Rozdział siedemdziesiąty drugi: Jak piękny potrafi być

Draco nabrał głęboko tchu, ponieważ był w stanie, a potem jeszcze raz, ponieważ zauważył, że Harry mu się przygląda.

Harry pozostał w tyle, opisując dzisiejsze wydarzenia dyrektorce i oschle odpowiadając na pytania pozostałych w miarę, jak się pojawiali. Regulus odstąpił i uprzejmie go puścił, kiedy magia nagle wystrzeliła mu z twarzy w obrzydliwych, brązowych kosmykach. Draco uważał, że tak właśnie powinno być.

I to nie tylko dlatego, że Harry będzie znacznie spokojniejszy, kiedy wreszcie nie będzie już musiał odpowiadać na kolejne pytania. Chodziło też o to, że Harry będzie mógł się nim zająć.

A to było naprawdę wspaniałe uczucie, ta świadomość, że w tym momencie Draco był absolutnym środkiem świata Harry'ego i Harry był gotów zrobić wszystko, byle tylko go ochronić. Zabrał Dracona do ich sypialni i stworzył jedzenie z szaty, której i tak już nie nosił. Draco w pierwszej chwili zaprotestował, przekonany że wszystko będzie smakowało jak kurz, ale winogrona faktycznie okazały się smakować jak winogrona. W tym momencie już musiał łypnąć z ukosa na Harry'ego, zastanawiając się, jak wiele zawalał na zajęciach nie dlatego, że brakowało mu zdolności, ale ponieważ niektóre zaklęcia uważał za zbędne, przez co nie używał do nich swojej surowej siły.

Harry karmił go winogronami, wpatrując się w niego tak intensywnie, że Draco nie był w stanie się odezwać. Tymczasem magia szalała po pokoju, wężom drżały ogony i syczały, ilekroć Harry się na nie oglądał. Czasami Harry im odpowiadał, czasami rozmawiał z Argutusem, ale przez większość czasu statecznie mamrotał pochwały i zapewnienia, które Draco tylko od czasu do czasu był w stanie wyłapać.

– Kocham cię… rozerwałbym go na strzępy, gdyby przegiął pałę… powinienem był go rozszarpać, jak go tylko zobaczyłem… Merlinie, Draco, nie istnieje nic, czego bym dla ciebie nie zrobił… musi istnieć lepszy sposób na ochronienie cię… kiedy zorientowałem się, że to właśnie ciebie trafił tym zaklęciem, miałem wrażenie, jakby umysł wyrywał mi się z czaszki… taki sprytny, mimo całego tego bólu wyczułeś złotą uzdę w jego umyśle i zdołałeś mi powiedzieć…

Draco oparł się na łóżku i pozwolił Harry'emu dotykać się, kiedy słów mu już zabrakło. Przez większość czasu Harry korzystał z prawej dłoni, ale Draco sięgnął po jego lewy nadgarstek, bez słów dając mu znać, że srebrna dłoń również była jak najbardziej mile widziana. I naprawdę tak było; połączenie magii Harry'ego, która usiłowała jak najmocniej przywiązać ją do ciała, oraz zaklęć ogrzewających sprawiało, że lewa dłoń wydawała się po prostu nieco sztywniejsza i gładsza od prawej.

Draco radował się faktem, że nikt poza nim nie pozna dotyku tych dłoni, a kiedy tak pławił się wzrokiem, jaki Harry cały czas mu rzucał, jakby był czymś najcenniejszym na tym świecie, skarbem, kochankiem i przyjacielem zwiniętymi w jeden, zgrabny pakiet. W tej chwili mógłby poprosić Harry'ego o cokolwiek i by to otrzymał.

Nie miał, oczywiście, zamiaru korzystać z tej mocy, chyba że w ramach ratowania życia Harry'emu. Ale miał to gdzieś. Najważniejsze jest to, że ją w ogóle miał i mógł z niej skorzystać. Draco zamknął oczy i drgnął lekko, kiedy Harry zniknął mu ubrania i zabrał się do pracy, ugniatając mu skórę, oddychając nad każdym wrażliwym miejscem, głaszcząc po kroczu, jakby wydawało mu się, że to wszystko zaraz zniknie.

Inne okazje, kiedy szli ze sobą do łóżka, zwykle lśniły ostro w umyśle Dracona, niczym mozaiki zagięć i kątów. Ale nie tym razem. Teraz wszystko mu się wyginało, rozmywało, zmywało, prześlizgiwało z chwili jednej przyjemności na drugą, kolory eksplodowały mu pod oczami, przyjemność przesiąkała mu brzuch od środka, a potem dłonie, pierś, nogi i wreszcie nawet brzuch też od zewnątrz.

Harry objął go mocno, kiedy z nim skończył. Użył swoich dłoni, ale prawdopodobnie przeniósł Dracona samą siłą magii; Draco nie był nawet w stanie otworzyć oczu, żeby sprawdzić. Obrócił głowę po pocałunek i oto na niego czekał. Oparł głowę na ramieniu Harry'ego, które też już na niego czekało.

