Gdyby się nad tym dłużej zastanowił, dostrzegłby, że nawet jeśli jego zachowanie nie było w pełni logiczne, to wybór, który podjął, kwalifikował się jako zupełnie ludzki. W końcu rozsądek musiał się wykruszyć, ustąpić pragnieniu przeżycia czegoś, popisania się. Każda minuta wicia się w błocie pod wpływem crucio liczyła się na jego obronę. Nie znosił tego na darmo, prawda?

Zaleczył do końca swoje rany i podniósł się z ziemi. Kilka razy rozprostował i zacisnął dłonie w pięści, upewniając się, że w każdym z wcześniej odmrożonych palców udało mu się przywrócić krążenie, że na powrót były ciepłe. Widział przy tym ledwo dostrzegalne drżenie wywołane torturą. Wiedział, że tylko czas mógł sprawić, by i to ustąpiło.

Spojrzał najpierw na zegarek, a później na ledwo widoczne przez gałęzie drzew niebo. Zaczynało się ściemniać i od razu mógł odczuć na każdym kawałku odsłoniętej skóry wyraźny spadek temperatury.

Musiał się pospieszyć, zrozumiał. Rzucił na siebie dokładnie tę samą klątwę co wcześniej. Najlepszą jaką miał. Może i uczniowie Durmstrangu mieli sposób, by go mimo wszystko znaleźć, zobaczyć, wciąż jednak istniała możliwość, że tyle wystarczy, by zachować jego obecność w tajemnicy przed studentkami Beauxbatons i jego własną zdradziecką drużyną.

- Wskaż mi – powiedział i gdy wiedział już, gdzie jest północ, zmroził grunt przed sobą i zaczął biec. Jeszcze godzina czy dwie i był pewien, że takie środki staną się niepotrzebne.

Dawno stracił drobną przewagę, jaką dawało wystartowanie przed wszystkimi. Jedna ze wskazówek została zabrana, a mapa znajdowała się w rękach Pansy. Pamiętał, gdzie powinien podążyć, by znaleźć drugą – w głąb lasu.

Z każdym przebiegniętym metrem zdawało mu się, że chłodne powietrze wżera mu się coraz głębiej w płuca. Nie mógł jednak zwolnić, gdy stracił już tyle czasu.

Podejrzewał, że miał do przebycia około kilometra, może dwóch. Znał Zakazany Las na tyle dobrze, by się w nim zorientować. Nie odwiedzał go jednak bez potrzeby, było to zwyczajnie niebezpieczne.

Szybko krajobraz zaczął się zmieniać, podłoże stało się stabilne. Zamiast z bagnem miał do czynienia w ciągłymi wzniesieniami i spadkami, jakby olbrzym w ramach zabawy zdecydował się ustawić wokół siebie niezliczoną ilość pagórków – kilkumetrowych wzniesień, podobnych tak, że mogłyby być odłożone od formy niczym babki z piasku. Każdy z nich porastały niemal bezlistne, powykręcane drzewa, a oddzielały je głębokie, wąskie rowy, które aż prosiły, by poślizgnąć się i w nie zjechać.

Im bliżej był swojego domniemanego celu, tym wolniej biegł, uważnie rozglądając się na boki. Musiał uspokoić swój oddech na tyle, by nikogo nie zaalarmowało z daleka sapanie wywołane biegiem.

Zatrzymał się na chwilę i zatoczył różdżką wokół siebie. Zastygł nieruchomo z przymkniętymi oczami, wsłuchując się. Ktoś był niedaleko, zrozumiał, gdy czar do niego wrócił.

Nie biegł już dalej, szedł za to powoli, rozglądając się uważnie i wypatrując czegokolwiek niezwykłego. Nie podobało mu się kierunek, w którym zmierzał. Coś go niepokoiło, sprawiało, że jeżyły mu się włosy na karku. Dziwne, myślał, czemu las miałby być bardziej wymarły niż zawsze? To nie tak, że żyjące w nim stworzenia mogły się ich bać…

Tym razem, to on jako pierwszy zauważył swoje przeciwniczki. Rzuciły mu się z daleka w oczy blond włosy reprezentantek Beauxbatons. Dziewczyny pochylały się nad mapą.

Ostrożnie, uważając by o nic nie zahaczyć, najpierw ukucnął, a potem położył się na ziemi. Czuł się od ostatniego spotkania jakby klątwa niewidzialności nie gwarantowała mu takiego bezpieczeństwa jak powinna.

Po cichu kalkulował, czy ktoś jeszcze mógł być w pobliżu. Rozważał, czy mógł mieć tyle szczęścia, że uczniowie Durmstrangu poszli się spotkać z drużyną Hogwartu przy trzeciej wskazówce, której lokalizacji nie pamiętał.

