Rozdział siedemdziesiąty trzeci: Przysięgi i więzy

W przeciwieństwie do ostatniego razu, kiedy miało to miejsce, Harry nie został nagle wyrwany z głębokiego snu. Siedział w pokoju wspólnym Slytherinu, usiłując znaleźć odpowiednie słowa do swojego wypracowania z eliksirów. Draco opierał się na jego ramieniu. Od czasu do czasu poprawiał się, żeby wtulić twarz w szaty Harry'ego, albo mamrotał sennie. Harry przyglądał mu się z lekkim uśmiechem. Draco już w ogóle porzucił pozory odrabiania lekcji, ciepło kominka i Harry'ego okazały się znacznie bardziej zajmujące. Syrinx siedziała obok nich w fotelu, skupiona na wykonywanych ruchach różdżki. Harry wiedział, że ćwiczyła w ten sposób zaklęcia magii wojennej, po prostu bez wkładania w nie jakiejkolwiek siły.

Drzwi do pokoju wspólnego otworzyły się nagle i Harry skoczył. Dopiero jak się zatrzymał i spojrzał na mrugającego Owena, dotarło do niego, że upuścił wypracowanie, obrócił się, kładąc Dracona na tapczanie, żeby nagle nie opadł, po czym wysunął się, żeby znaleźć się zarówno przed Draconem, jak i Syrinx.

Owen zamrugał po raz ostatni i podniósł ręce w pokojowym geście.

– Nie jestem zagrożeniem, Harry – powiedział głosem przeplecionym niepokojem.

Harry spuścił głowę i zdołał odetchnąć.

– Wiem. – Zauważył, że Michael zagląda przez drzwi do pokoju wspólnego Slytherinu, choć momentalnie wycofał się, jak zobaczył Harry'ego. Domyślił się, co się dzieje. – Wasze rodzeństwo się rodzi?

– Tak – powiedział Owen. – Chodź z nami, obiecałeś że staniesz się jej ojcem chrzestnym i nadasz jej imię. – Stanął obok Harry'ego, patrząc na niego wyczekująco.

– Jej? – Harry już stukał w swój nadgarstek, żeby porozmawiać ze Snape'em i Peterem o tym, gdzie musiał się teraz udać, więc przez chwilę nie mógł się odwrócić do Owena i otrzymać odpowiedzi. Kiedy wreszcie to zrobił, z zaskoczeniem zobaczył na jego twarzy niewielki, droczący się uśmieszek, przyczajony w kącikach ust.

– Tak – powiedział po prostu Owen. – Matka podejrzewała, że to dziewczynka, ale upewniła się dopiero tydzień temu. Powiedziała, że magiczna sygnatura w jej macicy zanadto przypomina kobiecą. – Na jego twarzy pojawił się przelotny cień, ale szybko potrząsnął głową. – Ojciec naprawdę ucieszyłby się z córki – mruknął. – Ale jest jak jest i mam zamiar naprawdę cieszyć się z siostry.

Harry zastanawiał się, jak wiele zachowania Owena brało się z napędzającego go, obezwładniającego pragnienia stania się takim jak Charles. Ruszył przed siebie, ale ktoś złapał go za ramię. Draco był tuż za nim.

– Chcę iść z wami – powiedział.

Owen pochwycił wzrok Harry'ego.

– To nie jest dobry pomysł – powiedział – z różnych powodów.

Nie musiał ich wszystkich wymieniać. Harry rozumiał. Michael, oczywiście, będzie musiał pojawić się na ceremonii narodzin własnej siostry, a jeśli Draco też się tam pojawi, to atmosfera zrobi się napięta i nieprzyjemna. A Medusa Rosier-Henlin naprawdę tego teraz nie potrzebowała. Już nie wspominając, że jeśli zabiorą ze sobą Dracona, to przyjdzie im też zabrać Syrinx, co jeszcze bardziej poszerzy krąg ludzi obecnych przy narodzinach, a przecież żaden z bezpośrednio zainteresowanych tego nie chciał.

Harry nabrał głęboko tchu i obrócił się do Dracona.

– Przykro mi, Draco – powiedział. – Ale będę musiał poprosić cię o pozostanie tutaj.

– Nie możesz mnie do tego zmusić – powiedział Draco, jakby miał zamiar uwiesić się na idei wolnej woli. Pewnie wydaje mu się, że jeśli tylko będzie o tym wystarczająco długo jęczał, to zawsze będę mu pozwalał na udawanie się ze mną, pomyślał Harry. Ostatecznie jak do tej pory naprawdę niewiele mu odmawiałem, bo nawet tego nie chciałem.

