AN:/ Rozdział jest dość krótki, jednak uznałam, że taka aktualizacja jest lepsza niż żadna. Będzie jeszcze jeden rozdział 'pośredni', w którym więcej się wyjaśni, a potem przejdziemy do drugiego zadania. Taki jest plan.


Godzina była zbyt wczesna, by natknął się na innych uczniów, przemierzając korytarze zamku. Nie miał ochoty zresztą kogokolwiek spotkać. Wysiłek, jaki włożył w ukończenie pierwszego zadania, sprawił że teraz czuł zmęczenie głęboko w kościach i pod ciężkimi powiekami, a poranny ziąb dawał mu się we znaki mimo grubej szaty, którą zarzucił na piżamę.

Ostatnią dobę spędził w skrzydle szpitalnym, pojony eliksirami. Pompfrey bezwzględnie traktowała go co godzinę zaklęciami diagnostycznymi zgodnie z reżimem ustalonym przez magomedyków ze Świętego Munga. Szukali klątw, które mogły się ujawnić z opóźnieniem. Ze zmartwieniem obserwowali, czy któryś z jego organów, czy któraś z kości się nie zapadnie sama z siebie.

Chcieli żeby przedstawił im wszystkie zaklęcia leczące, które na siebie rzucił podczas zadania i wszystkie eliksiry, które w siebie wlał. Nie był w stanie tego wykonać. Pamiętał mgliście, jak Czarny Pan pojawił się później przy jego łóżku i zdawał się wiedzieć. Ktoś notował zaklęcia, które czarnoksiężnik sugerował, a potem po prostu przetrząsnęli jego kieszenie i zabrali ze sobą te fiolki, które opróżnił.

Jedna wciąż była w jego zębie. Nie śmiał jej wyciągnąć.

Zbliżał się już do sali w lochach, w której ostatnio warzył, gdy jego krokom zaczął towarzyszyć chrzęst. Ciemną posadzkę pokrył biały nalot, szron. Hadrian podniósł kołnierz i potraktował się zaklęciem rozgrzewającym, ponieważ na korytarzu panował wręcz mróz.

Drzwi do jego tymczasowego laboratorium nie wyglądały wcale lepiej. Siwy film pokrył stalową klamkę i czarodziej wolał sięgnąć po różdżkę niż dotykać najprawdopodobniej obrzydliwie zimnego metalu gołą dłonią. Drzwi zdawały się jednak przymarznąć do framugi i dopiero solidnym kopnięciem zdołał je otworzyć. Zawiasy zawyły i uderzyły głucho w ścianę.

Zdumiony stał w progu. Och, pomyślał tylko, jak dobrze, że nikt tu nie zagląda. Wszystkie blaty pokrywały czapy śniegu, zdawało się jakby w pomieszczeniu hulał arktyczny wiatr, unosząc kryształki lodu ze sobą. Na samym końcu pomieszczenia stał kociołek, a jego dno wciąż ogrzewał zaklęty ogień. Z bliska Hadrian był w stanie zobaczyć, że w środku bulgotała srebrzysta breja. Cokolwiek to było, z pewnością nie to, co warzył przez ostatnie tygodnie.

A potem zrozumiał i uśmiech rozciągnął jego bielejące usta.

xxx

Obiad spędził, wysłuchując gratulacji swoich rówieśników i odpowiadając na zmartwione pytania. Na koniec uczty do jego stolika podszedł Crouch.

- Skończyłeś już, Lestrange? Pozwól za mną.

Kiwnął głową kolegom i koleżankom, jednym haustem opróżnił swój puchar z sokiem pomarańczowym i podążył za mężczyzną. Crouch nigdy nie znosił dobrze żadnych pytań, więc Hadrian nie otwierał nawet ust, skoro za chwilę i tak miał się dowiedzieć, gdzie był potrzebny i po co.

