22

Pansy i Benjamin sprawnie się oddalili. Hadrian poczekał, aż przestały do niego docierać dźwięki ich kroków, zanim ostrożnie się podniósł z ziemi i zaczął się przyglądać odległym o dobre kilka metrów brzegom dziury i znajdującym się jeszcze wyżej konarom drzew. Choć w czasie upadku nie mógł przywołać z pamięci ani jednego zaklęcia, które by mu pomogło, teraz widział co najmniej kilka sposobów, by powrócić na powierzchnię.

Machnięciem różdżki sprawił, że korzenie drzew wysunęły się ze ścian dołu. Zabrzmiał przy tym jęk naprężającego się drewna. Ziemia, która osypała się podczas jego upadku teraz uniosła się i przez chwilę chmura ciemnego pyłu zawisła w powietrzu. Potem razem ze źdźbłami wyrwanej trawy i płatami oderwanego mchu zgromadziła się wokół korzeni tak, że powstało coś na kształt spiralnych schodów, rozpoczynających się już pod stopami Hadriana. Konstrukcja poruszyła się – tym razem bez jednego dźwięku – wynosząc go na powierzchnię.

Zszedł na bok, na twardy grunt i kolejnym czarem doprowadził się do porządku, usuwając brud z twarzy, włosów i ubrań. Niewątpliwie czekała go jeszcze konfrontacja z przeciwnikami przed końcem zadania. Nie musieli oni wiedzieć, że wpadł już do jednego dołu, zanim stanął z nimi twarzą w twarz.

Nie miał okazji wcześniej zobaczyć, że gdy Pansy i Benjamin zdecydowali się oddalić, magorzutnik podzielił się na dwie kule – skopiował się, można by powiedzieć, skoro w rezultacie w powietrzu zawisły dwa identyczne egzemplarze. Jeden z nich podążył dalej za dwójką reprezentantów, a drugi pozostał na miejscu, by pokazać publice, jak Hadrian radził sobie w pojedynkę.

Czas go gonił, uświadomił sobie. Podwinął rękaw szaty, by zerknąć na tarczę eleganckiego zegarka zapiętego wokół rękawicy. Zmarszczył nieco brwi, licząc w myślach, ile dokładnie czasu potrzebował, by przebyć dystans dzielący go od najbliższego miejsca, w którym według mapy została ukryta wskazówka.

Mógł zdążyć. Jeśli drużyna Durmstrangu wystartowała jako ostatnia, wciąż miał szansę dostać się do tego miejsca – leżącego najbliżej ich linii startu – przed nimi.

Wskaż mi – powiedział. Wolał się upewnić, że nie stracił wyczucia kierunku przy upadku. To byłby głupi, typowy błąd. Musiał się takich wystrzegać, jeśli chciał zachować jakiekolwiek szanse przeciwko ośmiu konkurującym z nim magom.

Ruszył w prawo. Po kilkunastu krokach, gdy upewnił się, że nogi nie miały zamiaru się pod nim ugiąć, przeszedł do biegu. Jego oddech, odgłos kroków i szelest ubrań wydawały mu się wyjątkowo głośne, gdy obok nie było nikogo, kto by je zagłuszał.

Nie podążał żadną wyznaczoną ścieżką, zamiast tego klucząc między drzewami, polegając tylko na swojej znajomości terenu i wyczuciu kierunku. Przeskakiwał nad wystającymi korzeniami, pamiętając, że niektóre z nich potrafiły oderwać się od ziemi i niczego niepodejrzewającego czarodzieja przygwoździć do ziemi. Byłby gotowy.

W innych okolicznościach nie śmiałby zostawiać za sobą tyle śladów, które mogły tak łatwo wskazać komuś, jaką drogą podążyć, by go znaleźć. Wyobrażał sobie, że dla niektórych mieszkańców Zakazanego Lasu byłyby to wskazówki tak kuszące do podążenia, jak dla pospolitego drapieżnika ślady krwi osobiście przez niego nadgryzionej i wciąż uciekającej zwierzyny. Nie do przepuszczenia. Ponieważ jednak w tej chwili to on w pewnym sensie był na łowach, nie wahał się usuwać ze swojej drogi zawadzających mu krzaków jednym ruchem różdżki ani deptać gałęzi bezładnie osypujących się na ziemię po takim zabiegu.