Kilka plam na ich szatach i gałęzi wplątanych we włosy sugerowało, że reprezentantki musiały już wcześniej natknąć się na Pansy i Benjamina. Hadrian miał nadzieję, że nagrodziły ich sowicie za to, że zdecydowali się przejść przez pierwsze zadanie bez jego pomocy.

Następny pagórek był inny. U samej podstawy zbocza ziała dziura – szczelina szeroka i tak niska, że prawdopodobnie wymagająca wpełznięcia do środka. Przysłaniały ją częściowo korzenie porastających zbocze drzew.

Czarownice szeptały nad rozciągniętą w dłoniach jednej z nich mapą z głowami pochylonymi ku sobie. Któraś z nich machnęła ręką w stronę dziwnego pagórka i zamilkły na chwilę zamyślone. Hadrian zmrużył oczy i w pogłębiającym się półmroku próbował połączyć postacie z nazwiskami, z opisami zdradzonymi przez Claude'a.

Jeden z jego barków był niewygodnie wygięty. Podejrzewał, że po dłuższej chwili w tej pozycji, mógł stracić przez to czucie w lewym ramieniu. Nie próbował jednak przyjąć wygodniejszej pozycji w obawie, że szelest czy obsunięcie się ziemi na zboczu mogłyby zdradzić jego położenie.

Na to nie mógł pozwolić. Nawet nie przez poczucie obowiązku, rozgrzewała go nieznajoma jeszcze mieszanka determinacji i podniecenia, które w jakiś podstępny sposób zrodziło się ze strachu i bólu, których teraz mógł już tylko oczekiwać. Nie marzł więc przyciśnięty do ziemnej gleby.

Zobaczył błysk między drzewami, gdy głowy studentek Beauxbatons były odwrócone w przeciwną stronę. Uśmiechnął się pod nosem. W następnej chwili niewielką polanę zalało światło i jedna z czarownic została ugodzona w ramię. Wydała z siebie okrzyk zaskoczenia, łapiąc się za ugodzone klątwą miejsce.

Dobyły natychmiast różdżek i pierwsze zaklęcia rzucone w odwecie poszybowały w stronę nieznanych napastników. Wiedziały co robią, stwierdził Hadrian, gdy zamiast głupio stać w miejscu, szybko schowały się między drzewami, tym samym zbliżając się do napastników.

Wykorzystał ten moment, by przyjąć wygodniejszą pozycję i podciągnąć wyżej nogi tak, żeby był w stanie szybko poderwać się z ziemi. Nie wstawał jednak jeszcze, wciąż było zbyt wcześnie by powiedzieć, jak potoczy się walka. Wsłuchiwał się czujnie w odgłosy bitwy i mrużył oczy, by nie dać się kompletnie oślepić błyskom magii, które mimo odległości wciąż wżerały się w rozszerzone od braku słonecznego światła źrenice.

Był zbyt daleko, by móc określić, co się działo między drzewami. W końcu jednak dotarł do jego uszu znajomy głos:

- Teraz! Teraz masz szansę! – zabrzmiał krzyk Benjamina.

Zatem Hogwart, zrozumiał Hadrian. To była ulga. Gdyby go znaleźli, nie było powiedziane, że zwróciliby się przeciwko niemu, choć też nie liczył na przyjazne przyjęcie po tym, jak zostawili go w głębokiej dziurze. Działał sam. Czempion Hogwartu i drużyna Hogwartu osobno.

Był gotowy się podnieść, gdy zauważył ruch na granicy drzew. Przy kolejnym odległym błysku wydało mu się, że szaty przemykającej przez polanę postaci były błękitnie. Nie miał jednak szansy odgadnąć, która z czarownic odłączyła się od reszty.

Uklękła przy poziomej szczelinie wydartej u podnóża pagórka. Rozejrzała się jeszcze po raz ostatni, zanim machnięciem różdżki sprawiła, że korzenie osłaniające wejście rozsunęły się na boki. Wsadziła głowę do środka i zaczęła powoli wczołgiwać się do wnętrza jamy. Nie odważyła się na pełne lumos, a jedynie na oświetlenie nory bladym, czerwonawym blaskiem.

Hadrian krótkim zaklęciem upewnił się, czy nikogo nie było w pobliżu – nikogo niespodziewanego. Dopiero uspokojony wynikiem zaklęcia zerwał się na równe nogi i niemal zjechał po zboczu, na chwilę odrzucając ostrożność na rzecz szybkiego działania.