Nie był w stanie otworzyć oczy, był tak usatysfakcjonowany, ale był w stanie wyobrazić sobie, jak Harry teraz wyglądał, pochylony nad nim ze wzrokiem wbitym w przeciwległą ścianę i, jak Draco miał nadzieję, planując zemstę na Rosierze.

Żałował tylko, jakkolwiek sennie, że musiał przejść przez doświadczenie klątwy dominacji płuc, żeby otrzymać takie traktowanie. Ale przynajmniej jego miejsce w życiu Harry'ego zostało utwierdzone w bardzo przyjemny sposób i teraz już unosił się na skraju upojenia. Z przyjemnością podda wszelkie myśli o niebezpieczeństwie, jakiego dzisiaj doznał, na rzecz flirtu ze snem.

Ospałość wygrała, uwodząc go – choć nie tak dogłębnie co Harry – w kierunku głębokiego snu, co Draco poczuł jak nadciągającą falę ciemności, która pochłonęła go od strony nóg. Prawdopodobnie spiął się lekko, kiedy przemknęła mu po klatce piersiowej, ale nie sądził. Było mu wygodnie, był odprężony i już go nie było.


Harry odczekał, póki nie miał pewności, że Draco usnął, po czym zdjął bariery ze swojej magii.

Powietrze wokół niego zrobiło się gorące, jasne, płonące, niczym pustynia w samo południe. Harry zobaczył, jak na ścianie tworzą się złote drzewa, ale wyglądały na wyschnięte i wypalone, jakby zbyt długo musiały znosić agresywne słońce. Węże oplotły się wokół nich, ale ich łby i ogony były węższe, w dodatku przy każdym poruszeniu obnażały kły. Rysi nigdzie nie było widać.

Za to czarne koty były wszędzie. Jeden z nich wskoczył na łóżko i szturchnął nosem Dracona, przez co Harry jeszcze mocniej przyciągnął go do siebie. Kot podniósł łeb i wbił wzrok w oczy Harry'ego, tak samo zielone jak jego.

Harry zobaczył w nich furię i wyszedł jej na spotkanie, bo potrzebował znaleźć coś mniej agresywnego od tego, co czuł wobec Rosiera. Wahał się między pragnieniem, potrzebą odnalezienia i zabicia Evana Rosiera, dzięki czemu już nigdy nie zdoła zrobić Draconowi czegoś takiego. Ale niedaleko za złością kroczyła zdesperowana, rozszalała rozpacz. Draco będzie znajdował się w niebezpieczeństwie za każdym razem, kiedy udadzą się na pole bitwy, chyba że Harry czegoś z tym nie zrobi. A to Harry powinien coś na to poradzić, bo to przez niego Draco znajdował się w niebezpieczeństwie. Gdyby nie zależało mu tak bardzo na Draconie, to jego wrogowie nie skupialiby się na nim tak bardzo.

Wiedział, że żadnego z tych problemów nie rozwiąże w jakiś prosty sposób, który prawdopodobnie stałby otworem dla kogoś takiego jak Lucjusz Malfoy. Nie mógł po prostu rozkazać Draconowi pozostać w bezpiecznym miejscu, ponieważ byłoby to pogwałceniem jego wolnej woli. Nie mógł też po prostu znaleźć i rozszarpać wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób zagrozili Draconowi.

Żałował, że nie zabił Rosiera od razu.

Nie sądził, żeby był w stanie zabić kogoś od razu.

Ilekroć usiłował o tym myśleć, wyły w nim wszystkie instynkty vatesa, nawet mimo furii w kocich ślepiach, oraz tej, którą puścił wolno po pokoju, a która pomalowała wszystko na złoto, zamiast nadawać im zwykły dla siebie kolor fioletu i zieleni. Miłość wobec wolności była jedyną emocją zakorzenioną w nim równie głęboko, co miłość do Dracona i tylko ona mogła z nią walczyć. Nie był w stanie po prostu zabić kogoś tylko dlatego, że uważał go za zagrożenie, bo potem mógłby odkryć, że ta osoba była jednak niewinna, albo przyszła się poddać. Był w stanie żyć z konsekwencjami, które mogłyby nastąpić po pozostawieniu kogoś przy życiu, przez co mógł źle mówić i czynić, ale nie z alternatywą. Gdyby zabił kogoś przypadkiem, to wróciłyby do niego cienie myśli samobójczych, znowu przyszłoby mu spojrzeć w otchłań, którą poznał, kiedy dopuścił do tego, żeby Loki zabił Kierana.

Ale też nie przeżyłby zniszczenia Dracona.