W pewnym momencie zwolnił, a po kilku krokach się zatrzymał, nagle sobie coś uświadomiwszy. Obrócił się w stronę magorzutnika. Pamiętał dobrze, że z drugiej strony obserwowali go widzowie, dziennikarze, którzy później mieli pisać na jego temat. Dlatego zdobył się na szelmowski uśmiech i dopiero wtedy skierował na siebie koniec swojej różdżki. W następnym momencie zniknął z ich oczu.

Wiedział, że nie pozostał po nim nawet ślad, żaden migoczący kontur czy rozmyte krawędzie, gdzie kończyło się jego ciało, a zaczynało powietrze. Nie użył zaklęcia kameleona, popularnej, aurorskiej metody. Był ponad to. Sam siebie potraktował czarnomagiczną klątwą w stylu Blacków.

Machnął jeszcze różdżką w stronę swoich butów, sprawiając, że jego kroki stały się niesłyszalne.

Przeszedł kawałek plecami do przodu, nie odrywając wzroku od szybującego artefaktu. Gdy upewnił się, że za nim podąża, chociaż pozostawał niewidzialny, obrócił się sprawnie i znów zaczął biec.

Znajdował się już blisko celu. Drzewa rosły rzadziej niż w innych częściach lasu, za to były o wiele potężniejsze. Korzenie wystawały wysoko ponad powierzchnię ziemi przykrytej mchem.

Niedługo później podłoże było już na tyle rozmokłe, że by poruszać się naprzód, musiał potraktować je zaklęciem mrożącym. Działało niezaskakująco dobrze przy nie aż tak odległej od zera temperaturze. Wchodził w bagno i o ile dobrze odczytał mapę, potrzebował dotrzeć do samego centrum.

Co kilka metrów musiał odnawiać zaklęcie. Na ciemne ślady, które zostawiał za sobą w zielonkawym nalocie pokrywającym glebę, nie mógł nic poradzić.

Już w tym momencie, patrząc na gładkie pnie drzew, do objęcia których potrzeba by kilku czarodziejów, na zupełnie nieruchome otoczenie i nie widząc ani jednego miejsca, w którym mógłby szukać wskazówki, zaczynał wątpić w słuszność swojej decyzji.

Mogli z nich zadrwić, urządzić żart ku rozrywce widzów, wysyłając ich w najbardziej paskudne części Zakazanego Lasu, każąc im szukać wskazówek, których wcale tam nie było. Ktoś musiał dobrze znać ten teren, by je wybrać. Z jakiegoś powodu Hadrian podejrzewał, że Voldemort naprawdę przyłożył rękę do układania zadań. Zastanawiał się, czy czarodziej zapuszczał się w te tereny w swoich uczniowskich latach i czego mógł tam szukać…

Obrócił się gwałtownie w prawo, gdy wydało mu się, że dostrzegł jakiś ruch. Zrobił to w ostatnim momencie, by dostrzec klątwę może metr od swojej piersi.

Miał szczęście, że już wcześniej uniósł różdżkę, by poprawić zaklęcie mrożące. Tarcza wskoczyła na swoje miejsce w ostatniej chwili i błysk – rażąco biały i iskrzący jak zimne ognie – rozbił się na niewidzialnej ścianie.

Cofnąć się czy iść naprzód – wahał się, co było lepszym wyjściem w jego sytuacji, przy tak niepewnym podłożu. Zanim się zdecydował, jego przeciwnik zdążył posłać w jego stronę trzy czary. Nie próbował ich zbijać, pozwolił im rozbić się na tarczy tak, jak pierwszemu i wtedy odpowiedział ogniem.