Dwa gargulce odskoczyły na boki bez potrzeby wypowiadania hasła i spiralnymi schodami wspięli się do gabinetu dyrektora. Mężczyzna zapukał w drzwi i dopiero, gdy zabrzmiało „Wejść!", nacisnął klamkę.

Nie był to głos Dumbledore'a. Minister siedział za biurkiem z nogami swobodnie opartymi na blacie i gazetą rozłożoną do kolanach. Wszystkie bibeloty należące do dyrektora zostały bez żadnej troski zepchnięte na skraj blatu. Hadrian wymamrotał swoje powitanie.

- Panie Ministrze. – Barty ukłonił się nisko.

- Dziękuję, Barty, możesz nas zostawić – powiedział Voldemort. Powoli zamknął gazetę i odłożył ją na bok. – Lestrange. – Usta mężczyzny rozciągnął uśmiech. – Zaprosiłem cię na partyjkę szachów.

- Szachów? – powtórzył młodzieniec, gdy Crouch wycofał się na zewnątrz. Trzasnęły drzwi i Hadrian został sam na sam z Voldemortem.

- Tak, szachów. – Czarodziej kiwnął głową. – Spodobała mi się nasza ostatnia gra. Usiądź proszę.

Posłusznie zbliżył się przed potężne biurko i zajął jeden z wygodnych foteli. Zastanawiał się, czy gdyby gabinet należał do czarnoksiężnika zamiast dobrotliwego Dumbledore'a, siedziałby teraz na twardym drewnie.

Starał się rozglądać dyskretnie. Przez poręcz kanapy pod ścianą został niechlujnie przewieszony czarny płaszcz. Zazwyczaj ingerujące w rozmowę portrety byłych dyrektorów Hogwartu pozostawały nieme i nieruchome, niektóre twarze zastygły we wściekłym oburzeniu, inne były niczym wykute z kamienia i nie do odczytania.

- Dumbledore nie będzie potrzebował dzisiaj swojego gabinetu – oświadczył powoli czarnokniężnik. – Ani przez najbliższy tydzień, nie po swoim ostatnim występie – ciągnął i gdzieś w jego głosie zabrzmiała niebezpieczna nuta. – Wiesz dlaczego zamroziłem portrety, chłopcze?

Nazywał go chłopcem i w jakiś dziwny sposób nie było to obraźliwe. Tak samo się do niego zwracał, gdy zabierał go z mety pierwszego zadania, tak zmęczonego, że ledwo był w stanie mówić.

- Wyglądają na skłonnych do krzyku i oskarżeń – zaproponował ostrożnie Hadrian.

- Tak, a ja nie jestem skłonny by słuchać tych bzdur. Nie widzę też powodu, by donosili na mnie, gdy upłynie czas na myślenie dla dyrektora…

- Ministrze, czy nie byłoby lepiej… usunąć dyrektora?

- Czy byłoby lepiej… - Voldemort jakby rozważał jego pytanie, gładząc się po brodzie. – Byłoby lepiej, gdyby zechciał on już umrzeć. Wszyscy byśmy odetchnęli z ulgą. Usunąć go jednak… Nie, zbyt wiele chaosu wprowadziłaby tak lekkomyślna decyzja.

- Rozumiem – mruknął Hadrian.

- Jak Ci się podobało pierwsze zadanie? – zapytał Voldemort. Machnięciem różdżki sprawił, że na blacie przed nimi pojawiły się dwa kielichy i butelka wina. – Mam nadzieję, że pijasz czerwone.

Zanim Hadrian zdobył się na odpowiedź, butelka odkorkowała się poruszana niewidzialną ręką, a jego kielich napełnił się winem.

- Dziękuję – powiedział w końcu, wciąż szukając słów, w które mógł ująć choć część emocji, które targały nim, od kiedy wszedł wtedy do Zakazanego Lasu. – Wciąż się zastanawiam, w jaki sposób uczniowie Durmstrangu odkryli moją obecność.

Czarnoksiężnik uśmiechnął się pobłażliwie, ciemne oczy jakby rozświetliły radosne iskry.

