieli, gdy uczniowie Hogwartu musieli się z tym nałogiem kryć. Z zewnątrz dolatywał go jednak coraz mocniejszy zapach papierosów, więc nie kwestionował słów czarownicy.
W następnej kolejności na miejsce dotarły reprezentantki Beauxbatons. Trzy blondwłose czarownice, wszystkie tak samo szczupłe i blade na pierwszy rzut oka wydawały się bardzo podobne. Tak bardzo, że mogłoby być siostrami.
Nie wyglądały na przejęte grobową atmosferą.
— Chyba trafiłyśmy na pogrzeb — stwierdziła pierwsza z nich zaczepnie. Nijak nie pasował on do jej podłużnej twarzy ściągniętej w wyraz wiecznej niechęci i niezadowolenia niczym u Narcyzy Malfoy.
Choć może Hadrian niesłusznie uważał, że Victorine Lanteigne zawsze miała minę kobiety uważającej się za lepszą od swojego towarzystwa.
Druga czarownica z włosami spiętymi w niski kucyk i ozdobnymi kolczykami posłała jej karcące spojrzenie. Fanette Chesnay była osobą, na której inteligencję Claude polecił mu uważać.
Kari Gauvin z wyglądu wydawała się najsympatyczniejsza. Zachowanie koleżanek zdawało się nie robić na niej wrażenia, a przynajmniej nie zdołało ściągnąć uśmiechu zadowolenia z jej ust. Loki układające się niczym u baranka wokół jej głowy tylko dodawały jej uroku.
Hadrian planował rozpoznawać je po fryzurach. Wątpił, by w czasie Turnieju mógł wypatrywać trudniejszych do dostrzeżenia dla nieznajomego szczegółów.
Hałas tłumu gromadzącego się na zewnątrz wzmagał się stopniowo od jakiegoś czasu. Za kilka minut miało planowo rozpocząć się pierwsze zadanie. Ludo Bagman wyraźnie też o tym pamiętał, ponieważ zajrzał do namiotu, ledwo wstawiając łysiejącą już głowę do środka. Wcześniej ściągnięty z niej kapelusz trzymał w dłoni.
— Panowie i Panie, zapraszam na zewnątrz! — zawołał. — Zaraz dowiecie się wszystkiego, co trzeba na temat pierwszego zadania i zaczniemy!
Gdy tylko to powiedział, wycofał się na zewnątrz, a ósemka czempionów ruszyła za nim.
Hadrian wynurzył się z namiotu na początku. Powietrze wydało mu się chłodniejsze niż wcześniej, po dłuższym czasie spędzonym w coraz duszniejszym pomieszczeniu, a gwar widzów bardziej ogłuszający.
Tym razem nie był świadkiem procesu usadzania i wyprawiania widzów wraz z ich miejscami w powietrze. Nie miał też okazji doświadczać związanych z kiwaniem niewygód. Przywitała go ściana ludzi. Organizatorzy najwyraźniej otrzymali wiele skarg na długie, chybotliwe ławy, ponieważ zamiast nich w powietrzu unosiły się o wiele krótsze i pewnie bardziej stabilne kanapy.
Oprócz nich wysoko nad ziemią dryfowały szklane kule podobne do tych, które znajdowały zastosowanie we wróżbiarstwie oraz przezroczyste ekrany. Nie aż tak dawno Wieszcz donosił, że naukowcy opracowali je w ramach współpracy francusko-brytyjskiej, za przykład biorąc mugolskie telewizory. Magorzutniki różniły się jednak od nich znacznie nie tylko wyglądem, ponieważ wydarzenia, które pokazywały, musiały rozgrywać się na bieżąco. Poza tym urządzeń nie zasilało ich nic innego niż magia.
Steffen Gerste, który nie wszedł do środka ani na chwilę zajęty paleniem, stał przez cały czas przy ścianie namiotu, na tyle blisko kotary, że docierający do środka zapach dymu przestał dziwić. U jego stóp leżało już kilka wypalonych petów, a w ustach trzymał kolejnego, wypalonego może w połowie. Popiół przyprószył jego czarną, krótko przyciętą bródkę. Sam młodzieniec był śmiesznie niski i chudy, a na głowie nosił grubą, futrzaną czapę. Łypał na wszystkich ciemnymi, podejrzliwymi oczkami. Spotkał się na chwilę wzrokiem z Hadrianem, zanim ruszył, by dołączyć do grupy.