Przynajmniej wiedział, z kim walczył. To nie mógł być nikt inny niż reprezentanci Durmstrangu.

Kolejna klątwa nadeszła z innego kierunku. Przyszedł stamtąd, zarejestrował, broniąc się. Musieli go okrążyć. Stał jednak już za długo w jednym miejscu, a ponieważ za sobą miał drzewo, ruszył naprzód tam, gdzie spodziewał się, że musiał się ukrywać trzeci przeciwnik.

Nieuważnie zmroził podłoże przed sobą. Nie przebył nawet metra, zanim musiał się wykręcić do tyłu, by odpowiedzieć na atak. Najszybciej jak mógł, zwrócił się w drugą stronę, spodziewając się, że teraz napaść nadejdzie właśnie stamtąd.

Wskoczył za drzewo, licząc, że tuż przy korzeniach grunt będzie twardy. Chciał zejść z celu przynajmniej jednego z nich. Wpadł po kostki.

W następnej chwili musiał się zmierzyć z kolejną klątwą. Zaskoczyła go na tyle, że ledwo zasłonił się tarczą, a czar rozorał pień drzewa za nim. Paskudny dźwięk rozrywanego drewna przeszył powietrze, a na jego plecy posypały się drzazgi.

Klął przez zaciśnięte zęby, nie przejmując się dyskrecją. Minął czas na ukrywanie się. Wściekle, z mocnym machnięciem ręki posłał jedną z bardziej destrukcyjnych klątw w tę stronę. Mógł zobaczyć, jak z miejsca, w które trafiła, wyrósł słup ognia, tworząc wokół krater spieczonej ziemi, osmalając najbliższe drzewo i rażąc żarem wszystko w promieni kilkunastu metrów.

A potem znów skoczył przed siebie, z trudem wyrywając stopy z gęstej brei – tam, gdzie zmierzał, zanim zdecydował się zejść z linii ognia. Seria jasnoróżowych błysków poleciała w miejsce, skąd atakował wcześniej pierwszy przeciwnik, zanim na dobre się rozpędził.

Napaść z wcześniej bezpiecznej strony dała mu jasno do zrozumienia, że nikogo tam nie zastał. Musieli się przemieszać. Wściekał się przez to, ponieważ nie wiedział, jak wygrać z trójką magów, których nie potrafił nawet zlokalizować.

Zielonkawy błysk trafił w najbliższe drzewo i tym razem nie uległo ono destrukcji. Korzenie wyrwały się z błota i wystrzeliły w stronę Hadriana, chlapiąc na wszystkie strony ciemną mazią i rozrzucając kawałki roślinności.

Uskoczył do tyłu, broniąc się zaklęciem tnącym przed tymi szponami. Klątwa czy dwie ześlizgnęły się po jego pojedynkowym stroju, któraś drasnęła go w brew i krew zaczęła mu się sączyć obok oka.

Kilka korzeni spadło na powierzchnię i zaraz z obrzydliwym mlaśnięciem wessało je bagno. On sam czuł, że jedna z jego nóg wpadła aż po kolano. Z trudem utrzymywał równowagę.

Tymczasem całe drzewo zakołysało się. Hadrian mógł obserwować kątem oka, jak poruszyły się inne korzenie, wynosząc roślinę w górę, gdy bronił się przed nieustającą napaścią. Lewo, prawo, z góry… Ktokolwiek go atakował, opanował do perfekcji umiejętność ukrywania swojego położenia, atak nadchodził jednocześnie z tylu stron, pod tyloma niewygodnymi kątami, jakby miał do czynienia nie z jedną czy dwiema osobami na raz, a może wolno atakującą piątką.

Przytłaczał go ten atak. Żółtawy błysk przeniknął przez jego obronę i trafił go prosto w pierś, aż stracił oddech i odrzuciło go do tyłu. Nie mógł tak właściwie upaść, nie z nogą uwięzioną w bagnie. Położył się jedynie na powierzchni, jedną ręką również wpadając do środka.

