Cytowane tu wersy pochodzą z „Węża" D.H. Lawrence'a.
Rozdział siedemdziesiąty pierwszy: Krew Slytherina
– Obiecaj, że po aportacji pozostaniesz za mną.
Głos Regulusa był pełen tolerancji.
– Harry, nie mogę ci tego obiecać.
Harry łypnął na niego.
– Voldemort mógł pozostawić w tej szopie pułapki, które zareagują na Mroczny Znak…
Regulus zareagował na to podwinięciem lewego rękawa i pokazaniem Harry'emu przycupniętego Ponuraka, który widniał w miejscu węża i czaszki.
– Powodzenia z odebraniem mnie samej Śmierci – powiedział. – Bardziej powinieneś martwić o Severusa, a jakoś na niego nie warczysz i nie starasz się przekonać, żeby podążał za tobą jak posłuszne kaczątko.
– Bo wie, co by się stało, gdyby tylko tego spróbował – powiedział Snape, wchodząc do swojego gabinetu. Harry akurat był w nastroju na zwracanie uwagi na takie sprawy, więc zauważył, że w jego kroku nie pozostał już nawet ślad po ranie z zeszłego roku. Chyba wreszcie wyleczyła się do końca. Snape dostrzegł jego wzrok i posłał mu karcące spojrzenie. Harry w odpowiedzi obnażył zęby i syknął na niego.
Bez trudu był w stanie nazwać emocje, które bulgotały w nim, kiedy krążył między drzwiami a kominkiem. Troska, złość na samą myśl, że podążającym za nim ludziom może przytrafić się coś złego, oraz determinacja, żeby pozostać z przodu i rozpościerać przed sobą magię, która niewątpliwie ocali mu życie i ochroni wszystkich za nim. Problem teraz polegał na tym, że najwyraźniej nie był w stanie wyjaśnić tego należycie pozostałym.
Regulus cicho odmówił, kiedy Harry w ogóle zasugerował, że mógłby udać się bez niego do szopy. Powiedział, że skoro przyniósł wieści o horkruksach, to teraz miał wszelkie prawo zobaczyć, jak dochodzi do przechwycenia przynajmniej jednego z nich. W dodatku mógłby wyczuć w mrocznej magii, która otaczała budynek, coś, co Harry'emu umknie – w końcu, jak sam to określił, wychowanie pośród czystokrwistych powinno mu się na coś przydać – dzięki czemu zareaguje szybciej od niego.
Snape też się wybierał. Harry nie był w stanie go do tego zniechęcić. Twierdził, że Mroczny Znak nie piekł i nie swędział już od tygodni; nie miał żadnych podstaw, żeby podejrzewać, że Mroczny Pan próbował jakkolwiek na niego wpływać. Sny wróciły do przeciętnych koszmarów, albo groteskowego odgrywania scen codziennego życia. Nic go teraz nie osłabiało, przez co najwyraźniej tym bardziej uwiesił się na idei, że powinien być dla Harry'ego jak ojciec, a nie po prostu opiekun.
Draco też się wybierał. Harry już miał zaprotestować, już otwierał ku temu usta, kiedy jego narzeczony spojrzał mu w oczy i Harry zamknął się tak szybko, że aż zęby mu kłapnęły, bo wiedział, że wszelkie kłótnie będą pozbawione sensu.
Argutus zabierał się z nimi, ponieważ jego łuski były w stanie odbić ukryte zaklęcia, którymi mogły być przeplecione osłony wokół szopy. Właśnie wpełzał do gabinetu przez uchylone drzwi, po czym radośnie owinął się wokół ramion Harry'ego.
– Oto jestem – powiedział. – Już nie musicie dłużej mnie wypatrywać. – Jego język wychynął na moment, przeszywając powietrze, po czym Argutus obrócił łeb, przyglądając się Harry'emu. – Pachniesz złością i frustracją. Dlaczego?
Harry westchnął i pogłaskał węża po łbie, ignorując przy tym przeszywające spojrzenia ze strony zarówno Regulusa, jak i Snape'a. Przynajmniej nie zrozumieją, kiedy wyżali się z tego komuś w wężomowie.
– Nie chcę, żeby komuś jeszcze stała się krzywda. A… a pamiętam, że osłony wokół tamtej szopy były tak niesamowicie mroczne, że od samego przyglądania się im nabrałem przekonania, że jeśli podejdę jeszcze bliżej, to zacznie ciążyć nade mną jakaś klątwa. Nigdy wcześniej nie czułem czegoś takiego. W dodatku Voldemort mógł je wzmocnić od tamtego czasu, albo wpleść w nie zaklęcia, które tylko ja zdołam przezwyciężyć. Nie chcę, żeby ktoś podjął się tego ryzyka w moim imieniu, albo nawet musiał się przez to poświęcić.
Język węża omenu zatrzepotał przy policzku Harry'ego, delikatnie niczym pocałunek.
– Tu chodzi o poświęcenie, którego wymagają horkruksy. – Harry powiedział mu o tym, ale dopiero kiedy wielokrotnie mu wyjaśnił, że nie życzy sobie z jego strony takich samych wniosków, do których doszłaby Sylarana. – Nie chcesz pozwolić im na podejmowanie własnych decyzji.
Harry skrzywił się. W wężomowie zabrzmiało to znacznie bardziej surowo, niż kiedykolwiek mogłoby po angielsku.
– Znaczy…
Wówczas wszedł Peter, obok którego kroczył Draco, a zaraz za nimi – Henrietta. Peter wraz z Henriettą zapewnili go, że wspólnie byli w posiadaniu nieporównywalnej wiedzy o teorii mrocznej magii. Być może Snape miał pod tym względem więcej praktycznego doświadczenia, ale Henrietta przeprowadzała wiele eksperymentów, a Peter badał wyjątkowo przestarzałe terminy i symbole, które mogą przydać im się przy pozostawionych przez Voldemorta zagadkach czy klątwach.
Draco odstąpił od Petera i spojrzał Harry'emu w oczy. Harry nieszczęśliwie odwrócił wzrok, świadom że już go zobaczono.
Wokół pasa owinęła mu się para rąk, a Draco westchnął mu do ucha.
– Strasznie to wszystko sobie utrudniasz, wiesz – mruknął do Harry'ego. Harry wiedział, że zamieszanie przy drzwiach oznaczało przybycie Owena i Syrinx, ale nie obejrzał się na nich, choćby dlatego, że musiałby przy tym przyrżnąć skronią o szczękę Dracona. – Masz swoją rolę do odegrania, a my swoją. Skoro chcemy ci towarzyszyć, kiedy udajesz się w niebezpieczne miejsce, to nie masz prawa nas od siebie odsuwać.