To właśnie zrozumiał w chwilach, które nastąpiły po wylądowaniu z powrotem w Hogwarcie, a nie w chwilach, kiedy usiłował wymyślić jakiś sposób na wyrwanie Dracona spod klątwy dominacji płuc, albo chwilach, które spędził na leżeniu przed Rosierem. Równie niepodważalne, co pragnienie pozwalania ludziom na podejmowanie własnych decyzji, był fakt, że jego umysł, dusza i serce były oplecione wokół Dracona. Jeśli Draco zginie, Harry podąży za nim. I jeśli znowu dopuści do tego, że Draconowi coś się stanie, to zacznie podążać ścieżką ku samobójstwu z poczucia winy, bo własne instynkty go do tego zmuszą.

Ale tego też nie mógł zrobić, bo świat czarodziejów potrzebował, by Harry pozostał przy życiu i walczył z Voldemortem, oraz osiągnął tak wiele, jak tylko był w stanie w ramach swojej roli vatesa.

Przez chwilę, tylko przez chwilę, Harry zamknął oczy i żałował w milczeniu, że jednak nie urodził się Connorem – bliźniakiem, który okazał się kompletnie zwyczajnym człowiekiem, któremu dane było osiągnąć może jedną sprawę w życiu, a to i tak gdzieś w odległej przyszłości, zwłaszcza kiedy już nauczy się nieco o wyrozumiałości i miłości do bliźnich. Nie chciał tej magii, nie chciał czegokolwiek, co sprawiało, że ludzie podążali za nim w niebezpieczeństwo, nie chciał swojej przeszłości, zwłaszcza kiedy poniekąd przez nią teraz przychodziło mu podejmowanie właśnie takich wyborów.

Ale chwila minęła, więc Harry otworzył oczy i skrzywił się na przeciwległą ścianę.

No dobrze, więc proste metody odpadają. Życzenie sobie, żeby wszystko ułożyło się inaczej wcale nie oznaczało, że nagle wszystko się zmieni. A jego definicje o tym, co było dla niego najważniejsze i co miał zamiar robić z własną magią, nie nakładają się – i pewnie nigdy tego nie zrobią – z tym, co inni ludzie na ten temat uważali.

Trudno. Wybory i konsekwencje były jego własne i to jemu przyjdzie z nimi potem żyć.

Harry miał wrażenie, kiedy zsuwał się niżej na poduszkach, kładąc sobie Dracona na piersi, że tym właśnie różnił się od innych. Kot położył się obok nich, liżąc się po pazurach. Harry od czasu czuł machnięcie jego ogona, albo poruszenie mięśni, jakby był solidny i faktycznie pachniał piżmem. Prawdziwy. Jego magia była na tyle potężna, że mogła powołać tego rodzaju stworzenie do życia.

Będzie musiał z nimi żyć. Niech i tak będzie. Był bardziej skupiony na życiu, niż śmierci, mimo myśli o samobójstwie, które tego roku coraz częściej zdawały się krążyć w jego głowie. Jeśli straci ludzi przez horkruksy, to będzie musiał żyć dalej. Nie mógł myśleć o śmierci jak o końcu, ponieważ jego życie było związane ze znacznie poważniejszymi sprawami i odpowiedzialnością, które będą go potrzebowały bez względu na to, jak bardzo będzie chciało mu się już umrzeć.

I chyba nie byłbym szczęśliwy, gdyby moje życie potoczyło się w jakikolwiek inny sposób, nie po takim treningu. Harry musiał to przyznać. Nie potrafił się odprężyć, oszołomić sobie umysł i posłać go w odrętwienie. Najbliższe temu uczucie następowało w czasie lotu, a i z tego korzystał zwykle do przemyślenia sobie wszystkiego, co jakoś nie mogło dotrzeć do niego na ziemi. Nawet w czasie seksu z Draconem ścigał przyjemność nie tylko Dracona, ale i swoją własną, tak zajadle jak tylko był w stanie, po czym, właściwie jak tylko było po wszystkim, jego umysł momentalnie zaczynały zalewać nowe myśl, które ustawiały się na kolejne tory.

Jeśli Draco zostanie zniszczony, to Harry też, a nie mógł sobie na to pozwolić.

To była jedna prawda.

Nie był w stanie porzucić swoich zasad przeciw zemście i pętania woli innych, co było kolejną prawdą. Poza tym Draco już udowodnił w kilku bitwach, że zwykle można mu zaufać z jego własnym bezpieczeństwem.

Dlatego najlepszym rozwiązaniem, jakie Harry był w stanie wymyślić, to ochroniarz. Zapyta Dracona o opinię względem wyboru, ale nie przyjmie żadnych prób wykręcenia się od tej decyzji, tak jak Draco nie pozwalał mu uciekać bez ochroniarzy, kiedy w zeszłym roku przeklęli go Krukoni.

Poza tym…

Harry uśmiechnął się, a czarny kot podniósł łeb, odrywając się od lizania pazurów, po czym podsunął się, szturchając jego palce i nakłaniając do pogłaskania.