Nie mógł wygrać w ten sposób. Nie widział też, jak w tej sytuacji mógłby choćby szukać wskazówki. Klął w duchu i starał się myśleć.

Z twarzą centymetry od błota tak, że czuł moczarowy smród w nozdrzach i niemal widział nie cień, a swoje odbicie w brunatnej powierzchni, objawiło się przed nim rozwiązanie.

Nabrał powietrza w płuca i dźgnięciem różdżki sprawił, że bagno pod nim zmieniło się w wodę. Wpadł pod powierzchnię z szeroko otwartymi oczami i ustami wciąż rozciągniętymi w czymś na kształt uśmiechu.

Zimno niemal go poraziło. Woda natychmiast wniknęła pod skórzane elementy garderoby, przesiąkła resztę. Była tak lodowata, że kontakt z nią bolał i ten chłód natychmiast przenikał aż do kości, usztywniając po drodze mięśnie i sprawiając, że chciał otworzyć usta w spazmatycznym wdechu tylko, by zachłysnąć się i wpuścić ją jeszcze głębiej.

Płynął przed siebie, stopniowo transmutując kolejne porcje błota. Widział, jak dwie fazy mieszały się na krawędziach, przenikały wzajemnie, powoli niwecząc jego wysiłek.

Tym razem nie mógł kląć na głos, choćby pod nosem. W milczeniu, z twarzą wykrzywioną w grymasie, parł do przodu, wiedząc, że proces postępuje zbyt powoli – że w tym tempie skończy mu się powietrze, zanim zdoła się oddalić choć na tyle, by zaskoczyć.

Jak na złość nie pamiętał czaru, który pozwoliłby mu wciąż pod wodą zaczerpnąć tchu – a miał pewność, że przynajmniej raz o czymś odpowiednim słyszał. Pech.

Mógł jednak wytrzymać jeszcze chwilę. Zamachał nogami i rękami. Wbrew swoim oczekiwaniom nie posunął się jednak ani o centymetr do przodu. Zaczepił o coś? Spróbował jeszcze raz. Na darmo. Obrócił się, by zobaczyć, co trzymało go w miejscu.

Gruba lina owinęła się wokół jego kostki. Widać eliminacje były znamienne, to była ta sama noga, którą nieco wtedy nadwyrężył. Zanim zdołał się uwolnić, poczuł szarpnięcie i został przeciągnięty do miejsca, w którym zniknął wcześniej pod wodą. Pęd aż odrzucił jego ramiona do tyłu.

Zachłysnął się powietrzem, gdy tylko został wyrwany na powierzchnię. To był jego pierwszy i ostatni oddech, bo zaraz ktoś wepchnął jego głowę pod wodę. Niemal wciągnął ją w płuca.

Szarpał się, nie mógł jednak dosięgnąć swojego oprawcy.

Nie starali się go chyba jednak utopić, ponieważ zaraz ta sama dłoń za kark wyciągnęła jego głowę z wody. Zaczął kaszleć. Ciągle miał wodę w oczach i uszach, a mokre włosy przykleiły mu się do czoła.

Wciąż miał swoją różdżkę. Nie wiedzieli o tym? A może się nie przejmowali, nie wierzyli, że cokolwiek mógł zrobić.

Jak dobrze, że magia działała tak samo w wodzie, w ogniu, naprawdę gdziekolwiek. Niewerbalnie posłał czar na sam dół akwenu nadzieją, że to, na co liczył, było na dnie choćby w śladowej ilości. Nie zawiódł się, gdy wokół niego z wody wystrzeliły korzenie i pędy, cienkie, wydłużone jeszcze łodygi roślin, zwinięte w bicze glony.

Natychmiast, gdy to się stało, okręcił się, chcąc się uwolnić. Rzucić niemal na ślepo klątwą tnącą, wiedząc, że skóra garboroga, którą miał na sobie uchroni go przed samookaleczeniem mimo nieostrożności.