– Wiem. – Harry brzmiał żałośnie. Argutus bardziej zareagował na ton jego głosu, niż na same słowa – póki co wyjątkowo drażniła go własna niezdolność do nauczenia się angielskiego – i potarł łbem policzek Harry'ego. Harry pogłaskał po grzbiecie swoją cielistą dłonią, bo srebrna wciąż nie wydzielała specjalnie wiele ciepła. – Ale to chyba moje najgłębiej zakorzenione instynkty, Draco, nie mogę tego tak po prostu zignorować. To już nie jest omawianie w bibliotece teorii związanych z horkruksami. Tu chodzi o udanie się wspólnie do bitwy, w czasie której zmierzymy się z horkruksem, a ja nie będę w stanie się kimś zaopiekować, ochronić…
– Poświęcić.
Harry drgnął w objęciach, ale Draco jeszcze nigdy nie trzymał go przy sobie równie solidnie.
– Wcale tak o tym nie myślałem.
– Nie szkodzi – powiedział wesoło Draco. – Pomyślę tak o tym za ciebie. Nie możesz się tak po prostu poświęcić i mieć wszystko z głowy, ty samolubny idioto. Nie możesz też w kółko wszystkich chronić. Udajemy się do tej bitwy z własnej woli i będziemy walczyć na tyle, na ile będziemy w stanie. A twoje życie jest w tej chwili ważniejsze dla magicznego społeczeństwa w Brytanii, niż ktokolwiek tu zebrany. – Harry automatycznie zaczął kręcić głową, przez co Draco podniósł dłoń i zasłonił mu usta. – A-a-a, po prostu mnie wysłuchaj. A my jesteśmy ważni dla ciebie, co oznacza, że nie możemy tak po prostu ryzykować życiem, bo nasza śmierć cię wyniszczy. Dlaczego musimy zachować tu jakąś równowagę, Harry. Jak zawsze, prawda? Musisz z nami współpracować, nie znajdziesz się na żadnej wyjątkowej pozycji. Zdaję sobie sprawę z tego, jakie to dla ciebie ciężkie, ale to nie znaczy, że przez to którekolwiek z nas zrezygnuje ze swoich planów.
Harry przygryzł lewy kącik ust, a potem prawy i po chwili jego ramiona zaczęły powoli, powoli opadać. Spróbował odrzucić od siebie wizje, które zeszłej nocy wypełniły mu umysł, o klątwie rozkładającej ciemne skrzydła nad Snape'em i rozrywającej go na strzępy, o ożywającym znaku Regulusa, po którego akurat wtedy zdecyduje się przyjść Śmierć, o srebrnych ostrzach, które czasami zostawiano w grobowcach czarodziejów, których zadaniem było atakowanie każdego, kto by wtargnął na ich teren i że tym razem przebiłyby kark Dracona…
To ostatnie odrzucił od siebie gwałtownie i ze wzdrygnięciem. Na samą myśl robiło mu się niedobrze.
Draco przygryzł mu nasadę karku, nie w to miejsce, którego Harry tak serdecznie nienawidził, ale wystarczająco blisko, żeby kompletnie odwrócić jego uwagę, po czym odstąpił.
– Wystarczająco często o tym rozmawialiśmy – wyszeptał, kiedy Harry obejrzał się na niego. – Chyba wydawało ci się, że nie słuchałem.
– Kiedy przebywaliśmy akurat w pobliżu lustra?
Przez twarz Dracona w wyjątkowo satysfakcjonujący sposób przebiegła zmarszczka irytacji.
– Nie jestem aż tak próżny…
– Zebraliśmy się – wtrącił się chłodno Snape. – Chyba czas najwyższy udać się do punktu aportacyjnego, Harry.
Harry musiał nabrać kilka głębokich oddechów, zanim zdołał przytaknąć.
– W porządku.
Snape przyglądał się uważnie Harry'emu, kiedy szli w kierunku Hogsmeade, gdzie znajdował się punkt aportacyjny. Żadne nie pamiętało szopy wystarczająco, żeby aportować się bezpośrednio do niej, zwłaszcza że ostatnim razem widzieli ją zimą, a właśnie zaczynała się wiosna, więc przyjdzie im wylądować przy tym samym gaiku, z którego wyruszyli na cmentarz w czasie zimowego przesilenia.
Zauważył wiele drobnych spraw, które pewnie by przeoczył jeszcze kilka miesięcy temu, kiedy jeszcze był pogrążony w melancholii. Harry co chwila obracał głową, zadzierając wysoko podbródek i pilnując podążających za nim ludzi. Od czasu do czasu muskał ręką szaty Regulusa, albo łokieć Snape'a, czy biodro Dracona. Szedł przed wszystkimi, kiedy tylko mógł, a przynajmniej trzymał się stale z przodu, rozmawiając z Owenem Rosierem-Henlinem i wysuwając się lekko przed niego. Nawet pierś wysuwał przed siebie, starając się ze wszystkich sił chronić jak najwięcej swojego węża.
Nastawia się na każde możliwe zagrożenie, pomyślał Snape. Podąża za instynktami, których nauczył się jeszcze w dzieciństwie… tylko że tym razem nie chroni już tylko swojego brata.
Ale sprawy i tak uległy zmianie. Kiedyś Harry dłużej by się wykłócał, albo po prostu po cichu uciekł ze szkoły i aportował sam do szopy, nie pozostawiając nikomu wyboru względem tego, czy powinni mu towarzyszyć, czy nie. Snape wciąż zaciskał usta na myśl o tym, jak Harry zmusił go do pozostania w tyle na swoim trzecim roku, po czym udał się samotnie do Wrzeszczącej Chaty, żeby stawić czoła Voldemortowi w ciele Syriusza Blacka.
Skoro on mógł się zmienić, to my też. Snape musnął palcami różdżkę w kaburze zawieszonej u pasa. Już potrafimy współpracować z jego magią, nie musimy polegać na jego ochronie, czy zachęcać go do używania jej.
I choć mam zamiar pozwalać mu dalej na popełnianie błędów, to nie mam zamiaru pozwolić mu w pojedynkę znosić konsekwencji.
Snape uważał, że ostatnie miesiące przydały się przynajmniej pod jednym względem. Pokazały mu, jak to jest, kiedy przynajmniej jedna osoba się o ciebie troszczy – w jego przypadku Harry – i przypomniały o śmierciożerczych czasach, kiedy istniała jeszcze jedna taka osoba, Regulus, którą myślał, że już stracił na zawsze.