Bagman poprowadził ich na okrągłą platformę, na której znajdowało się też stanowisko sędziów. Niektóre miejsca przy ich stole wciąż pozostawały puste.
Hadrian starał się wypatrzeć znajome postacie. Nie miał szans na wyszukanie twarzy swoich przyjaciół, gdy nie widział nawet, w którą stronę powinien patrzeć, by ich znaleźć. Zauważył jednak Dumbledore'a, który rozmawiał razem z profesor McGonagall, profesorem Snape'em i madame Maxime. Dyrektor Durmstrangu, Igor Karkaroff, zajął już swoje miejsce w honorowym pierwszym rzędzie i patrzył spode łba na francuską minister, która uśmiechała się do stojącego za jej krzesłem Voldemorta. Poza platformą Gilderoy Lockhart rozmawiał z profesorem Ormondem, żywo gestykulując i świecąc zębami. Wicedyrektor Hogwartu słuchał go z wymuszoną uprzejmością, a jego cierpliwość wyraźnie się kończyła i w końcu wymownie wskazał mężczyźnie stół jury. Następnie sam pospiesznie ruszył w tę stronę, jakby starając się zgubić rozmówcę. Hadrian aż uniósł brwi ze zdziwienia.
W końcu Gilderoy znalazł się tam, gdzie powinien, a Bagman zabrał głos:
— Szanowni Państwo! — zawołał. Jego głos rozszedł się echem po całych błoniach dzięki zaklęciu zwielokrotnienia, niepotrzebny był mu megafon. — Mam przyjemność powitać Was przed Pierwszym Zadaniem Turnieju Trójmagicznego! Po wielu latach przerwy mamy szansę oglądać to wspaniałe widowisko ponownie! — mówił. Widownia nie ucichła całkiem, jak działo się nieraz, gdy co ważniejszy mag zabierał głos. — A teraz głos oddaję panu Gilderoy'owi Lockhartowi, który przybliży nam wszystkim zasady!
Bagman wycofał się na peryferie platformy, wykonując dziwaczne półukłony w stronę sędziów i widowni. Zanim jednak zaczęły rozlegać się śmiechy wywołane takim wyjściem, Gilderoy wstał ze swojego miejsca z uśmiechem zadowolenia, dumny jak paw i ubrany w szatę tak jaskrawo turkusową, tak ozdobną, że niektóre ze strojów Dumbledore'a wydawały się przy niej blade.
— Witam, kochani, witam was serdecznie! Jak Ludo powiedział, mamy jedyną w swoim rodzaju okazję uczestniczyć w tak wspaniałym widowisku... A JA mam ogromną przyjemność objaśnić wam wszystkim zasady. Na pewno się zastanawiacie, na czym będzie polegało pierwsze zadanie? — Rozejrzał się, sprawdzając reakcje widowni.
A reakcje były przeróżne. Hadrian czuł, jak jego własna mina kwaśnieje, jak wcześniej działo się z profesorem Ormondem w trakcie rozmowy z mężczyzną.
Drażnił go zachwyt w jego głosie, niczym nieprzytłumiona radość i zadowolenie z okoliczności, w jakich się znalazł. Chciał już konkurować, walczyć, działać. Tymczasem marnowali czas na oczekiwanie, pokazywanie swoich twarzy widzom. To wszystko wydawało mu się niepotrzebne i z każdą chwilą niecierpliwość i irytacja, które czuł przez tę wymuszoną zwłokę, przybierały na sile.
— W pierwszym zadaniu chodzi jedynie o to, by zdobyć podpowiedź, która pozwoli przygotować się do zadania drugiego! — oświadczył Lockhart. — Nie będzie to wbrew pozorom proste. Każdy z czempionów, których tutaj widzicie...
Hadrian wyłączył się na chwilę, spoglądając w stronę Zakazanego Lasu, gdy Gilderoy przedstawiał ich widzom. Najbliższe drzewa znajdowały się w odległości nie dalszej niż kilkaset metrów.
— Każda z tych pięknych dam i każdy z tych przystojnych dżentelmenów zostanie wysłany do Zakazanego Lasu, gdzie będą konkurować ze sobą, starając się znaleźć trzy ukryte wskazówki... Możecie się zastanawiać, dlaczego aż trzy? To dlatego, że zdobycie choćby jednej będzie nie lada wyzwaniem, zapewniam was, kochani, a mi możecie wierzyć! — Wyszczerzył się. — Nie będą musieli szukać jednak na ślepo. Przygotowaliśmy dla nich trzy mapy, a na nich zaznaczyliśmy, gdzie powinni wypatrywać czegoś niezwykłego...