Wiedział, jak przedstawić ideę ochroniarza tak, że Draco uzna ją za unikalny przywilej, zamiast napraszanie się, za co zawsze uważał to Harry. Doskonale znał próżną stronę swojego kochanka. Zwykle ją ignorował, albo droczył się o niej z Draconem. Ale tym razem z niej skorzysta.

Pogłaskał Dracona po włosach i spojrzał na niego, kręcąc lekko głową.

– Oczaruję cię – wyszeptał. – Przekonam cię. Zmanipuluję cię. Jesteś Ślizgonem i zrozumiesz, nawet jeśli się domyślisz, że po prostu podążałem za wytycznymi z własnego domu.

Kot polizał mu cielistą dłoń swoim szorstkim językiem, zahaczając o ranę, którą pozostawił po sobie Rosier. Harry zerknął na nią z zaskoczeniem, po czym wzruszył ramionami. Podejrzewał, że powinien ją opatrzyć, ale i tak przestała już krwawić i nawet nie bolała. Pójdzie do Madam Pomfrey, jeśli wda się zakażenie.

Położył się i zamknął oczy. Powinien spać, póki ma okazję. Jak tylko się obudzi, będzie musiał przepytać Snape'a i pozostałych sojuszników… zwłaszcza tych, którzy nosili na przedramionach Mroczne Znaki.


– Nie.

– Severusie. – Harry był spokojny. Snape wywnioskował to choćby z tego, że nie schował się za formalnością na pierwszą oznakę oporu. – Naprawdę tego chcę. Wiem, że jesteś utalentowanym legilimentą i zdołałbyś wyczuć większość wtargnięć do swojego umysłu, ale jeśli dobrze rozumiem sytuację, Voldemort używa zaklęcia, które przymusza myśli, a dobrze wiesz, że jest naprawdę potężnym przymuszającym. Chcę tylko rozejrzeć się za śladami po złotej uździe, którą widziałem w umyśle Rosiera. To wszystko.

Snape obnażył zęby.

– Nic mi nie jest – powiedział, patrząc Harry'emu w oczy. – Odkąd sny Sanktuarium skończyły się na tym o śmierci Regulusa…

Harry zrobił krok w jego stronę, ale Snape powstrzymał go zmęczonym spojrzeniem.

– Rozmawiałem o tym z Josephem – powiedział Snape. – Już jest po wszystkim. Rozmyślałem nad tym, ukoiłem wzburzone wspomnienia, a te których nie zdołałem uspokoić, wplotłem w codzienne życie. – Nieważne, że nie powiedział Josephowi wszystkiego o tym ostatnim śnie, zwłaszcza o sprawach, przez które wyszedłby na słabeusza. – Od tamtego czasu nie miałem żadnych wyraźnych, czy wymuszonych na mnie snów. Tekst Rosiera o bezsenności prawdopodobnie był przypadkowy.

– Ale kiedy porwał Connora, Indigena drwiła z jego koszmarów – powiedział Harry – przez co dostał szału. Wydaje mi się, że zdawał sobie sprawę z nałożonej na niego kontroli, albo jakoś się tego domyślił. Naprawdę nie sądzę, żeby ze sobą współpracowali. Indigena, albo Voldemort poprzez nią, zmusili go do wysłania Connorowi tych listów, wraz z wyrzeźbionymi figurkami, a następnie musiał przez nich czekać, aż nie byli gotowi przyzwać Connora do ogrodu Hawthorn. Przecież Rosier zwykle nie jest w stanie skupić się tak długo na jednym zadaniu. Mówiłeś mi, że to dla niego niemożliwe. Jest na to zbyt chaotyczny i prawdopodobnie zrobiłby coś jeszcze, żeby przy okazji przyzwać mnie do siebie, a nie tylko mojego brata, w dodatku do domu jednej z moich sojuszniczek i to tylko po to, żeby rzucić w niego paroma łagodnymi klątwami.

Snape musiał przyznać, że taki scenariusz faktycznie nie brzmiał mu na prawdopodobny. Ale też nie był w stanie uwierzyć, że Mroczny Pan spróbowałby kontrolować go poprzez koszmary, albo zaklęcie złotej uzdy. Przecież wyczułby coś takiego. Był w Brytanii praktycznie najlepszym legilimentą, zaraz po Voldemorcie, zwłaszcza teraz, kiedy Dumbledore'a już nie było. W dodatku w kraju nie było lepszego od niego oklumenty. Gdyby ktoś próbował mieszać mu w głowie, to nikt, a już zwłaszcza Voldemort, nie zdołałby tego przed nim ukryć.

W dodatku nie chciał wpuszczać Harry'ego do swojego umysłu.

– Severusie. Proszę.

Snape zarzucił głową i odwrócił się.