Jeśli ktokolwiek spróbuje zabić Harry'ego w ten sam sposób, w jaki Voldemort spróbował odebrać mu Regulusa, najpierw będzie musiał przedrzeć się przez klątwy Severusa Snape'a.
A jeśli Harry'emu się to nie podoba, to zawsze można go sparaliżować i zaciągnąć na siłę z powrotem do Hogwartu, skąd zacznie delegować zaufanych ludzi, zamiast samemu wybierać się na przygody.
Harry pojawił się z większym impetem, niż by mu to odpowiadało; źle zapamiętał położenie niewielkiej hałdy ziemi i nagle przyszło mu opaść kilkanaście centymetrów w dół. No, chodziło też o to, że Draco najwyraźniej próbował aportować się na własną rękę w trakcie ich łączonej aportacji.
– Draco – odezwał się z irytacją, obracając do niego. Argutus obracał się niczym tancerz, przyglądając się wszystkiemu wokół w czystym podziwie, po czym pośpiesznie zsunął się z Harry'ego i zniknął w kupie liści.
Draco obejrzał się na niego, wyjmując z włosów jakieś gałązki i nie okazując żadnego poczucia winy.
– No co? – zapytał. – Najwyższy czas, żebym też nauczył się aportacji. Już mam prawie siedemnaście lat, nie musisz mnie zaciągać wszędzie jak jakiegoś gówniarza.
Harry po prostu łypnął na niego karcąco, po czym rozejrzał się, czy nie zwrócili na siebie uwagi jakichś mugoli, czy czarodziejów. Drzewa, które miały ich przesłaniać, wciąż były pozbawione liści, ich gałęzie uginały się pod topniejącymi warstwami śniegu, ale siąpił też przenikliwie zimny deszcz, przez co Harry wątpił, żeby ktokolwiek wyszedł im na spotkanie, mimo marnej osłony. Liczył trzaśnięcia za sobą, a potem jeszcze pary kroków, zmierzających w jego stronę i wreszcie odetchnął z ulgą. Wszyscy bezpiecznie wylądowali.
Syrinx podeszła do niego z ręką w kieszeni szaty. Harry wiedział, że trzymała w niej złote kociątko, które otrzymała jakiś czas temu od Laury, zaprojektowane jako zwiadowca nieznanych terenów. Obróciła głowę i wbiła w Harry'ego spokojne i poważne spojrzenie.
– Teraz, proszę pana? – zapytała.
Harry kiwnął głową. Syrinx wyjęła kociątko, położyła je na ziemi i wyszeptała instrukcje do metalowego ucha. Kotek momentalnie pomknął między mokrymi liśćmi i zniknął z pola widzenia. Harry'emu wydawało się, że złoto powinno znacznie lepiej odbijać światło, ale najwyraźniej się pomylił.
– Ostrzeże mnie, jeśli ktoś się pojawi – powiedziała Syrinx, dotykając kolczyka na lewym płatku ucha. Harry dopiero teraz zorientował się, że kotek też nosił coś podobnego.
Zganił się za nie zauważenie tego wcześniej. Przecież w takiej sytuacji nie zauważanie szczegółów mogło kosztować kogoś życie.
Ale nie miał też wyboru względem tego, czy ktoś z nim pójdzie, czy nie, o ile nie stworzyłby lin, albo rzuciłby na wszystkich zaklęcia pętające. Zebrał ich wszystkich spojrzeniem, po czym kiwnął głową w kierunku wzgórza, za którym, z tego co pamiętał, stała szopa.
– Syrinx będzie wyglądała pułapek – powiedział cicho. – Podobnie Argutus i ja. Ale możliwe, że Voldemort pozostawił po sobie coś z opóźnionym zapłonem, albo magię tak starą i subtelną, że nie zwrócimy na to uwagi. Dlatego proszę, uważajcie na siebie. Nie wybiegajcie przede mnie. Wyciągnijcie różdżki. – To ostatnie było w sumie wyłącznie do Dracona, bo wszyscy poza nim mieli już różdżki w pogotowiu. Henrietta rozglądała się z lekko tęsknym wyrazem twarzy, jakby nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie przyjdzie jej rozwalić kogoś w drobny mak.
Harry prowadził, Syrinx i Draco szli tuż za nim. Być może mogło dojść w tym momencie do kłótni, ale do tego nie dopuścił. Tak samo zignorował lodowaty deszcz na swojej skórze, nawet jeśli słyszał kilka mruknięć, kiedy jego towarzysze rzucali na siebie zaklęcia ogrzewające. Musiał wyglądać magii i najlepiej mu to wychodziło, kiedy nie otaczał się żadnymi czarami.
Jing-Xi nauczyła go skupienia, wyostrzenia wzroku i wybierania zaklęć spośród wielu pomniejszych i powszechnie używanych. Harry korzystał z tej zdolności w czasie pierwszego roku nauki w Hogwarcie, ale w sumie zapomniał o niej od tamtego czasu; tak bardzo przyzwyczaił się do zaklęć w Hogwarcie, że bez trudu je ignorował, podobnie jak kształt kamieni w ścianach, czy światło pochodni.
Teraz zmusił się do zobaczenia, nie zwykłego patrzenia. Jego oczy przemykały po pniach drzew, śliskiej trawie, przemokniętych krawędziach szat i butów, a potem wracały, krążąc niczym młody wilkołak. W tym stanie deszcz nie sprawiał mu żadnej różnicy. Musiałoby dojść do magicznie wywołanej burzy, ale pod tym względem miałby przewagę w postaci swojego treningu.
Zbliżyli się do szopy i Harry wciąż nie widział niczego poza nieprzeniknioną czarną dziurą skupionego Mroku, jaką był sam budynek, oraz trzepoczącymi płomykami magii jego towarzyszy. Nie przejmował się tym. Wokół wciąż mogła znajdować się magia, której nigdy wcześniej na oczy nie widział. Przyglądał się podejrzliwie każdemu korzeniu, machnięciu gałęzi, przesunięciu ziemi i nie pozwalał nikomu – no dobrze, tylko Draco tego spróbował – na wyjście przed siebie, bez względu na to, jak by tego nie chcieli. Voldemort może nie był szczególnie inteligentny, ale był sprytny. Mógł zostawić po sobie pułapki.
– Indigeno!
