Idź na studia, mówili, będzie fajnie. Tymczasem wrąbałam się tak, że czas pisać mam dopiero teraz z okazji przerwy międzysemestralnej. Planuję dobrze wykorzystać czas wolny, który mi został, więc możecie się spodziewać, że przynajmniej dobrniemy do końca pierwszego zadania. Znaczy: stanę na głowie, żeby tak było.

Wszystkim, którzy jeszcze w ogóle pamiętają o istnieniu tego opowiadania i wciąż chcą czytać — dziękuję za cierpliwość, wiem, że naprawdę ją mocno wypróbowałam.

Rozdział jest na świeżo z racji szczególnych okoliczności, więc wszelkie literówki, szalone przecinki, kalki, itp. będę usuwać na dniach.


21

— Pan Bagman zaprowadzi grupę pierwszą na miejsce startu — oświadczyła minister Dufort.

Czarodziej zbliżył się do rzędu reprezentantów, gdy tylko wybrzmiały słowa kobiety. Żadne z nich nie traciło czasu.

— Proszę pokazać tabliczkę z cyfrą jeden — zażądał na tyle cicho, że widzowie w napięciu wyczekujący na wynik losowania nie mogli go usłyszeć.

Nie wiedzieli, stwierdził Hadrian w myślach, jak głupio. Wystarczyłoby, żeby któraś z innych grup zechciała ich oszukać, rzuciła prostą iluzję na wyciągniętą deseczkę i pokazała ją wszystkim. Może i magowie jak Dumbledore czy Voldemort zdołaliby natychmiast dostrzec, która jedynka była fałszywa. Był niemal pewny, że tak by się stało. Wciąż jednak taki wybieg wywołałby niepotrzebne zamieszanie, zakłócił przebieg pierwszego zadania.

Niemal miał nadzieję, że ktoś tak zrobi, choć ośmieszenie organizatorów Turnieju nie należało do jego pragnień. Patrzył na pozostałych czempionów, gdy Benjamin uniósł w górę deseczkę, pokazując ją wszystkim. Żaden z nich nie wykonał ruchu.

— Za mną — mruknął Bagman trochę głośniej niż poprzednio.

Posłuchali go i zeszli za nim z platformy, Pansy jako pierwsza. Już na dole Hadrian obrócił się i przez kilka kroków szedł z wykręconą głową, wpatrując się w twarze pozostałych reprezentantów. Sam nie wiedział, co spodziewał się dostrzec – i może dlatego nie zobaczył niczego szczególnego, żadnego znaku, który doprowadziłby do nagłego olśnienia.

Gdy odpuścił i obrócił głowę, by na powrót skupić się na drodze, spotkał się przez chwilę wzrokiem z Voldemortem. Nie zwrócił wcześniej uwagi na to, że oczy mężczyzny rzeczywiście były czerwonawe, choć z takiej odległości był to ledwie zauważalny błysk koloru.

W ciemnym namiocie pewnie nie odbijało się w nich wystarczająco wiele światła, a później zwyczajnie w nie nie patrzył. Przez chwilę próbował przypomnieć sobie wszystkie inne okazje, kiedy miał okazję widzieć czarodzieja na żywo. Nie, nie musiał tego zauważyć, stwierdził w końcu, Voldemort zawsze był dość daleko, a przynajmniej nie bliżej niż teraz. A taki szczegół musiał sam wpaść w oko.

Zanim się spostrzegli, Bagman doprowadził ich do wymalowanej na trawie granatowej linii startowej. Kilkaset kroków dalej znajdowała się purpurowa linia, a po drugiej stronie, w podobnej odległości — fioletowa. Dystans dzielący wszystkie miejsca startu od skraju lasu wydawał się identyczny.

Ktoś z wyprzedzeniem zadecydował, która drużyna gdzie wystartuje. Hadrian zastanawiał się, czy miało to jakieś znaczenie, czy może był to jedynie drobny zabieg mający na celu uniknięcie wątpliwości podczas podprowadzania ich do linii.

— Drużyny będą wyruszać co pięć minut — poinformowała minister Dufort.