– Nie życzę sobie – powiedział beznamiętnie w kierunku kominka. – W moich wspomnieniach znajdują się sprawy, którymi naprawdę wolałbym się z tobą nie dzielić, Harry. – Ostatnimi czasy śnili mu się Huncwoci, ponownie przypomniało mu się, jak Dumbledore ich nie wyrzucił za atak na Snape'a. Albo że w ogóle wpuścił wilkołaka do szkoły, no co za czubek. Snape zacisnął pięści. Od czasu do czasu budził się tak przepełniony nienawiścią, że musiał przez jakiś czas leżeć w bezruchu i oddychać głęboko, inaczej nie byłby w stanie potem nauczać eliksirów. Joseph powiedział, że to dobra oznaka, bo jego umysł zdrowieje, skoro jest w stanie przypominać sobie o tak wielkiej nienawiści bez konieczności momentalnego zagrzebywania jej w basenach oklumencyjnych, albo wyżywania się na swoich uczniach, ale Snape zwykle aż dygotał od wspomnień tych mrocznych dni.

Harry nie zasługiwał na zobaczenie tej fali nienawiści i pogardy wobec swojego ojca – czy też człowieka, który go spłodził – zwłaszcza kiedy Snape naprawdę starał się być dla niego najlepszym możliwym ojcem.

– Proszę cię, Severusie – spróbował tym razem Harry, jakby przestawienie tych słów i nazwanie go po imieniu, wywoła cud, którego do tej pory się nie doczekał.

Czując się, jakby to imię ciągnęło go za sobą na lonży, jakby miał na sobie uzdę, której tak bardzo chciał poszukać Harry, Snape odwrócił się.

– Czemu nie pójdziesz najpierw do innych? – zapytał ostro. – Chociażby do Petera?

– Już byłem – powiedział Harry. – Zapytałem, zajrzałem mu do umysłu. Nie ma w nim nawet śladu po złotej uździe. W dodatku powiedział, że jego sny nie pogorszyły się w żaden sposób. Wręcz właśnie zaczynają się uspokajać, bo od dłuższego czasu bał się przez nie zasnąć. Hawthorn, Adalrico i… – Urwał na chwilę, jakby nie chciał wypowiadać tego imienia. – Lucjusz powiedzieli, że ostatnimi czasy nie śnili o niczym agresywnym, czy nieprzyjemnym. A umysł Regulusa nie należy tak do końca do niego, odkąd powrócił z obrazu, ale Śmierć wypełnia mu umysł wizjami, które nie mają niczego wspólnego z Voldemortem.

– No to skąd przyszło ci do głowy, że to moje sny właśnie mogą oznaczać coś takiego? – wyszeptał Snape, zamykając oczy. – Czemu tylko mnie porównujesz do Rosiera, kiedy te domysły nie sprawdziły się na nikim innym?

Harry dotknął jego ramienia. Snape otworzył oczy i zobaczył, jak Harry nabiera głęboko tchu, jakby szykował się do wspinaczki na górę.

– Bo wydaje mi się, że prędzej zaatakowałby ciebie, a nie innych – wyszeptał Harry – właśnie dlatego, że pracował nad tą uzdą na człowieku, który jest potężny i naprawdę ciężki w kontroli. Rosiera ciężej opanować od ciebie, choćby dlatego że jest szalony. – Urwał, żeby przełknąć ślinę. – A zaatakowałby właśnie ciebie, bo wie, że ze wszystkich nosicieli Mrocznego Znaku, właśnie ty znaczysz dla mnie najwięcej.

Snape uklęknął powoli, nawet na chwilę nie przerywając kontaktu wzrokowego z Harrym. Harry wyglądał na nerwowego i nieszczęśliwego, jak to zwykle było, kiedy musiał przyznać, że ktoś był dla niego ważniejszy od innych, ale i tak nie odwrócił wzroku.

Snape opuścił bariery. Harry wskoczył mu do umysłu w niewielkim podmuchu legilimencji, którą powitał z westchnieniem. Szybko jednak się opanował i zaczął pływać po umyśle Snape'a z większą gracją, niż Snape kiedykolwiek po nim oczekiwał, stopniowo przemieszczając się w kierunku środka jego umysłu, przesiewając wspomnienia łagodnymi palcami i szukając Merlin raczył wiedzieć jakich oznak wpływów Mrocznego Pana.

Posiadanie kogoś jeszcze we własnym umyśle było… naprawdę nieprzyjemne. Snape miał wrażenie, że zawsze tak się czuł i właśnie dlatego nauczył się większości oklumencji i legilimencji z książek, zamiast od jakiegoś nauczyciela. Umysł był jego ostoją za czasów szkolnych, kiedy był dręczony, albo ilekroć ktoś z niego drwił, a czasem nawet przed słowami własnej matki. Zawsze mógł porzucić lekcje Eileen i wycofać się w kąt umysłu, w którym wciąż mógł być księciem półkrwi, synem czystokrwistej rodziny, nawet jeśli oficjalnie nieuznanym i pewnego dnia wszyscy zaczną podziwiać jego geniusz i zdolności do zaklęć i eliksirów.