Czytała w ogrodzie, ciesząc skórę deszczem i utrzymując tarczę nad książką, żeby jej nie uszkodzić, ale momentalnie ją odłożyła i wskoczyła do nory, kiedy usłyszała wołanie swojego Lorda. Bardziej ześlizgnęła się, niż zbiegła po schodach, liany rozwijały się spod jej skóry na nogach i chwytały ziemię, pomagając jej utrzymać równowagę.
– Mój Lordzie? – zapytała, lądując na kolanach o kilka kroków przed Voldemortem.
– Ktoś zbliża się do pierścienia, Indigeno.
Pierścienia? Akurat czytała o kulistych komponentach, wymaganych przez zaklęcie złotej uzdy, przez co umysł spróbował w pierwszej chwili podsunąć jej obraz diagramów. Ale szybko przypomniała sobie o jedynej sprawie, która mogłaby wywołać w jej Lordzie tak wielką panikę, w czym prawdopodobnie pomagał fakt, że w dalszym ciągu trzymał kurczowo złoty puchar. Ktoś zbliżał się do domku niedaleko stąd, w którym został ukryty pierścień domu Gauntów, pamiątka rodzinna, dzięki czemu też była dziedzictwem po Slytherinie. Oraz horkruksem, oczywiście.
Był chroniony przez klątwę arbitralną, oraz specyficzną niespodziankę, o której nikt nie wiedział poza Lordem Voldemortem i Indigeną, ale powoli zaczynało docierać do niej, czemu Mroczny Pan mógłby obawiać się osoby, która mogłaby być w stanie ominąć klątwę arbitralną, bo jeśli to jest…
– Harry – powiedział Voldemort i splunął. Ślina wylądowała na ziemi i wsiąkła w nią z cichym skwierczeniem. Indigena z trudem powstrzymała się przed wzdrygnięciem na ten widok. Pod jej ramionami kosmyki roślin przylgnęły mocno w potrzebie ochrony, a róża w nadgarstku schowała się pod skórą.
– Czy życzysz sobie, mój panie, żebym udała się do tego domu i go ochroniła? – zapytała Indigena. Między doglądaniem swojego Lorda i badaniami nie miała zbyt wiele czasu, więc nie przekonała jeszcze wszystkich drzew na tym zboczu do przejścia na jej stronę, ale była już tego naprawdę bliska. Może nie posłuchałyby się jej z entuzjazmem, gdyby wydała im rozkaz zatrzymania Harry'ego i dowolnych ludzi, których przyprowadził ze sobą, ale powinna być w stanie przynajmniej go spowolnić.
– Nie – powiedział Voldemort z cichym warkotem w głębi gardła. – Sam pomysł, że Harry dowiedział się o horkruksach, a ja tego nie wyczułem mimo wszystkiego, co wiem, jest po prostu… nie do przyjęcia. A mimo to… – Zamknął oczy, a jego ciało zadrżało i kompletnie zwiotczało. Indigena czekała, opierając jedną rękę na ziemi, a w drugiej trzymając różdżkę. Pójdzie, jeśli będzie trzeba i aż się do tego garnęła, zwłaszcza jeśli oznaczało to, że Harry jakimś cudem odkrył tajemnicę nieśmiertelności jej Lorda, ale nie zrobi niczego bez rozkazów. Zmusiła się do skupienia na uspokajaniu swojego żołądka, w którym aż wywracało jej się z nerwów, ale to przynajmniej powstrzyma ją przed robieniem czegokolwiek innego.
Wreszcie Voldemort powrócił i wydał z siebie długi, ponury wrzask, który aż zatrząsł ścianami komnaty. Indigena wyczuła, jak moc wzbiera wokół niego, mknąc przez pomieszczenie niczym wiatr, po czym wycieka przez dziurę w jego magicznym rdzeniu. Westchnęła. Póki nie znajdą jakiegoś sposobu na zatkanie tej dziury, albo przekonanie Harry'ego do cofnięcia swojej klątwy, jej Lordowi przyjdzie działać wyłącznie poprzez magię i ręce innych.
– Indigeno – odezwał się, kiedy wiatr ucichł.
– Tak, mój panie?
– Wie – powiedział ponuro Voldemort. – Ale jeśli zaatakujesz, zorientuje się, że wiem, że on wie. Nie chcę, żeby do tego doszło. A jeśli skorzystam z najprostszej dostępnej mi broni, to zbyt szybko się odsłonię i nie zdołam zniszczyć wszystkiego co kiedykolwiek pokochał. – Umilkł na dłuższą chwilę. – Musimy zaryzykować. Skorzystaj ze złotej uzdy, Indigeno.
Wiedziała, że nie ma co się sprzeczać. Harry mógł już zbliżyć się do domu, już mógł próbować przełamać klątwę arbitralną. Jeśli znał też jej słabość – z której istnienia Mroczny Pan nawet nie zdawał sobie sprawy, kiedy ją rzucał – to może nawet uda mu się ją zdjąć, albo odgadnie to prędzej czy później.
Usiadła na ziemi i zaczęła wymawiać początkowe inkantacje złotej uzdy. W międzyczasie krążyła wokół siebie różdżką, a jej rośliny zatonęły w ziemi, służąc jej za kotwicę, podczas gdy lewe przedramię zaogniło się, załaskotało i otworzyło, służąc za przejście mocy, wyglądającej jak zakrzywione ostrze.
Harry przyjrzał się uważnie domowi. Im bardziej się do niego zbliżał, tym wyraźniej czuł smród jego złowieszczej, mrocznej magii. Miał ochotę obnażyć zęby i zaskowytać. Już rozumiał, czemu świetliści czarodzieje czasami upierali się, że wszystkie mroczne sztuki były złe. Jeśli doświadczyli właśnie takiej magii, to ich zniechęcenie miało sens.
Klątwy rozpowszechniały stateczne poczucie zagłady, ostrzegając wszystkim przed przebywaniem w okolicy. Harry uznał, że to nic dziwnego, że mugole nigdy nie spróbowali zburzyć tej szopy, ani jej zbadać, nawet jeśli ciekawiło ich, co ona tu jeszcze robi. Nie spróbowali nawet niczego tu zbudować, a przecież mugole mieli świra na punkcie budowania.
To zbocze pozostało nietknięte. Harry wezwał swoją magię. Wciąż nie wyczuwał żadnych zaklęć w ziemi wokół domu, przez co powoli kończyły mu się wymówki za pozostaniem w miejscu. Z przyjemnością nie zbliżałby się do tych ruin i stałby tak cały dzień, gdyby to oznaczało zachowanie jego towarzyszy przy życiu, ale przecież by tego nie zrozumieli.