Ktoś skierował już trójkę z Beauxbatons w stronę Bagmana. Czarownice schodziły na trawę, a łysiejący czarodziej pospieszył do nich, by eskortować je od podium aż do odpowiedniej linii. Minister Romanov grubym, tubalnym głosem zaczął odliczanie do startu.

— Powinniśmy biec — mruknął Hadrian. Nie wiedział, czy Pansy i Benjamin zrozumieli już, że na początku liczyły się sekundy, że chcąc nie chcąc, brali udział w swego rodzaju wyścigu. Nawet na niego nie spojrzeli, brak protestu wystarczył jednak, by go przekonać, że słyszeli.

Wskazówki były tylko trzy. I powinni dopaść chociaż jedną, zanim ktoś ich dogoni i zmusi do konfrontacji. Później mogli jej bronić. Przynajmniej w teorii wydawało się to łatwiejsze niż jej zdobycie w czasie walki.

Zabrzmiał w końcu wystrzał, a Romanov zagrzmiał „Start!".

Zerwali się z miejsca, a jedna z unoszących się wcześniej w powietrzu kul wystrzeliła w ich stronę, minęła ich i od tej pory pozostała już w stałej odległości, na kilka metrów przed nimi. Nie mogli zobaczyć, jak jedna z wcześniej przezroczystych tafli zapaliła się do życia, a na jej powierzchni pojawiły się ich podobizny w kilkukrotnym powiększeniu.

Hadrian nie mógł nazwać tego sprintem, nie wtedy, kiedy tempo nadawał Benjamin, który w jego odczuciu zwyczajnie się wlókł. Wyobrażał sobie, pokonując kolejne metry, scenariusz, w którym to on trzyma mapę i już tutaj, na początkowym odcinku trasy odłącza się od pozostałych reprezentantów i ku oburzeniu i zdziwieniu publiki znika po chwili między drzewami, nie oglądając się za siebie.

Nie mógł tego zrobić bez mapy i granicę lasu przekroczyli razem, gdy dzikie wycie tłumu oznajmiło im, że kolejna grupa już wystartowała. Zerknął szybko za siebie, chcąc ich dojrzeć, ale drzewa zasłoniły już miejsca startu i nie mógł nawet ocenić, której szkole przypadł numer drugi.

Zobaczył za to napiętą twarz Pansy i krople potu toczące się po czole Benjamina mimo chłodu. Z powrotem skierował wzrok na drogę, więc jego cierpka mina przeszła niezauważona.

Odłączyć się – tego chciał i zamierzał ten plan zrealizować. Może jeszcze nie w tej chwili, choć drażniła go zwłoka. Niecierpliwił się, by wyrwać się do przodu, rozciągnąć nogi w biegu, usłyszeć trzask gałęzi miażdżonych pod ciężkimi butami i mlask gniecionych liści i podeszw wyrywanych z błota. Dźwięki o wiele milsze dla uszu niż sapanie jego towarzyszy.

Niemal się przyzwyczaił do powolnego tempa, gdy poczuł, że ktoś chwycił go za rękaw. Obrócił się, by zobaczyć, że to Pansy zacisnęła dłoń na materiale jego szaty i już zwalniała.

— Wystarczy – sapnęła.

Nie uraczył jej odpowiedzią, nie żeby był ku temu powód. Przystanął razem z nią i wycieńczonym Benjaminem, który pochylił się i oparł dłonie na kolanach, zwieszając głowę. Hadrian przyglądał im się – bez współczucia – milcząco oceniając ich stan.

Nie znajdowali się jeszcze zbyt głęboko w lesie, choć może trafniej byłoby powiedzieć, że wciąż znajdowali się niewystarczająco głęboko. Pansy jednak wyszarpnęła z kieszeni przekazany jej przez organizatorów zwój i pociągnęła za opasającą wstążkę.

Hadrian sięgnął, by zacisnąć dłoń na zwoju, jednak Pansy dostrzegła ruch wystarczająco wcześnie, by się odsunąć poza jego zasięg.

— Nie na środku ścieżki – warknął. – Nie powinniśmy tu stać.