Czasem wyczuwał lekkie drgnięcia, czy wręcz wzdrygnięcia ze strony Harry'ego, ale na szczęście odpowiedzialne za to wspomnienia nie były wywlekane na wierzch i nie musiał się im przyglądać. Dotyk Harry'ego był lekki, śmigający z jednej części umysłu do drugiej. Snape podejrzewał, że ta delikatność pochodziła z jego szacunku wobec wolnej woli. Harry nigdy nie zostanie najlepszym legilimentą na świecie po prostu dlatego, że nie lubił dominować innych, a to właśnie dzięki temu Voldemort stał się w tej dziedzinie mistrzem.

Wreszcie było po wszystkim i Harry wpatrywał się w niego z powagą w oczach. Snape czekał, niepewny co zostało zobaczone.

– Ani śladu po złotej uździe – powiedział Harry. – I na żadnych snach nie zobaczyłem jego wpływów. – Po raz kolejny sięgnął niepewnie w kierunku Snape'a i położył mu dłoń na ramieniu. – Dziękuję. Wiem, jakie to musiało być dla ciebie trudne. Jesteś jednym z najbardziej odważnych ludzi, jakich w życiu spotkałem, Severusie.

Snape zagapił się. Nawet nie przyszło mu do głowy, że powaga tych zielonych oczu była przynajmniej po części wywołana podziwem. Ale tak było i mógł tylko stać jak wryty, kiedy Harry przytulił go szybko i ruszył cicho w kierunku drzwi. Zatrzymał się przy nich i obejrzał z lekkim uśmiechem, który ostrzegł Snape'a, że zaraz powie coś na rozluźnienie atmosfery.

– Jesteś pewien, Severusie, że Tiara Przydziału nie powinna była umieścić cię w Gryffindorze z całą tą twoją odwagą?

Snape rozejrzał się za czymś, czym mógłby w niego cisnąć, ale Harry już zniknął za drzwiami.


– Nie rozumiem, po co tu w ogóle jesteśmy – jęknęła Melinda Honeywhistle, stukając piórem o pergamin.

Harry zignorował ją z powagą, podobnie jak innych dziennikarzy, którzy zaszurali stopami i zaczęli mamrotać to samo. Stali pośrodku drogi prowadzącej do Hogsmeade, w ogrodzonym miejscu, które pozostawiało dość przestrzeni, by pieszy mogli obejść ich bez trudu. Za zaproszonymi przez Harry'ego dziennikarzami pojawiało się coraz więcej zaciekawionych mieszkańców wsi. To pasowało do jego planów. Obecnie unosił się ponad błotnistą nawierzchnią, mniej więcej w środku odgrodzonego linami miejsca, widoczny dla wszystkich nie poprzez stanie na podeście, ale unoszenie się na prądach czystej magii. To również pasowało do jego planów, które obejmowały zaimponowanie ludziom na śmierć.

– Zaraz zrozumiecie – powiedział Harry, podrywając głowę, kiedy zobaczył na niebie poruszenie. To był jednak tylko jeden z testrali, wznoszący się leniwie nad Zakazanym Lasem i korzystający z prądów powietrza. Harry przyglądał mu się przez chwilę i musiał powstrzymać swój impuls przed przyłączeniem się do niego. Mógłby, jasne, ale naprawdę niewielka część widowni byłaby w stanie zobaczyć jego towarzysza, z którym musiałby tu potem wrócić, a tylko przeraziłby tych, którzy byliby w stanie. – O ile w ogóle się pojawi, oczywiście.

– Zaprosiłeś nas na spotkanie z kimś, kto może się nawet nie pojawić? – Twarz Honeywhistle była naprawdę paskudnie skrzywiona, kiedy Harry się na nią obejrzał. – Lepiej, żebyś miał na to dobre wytłumaczenie, Potter.

– Już się tak nie nazywam – powiedział Harry z wystarczającą mocą w głosie, że drgnęła i odsunęła się od niego o krok. Harry podniósł brew i udał, że pozwala sobie na uspokojenie. Tak naprawdę wcale nie był zły, najwyżej poczuł lekkie ukłucie irytacji, ale przecież nie musieli o tym wiedzieć. Czasami naprawdę nie było lepszego rozwiązania od zwykłej, ślizgońskiej manipulacji. Dzięki legilimencji zyskał naprawdę wielką kontrolę nad swoimi emocjami i w przeciągu ostatniego tygodnia skorzystał z tego, przekonując Dracona do przyjęcia Syrinx jako ochroniarza, przekonując Petera, że jego formą animagiczną naprawdę jest ryś i jest już gotowy do bardziej skomplikowanych ćwiczeń, czy też wzbudzając zainteresowanie tak wielu dziennikarzy, że pojawili się bez większych wyjaśnień z jego strony. – Przynajmniej tyle mam wspólnego z tym, którego tu dzisiaj wezwałem. Kiedyś miał imię, ale teraz zwracam się nim do niego wyłącznie przez wzgląd na szacunek, jaki do niego czuję. Sugeruję, żeby żadne z was tego nie próbowało.