Bo dom wciąż pozostawał w ruinach, takich samych jakimi je widział ponad rok temu. Nie wyglądało też na to, żeby ktoś się tu kręcił od tamtego czasu. Zamarznięte błoto brudziło framugę i ściany od dołu. Harry zakradał się coraz bliżej i bliżej, aż w końcu wyciągnął swoją srebrną rękę i przyłożył ją do drzwi.
Magia momentalnie eksplodowała wokół domu w niemej burzy piorunów. Z drzwi wystrzelił kwas, zdolny do przeżarcia się przez dowolne mięso. Tarcze Harry'ego już wystrzeliły śpiewnie, rozprzestrzeniając się w odpowiedzi, przez co kwas rozlał się w powietrzu na kilka cali przed twarzami jego i Syrinx.
Dopiero kiedy zerknął na swoją srebrną dłoń, zorientował się, że nie zdążył jej ochronić. Ale kwas nie zareagował na metal jak na mięso. Po prostu spłynął po nim ponuro. Harry potrząsnął ręką, żeby strzepnąć resztki i ponownie przyjrzał się badawczo domowi. Był już w stanie wyczuć zaklęcie, które chroniło osłonę piorunów przed wykryciem. Było tak przytłumione i ciasno splecione z ogólnym, ponurym nastrojem tego miejsca i otaczającej go mrocznej magii, że wykrywanie go było równie ciężkie, co wypatrzenie graniana w czasie burzy. Skrzywił się.
– Harry!
Draco złapał go za ramię i mocno nim potrząsnął. Harry podskoczył i obrócił się.
– Co? – zapytał szybko, wyobrażając sobie, że jakieś niebezpieczeństwo zaszło ich od tyłu, ktoś z grupy zaginął, albo…
– Czy nic ci nie jest, ty pieprzony idioto? – Draco złapał go za policzki, przyglądając mu uważnie. Harry poczuł, że się rumieni. Spróbował wyrwać głowę z uścisku. Draco nie chciał go puścić. Harry musiał wypełnić się magią, żeby odsunąć się siłą.
– Oczywiście – powiedział. – Dałbym wam znać, gdyby coś mi się stało. – Rozejrzał się i zobaczył blade, milczące, wpatrzone w niego twarze – nawet Syrinx wyglądała, jakby właśnie zobaczyła, jak Harry spada z klifu – i dopiero wtedy dotarło do niego, że kwas ich wszystkich zszokował. Prychnął. – Przecież wiadomo, że nie dostaniemy się do horkruksa bez aktywowania przynajmniej kilku osłon – wyjaśnił.
Draco wydał z siebie zdławiony dźwięk. Harry zerknął na niego.
– No co?
Draco zacisnął usta i potrząsnął głową. Harry zmarszczył z irytacją brwi. A niech sobie taki będzie, skoro chce. Ponownie spojrzał na dom i tym razem pozwolił, żeby opuściła go świadomość otaczającego go świata i budynek stał jedynym obiektem koncentracji. Następnie wyostrzył nieokreślone „migotanie", jako które zwykle postrzegał własną magię i nagle pojawiły się przed nim nowe mroczne zaklęcia, które wcześniej mu umknęły.
Sama różnorodność i skala zaklęć, wplecionych w dom, żeby odganiać intruzów, sprawiły, że Harry'emu zakręciło się w głowie. To było coś więcej, niż sieć, to był koszmar cierni i kolców zaklęć przecinających się nawzajem, splatających się w supły, które wyglądały na ostro zakończone, a następnie zawracające i wybiegające gdzieś w powietrze pod niemożliwymi kątami. W tym wszystkim pewnie istniał jakiś klucz, nić, za którą wystarczy pociągnąć, żeby wszystko inne się zawaliło – Voldemort przecież nie chciałby, żeby jego własne klątwy powstrzymywały go przed dostaniem się do jednego z horkruksów, zwłaszcza gdyby na szybko go potrzebował – ale Harry nie widział niczego takiego.
A może Mroczny Pan po prostu był odporny na te wszystkie zaklęcia? To było możliwe. Harry widział tu wiele zaklęć, których kompletnie nie rozpoznawał. Wydawało mu się tylko, że mogły pochodzić z Egiptu, albo Nowej Zelandii.
– Powinienem był przyprowadzić tu Thomasa – mruknął, robiąc krok przed siebie. – Albo Jing-Xi.
– Harry!
Podniósł wzrok. Regulus przecisnął się do przodu, a następnie przyklęknął przy domu, ostrożnie trzymając dłonie na kilka cali od nawet najmniejszych kolcowych zaklęć. Podwinął lewy rękaw i przytrzymał łokieć, podczas gdy znajdujący mu się na przedramieniu Ponurak wąchał szopę z zaciekawieniem.
Harry podszedł do niego. Regulus zerknął w górę.
– Tu jest klątwa arbitralna – powiedział miękko.
Harry poczuł, jak cała krew ucieka mu z twarzy.
– Jesteś pewien?
Regulus kiwnął głową i potarł palcami oczy.
– Śmierć nauczyła mnie, jak je rozpoznawać – powiedział. – Uznała… no, wydawało jej się, że chyba mi się to przyda. – Zaśmiał się, ale dla Harry'ego to był wyjątkowo pusty dźwięk i przez chwilę groziło mu przytłoczenie ciężarem stojącego przed nimi zadania. – Kto by pomyślał, miała rację – dodał Regulus z sarkazmem, który Harry zwykle przypisywałby bardziej Syriuszowi.
– Czy do złamania tej klątwy też ktoś będzie musiał umrzeć? – zapytał cicho Harry.
– Nie – powiedział Regulus. – Podejrzewam, że nie chciałby tego na wypadek, gdyby któryś z jego śmierciożerców miał przynieść mu horkruks, albo przyszło mu się kiedyś pojawić tu w pojedynkę. W dodatku tego rodzaju warunku nie można nadać ot tak. – Wyciągnął różdżkę. – Badałem klątwy arbitralne – wyjaśnił kątem ust. – Wciąż nie znalazłem sposobu na ominięcie ich. – Pochwycił wzrok Harry'ego spojrzeniem tak intensywnym, że Harry musiał się od niego odwrócić. – Ale potrafię już zidentyfikować ich główne części składowe.
Wyciągnął różdżkę w kierunku cienkiej, ciemnej linii, która dla Harry'ego niczym nie różniła się od innych zaklęć, poza tym, że owijała się wokół większości cierni w leniwych ósemkach.
– Vomica erinyos comperta!