I tak nic by nie zobaczył przez żar, który nagle wybuchł tuż nad nim, spopielając rośliny. Popiół, sczerniałe fragmenty tkanek, zaczęły opadać w dół niczym płatki śniegu, oślepiając go jeszcze bardziej i dusząc.

— Uparty – zabrzmiał męski głos tuż nad nim. Niewidzialna siła wyszarpnęła mu różdżkę z dłoni. – Trzeba będzie Ci to zabrać.

Z nogą wciąż wyciąganą w górę przez linę i pół-skręcony, nie zdołał utrzymać dłużej głowy w górze. Może ktoś mu pomógł jeszcze raz zajrzeć w głąb bagna, sam nie wiedział. Zaraz jednak został wyciągnięty i tym razem wyraźnie już czuł palce wbijające się w jego kark.

Magią wykręcili jego ręce do tyłu. Poczuł, jak liny zacisnęły się wokół jego nadgarstków. Zagryzł zęby. Gdyby w tej chwili go puścili, z pewnością by się utopił.

Rozmawiali między sobą w innym języku. Mgliście rozpoznawał rosyjski, nie był jednak w stanie zrozumieć ani słowa. Trwało to chwilę. W międzyczasie, zaczął widzieć klarowniej, gdy cała woda spłynęła wreszcie z jego twarzy. Skóra piekła go od zimna i niewiele brakowało, by stracił czucie w tych partiach ciała, które wciąż zostały pod wodą.

W przeciwieństwie do niego nie bawili się w mrożenie powierzchni bagna. Drewniane kładki wystarczająco szerokie, by pewnie stanęła na nich przynajmniej jedna osoba, zbiegały się do miejsca obok niego z kilku stron.

Kątem oka dostrzegł czarownicę. Stała niedaleko. Wycelowała w niego różdżkę.

Rozpoznawał moment, kiedy ktoś rzucał na niego czar. To było tak, jakby wszystkie komórki w jego ciele zostały wprawione w drgania w jednym momencie. Nie było to ani nieprzyjemne ani przyjemne uczucie, jednak ciężkie do pomylenia z czymkolwiek innym.

Powtórzyli to kilka razy.

— A więc tak wyglądasz – stwierdziła czarownica. Arina Gavrilowa, przypomniał sobie jej nazwisko.

Niemal zapomniał, że uczynił się niewidzialnym. Nie przeszkodziło im to w złapaniu go, choć zdjęcie czaru wyraźnie przysporzyło im pewnych kłopotów. Zastanawiał się, jak go dostrzegli tak łatwo.

— Zdradziły mnie ślady? A może coś innego? – Ledwo rozpoznał swój głos. Lodowata woda w gardle załatwiła mu paskudną chrypę.

— Sekret Durmstrangu – odparł ten, który wciąż trzymał jego głowę nad powierzchnią. Hadrian nie mógł na niego spojrzeć, nie gdy on sam miał tak ograniczoną zdolność ruchu, a tamten znajdował się za nim.

Nie widział trzeciego czarodzieja, który był w ich drużynie.

— Oczywiście. – Wyszczerzył się. – Nie oczekuję, że zdradzicie mi swoje sekrety.

Czarodziej za nim prychnął.

— Jesteś Meier czy Gerste? Przykro mi, ale z tej strony cię nie rozpoznaję… — powiedział Hadrian.

— Gerste.

— Pewnie ciężko rozpoznać kogoś, na kogo się nie patrzy – stwierdziła Gavrilowa. Ręce trzymała w kieszeniach i zamiast na nich, patrzyła na drzewa.

— Gdzie jest twoja drużyna? – zażądał Gerste.

Hadrian nie odpowiedział i czarodziej wepchnął jeszcze raz jego głowę pod wodę. Tylko na chwilę.

— Nie jest ci już trochę zimno? – Gavrilowa patrzyła na niego z sympatią, choć może tak mu się wydawało przez wodę, którą wciąż miał w oczach.

— Ani trochę – zapewnił. Chwilę temu przestał czuć lewą nogę. Między innymi.