Dziewczyna spojrzała na niego krzywo. Czarodziej potrząsnął jednak tylko głową, niezmieszany i zamiast się kłócić, przez najbliższą przerwę między wysokimi, tracącymi już liście krzakami, zszedł z wydeptanego szlaku. Liczył, że za nim podążą.

— To niepotrzebne! – skwitowała Pansy z prychnięciem, wlokąc się za nim niechętnie. – Chyba nie sądzisz, że ktoś może biec za nami? Ich linie startowe są dużo dalej!

A jednak mogliby tak zrobić. Gdyby startowali jako drudzy czy trzeci, on sam rozważałby taką opcję – pognać ostro po skosie przez pas otwartej przestrzeni i wpaść na tę samą ścieżkę w lesie, którą wybrała inna drużyna moment wcześniej. Łatwo byłoby ich zaskoczyć, gdyby wykluczali opcję ataku tak, jak Pansy.

— Pokaż tę mapę – zażądał zamiast zdradzać swoje myśli.

Dziewczyna spojrzała na niego spode łba.

— Tak jakby zobaczenie jej miało Ci cokolwiek pomóc, Lestrange. – Pansy wykrzywiła się szyderczo.

Gdy ponownie sięgnął, by zabrać jej pergamin, jeszcze raz cofnęła się poza jego zasięg. W końcu jednak zaczęła pracować nad zdjęciem wstęgi z rulonu. Kokarda ustąpiła bez problemu, ale znajdujący się pod nią supeł już nie. Dziewczyna przed dłuższą chwilę drapała materiał długimi paznokciami w daremnym wysiłku chwycenia go odpowiednio mocno, by rozplątać węzeł.

— Użyj pieprzonej różdżki, co? – wypalił w końcu Hadrian.

Otrzymał w zamian prawdziwie jadowite spojrzenie, Pansy postąpiła jednak zgodnie z jego sugestią. Kilka niewerbalnych zaklęć później – których nie mógł skrytykować, ponieważ niemal wszystkie ruchy różdżką wykonywane przy prostych czarach były do siebie podobne, jeśli nie identyczne – efektu wciąż nie było widać.

Hadrian odwrócił się do nich plecami, wypatrując ruchu na ścieżce. Ręce schował do kieszeni, palce zaciskając na ukrytej tam różdżce. Każdy kolejny oddech uwidaczniał się w powietrzu w postaci kłębów pary.

Gdyby zignorować odgłosy wydawane przez jego drużynę tuż obok, w Zakazanym Lesie panowałaby niczym niezmącona cisza. Nigdy nie nazwałby jej martwą, nie wtedy, gdy w każdej chwili powietrze mogło wypełnić tyle różnorodnych dźwięków pochodzących od kreatur kryjących się między drzewami. Już obecność tych stworzeń sprawiała, że miejsce niemal wibrowało od wypełniającej go energii w trudny do opisania, wyczuwalny jedynie podświadomie sposób.

Zaciągnął się mroźnym powietrzem. Mimo zapachu papierosów, który utkwił na dłużej w jego nozdrzach, intensywny, jakby wilgotny i gorzki aromat lasu wciąż pozostawał dla niego wyraźny.

To wszystko było znajome i powinno już dawno go uspokoić. Trwał jednak spięty i dociekał, co odbiegało od normy… Dopiero wtedy zrozumiał, że cisza nie była absolutna. Mimo pozornego spokoju, równowagi, coś słyszał, jakiś dźwięk, który nigdy wcześniej nie miał tu miejsca. Podejrzewał, że później będzie miał szansę poznać jego źródło.

Zza jego pleców dobiegło głośne pociągnięcie nosem. Odwrócił się, by zobaczyć, że Benjamin wreszcie się wyprostował i podszedł do Pansy.

— Daj, zobaczę to – powiedział, wyciągając do niej dłoń. W drugiej trzymał już przygotowaną różdżkę.

Dziewczyna z pół-prychnięciem, pół-westchnieniem oddała mu zwój. Do tej pory nie udało jej się nic osiągnąć.