Klątwa zabłyszczała, ożywając nagle. Harry skrzywił się i przesłonił oczy cielistą dłonią. Manifestacja wyglądała jak gęste, oleiste płomienie.
– Krew – powiedział Regulus.
– Wampiry? – zapytał Harry, kiedy wydawało mu się, że zniesie widok płonącej klątwy. – A może musimy upuścić krwi, żeby dostać się do środka? – Regulus wspomniał kiedyś, że magia krwi była jedną z klątw, które chroniły horkruks w medalionie.
Regulus pokręcił głową.
– Nie tego rodzaju krew – powiedział. – Powinienem był powiedzieć… dziedzictwo. – Obrócił różdżkę i rzucił jeszcze kilka inkantacji. Klątwa zabłyszczała dwukrotnie i raz zamarła kompletnie. Regulus zagapił się na nią i roześmiał. Harry położył mu na ramieniu srebrną dłoń. Niedobrze mu się robiło, kiedy słyszał tego rodzaju dźwięk od Regulusa.
– Co się stało? – zapytał.
– Zapytałem klątwy, czy jest związana z dziedzictwem jakiejś konkretnej rodziny – odparł Regulus. – Wydawało mi się, że mógł odwołać się do naprawdę wielu. Większość śmierciożerców pochodziło z dość różnorodnych środowisk. Ale nie pomyliłem się. Skorzystał z własnej. – Ponownie obejrzał się na Harry'ego. – Tylko krew Slytherina jest w stanie złamać tę klątwę.
– A Voldemort jest ostatnim jego potomkiem – mruknął Harry, przypominając sobie, co usłyszał od cienia Toma Riddle'a, kiedy spróbował przejąć kontrolę nad bazyliszkiem z Komnaty Tajemnic. Wyłącznie wężousty, który pochodzi z rodziny Slytherina, był w stanie tego dokonać. – Łajza.
– Właśnie.
Harry postukał cielistymi palcami o kolano.
– Czy na tej szopie ciążą jeszcze jakieś klątwy arbitralne?
Regulus pokręcił głową.
– Tylko ta.
– W takim razie musimy przede wszystkim ustalić, jak ją zniszczyć – powiedział niemal bezgłośnie Harry. – Mogę poprosić Thomasa o przyjrzenie się pozostałym. – Jeszcze przez chwilę badał ruiny, po czym obrócił się do Snape'a. – Severusie, spojrzę ci w oczy i podzielę wspomnieniem zaklęć ciążących na tym domu. Chciałbym, żebyś podzielił się tym widokiem z innymi za pomocą legilimencji. – Spojrzał szybko na Dracona, Regulusa, Petera, Henriettę i Owena. Syrinx stała nieco z boku z przymkniętymi oczami, najwyraźniej odbierając raport od kotka. – Chcę, żebyście powiedzieli mi, czy rozpoznajecie dowolne z tych zaklęć. Jeśli nie, po prostu zachowajcie ten obraz w pamięci, każde z nas będzie badało je na własną rękę.
– A nie chcesz, żebyśmy zniszczyli zaklęcia, które rozpoznamy? – zapytała z nadzieją Henrietta.
Harry pokręcił głową.
– Zniszczenie jednego rozpoznanego zaklęcia może pociągnąć za sobą lawinę kompletnie nieznanych nam zaklęć. Wydaje mi się też, że będziemy mieli jeszcze tylko jedną okazję na zbliżenie się do tego domu. Lepiej wszystko zbadać i wrócić, jak będziemy na to wszystko gotowi. – Czuł, jak w piersi rośnie mu ulga. Jednak nie będzie musiał dzisiaj prosić swoich kompanów o poświęcenie życia.
Spojrzał Snape'owi w oczy i sięgnął ku niemu legilimencją. Snape skrzywił się, kiedy otrzymał wizję, ale szybko obrócił się ku Regulusowi. Harry zwrócił się ku Draconowi.
Syrinx podskoczyła nagle z krzykiem. Harry obejrzał się na nią. W każdej chwili oczekiwał, że zostaną zaatakowani przez śmierciożerców, gotowych chronić horkruksa swojego pana, ale naprawdę miał nadzieję, że do tego nie dojdzie. Czy jednak komuś przyjdzie dzisiaj tu zginąć?
– Co jest? – zapytał.
– Kociak zginął. – Wiedźma wojenna zdjęła kolczyk i położyła sobie na dłoni, najwyraźniej niezdolna do oderwania od niego wzroku. – Nie zdążył nawet niczego zauważyć. Mignęła mu tylko końcówka różdżki, zanim rozwalono go na kawałki.
– Przykro mi – powiedział łagodnie Harry. Wiedział, że Gloryflowerowie naprawdę przywiązują się do swoich sztucznych zwierząt, więc utrata takowego musiała naprawdę zaboleć. Zaniepokoiła go też ciągła nieobecność Argutusa. – Ale zginął dzielnie i powiadomił nas o nadciągającym niebezpieczeństwie. – Rozejrzał się, ale wciąż nie widział nigdzie węża. Zamknął oczy, wyobraził go sobie i wysyczał wezwanie w wężomowie, ale nic innego mu nie pozostało. Nie miał z Argutusem mentalnej więzi tak, jak to było z Sylaraną.
Wyciągnął rękę do Dracona, szykując się do aportowania się z nim i mając nadzieję, że tym razem nie spróbuje on żadnych sztuczek w ramach udowadniania swojej dorosłości. Na szczęście Draco skwapliwie złapał go za rękę, a Harry zauważył, że wokół tworzą się kolejne pary aportacyjne. Syrinx bez słowa podeszła do Snape'a.
– „I tak oto straciłem swoją szansę u jednego z władców życia" – zaintonował głos po drugiej stronie domu. – „I pozostałem z czymś do odpokutowania: małostkowość". Ucieczka przede mną byłaby taka małostkowa z twojej strony, Harry.
Evan Rosier wyszedł zza ruin, uśmiechając się. Trzymał w ręce szklaną kulkę, z której wyłaniały się błękitne linie. Harry przyjrzał się im, zobaczył jak zakrzywiają się w powietrzu i powstrzymał przed pokusą do zaklęcia na głos. Gdyby nie skupiał się tak mocno na klątwach na domu, to pewnie zauważyłby kotwiczącą się wokół nich sieć. Było jednak inaczej i teraz zostali otoczeni tarczą anty-aportacyjną, a Harry rozpoznał w zaklęciu wariację sieci Ariadny, która w zeszłym roku chroniła Durmstrang. Będzie musiał zniszczyć, albo ukraść Rosierowi tę szklaną kulkę, żeby przejąć kontrolę nad siecią.