Wciąż pod zaklęciem niewidzialności poczołgał się śladem czarownicy. Mógł ocenić, jak daleko była po tym, jak światło z jej różdżki traciło na intensywności, załamywane w krętych korytarzach.

Posuwała się do przodu szybciej od niego. Przestrzeń wokół była ograniczona, momentami barkami haczył o obie strony wąskiego tunelu. Ziemia sypała mu się do oczu, wciągał pył nosem. Słyszał swój świszczący oddech wywołany przez coraz bardziej przytkany nos i podrażnione gardło, między kolejnymi mrugnięciami światło zdawało się raz jaśniejsze, raz ciemniejsze. Musiał wbijać mocno stopy w podłoże, by w ogóle pchnąć się do przodu.

Niedługo potem musiał pochylić głowę, gdy tunel stał się jeszcze niższy. W takim ścisku był bezbronny. Liczył w duchu, że prędzej czy później tunel się rozszerzy w jaskinię.

Tak też się stało. Gdy myślał już, że na zawsze pozostanie w brudnym, odbierającym mu oddech przejściu, wypełznął prosto na stertę mokrych, śliskich kamieni, na tyle dużych, że jego ciężar nie wywołał ich obsunięcia. Przez chwilę tylko leżał i mrugał, licząc że pył wypłynie razem ze łzami z jego podrażnionych oczu.

Tunel rozchodził się w dwie strony. Nie musiał się już czołgać, choć wysokość sklepiania zmuszała go do zgięcia się w pół. Podążył za niknącym blaskiem. Światło o takiej barwie wsiąkało w ziemię zupełnie naturalnie tak jak blask żarzącego się ognia czy zachodzącego słońca. Nie zwróciłby na nie uwagi, gdyby nie wiedział, a druga odnoga nie była tak okrutnie ciemna.

Wytrzepał trochę pyłu z włosów i ostrożnie podreptał za czarownicą. Wcześniej krew szumiała mu w uszach zbyt głośno, teraz w cichym, odosobnionym podziemiu docierał do niego dźwięk. Świst. Brzmiał trochę jak ciężki oddech i uwierzyłby, że tak jest, gdyby wraz z kolejnymi odcinkami tunelu nie zaczął czuć ruchu powietrza podnoszącego jego włosy, a na koniec i szaty.

Starał się nie oddychać zbyt głęboko, gdy zapach ziemi zaczął się mieszać z odorem przywodzącym na myśl starą juchę. Wydawało mu się, że coś podobnego czuł już w o niebo bardziej cywilizowanych tunelach Gringotta, może w jakichś starych lochach.

Niski korytarz kończył się wąskim gardłem, dziurą, przez którą trzeba było się przecisnąć, żeby przejść dalej. Czarownica zatrzymała się właśnie tak, świecąc różdżką po ograniczających przejście ścianach – nikły blask zdradzał im, że była to lita skała.

Mógłby ją w tym momencie przekląć, nie spodziewałaby się go, zbyt skupiona na czym innym. Coś go jednak powstrzymywało – bo jeśli coś nakazywało jej ostrożność, powstrzymywało od przeczołgania się na drugą stronę, to Hadrian mógł pozwolić jej przekonać się pierwszej, co stanowiło źródło smrodu i świstu.

Był pewien, że znajdowali się tuż przed samym centrum. Wciągnął głęboko w płuca cuchnące powietrze – oddech miał dodać mu pewności, a niemal się nim zakrztusił – i przezornie wycelował różdżkę w czarownicę. Na wszelki wypadek, gdyby tylko udawała, że jego obecność niecałe metry za nią, była dla mniej tajemnicą.

Szukała czegoś w kieszeniach swojej szaty – wcześniej w kolorze wdzięcznego błękitu, teraz po prostu brudnej. W końcu wydobyła pierścień, który bez zwłoki włożyła na palec i przerzuciła jedną nogę przez dziurę. Chwilę jej zajęło, zanim zdołała się przecisnąć i blond głowa zniknęła po drugiej stronie.

Hadrian zbliżył się do otworu. Obawiał się, że mógł w nim utknąć. Z tego miejsca widział już połyskiwanie srebrzystych łusek pokrywających cielsko bestii zwiniętej na samym środku jaskini.

Smok, zrozumiał. Znajdował się w cholernym leżu smoka… Przeszedł go dreszcz. Zaczął się gdzieś u samej podstawy kręgosłupa i powędrował aż do czaszki, roznosząc wszędzie chłód i wywołując gęsią skórkę. Zaczął nagle podziwiać odwagę czarownicy, która zdobyła się, by bez zwłoki wejść do jaskini.