Smok, zrozumiał. Znajdował się w cholernym leżu smoka… Przeszedł go dreszcz. Zaczął się gdzieś u samej podstawy kręgosłupa i powędrował aż do czaszki, roznosząc wszędzie chłód i wywołując gęsią skórkę. Zaczął nagle podziwiać odwagę czarownicy, która zdobyła się, by bez zwłoki wejść do jaskini.
Ale gdzie była wskazówka? Nie wiedział. A bez tej informacji równie dobrze mógł nic nie robić. Obserwował jak dziewczyna próbowała okrążyć gada, trzymając się jednocześnie możliwie daleko. Hadrian w tym czasie zastanawiał się, czy istniał sposób, w jaki mógłby poszerzyć wąski otwór prowadzący do jaskini. Czy mógł to zrobić niepostrzeżenie.
Blask, który towarzyszył im do tej pory zniknął. Żarzył się jedynie koniuszek różdżki, którą czarownica uniosła wysoko. Rozległ się brzęk łańcuchów i rytmiczny oddech smoka przerwało nagłe sapnięcie. I cisza.
Dopiero następny czar, który rzuciła rozjaśnił jaskinię. Wtedy też Hadrian mógł jej się przyjrzeć. Była równie brudna od czołgania się co on, wysoka i szczupła. Widział jedynie tył jej głowy i włosy związane w niski kucyk. Tylko tyle potrzebował, by rozpoznać Fanette Chesnay.
Dźwięk był wystarczającą podpowiedzą, ale teraz widok potwierdził, co zrobiła. Kilkanaście łańcuchów wynurzających się ze skalistego podłoża spętało smoka tak, że nie mógł się podnieść. Oplatały jego cielsko, wielokrotnie się ze sobą krzyżując. Wydawało się niemożliwe, by się ześlizgnęły.
Spojrzał na rytmicznie rozszerzające się i zwężające nozdrza bestii, spomiędzy których uciekały ciemne strugi dymu. Zwierzę wydało z siebie niezadowolony pomruk. Dźwięk rozszedł się w postaci wibracji po skałach. O tak, Hadrian mógł poczuć jego niezadowolenie pod stopami.
Smok sapnął głośniej i otworzył oczy. Zabrzęczały łańcuchy, gdy spróbował rozłożyć błoniaste skrzydła. Zwierzę zaskrzeczało wściekle, szarpiąc się w pętach.
Wtedy Hadrian to zobaczył. Czerwoną nić uwiązaną na jednym z kłów – a na samym jej końcu, niepozornie mały na tle rozwartej paszczy, wisiał zwój. Wskazówka.
Hadrian miał wrażenie, że się ściemniło od dymu, który wydobył się ze smoczego pyska. A może tylko jemu pociemniało przed oczami od porażającej fali smrodu i wrażenia, że czerwone ślepia skupiły się na chwilę na nim.
Bestia uniosła łeb i zaczęła węszyć. Był ślepy, zrozumiał Hadrian. Trzymany w ciemności tak długo, że nie tylko jego łuski zbladły, ale też zmysł wzroku zanikł. Czarodziej ciaśniej zaciskał palce na różdżce za każdym razem, gdy rozlegał się brzęk i chrobot ocierających się o siebie oczek łańcucha.
Chesnay zatoczyła pętlę różdżką i coś uderzyło o posadzkę po prawej stronie jaskini i gad odwrócił natychmiast głowę w tę stronę zupełnie jakby widział. Wyglądało to zupełnie jakby z sufitu zaczęły się sypać złote galeony. Smocze nozdrza wciąż jednak się poruszały, węsząc. A Hadrian poczuł niemal zgrozę na myśl, że Chesnay nie wiedziała, że on jest ślepy, że nie oczaruje go widokiem złota i błyskotek…
Gad wydał z siebie nieprzyjemny syk i powoli odwrócił łeb z powrotem w stronę czarownicy. Rozdwojony język wciąż zwisał przez dziurę między przednimi kłami. Poruszył nim raz, drugi, smakując powietrze. Nie otwierał jednak pyska, nie dawał jej okazji do przywołania w żaden sposób zwoju.
Smok zaatakował. Sięgnął przednią łapą do przodu w stronę Chesney – wiedział dokładnie, gdzie ją znaleźć. Dziewczyna rzuciła się do tyłu z przerażonym okrzykiem. Zabłysła przed nią na krótką chwilę tarcza. A mimo to pazury sięgnęły przodu jej szaty. Szarpnęła się do tyłu i upadła, tracąc równowagę, z różdżką wciąż wycelowaną przed siebie. Najdłuższy szpon przebił materiał jej szaty i teraz, gdy smok przyciągnął łapę z powrotem do siebie, powlókł przy tym dziewczynę po ziemi. Czary musiały powstrzymywać materiał przed kompletnym rozdarciem się.