Benjamin mrużąc oczy za zaparowanymi szkłami, obejrzał przedmiot dokładnie z każdej strony, zanim cokolwiek zrobił. Nie zajęło mu to długo. Potem ledwo dostrzegalnym ruchem różdżki sprawił, że zwój wysunął się z jego dłoni i zawisł w powietrzu.

Hadrian nie krył się z tym, że patrzył mu na ręce. Ciężko mu jednak było rozszyfrować figury, które młodszy czarodziej rysował w powietrzu, rzucając kolejne czary, ponieważ robił to wyjątkowo szybko, skręcając przy tym dziwacznie nadgarstek tak, że wszystko stawało się przekrzywione i wydawało się być jakby nie na miejscu. A ponieważ nie wypowiadał przy tym ani słowa na głos, ktokolwiek go obserwował, nie miał żadnej podpowiedzi co do jego poczynań.

W którejś chwili – nie do rozróżnienia dla postronnego obserwatora od innych – coś się zmieniło i zwój rozwinął się płynnie, jakby wcale nie spędzili ostatnich minut, próbując go właśnie do tego zmusić.

Hadrian zbliżył się do mapy, zanim jeszcze Pansy zrozumiała, że wreszcie było na co patrzeć. Miał wątpliwości, czy nie był to przypadkiem ostatni raz, kiedy miał szansę się zapoznać z pomocą od organizatorów, więc zrobił, co mógł, by zapamiętać i zrozumieć jak najwięcej.

Na rysunku naniesionym czarnym atramentem na pergamin nie zaznaczono linii startu – za to ktoś zakreślił Hogwart, więc mogli się domyślić, gdzie mniej więcej się znajdowali. Miejsca, w których powinni szukać wskazówek równie łatwo było dostrzec. Autor mapy pozaznaczał większe ścieżki przerywanymi liniami, zakreślił co większe skarpy i brzeg Czarnego Jeziora.

Hadrian zmusił się, by się nie skrzywić. Na świstku, który dostali brakowało skali i już w tym momencie rozpoznawał, że rzeźba terenu została odwzorowana nie tylko niedokładnie, ale w wielu miejscach zwyczajnie błędnie. Nie zamierzał jednak dzielić się tą wiedzą.

— Gdzie najpierw? – zapytał krótko.

Jedna ze wskazówek znajdowała się najbliżej linii startu Durmstrangu. Pansy popukała z ten krzyżyk z namysłem

— Nie wiemy, kiedy wystartowali – stwierdził Hadrian sucho, zanim którekolwiek z nich zdążyło się wypowiedzieć.

— Będą mieli takie samo opóźnienie jak my – oświadczyła Pansy z pewnością, jakby koniecznie chcąc udowodnić, że Puchon nie miał racji. – Mamy szansę.

Benjamin potrząsnął głową. Pansy zmarszczyła na niego brwi.

— Bezpieczniej byłoby… — wskazał końcem różdżki punkt w głębi lasu – pójść tutaj.

Hadrian po cichu rozważał tę opcję. Rzeczywiście powinni mieć przewagę, jeśli chodziło o dotarcie do najdalszego punktu, w końcu wystartowali najwcześniej i istniała możliwość, że w ten sposób zdobyliby wskazówkę, unikając starcia. Jednocześnie Hadrian wątpił, czy Benjamin, który to zaproponował, był w ogóle w stanie dobiec tak daleko i jeszcze wrócić, zanim czas im się skończy.

— Nie lepiej zdobyć wszystkie wskazówki? – rzucił Hadrian zaczepnie. Chciał ich podjudzić.

— A kto powiedział, że nie zamierzamy tak zrobić? – Pansy spojrzała na niego krzywo.

Wzruszył tylko ramionami i jeszcze raz spojrzał na mapę, utrwalając w pamięci obraz rysunku. Dopiero gdy upewnił się, że był w stanie przywołać każdy szczegół, jakby pergamin wciąż znajdował się bezpośrednio przed jego oczami, zaproponował, by nie tracili więcej czasu.