– Podoba ci się? – Rosier przeturlał kulkę w dłoni, podziwiając ją. – Wiele się nauczyłem w zeszłym roku. Miało to jakiś związek z faktem, że w ogóle nie byłem w stanie spać. – Przechylił głowę, a jego oczy były dzikie, mroczne i roześmiane. – „Niczym król na wygnaniu, pozbawiony korony w swoich podziemiach, a który zaraz ponownie zostanie ukoronowany." Nauczyłeś mnie, jak być królem na wygnaniu, Harry, i muszę ci za to podziękować. Ale stęskniłem się za tobą.
– Już ci kiedyś powiedziałem – powiedział spokojnie Harry, ignorując wyciągane wokół różdżki i nabieranie z syknięciami powietrze – że następnym razem po prostu cię zabiję.
– Och, tak, mówiłeś – zgodził się pogodnie Rosier. – Ale chyba najpierw powinieneś uważnie mi się przyjrzeć i zorientować, czego się nauczyłem, Harry. Plumo dominatio!
Harry zebrał się w sobie, żeby odbić to zaklęcie, jak tylko spróbuje przejąć nad nim kontrolę; Rosier był ekspertem w zaklęciach, które rozpoczynały się pod tarczami i jakoś uszkadzały ciało, jak klątwa płonącej krwi, którą rzucił na Harry'ego, kiedy po raz pierwszy przyszło im walczyć na serio. Harry'emu wydawało się jednak, że teraz już zdoła się mu oprzeć.
Niczego nie poczuł. Szybko jednak usłyszał westchnienie i poczuł, jak czyjaś głowa opada mu na ramię. Zrozumiał, nad czyimi płucami Rosier przejął kontrolę.
Draco.
Świat zrobił się biały. Harry dopiero po chwili zorientował się, że nie stało się tak tylko dla niego. Jego magia błyszczała wszędzie wokół, robiąc szeroki krąg lśniących płomieni, bijąc w tym samym rytmie co serce i powoli zacieśniając się wokół Rosiera, niczym krąg tortur. Rosier przyglądał się temu z dziecięcym uradowaniem. Pomachał do Harry'ego szklaną kulką, jakby chciał mu przypomnieć swoje warunki.
– Jakie śliczne – zwrócił się do Harry'ego. – Musisz mi to jeszcze kiedyś pokazać. – Urwał w zamyśleniu. – Albo mógłbyś przynieść mi malin. Zasmakowały mi ostatnio, zwłaszcza że nigdy nie przyniosłeś mi jagódek.
– Puszczaj go, Rosier – powiedział Harry, usiłując odgrodzić myśli od wszystkich wspomnień informacji, które poznał na temat klątwy dominacji płuc. Ofiary mogły powoli umierać przez brak tlenu, a nie szybko. Ich płuca mogły wypełnić się płynem, przez co mogliby utonąć na suchym lądzie. Mogli…
– Było działać nieco szybciej – powiedział Rosier. – Dałeś mi mówić, a to zawsze kiepski pomysł, Harry. Ilu wrogów już w ten sposób oszczędziłeś, dając swoim przyjaciołom zginąć? – Uśmiechnął się do niego. – Załóżmy się, co? Stawiam, że czterech. A tobie jak się wydaje?
Klątwa pomknęła nad ramieniem Harry'ego, zanim jeszcze zdążył dojść do siebie. Wycelowana była w szklaną kulę w dłoni Rosiera. Trafiła w tarczę, której nawet Harry wcześniej nie widział, i rozprysnęła się. Rosier roześmiał się.
– Jestem teraz znacznie potężniejszy, Henrietto – powiedział. – Moja magia nadzwyczajnie się rozrosła. Nie wspominałem o tym?
– Puść go, Rosier – powiedział Harry. Świat stał się niezwykle prosty, niczym koło płomieni, którą wyraził swoją furię, niczym desperacja, która stopniowo przeżerała mu mózg. – Wypuść go, a dam ci co tylko zechcesz. – Podniósł nadgarstek, żeby pokazać, że na dawnym kikucie ma już srebrną dłoń. – Chcesz tego? Bierz sobie.
Oczy Rosierowi zalśniły.
– Jakiś ty miły, że oferujesz mi swoją dłoń, Harry – mruknął. – Ale wolałbym coś innego.
– Co?
– Nie ufaj mu, Harry. – Snape nie brzmiał ludzko. Harry zerknął na niego przelotnie i zobaczył, że jego magia siedziała przykucnięta wokół niego, niczym umięśniony cień. – Nie dotrzyma żadnego układu.
– Och, zamknij się, Severusie – powiedział Rosier. – Nigdy nie byłeś w takiej sytuacji, więc się teraz nie wymądrzaj. – Wbił wzrok w Harry'ego. – Chyba wolałbym twoją prawą dłoń, nie lewą – powiedział i obnażył zęby. – Tak mi się wydaje, że mój głód zaspokoi czerwone, mokre mięso, a nie zimne, twarde srebro.
Harry czuł, jak zderzają się w nim fale emocji. Przerażenie i furia tak szybko zamieniały się miejscami, że już nie był w stanie ich między sobą rozróżnić. Wiedział tylko, że Rosier równie dobrze mógłby rzucić tę klątwę na niego. Jego oddech był płytki i urywany, zupełnie jak rozpaczliwe chwytającego za nim powietrze Dracona. Wyczuł, jak Draco w pewnej chwili oparł się o niego całym ciężarem, co oznaczało skorzystanie z jego daru opętania, ale szybko drgnął i jęknął cicho, a Harry zorientował się, że opętanie się nie powiodło. Być może Rosier był zbyt szalony nawet dla Dracona.
– Harry – wyszeptał Draco, a Harry nachylił się ku niemu, nawet na chwilę nie odrywając wzroku od Rosiera, bo powietrze między nimi robiło się tylko coraz bardziej intensywne. – Nie mogę go kontrolować, ale jest tam coś… nie widziałem za dobrze… jakby złota uzda założona na wszystkie jego myśli… wydaje mi się, że jeśli to zniszczysz, to…
Urwał nagle, a Harry zobaczył, że robi się siny.
Spojrzał znowu na Rosiera i zawył. Krąg ognia uniósł się, przeskakując niczym fontanna, strumienie potęgi przelewały się między sobą, wznosząc i opadając, przez co z chwili na chwilę coraz mniej przypominały fontanny, a coraz bardziej fale ostrzy. Harry chciał zabić. Szlag go trafiał, że tak z tym zwlekał.