- Incisus! – zawyła i zaklęcie równą linią odcięło sporą część jej szaty. Zatrzymała się rozciągnięta na ziemi, a smok zabrał ze sobą tylko skrawek.
Pospiesznie zaczęła się zbierać na nogi wśród wzbierającego warkotu. Żadne z nich nie zdołało na dobre się przygotować na potężny ryk ani na błękitne płomienie, które rozżarzyły nagle jamę. Mogli się tylko ukryć za wyczarowanymi tarczami, kucając tuż przy ziemi w kłębach ciemnego dymu.
Czuł tylko jak brud z jego twarzy zaczął spływać razem z potem. Żar smoczego oddechu sprawił, że w jaskini nie było już ani trochę chłodno.
Znajdowali się w śmiertelnej pułapce, narażeni jednocześnie na fizyczne ataki i na uduszenie, gdyby walka się przedłużyła. Naturalna wentylacja, choć mogła wystarczać, gdy bestia spała, teraz nie robiła nic, by wyciągnąć kłęby dymu na zewnątrz.
Chesnay była w gorszej sytuacji, klęczała z rękawem przyciśniętym do ust, tłumiąc kaszel. Hadrian klął w myślach, zastanawiając się, czy gdyby zaczął się teraz czołgać na zewnątrz, zdążyłby się wydostać w porę. Może gdyby stworowi udało się sięgnąć dziewczyny, zapomniałby o drugim przeciwniku, zbyt zajęty łamaniem w swoich szczękach kości i zrywaniem z nich mięsa kawałek po kawałku…
Obrzydliwa wizja wyraźnie chciała zmieszać się z rzeczywistością, gdy smok zaryczał i razem z kawałkami skały wyrwał połowę łańcuchów trzymających go przy ziemi. To wystarczyło, by na przykurczonych łapach mógł przesunąć się o dobry metr do przodu, rycząc i kłapiąc paszczą. Hadrian kurczowo zaciskał dłoń na różdżce, drugą przyciskając do nosa z płonną nadzieją, że mogłoby to cokolwiek pomóc.
Chesney próbowała się cofać na kolanach, podpierając się jedną ręką, a w drugiej dzierżąc różdżkę i zataczając nią kręgi. Jeśli wypowiadała inkantację na głos, Hadrian nie mógł jej usłyszeć przez świst oddechu potwora, przez uderzenia łap o podłożę i rozwścieczone skrzeki.
Zauważył, że jej różdżka zostawiała za sobą w powietrzu srebrny ślad, pospiesznie tworząc skomplikowany wzór. Jak miraż, myślał, może zaczynał już doświadczać halucynacji od zatrucia dwutlenkiem węgla, ale czy oboje nie powinni wtedy osunąć się bezwładnie na ziemię?
To musiało być jedno zaklęcie, bardzo potężne zresztą, bo gdy czarownica skończyła je rzucać, smok zawył ugodzony niewidzialną siłą. Poderwał się, zrywając ostatnie łańcuchy, aż stanął na dwóch łapach i rogatym łbem uderzył o sklepienie. Wszystko się trzęsło, opadający z sufitu pył razem ze stojącym w miejscu dymem tworzyły coraz gęstszą kurtynę. Ludzki wzrok zawodził w takich warunkach, odbierając niemal tylko ciemność.
Hadrian widział tylko kształty, ale nie potrzebował wiele więcej. Zanosił się kaszlem, nie dbając już nawet, czy smok mógł go usłyszeć. Czuł się jakby kolejne oddechy wtłaczały do jego płuc wyłącznie pył i ani mililitra tlenu. Rozśwcieczona bestia próbowała chaotycznie sięgnąć czarownicy, zagarniając powietrze przed sobą szponiastymi łapami i kłapiąc paszczą.
Chesney broniła się, kolejnymi tarczami chroniąc się przed śmiercią. Gdyby smok zdołał dosięgnąć ją kłami czy pazurami z pewnością zabrałby przynajmniej rękę. Hadrian próbował kilku znanych mu czarów, by oczyścić powietrze na tyle, by się nie udusić.
Następny atak mimo wyczarowanej w porę tarczy pchnął czarownicę, aż pod ścianę. Przejechała na szeroko rozstawionych nogach dobrych kilka metrów. Dopiero na koniec się zachwiała, plecami opadając na rozgrzaną już ścianę.
Hadrian z sukcesem rzucił na siebie zaklęcie bąblogłowy i otoczyła go bańka czystego powietrza.