Pansy machnięciem różdżki sprawiła, że mapa na powrót zrolowała się. Przedmiot zaraz zniknął w kieszeni jej płaszcza. Czarownica kiwnęła zdecydowanie głową.

— Idziemy – zarządziła i skierowała się w stronę ścieżki, którą chwilę wcześniej opuścili. Magorzutnik tak samo, jak od początku zadania, szybował na kilka kroków przed nią.

Hadrian zerknął na zegarek, zanim ruszył za nią. Powinni się pospieszyć. Zresztą za godzinę czy dwie miało się zacząć ściemniać.

O ile nie mylił się w swojej ocenie, Pansy prowadziła ich w poprawnym kierunku. Żadne z nich się nie odzywało. Co jakiś czas zaczynali truchtać, a po kilkuset metrach wracali do marszu – dwoje z nich już zasapanych.

Ziemia pod ich stopami był twarda, niewątpliwie od mrozu, który ściął całą obecną w glebie wilgoć. Dlatego, gdy podłoże wydało się nagle bardziej sprężyste, ustępliwe, Hadriana przeszył nagły niepokój. To było ostatnie ostrzeżenie. Żadne z nich nie postawiło kolejnego kroku.

Poczuł, że dłużej nie stoi na twardym gruncie i nagle – o wiele za szybko – leciał w dół. Świst powietrza w uszach, wściekłe pulsowanie krwi i nikły dźwięk osuwającej się ziemi. Zawsze pamiętał później takie momenty. Zachłysnął się powietrzem i zapach lasu, zapach wilgoci i odsłoniętych korzeni był w tym momencie wielokrotnie intensywniejszy niż wcześniej.

Pansy wrzasnęła przenikliwie, ale została w górze. Liny, zrozumiał Hadrian, Benjamin musiał szybko zareagować i z pomocą magii uratować ją od upadku.

On sam, wolną dłonią usiłował się czegoś chwycić, ale poruszył tylko luźne grudy ziemi ze ścian dziury i korzeni tak, że posypały się na niego. Nie zdołał się niczego złapać i zanim pomyślał o czymkolwiek, co mogło go uratować, z całym impetem uderzył w ziemię.

Siła uderzenia sprawiła, że ugięły się pod nim nogi i upadł na pośladki. Na chwilę stracił oddech. Zdołał jednak nie przygryźć sobie języka, nie zranić żadnej kończyny…

Wpadł do zwykłego dołu. Jak dobrze, pomyślał. Przed chwilą mignęły mu przed oczami obrazy koców, stalowych prętów czekających u dołu, by spadający nieszczęśnik, w tym przypadku on, nabił się na nie siłą upadku.

— Trzymaj się, Pansy – mówił Benjamin. Na dół głos docierał stłumiany.

Hadrian był niemal pewny, że słyszał z góry szelest liści, choć mogło mu się wydawać, jego serce wciąż biło tak głośno. Zmusił się, by spowolnić swój oddech. Spanikowane, głębokie hausty powietrza nie pomagały mu myśleć jasno, a musiał oprzytomnieć natychmiast. Ziemia i paprochy wciąż się na niego osypywały. Bez większego przejęcia spróbował zetrzeć największy brud z twarzy.

Wilgotne powietrzne, temperatura nieco wyższa niż 'na zewnątrz' i wrażenie wygłuszenia, znał to, bywał już w takich dołach. Mógł się wydostać. Na razie jednak czekał.

Spojrzał w górę. Benjamin zdołał ściągnąć Pansy na ziemię bez uszczerbku. To była szybka, bezbłędna reakcja. Hadrian niemal mu zazdrościł tak wspaniałych umiejętności w czarach. Najwyraźniej ci, którzy go wybrali, wiedzieli, do czego był zdolny.

Po chwili w zasięgu wzroku Hadriana pojawiła się twarz Pansy. Pochylała się nad krawędzią pułapki.

Bezwiednie ciaśniej objął palcami swoją różdżkę.

— No cóż, Hadrian… — Uśmiechnęła się złośliwie. Ziemia była roztarta na jej policzkach podobnie jak wtedy, gdy na eliminacjach niemal udusiła Draco. – Powodzenia.