– Żadnego gadania, o nie – powiedział Rosier. – Kto ci na to pozwolił? Przecież nie ja. Niegrzeczny Draco. – Draco zaczął znowu oddychać, ale tak płytko, że nikogo by to nie utrzymało długo przy życiu. – A teraz, Harry, chodź do mnie i wyciągnij rękę przed siebie. Wgryzę ci się w nadgarstek. Wolę, kiedy mój posiłek żyje, kiedy z nim zaczynam.
Harry ruszył przed siebie, ignorując spięte syknięcia i przekleństwa za sobą, nawet na chwilę nie odrywając wzroku od oczu Rosiera. Miał chwilę, tylko tyle, na zdecydowanie, co właściwie powinien począć z informacją od Dracona.
Być może w innej sytuacji by planował i knuł. Ale teraz wszystko było takie proste. Musiał uratować Dracona. Wierzył mu absolutnie.
Dlatego, jak tylko zatrzymał się i wyciągnął rękę, żeby Rosier mógł się w nią wgryźć, skoczył przed siebie w ataku legilimencji.
Momentalnie zrozumiał, co Draco miał na myśli. Za oczami Rosiera nie unosił się chaos, który spodziewał się tam zastać, chaos który Snape zobaczył kiedyś w umyśle Syriusza, którego opętanie Voldemorta powoli doprowadzało do szaleństwa, ale wyrywające się morze, na które założono złoty most. Pod odpowiednim kątem faktycznie wyglądało to jak uzda. Zaraz pod nią wciąż miotał się chaos.
Ktoś pochwycił umysł Rosiera i zmusił do pojawienia się tutaj.
Jeśli Harry zniszczy uzdę, to Rosier będzie mógł robić co mu się żywnie spodoba.
Mając tylko chwilę na podjęcie decyzji, Harry podążył za wolnością. Nie był w stanie inaczej tego załatwić. Był vatesem i szalone, dzikie i mroczne stworzenia też zasługiwały na wolność.
Do tego Rosier przetrzymywał Dracona z czyjegoś rozkazu.
Harry przeciął złotą uzdę. Rozpadła się, więdnąc niczym sieć feniksa. Ktoś walczył z nim przez chwilę, ale ta osoba nie była wystarczająco silna, żeby utrzymać to zaklęcie w ruchu, kiedy magia Harry'ego życzyła sobie czegoś kompletnie przeciwnego. Złapał ją w zębiska i rozszarpał na śmierć.
Rosier był wolny.
Indigena zadławiła się, czując jakby ktoś właśnie przywalił jej w brzuch, po czym opadła na ziemię tunelu równie niezgrabnie, co wytaczający się z powietrza Falco. Kaszlała i kaszlała i kaszlała, a kiedy wreszcie była w stanie oddychać, jęknęła przez okrutną migrenę, która tętniła jej w głowie.
– Indigeno?
Jakimś cudem udało jej się podźwignąć lekko i doczołgać do swojego Lorda. Dotknął palcami jej twarzy.
– Harry zorientował się, że Evan znajdował się pod zaklęciem uzdy? – wyszeptał.
Kiwnęła głową, pozwalając by opadła jej do przodu i oparła się o pierś jej Lorda. Nie pachniał szczególnie źle, jak ziemia, kwiaty i przyjemnie chłodne rzeczy. Dzięki temu Indigena nabrała sił, żeby wziąć głębszy oddech i uspokoić go.
– Ale nie… nie spędził w głowie Evana zbyt wiele czasu – wyszeptała. – Nie podążył za lejcami, nie sprawdził dokąd biegną, nawet się za nimi nie rozejrzał.
– To dobrze – powiedział Voldemort, przeczesując palcami jej włosy i łagodnie głaszcząc po karku. – W takim razie zaczniemy poruszać się powoli i subtelnie. Pozostali są pewniejsi. Tylko nasz szalony Evan o połamanym umyśle wymagał takich kroków. Nie powtórzymy więcej zaklęcia, to Harry nie znajdzie żadnej metodologii, którą mógłby rozpracować.
Harry wyczuł chwilę, w której zaczął opadać w otchłań, a to czarne, wzburzone morze, w które ciągle uderzały pioruny, zaczęło wychodzić mu naprzeciw. Wyzwolił się z niego, pozwalając szaleństwu Rosiera na ponowne przejęcie nad nim władzy i wyrzucenie go stamtąd.
Leżał na ziemi z głębokim śladem po zębach na dłoni. Poderwał wzrok na Rosiera. Miał na zębach krew, a w oczach dzikość. Wyglądał też, jakby właśnie coś do niego dotarło, nawet jeśli nie była to poczytalność.
Upuścił szklaną kulkę i zmiażdżył ją obcasem, nawet przez chwilę nie odrywając wzroku od Harry'ego. Następnie wycelował różdżką w Dracona – Harry przypomniał sobie w lekkim oszołomieniu, że nie użył różdżki do rzucenia klątwy dominacji płuc.
– Finite Incantatem! – wykrzyczał Rosier.
Draco nabrał głęboko tchu, choćby po to, by pokazać Harry'emu, że może.
Minęła chwila bezgranicznej ciszy, kiedy wszystko pozostało w zawieszeniu niczym wahadło. Harry patrzył w oczy Rosiera tak samo, jakby patrzył w oczy świeżo wyzwolonemu, dzikiemu stworzeniu. Zobaczył w nich tę samą nienawiść jak wtedy, gdy użył feniksowych łez do uzdrowienia ran Rosiera na cmentarzu.
Wahadło zawróciło i znowu byli wrogami, więc Harry spróbował zacieśnić krąg białych płomieni wokół Rosiera, ale Rosier odskoczył z charakterystycznym trzaśnięciem aportacji, które rozpłynęło się w powietrzu. Najwyraźniej w tej samej chwili Argutus postanowił się na niego rzucić, przez co jego skok poniósł go wprost na Harry'ego, wokół którego owinął się z rozzłoszczonym sykiem.
Harry obrócił się, podźwignął na nogi, uspokoił swoją magię, przyciągnął mocno Dracona do siebie i aportował. Pozostali ruszyli za nim bez dyskusji. Harry wiedział, że nikomu nie musiał mówić, gdzie mieli się udać.
Wylądował bezpiecznie na trawie pod Hogwartem, wdychając zapach włosów Dracona, trzymając go, jakby już nigdy miał go nie puścić i kosztując deszczu na jego skórze i ustach.