Smok podkradł się do Chesney, napierając na nią własnym pyskiem. Jego nozdrza rozszerzyły się z charkotem. Dziewczyna z rozszerzonymi ze strachu oczami mogła się tylko wpatrywać w pionowe źrenice. Długi, rozdwojony jęzor wysunął się ze smoczej paszczy i stwór przejechał nim po zniszczonej szacie czarownicy, oblepiając materiał cuchnącą śliną. Warkot rozbrzmiewał i wibrował w jamie.
Bombarda, pomyślał Hadrian, celując w ścianę, za którym do tej pory się ukrywał. Z hukiem kamienie posypały się na ziemię wyrwane siłą zaklęcie za ściany. Miał przed sobą przejście na tyle duże, że mógł przez nie swobodnie przejść.
Gdy wkroczył do jaskini, zobaczył, że ani jedna para oczu nie skierowała się w jego stronę. Ze swojej pozycji widział przerażoną Chesney. Zobaczył też jak smok rozdziawił paszczę, gotowy ją pożreć a może spalić ich żywcem.
Czarownica natychmiast skierowała różdżkę na wnętrze paszczy stwora, jednocześnie wkładając ramię w zasięg żółtych kłów. Zabłysło światło, szczelinami między zębami wylewając się na zewnątrz. Cokolwiek Chesney wykrzyczała, utonęło w warkocie wydobywającym się z gardła bestii.
Deprimo, zaklął Hadrian celując w jedno niewidzące ślepię i w tym samym momencie smok z zamknął paszczę z kliknięciem, druzgocząc ramię czarownicy. Krew zalała sekundę wcześniej białe oko i bestia rozwarła szczęki, by zawyć.
Hadrian musiał przycisnąć dłonie do uszu i zacisnąć powieki z bólu od przeszywającego dźwięku. Czuł smród siarki w powietrzu i tylko przez to zmusił się, by otworzyć oczy. Rzucił się na ziemię, desperacko przywołując przed sobą tarczę, która mogłaby go osłonić przed płomieniami.
Słup ognia wydobył się na zewnątrz i niespodziewanie, zanim dotarł zbyt daleko, zgasł. Bestia trwała przez długie sekundy nieruchomo z uniesioną głową i otwartym pyskiem, z krwią cieknącą z uszkodzonego oka aż do paszczy i kapiącą na ziemię. Hadrian odważył się odetchnąć i smok zwalił się na ziemię, kompletnie nieruchomy.
W ciszy, która nagle zapadła, Hadrian słyszał bicie swojego serca. Świst wcześniej towarzyszący każdemu oddechowi smoka teraz ustał. Powoli, ostrożnie podniósł głowę. To nie jego czar powalił smoka, tego był pewien. Magia nie zadziałała jednak na tyle szybko, by ochronić autorkę tego czaru. Czarownica leżała bezwładnie pod ścianą i Hadrian nie wiedział nawet, czy jeszcze oddychała.
Równie dobrze mogła wyzionąć ducha.
Ostrożnie podniósł się z ziemi i zbliżył się do smoka. Machnięciem różki otworzył paszczę i sięgnął po zwój. Mocnym szarpnięciem zerwał go z czerwonej nitki, na której był zawieszony. Mimo ognia i walki przedmiot pozostał nienaruszony.
Schował go głęboko w kieszeni na swojej piersi, pod płaszczem, a zęby bestii kliknęły, znów schodząc się ze sobą. Hadrian odwrócił się do Chesney i rzucił na nią prosty czar diagnostyczny, którego miał okazję nauczyć się w ostatnich miesiącach swoich eksperymentów z trucizną.
Dziewczyna żyła. Zdecydowanie szkoda by było, gdyby czarownica zdolna powalić smoka w bezpośrednim starciu tak szybko umarła, myślał. Byłaby przerażającym wrogiem, gdyby przeżyła, wiedział o tym – i mimo to zaklął jej ciało, by podryfowało za nim, gdy skierował się do korytarza prowadzącego na zewnątrz.
Czuł się słaby i przegrzany, gdy raz jeszcze czołgał się klaustrofobicznym tunelem. Jeśli była jakaś inna droga prowadząca na zewnątrz – musiałby i tak usunąć zalegające w jamie cielsko smoka, by to zbadać. Nie było to tego warte.
Lodowate powietrze, które na niego czekało u wylotu tunelu i które nie było ani trochę przyjemne w zderzeniu z jego mokrą od potu skórą, wciąż przyniosło ulgę. Nie umrze spalony ani uduszony. Zaklęciem wysuszył włosy i czołgał się dalej, aż mógł wyjrzeć na zewnątrz.
Ciemny las rozjaśniały okazyjne błyski. Gdziekolwiek odbywała się walka nie było to jednak bezpośrednio u wylotu tunelu. Odważył się wypełznąć na zewnątrz z nadzieją, że jego niewidzialność nie miała zamiaru zawieść w tym momencie. Nie mógł się jednak dać zaskoczyć ściśnięty w wąskim przejściu pod tonami ziemi…
Nikt na nich nie czekał. Zdawało się, że walka toczyła się kawałek dalej na skraju lasu. Ukrył się, zanim wylewitował ciało na względnie płaski kawałek trawy. Jej ręce opadły na boki, gdy dotknęła podłoża, nagle pozbawione sztywności.