— Pewnie gdzieś się tu ukrywają, co? – zasugerował Gerste. – Ale czemu byśmy ich nie widzieli od początku ani razu? Nie, to nie to. Jesteś sam i zdany na naszą łaskę.

— Przykre – dodała Gavrilowa. – Porzucili cię albo się rozdzieliliście, na pewno jednak możesz nam powiedzieć, gdzie się skierowali.

— Tak…? – mruknął Gerste i gdy i tym razem nie uzyskał żadnej odpowiedzi, ponownie wepchnął głowę skrępowanego Puchona pod wodę.

Zdążył w porę nabrać powietrza. Może jego oprawcy to zauważyli, ponieważ trzymali go w tej pozycji dłużej niż za pierwszym razem.

— Jesteśmy dla niego zbyt łagodni. — Gavrilowa nie wydawała się przejęta. Nie stała dłużej w jednym miejscu. Zaczęła przechadzać się po kładkach, co jakiś czas zdawało się, że rzucała jakiś czar.

— Może po prostu to lubię, co ty na to? – powiedział, gdy skończył pluć wodą.

— Zaraz zobaczymy, co jeszcze lubisz – zapewniła dziewczyna.

Wyciągnęli go z wody, rozmawiając w międzyczasie po swojemu. Znalazł się wciąż skrępowany twarzą do drzewa. Gerste zostawił go samego z Gavrilową. Hadrian podejrzewał, że dołączył do nieobecnego Meiera w poszukiwaniach wskazówki.

Kroki czarodzieja dawno ucichły, Gavrilowa nie odezwała się jak na razie ani słowem. Nie słyszał nawet jej oddechu, a przed oczami miał tylko gładki pień. Zastanawiał się, czy nie zostawiła go samego, zabierając ze sobą jego różdżkę…

Zdał sobie sprawę, że nie wiedział nawet, kto ją miał.

— Nie chcielibyśmy, żeby nas zaskoczyli bez potrzeby – oświadczyła w końcu dziewczyna, przerywając milczenie. – Choć ich szanse byłyby równie małe, co twoje.

— Ja was na pewno nie zaskoczyłem.

— To my zaskoczyliśmy ciebie, tak, w pewnym sensie. Na pewno jednak zdziwił nas widok samotnego reprezentanta. – Westchnęła. – Powiedz mi, gdzie się skierowali? Naprawdę, nie pytam cię o nic szczególnie wrażliwego.

— Może czekają niedaleko na odpowiedni moment.

— Nie, nie, nie kłam proszę. Żadne z nas nie jest głupie, tak sądzę.

Oparł czoło o korę, wsłuchując się w jej głos. Już od początku nie było niczego, co mógłby zrobić. Teraz też mógł tylko przeciągać torturę i czekać na szansę.

— Miałeś za zadanie nas zatrzymać? Wyniesiemy się, gdy tylko znajdziemy wskazówkę.

Pozwolił powiekom opaść. Robił, co mógł, by zignorować, jak przemarznięte były jego kończyny, opanować wstrząsające nim dreszcze. Był pewien, że gdyby zdjął rękawice, jego palce byłyby niebieskie. Bolały go też barki – profesjonalnie unieruchomili jego ręce, naprawdę nie mógł nimi ruszyć.

— Chyba mam pomysł, Hadrian… — odezwała się Gavrilowa po dłuższej chwili milczenia. – Bo tak masz na imię, prawda? Dziedzic rodu Lestrange, hmmm. Zobaczymy, jak dzielny jesteś. – Coś w jej tonie go niepokoiło, uderzało w złudnie znajomą nutę. – Crucio.

Crucio, powtórzył w myślach i przez chwilę było to jedyne, na czym był w stanie się skupić. Słyszał miriadę innych Crucio, nawet kilka własnych. To Gavrilowej zostało wypowiedziane niemal szeptem, jak coś ostatecznego, nieodwołalnego i wciąż niezaprzeczalnie zgodnego z porządkiem świata.

Zawsze wzbudzał jego ciekawość sposób, w jaki ludzie rzucali niewybaczalne.