Zobaczył, jak usta jednego ze starszych czarodziejów otwierają się w pytaniu, ale nie miał zamiaru wydawać im tego imienia.

Poza tym właśnie wtedy pojawił się Zgredek.

Skroplił się w powietrzu, jego kształt zbiegał się, tworzony z miliarda białych iskier, które aż do tej chwili zdawały się po prostu migotać w błocie. Wzniosły się i owinęły wokół siebie, powoli zaczęły zbiegać, formując kształt, na którego widok Harry aż musiał przełknąć chichot. Zgredek postanowił pojawić się jako czarny jednorożec, którego róg był biały, a ogon był mieszanką czerwieni, bieli i zieleni. Jego oczy były zielone i lśniące, a…

Harry przymrużył lekko oczy. Jednorożec miał białą bliznę w kształcie błyskawicy, która rozciągała się od nasady rogu, aż po oczy.

Na pewno chce po prostu postawić na swoim.

Zgredek zamrugał, patrząc na zebranych wokół siebie dziennikarzy. Kiedy Harry zyskał okazję do przyjrzenia się jego oczom, zorientował się, że nie były tak po prostu zielone. Miały takie same złote iskry i niezgłębioną mądrość, którą widział w Zgredku, kiedy udał się z nim do Gadki i jej dziecka.

I ta magia. Wlała się do świata w chwilę po Zgredku, przenikając zebranych wokół ludzi, nawilżając powietrze i roznosząc wrażenie, jakby wszyscy stali pośród ciepłej mżawki. Zgredek podniósł pojedyncze kopyto, które zalśniło od rozmywającej się czerni i bieli, kiedy opuścił je z powrotem, uderzając nim w ziemię.

Błoto i bruk Hogsmeade rozprysły się i trysnął strumień wody, śpiewający cicho do siebie, kiedy spływał dalej drogą. Niektórzy odsunęli się z krzykiem, ale inni, wyglądając na lekko oszołomionych ilością magii w powietrzu, podeszli bliżej i napili się. Harry uśmiechnął się. Jego własne zmysły były rozbudzone i ożywione, więc nie musiał pytać, żeby wiedzieć, że ta woda była zimna i pyszna, prawdopodobnie najlepsza, jaką kiedykolwiek wypili.

– Właśnie do tego może dojść – powiedział Zgredek głosem tak słodkim, że brzmiał jakby oblewał wodą uszy. Harry zadrżał, czując jak na rękach pojawia mu się gęsia skórka, a po kręgosłupie przebiega dreszcz czystej przyjemności. – Kiedyś byłem skrzatem domowym, a potem Harry mnie wyzwolił. Teraz wróciłem do tego, czym mój gatunek zawsze miał być. Zmiennokształtni w odniesieniu do danej chwili, zmieniający się z kroku na krok, z jednego doświadczenia na drugie, odzwierciedlający to, czego się w danej chwili uczymy ze świata, czyli wszystko. – Obrócił łeb i pozwolił, by jego róg zalśnił, przecinając powietrze, póki nie wydawało się jakby zrobione z igieł. – Dawno temu przemieniliśmy się w skrzaty domowe, poddając większość naszych mocy w ramach uczenia się ograniczeń i w tym właśnie kształcie czarodzieje nas znaleźli i zniewolili swoimi sieciami. Zapomnieliśmy przez nie, czym tak naprawdę byliśmy. Teraz, kiedy stopniowo zaczynamy odzyskiwać naszą wolność, powoli wraca nam pamięć.

Obrócił się i położył róg na ramieniu Harry'ego. Harry'emu na chwilę zaparło dech w piersi. Mimo blizny i ogona w dziwnych kolorach, Zgredek bez trudu imitował każdy inny aspekt jednorożca, włącznie z wdzięcznym łukiem szyi, którego nie miało żadne inne stworzenie na świecie, oraz ciepłym, miękkim zapachem futra.

– Dziękuję, vatesie – powiedział Zgredek tak cicho, że Harry nie miał wątpliwości, że to miało pozostać między nimi.

Harry nie był w stanie się odezwać. Kiwnął głową. Zgredek nagle stanął dęba, zarzucając w powietrzu przednimi kopytami, tańczącymi nad błotem i brukiem, jakby bały się wyzwalania wszędzie wiosny.

– Kiedy nas uwalniacie – odezwał się, a jego głos wzniósł się, podążając za ruchem – uwalniacie jedną z podstawowych sił tego świata. Dopiero kiedy nas uwolnicie, zobaczycie jak piękny potrafi być!

Ugiął nogi, kopyta podążyły za tym ruchem niczym spadające gwiazdy, a kiedy dotarł do końca tego gestu, eksplodował.

Iskry czmychnęły we wszystkich kierunkach niczym czarne płatki śniegu. Jeden musnął Harry'ego, opadając mu na rękaw, wnikając w niego przez chwilę na ślepo, ale jak tylko dotarł do skóry, momentalnie się na niej uwiesił.

Harry zobaczył.