Trzy mapy, powtórzył w myślach Hadrian. Tylko trzy mapy... Wątpił, by kazali im o nie walczyć. A to oznaczało, że reprezentanci każdej ze szkół mieli dzielić je między sobą. Czekała go przymusowa współpraca z Pansy i Benjaminem.
— Tak jak już wielokrotnie wspominaliśmy... Pomoc z zewnątrz jest zakazana, tak jak przemycanie ze sobą żywych stworzeń i używanie przeciw sobie zaklęć skutkujących natychmiastową śmiercią. Przestrzegania tych zasad będzie pilnowała minister Dufort, minister Voldemort, minister Romanov oraz moja skromna osoba! — Obszerny ruch ręką zakończył, przykładając dłoń do piersi. — Złamanie którejkolwiek z tych zasad poskutkuje wykluczeniem z Turnieju. Obawiam się jednak, że to nie jedyny sposób, w jaki możecie odpaść! To dość skomplikowane, ale wyjaśnię to tak, że z pewnością zrozumiecie! Nie macie z góry określonego czasu na wykonanie zadania. Zmienia się to dopiero, gdy pierwsza osoba opuści las. Ci którzy pozostali, mają wtedy jedynie czterdzieści minut, by znaleźć wyjście! Gdy kolejnej osobie się powiedzie, pozostali mają trzydzieści pięć minut na wyjście... Konsekwentnie, z każdą osobą opuszczającą arenę macie pięć minut mniej na zwężenie swojego grona. Jeśli, powiedzmy, w ciągu tych czterdziestu minut po wyjściu pierwszej osoby, żadne z was nie dotrze do mety, możecie nawet odpaść całą ósemką!
Lockhart wydawał się nieadekwatnie do sytuacji uradowany, gdy wyjaśniał im, na jak wiele sposobów mogą odpaść. Odchrząknął jednak i zerknął na kartkę leżącą przed nim na blacie, po czym kontynuował swoje wyjaśnienia.
— Jeśli odpadniecie raz, nie wrócicie już później na arenę, nie ma takiej szansy! Dyskwalifikacja z zadania oznacza dyskwalifikację z Turnieju, musicie uważać, kochani! — Pokręcił głową z udawanym smutkiem. — Ach, możecie też się zastanawiać, ile macie czasu, by ukończyć zadanie! Powiemy was! Razem z widzami będziemy was mieć cały czas na oku i gdy zaistnieje taka potrzeba, ogłosimy wam, co trzeba.
Czarodziej jeszcze raz spojrzał na swoją ściągę, tym razem poświęcając jej dłuższą chwilę i przeglądając od początku do końca by upewnić się, że wszystko zostało powiedziane. Następnie wyprostował się i z uradowaną miną zaklaskał w dłonie.
— Koniec wyjaśnień! Myślę, że możemy zacząć... Pani minister?
Minister Dufort machnęła różdżką i mapy poszybowały w ich stronę. Po jednej sztuce otrzymały Pansy, Arina oraz Victorine.
Hadrian zmusił się, by zachować kamienną twarz. Przynajmniej miał tę przewagę, że znał las. Najlepiej z całej dziewiątki, mógł być tego pewny.
— Będziemy losować, w jakiej kolejności grupy wejdą do lasu. Nie muszę chyba dodawać, że pierwsza będzie miała największą przewagę — powiedziała francuska minister. Uśmiechnęła się w ten sam wymuszony sposób, co zawsze. Jej komentarz wydawał się przez to tylko bardziej zjadliwy. — Zapraszam do nas jedną z reprezentantek Beauxbatons — oświadczyła.
Kari podeszła do stołu sędziów, a Minister Magicznej Francji wskazała jej na stojący na blacie niski półmisek. Nie sposób było zobaczyć, co znajdowało się w środku. Wypełniała go czerń — z daleka ciężko było ocenić, czy mieli do czynienia z cieczą, dymem czy może tylko iluzją... Gdy jednak czarownica sięgnęła do naczynia, jej dłoń także przestała być widoczna.
Wróciła do swoich koleżanek z czymś ukrytym w dłoni, a Hadrian nie mógł dojrzeć, czym. Zaraz potem do sędziowskiego stolika podszedł Patrick, a po nim Benjamin. Dopiero gdy Krukon wrócił, Hadrian odkrył, że losowali małe deseczki. Ich miała wymalowaną na bordowo jedynkę na środku.
Poszczęściło im się.