- Jakiej metody niewidzialności użyłeś?

- Skorzystałem z jednej z klątw Blacków – zdradził Hadrian i ponaglany spojrzeniem rozmówcy zdradził inkantację i jak użycie tej klątwy bez znajomości przeciwzaklęcia mogło skazać czarodzieja na wieki niewidzialności.

- Dopiero pod Cruciatusem utraciłeś swoją niewidzialność, chłopcze. Domyślam się, że w tym momencie straciłeś też kontrolę nad wszystkimi innymi zaklęciami, które wcześniej rzuciłeś. Oczywiście gdy już cię schwytali, znaleźli metodę, byś choć częściowo stał się dla nich widoczny, pojawił się twój kontur. – Czarniksiężnik urwał na chwilę i westchnął. – Obawiam się, że sprawa była prosta i twoje położenia zostało poniekąd zdradzone przez organizatorów.

- W jaki sposób? – zażądał. Coś go skręcało w środku, niejasne poczucie złości i niesprawiedliwości.

- Z pewnością pamiętasz magorzutniki?

- Tak…

- Pozwalały naszym gościom obserwować każdą walkę z osobna, każdą drużynę podczas jej zmagań i każdego pojedynczego uczestnika takiego jak Ty. Zatem urządzenie na kształt kryształowej kuli podążało cały czas tuż nad twoją głową. – W tym momencie mężczyzna urwał.

Hadrian zaklął szpetnie i schował na chwilę głowę w dłoniach.

- O zwycięstwie często decydują najdrobniejsze potknięcia – oznajmił czarnoksiężnik. – Z pewnym trudem udało Ci się dotrzeć do mety i to jako pierwszy, czego już ci gratulowałem.

- Dziękuję, Ministrze.

- Tak, tak… Z pewnością jest to godne pochwały osiągnięcie, ponieważ żadne z zadań nie zostało stworzone, by mógł pokonać je działający samodzielnie czarodziej. Wasze decyzje są jednak wasze, a ja doceniam ilość rozrywki, jaką dostarczają mi te zmagania.

- Śmiertelne zmagania – pozwolił sobie wyszeptać Hadrian.

- Co inaczej byłoby w tym zabawnego, chłopcze? Czy najciekawsza farsa sprawiłaby, że krew równie żywo płynęłaby w twoich żyłach? – zażądał czarnoksiężnik.

Hadrian poderwał głowę, gdy blada dłoń zacisnęła się na jego gardle. Jego ręce powędrowały automatycznie do góry, by chwycić za odsłonięte przedramiona, próbować się uwolnić. Różdżka spoczywała bezużytecznie w swojej pochwie, gdy jemu brakowało tchu, a twarde paznokcie drażniły skórę pod jego żuchwą.

Otworzył usta, próbując zaczerpnąć powietrza, ale nie był w stanie nabrać ani haustu do płuc. Widział przed sobą tę samą twarz co wcześniej, przystojną twarz Ministra, uśmiech zadowolenia. Może tylko oczy były inne, jakby gotowe rozżarzyć się czerwienią z przyjemności, żywe i błyszczące.

Opadł na fotel, gdy czarnoksiężnik go uwolnił. Hadrian ze świstem zaciągnął się powietrzem, mruganiem próbował odgonić mroczki ze swoich oczu.

Prawdą jednak było, że krew dziko pulsowała w jego żyłach z intensywnością, jaką było w stanie przynieść tylko wrażenie, że znalazł się tuż na granicy, gdzie przechylenie się szali o milimetr mogło go na zawsze uciszyć.

- Napij się wina, chłopcze – kazał Voldemort, patrząc jak Hadrian usiłował nie poddać się atakowi kaszlu. – I spójrz na skrzynię na parapecie. Znajduje się w niej plansza i figury. Rozłóż je. W końcu zaprosiłem Cię, byśmy zagrali w szachy.

Tak zrobił.