Ból wydawał się zawsze taki sam. Zaczynał się gdzieś u podstawy czaszki, a może z tyłu gałek ocznych niczym uporczywy ból głowy, ciężko było powiedzieć. Miał wrażenie, że na początku rozchodził się powoli przez rdzeń kręgowy, a potem spływał odchodzącymi od niego nerwami aż po koniuszki palców i tak już zostawał. To było tak, jakby raził go piorun i został w środku, nie znajdując żadnego ujścia dla całej tej elektryczności, wyczerpując całą jego zdolność odczuwania i nie zabijając od razu tylko dlatego, że była to magia.

Świat wracał do swojej starej formy, gdzie czas płynął jak powinien, zupełnie bez ostrzeżenia. Klątwa nie zostawiała po sobie wiele. Może czasami trudne do opanowania drgawki i wątpliwość, czemu jeszcze nie był martwy.

— Dalej nie chcesz mi powiedzieć?

Och, jej głos brzmiał inaczej, zupełnie inaczej. Wezbrał w nim śmiech, ale umarł jeszcze w suchym gardle. Przełknąłby ślinę, gdyby tylko mógł. Wciągnął powietrze ze świstem i nawet od tego czuł się chory.

— Ależ ja… nic nie wiem – wychrypiał w końcu. Mokrą od potu twarz opierał na pniu. Z tak bliska miał wrażenie, że mógł wyczuć jeszcze zapach drewna oprócz własnego, kwaśnego oddechu.

Ktoś coś wołał po rosyjsku. Gavrilowa odpowiedziała. Nic nie rozumiał i w tej chwili nawet się tym nie martwił.

— Jak sądzisz, gdzie to może być? – Gavrilowa pochyliła się nad nim. – Na pewno masz jakiś pomysł, nie przyszedłeś tu bez planu, co?

Co ona pieprzy, pomyślał Hadrian. Miał wrażenie, że dziewczyna próbowała podejść go z różnych frontów, sprawdzając, czemu był skłonny ulec. Daleko mi, żeby oszaleć. Ledwo za to funkcjonował, oszołomiony z zimna i coraz bardziej wychłodzony.

Z opóźnieniem sobie uświadomił, że miała podstawy, by się po nim spodziewać przynajmniej pewnej chwiejności psychicznej. Niektórym wystarczyły sekundy tortury, by stracić przytomność. Innym sama groźba, by wydać wszystkich swoich przyjaciół. Zdarzali się też tacy, którzy po całych dniach daliby radę wstać i tylko trochę gorzej patrzyłoby im z oczu.

— To już nieważne – mówiła dziewczyna. – Znaleźliśmy to w pniu drzewa, gdybyś chciał wiedzieć.

Czyli to był koniec, znaleźli, co chcieli, mogli go już zostawić i iść dalej. Nie żałował nawet wskazówki.

Sam siebie się pytał, czy już przegrał? Pewnie tak, w końcu co mógł zrobić bez różdżki, bez wolnych rąk…

— Ostatnia runda! Crucio!

Wygrażał jej w myślach, gdy przechodziły go kolejne fale bólu i czuł się, jakby lada chwila jego mięśnie mogły się oderwać od kości przy co mocniejszym skurczu. Wyzywał od szmat i obiecywał śmierć. Na zewnątrz dyszał przez zaciśnięte zęby i dzięki unieruchamiającym go linom, nie mógł się nawet przewrócić.

Rozmawiali między sobą – dotarło to do niego jako pierwsze, gdy wrócił do siebie po zdjęciu klątwy. Ktoś musiał opowiedzieć coś śmiesznego, bo doszedł go rechot. Albo śmiali się z niego, nie byłoby to znowu aż tak zaskakujące.

— Hadrian – zaczęła Gavrilowa, ale się poprawiła: — Lestrange. Zostawimy ci twoją różdżkę. Jeśli nie postradałeś zmysłów, może dasz radę zrobić z niej jakiś użytek. – Brzmiała jakby się uśmiechała. – Wydawałeś się wcześniej wystarczająco sprytny.