Nie zauważył, że otworzyła oczy. W porę jednak odbił oszałamiacz, który posłała w jego stronę.
- Za wolno, Chesney – wyszeptał.
Różdżka wisiała między jej palcami niepewnie, gotowa się wysunąć w każdej chwili. Ona sama próbowała podeprzeć się na jednym ramieniu i zdawało się, że z jej twarzą było coś nie w porządku. Może wstrząśnienie mózgu.
- Victori… - zaczęła wołać, ale kopnięcie posłało ją na ziemię, zabierając jej głos.
- Adimero ligua – szeptał Hadrian, pochylając się nad nią i wyciągając różdżkę prosto z jej dłoni. Dziewczyna próbowała mówić mimo to, ale z pozbawionych języka ust wydobył się tylko bulgot.
Kolejny okrzyki zaalarmowały go, że walka na skraju lasu nie miała się wcale ku końcowi. Dołączyli do nich reprezentanci Durmstrangu i jeśli mógł cokolwiek podejrzewać na podstawie intensywności błysków, , sytuacja jeszcze się pogorszyła.
Nie żeby go to obchodziło. Wrzucił zdobyczną różdżkę do kieszeni i prostym Petrificus totalus upewnił się, że Chesney została tam, gdzie ją położył.
- Wskaż mi – mruknął jeszcze i zaczął oddalać się pospiesznie od miejsca walki, gotowy do opuszczenia Zakazanego Lasu.
Gdzieś po drodze zaklęcie niewidzialności przestało działać, był tak wyczerpany. Nikt jednak za nim nie podążał. I choć oglądał się za siebie nerwowo co kilkadziesiąt kroków, żaden atak nie nadszedł. Gdy wiedział, że granica lasu była już blisko, puścił się biegiem.
W momencie, kiedy wyszedł na otwartą przestrzeń przed trybunami, obraz na magorzutnikach się zmienił. Wyraźnie oświetlało go magiczne światło, a na ekranach wyświetlano zbliżenie na jego zmęczoną, przerażoną i przeraźliwie brudną twarz. Dopiero w tym momencie uświadomił sobie, że po wyczołganiu się ze smoczej jamy nie pamięta już, by usunąć pył i brud ze swojej skóry i ubrań.
- Pierwszym reprezentantem, który opuścił las jest… – huczał nad tłumem głos komentatora.
Ktoś chwycił go za ramię na moment, zanim ugięły się pod nim kolana. Uścisk był bezlitosny, ale trzymał go w pionie, skupionego na tym, że tak, musiał jeszcze przejść te kilkadziesiąt metrów do przodu.
- Pokłonisz się przed widownią, Lestrange. Trzy ukłony, jeden w każdą stronę – mówił prowadzący go mężczyzna. Zanim jego oszołomiony mózg połączył głos z osobą, zobaczył na magorzutnikach, jak Minister Voldemort prowadził go, niby tylko nim kierując. Uśmiechał się przy tym z zadowoleniem i tylko ruch warg zdradzał, że były wymieniane jakieś słowa. – Potem poprowadzę cię przed sędziów. Ukłonisz się. Następnie trafisz prosto do skrzydła szpitalnego. Czy jesteś w stanie to zrobić?
- Tak – wychrypiał. Coś było nie w porządku z jego głosem. Może też miał wstrząs mózgu. A może tylko był w ciężkim szoku.
Mimo tego Voldemort przed każdym kolejnym przystankiem jeszcze raz powtarzał, co miał wykonać. I Hadrian półprzytomnie słuchał, nie rejestrując w ogóle, co było w jego stronę powiedziane i jeśli miał cokolwiek odpowiedzieć, to czarnoksiężnik odpowiednio się tym zajął, odpowiadając za niego.
W końcu zeszli z oczu widowni.
- Dobrze się spisałeś, chłopcze – pochwalił Voldemort.
Hadrian pamiętał jeszcze, jak czarnoksiężnik wyciągnął z jego kieszeni różdżkę Chesney, coś na ten temat mówiąc, a potem otoczyli ich magomedycy.
AN:/ Tym sposobem kończymy pierwsze zadanie. Na błędy przymknijcie proszę oczy, będę pewnie jeszcze to czytać i poprawiać (chyba że jest tu jakaś dobra dusza, która chciałaby się podjąć tej niewdzięcznej roboty). Mój obecny główny cel to jednak przede wszystkim posunąć tę historię jak najbardziej do przodu.