Zobaczył zaledwie ułamek, przebłysk ścieżek, po których wędrowali zmiennokształtni. W ogóle nie przypominały ścieżek Mroku i Światła, czy jakiejś konkretnej drogi, którą Zgredek wraz z resztą swojego gatunku – niemal wyczuwał w sobie jego nazwę, jakby przelatywała mu po ustach, drocząc się z zębami i językiem – postanowili obrać na samym początku swojego istnienia. Długowieczni, nieśmiertelni jeśli tylko tego chcieli, istnieli pośród potężnej magii, zdolni do zmiany kształtu, więc zmieniali ją i zmieniali bez końca, przepływając przez wszystkie inne potęgi świata zarówno czarodziejskiego, jak i mugolskiego.

Czemu zostali stworzeni? Nie wiedzieli i nie miało to znaczenia. Nie sądzili, żeby zostali wyhodowani w jakimś konkretnym celu, jak to było w przypadku uskrzydlonych koni, ale jeśli tak było, to musiało się stać tak dawno temu, że już żaden tego nie pamiętał. Najważniejsze było, że istniały, były tutaj, zdolne do rozróżnienia między sobą na tyle, że mogły istnieć bez względu na wszystko i niezależnie od nikogo.

I wtedy zostały spętane.

To uwięziło je w jednym kształcie. Co więcej, uwięziło je w jednej relacji z czarodziejami. Już nie mogły podchodzić do nich na równi kiedy tylko chciały, nawiązywać więzi przyjaźni, miłości, czy wrogości. One, najbardziej swobodne ze wszystkich magicznych stworzeń, zostały uwięzione w służbie, przekonane że same tego chciały i że to właśnie leżało w ich naturze, a wszelka inna wiedza została im odebrana.

A teraz pojawił się vates, którego działania względem niszczenia sieci mogły przywrócić im wolność wyboru, wolność gwiazd i niebios i nieskończonych, nieograniczonych zmian własnego ciała i życia. Ponownie mogli być tym, czym zawsze byli i wchodzić w ogromne tańce z czarodziejami na własnych warunkach, bez żadnego przymuszenia. Nie istniały słowa zdolne określić, jak wiele to dla nich znaczyło, ani takie, które wyjaśniłyby, jak bardzo Zgredek jest zainteresowany, pośród wszystkich innych spraw, które go niezmiernie ciekawiły, upewnieniem się, że jego gatunkowi znowu przyjdzie to poczuć.

Czarodzieje mogli wynagrodzić im to wszystko wyłącznie poprzez wypuszczenie na wolność rasy, którą nazywali skrzatami domowymi. Nic więcej nie było od nich wymagane.

Chwila dobiegła końca. Harry westchnął i zobaczył jak Zgredek, ponownie w kształcie jednorożca, wzbija się, uderzając o powietrze kopytami, które brzmiały jak dzwonki. Wzniósł się prosto w górę, jego niedorzecznie kolorowy ogon ciągnął się za nim, a wysoko nad nimi ponownie wybuchnął i zniknął.

Harry powoli rozejrzał się wokół. Wielu ludzi płakało otwarcie, paru dziennikarzy zemdlało z szoku. Melinda Honeywhistle wciąż utrzymywała się na nogach, ale miała sine usta i chwiała się na boki. Harry kiwnął głową i niezręcznie odchrząknął. Chciał pokazać im Zgredka, żeby mogli przekonać się na własne oczy, jak wiele można zyskać z wyzwolenia skrzatów spod sieci, ale Zgredek zdołał to udowodnić znacznie bardziej dostanie, niż Harry kiedykolwiek byłby w stanie za pomocą samych słów.

Harry uważał, kiedy satysfakcja osiadała mu gdzieś głęboko w duszy, że tak właśnie powinno być. Przecież w ostatecznym rozrachunku chciał, żeby magiczne stworzenia nie musiały polegać na nim, albo dobrej woli czarodziejów, ale by mogły same się odzywać, argumentować i żyć własnym życiem.

Kiedy miało się taką możliwość, emanowało się znacznie większym pięknem od dowolnego, który czarodzieje mogliby osiągnąć poprzez zniewalanie skrzatów domowych.

– Dziękuję za przybycie – odezwał się pośród ciszy i łez. – Jeśli macie jakieś pytania, proszę kierować je do mnie.

Obrócił się i zaczął lewitować w kierunku Hogsmeade. Jego umysł był roztrzęsiony, tupał kopytami niczym jednorożec. Po ataku Rosiera obiecał sobie, że będzie żył tak bardzo pełnią życia, jak to tylko będzie możliwe, przy jednoczesnym upewnianiu się, że otaczający go ludzie będą w stanie to przeżyć, ale też bez popadania w paranoję, która ukradłaby wszelką radość.

Z tego, co Zgredek – stworzenie, które kiedyś było Zgredkiem – mu pokazał, Harry wciąż miał jeszcze wiele do opanowania w tym temacie.