Nie był pewien, czy naprawdę mu ją wepchnęli między zesztywniałe palce, czy może zażartowali sobie z niego w ostatniej chwili i zostawili z przypadkowym kijem, ciekawi czy się stoczy do bagna, gdy liny puszczą.

Bał się poruszyć zesztywniałymi palcami, żeby nie upuścić różdżki. Związany tak jak był, nie zdołałby jej podnieść żadnym sposobem.

- Eximo – wyszeptał. Czekał nieruchomo na cud, na magię. Zaczął już tracić wiarę, że zaklęcie zadziała, kiedy poczuł, jak zwolnił się ucisk wokół jego nadgarstków.

Westchnął z ulgą. Powoli, ostrożnie wyprostował się, pozwolił nadwyrężonym wcześniej barkom opaść na swoje miejsce. Z trudem wyciągnął spod siebie podkurczone nogi i rozprostował je ostrożnie na deskach. Czuł w stopach, jak długo musiał klęczeć nieruchomo. W jednej nodze bardziej przemarzniętej od drugiej brakowało mu czucia po zewnętrznej stronie.

Odłożył różdżkę na kolana – bał się, że z wyczarowanej przez reprezentantów Durmstrangu kładki mogłaby się stoczyć do wody – i zabrał się za ściąganie rękawic. Szło mu to ciężko, ledwo zresztą był wstanie je chwycić.

W końcu jednak udało mu się pozbyć jednej z nich, odsłaniając posiniałą dłoń. Zacisnął i rozprostował palce, przyglądając im się uważnie, wypatrując innych uszkodzeń. Gdy nic takiego nie rzuciło mu się w oczy, jednym zaklęciem pozbył się odmrożenia. To było proste. Z drugą ręką poszło mu jeszcze łatwiej.

W następnej kolejności osuszył swoje ubrania i zaczął grzebać w kieszeniach, aż znalazł odpowiednią fiolkę. Odkorkował ją. Zmarszczył nos, gdy poczuł gryzący zapach, który natychmiast zaczął się ulatniać. Zacisnął palce na nozdrzach i zmusił się, by przełknąć paskudną substancję. Niemal natychmiast poczuł, jak gorąco rozchodzi się po jego ciele.

Poczekał, aż eliksir osiągnie efekt, zmęczenie i ból znikną z mięśni, dreszcze całkiem ustąpią, a zimno stanie się tylko odległym wspomnieniem. W międzyczasie naciągnął z powrotem rękawice. Dopiero wtedy wstał powoli, opierając się na początku o pień drzewa. Odetchnął głęboko, gdy nie zaczęło mu się ściemniać przed oczami mimo ruchu. Mógł kontynuować. Widać nie na darmo zabrał ze sobą tyle eliksirów.

Zerknął na zegarek. Stracił więcej godności niż czasu. Opłacało mu się dalej walczyć? – zastanawiał się. Na pewno istniał sposób, by zdobył choć jedną wskazówkę. Podłe, podstępne wybiegi z dala od oczu widzów i sędziów – mógłby już teraz wyjść z lasu, przynajmniej nie przegrany, a w przerwie między zadaniami jakoś wyciągnąć od innych te informacje.

Fiolka z łzami feniksa, czarnomagiczne księgi wyciągnięte z rodzinnej krypty specjalnie dla niego i na koniec niepokojące słowa Voldemorta – to wszystko wzbudzało w nim coś więcej niż obawę. Sprawiało raczej, że chciał dotrzeć do samego serca sprawy, przeżyć najbardziej niebezpieczne elementy Turnieju i zapomnieć na chwilę o przeklętej ostrożności, stawiając swoje życie na szali dla chwili podniety. I w tej chwili, gdy widział przed sobą drogę odwrotu, sposób niższego ryzyka, czuł to mocniej niż kiedykolwiek.

Skierował się w stronę miejsca w głębi lasu, gdzie miała być ukryta inna wskazówka.