– Nie mogę – powiedział Harry. – Ale wciąż nie umiesz się aportować, a ja, Owen i Michael umiemy. To wystarczy, żeby cię tu zatrzymać. – Pochwycił spojrzenie Owena, który kiwnął głową i ruszył w kierunku wyjścia z pokoju wspólnego Slytherinu. Michael, na szczęście, wciąż czekał na nich w korytarzu. Harry podejrzewał, że chłopak chyba jednak miał choć odrobinę zdrowego rozsądku, nawet jeśli nie okazał tego przy Draconie.

Draco złapał go za ramię i przytrzymał. Harry zobaczył jego zarumienioną twarz, bo ewidentnie dopiero teraz zorientował się, jak wiele osób im się w tej chwili przyglądało z zaciekawieniem, ale nawet to nie przekonało go do poluzowania uchwytu.

– Chcę iść tam z wami – powiedział, a kiedy Harry się zawahał, ruszył za ciosem, najwyraźniej przekonany, że Harry lada moment się podda, a nie zwyczajnie myśli, jak zrzucić z siebie Dracona bez krzywdzenia go. – Proszę, Harry? – zagaił niskim głosem. – Nie czuję się bezpiecznie od czasu ataku Rosiera.

Harry zadygotał z irytacji, po czym podgrzał magią trzymaną przez Dracona skórę, póki Draco nie puścił go z lekkim westchnieniem zaskoczenia.

– Nie tym razem – powiedział krótko Harry. – W dodatku za szkolnymi osłonami będziesz bezpieczniejszy, niż kiedykolwiek ze mną, Draco.

Zobaczył w oczach Dracona nowy blask, kiedy łypał na niego ze złością, dmuchając sobie na ręce, jakby były poparzone. Harry'emu się to nie podobało i podejrzewał, że potem się o to pokłócą. Mimo to Draco odwrócił się i bez słowa wrócił na kanapę. Z teatralną depresją zagrzebał się ponownie w pracy domowej. Syrinx, która stała z uniesioną różdżką, usiadła z powrotem. Jej jasne oczy były wbite w twarz Harry'ego. Harry nie był w stanie ustalić, o czym właściwie myślała.

Owen złapał go za nadgarstek.

– No chodź.

Harry kiwnął głową i odwrócił się. Wiedział, jak równoważyć zobowiązania między sobą i czasami po prostu nie był w stanie we wszystkim ustępować swojemu chłopakowi.


Owen aportował Harry'ego poprzez osłony Rosierów-Henlinów i uprzejmie odsunął się od niego, jak to tylko było możliwe. Jego oczy, przyzwyczajone do postrzegania magii na sposoby, które były praktykowane w jego rodzinie od pokoleń, bolały teraz od rażącego światła, jakie Harry z siebie wydzielał. Przyzwał magię, żeby uporać się z Draconem i wciąż jej nie uspokoił. Błyskawice strzelały wokół niego, lśniące i umierające tuż nad podłogą.

– Gdzie jest Medusa? – zapytał cicho Harry, odstępując od Owena i rozglądając się po kuchni. Owenowi wydawała się znacznie mniejsza i ciemniejsza, bo teraz już brat nie bawił się w niej z matką, jak to kiedyś bywało. Celowo jednak odsunął od siebie tę myśl. Jego matka wciąż żyła. Jego brat wciąż żył i jeśli wierzyć jego słowom, zauroczenie Draconem mu z grubsza minęło. Owen nie miał żadnych powodów do podejrzeń, że jakakolwiek inna tragedia przydarzy się jego rodzinie.

– Tędy – powiedział i zaprowadził Harry'ego krótkim korytarzem do sypialni swojej matki.

Rodziła na łóżku, z kocem przykrywającym nogi, a jej oddech był ostry i krótki, ale poza tym naprawdę kontrolowany. Owen odnosił wrażenie, że matka nie pozwoli sobie na jakieś niegodne jej wrzaski. Podszedł do niej i położył dłoń na czole. Medusa otworzyła oczy i uśmiechnęła się na jego widok.

– Czy Harry… przybył? – zapytała między skurczami. Owen przez chwilę przyglądał się, jak przez jej brzuch przechodziły falami dreszcze, ale choć miał straszną ochotę odwrócić wzrok, nie pozwolił sobie na to. Wiedział, że Medusa znała położnicze zaklęcia, które pomogą jej w znoszeniu bólu, oczyszczą pościel i skórę, oraz wymyją wszystko z krwi i innych pozostałości po porodzie. Ale i tak myśl o wszystkim, przez co właśnie przechodziło jej ciało, przyprawiała go o mdłości.

– Tak – powiedział, a Harry stanął obok niego i ukłonił się lekko przed Medusą. Medusa pozdrowiła go skinieniem głowy, po czym opuściła ją z powrotem na poduszki z głośnym stęknięciem, kiedy pojawił się kolejny napierający ból.

– Czego ode mnie w tej chwili potrzebujecie? – zapytał cicho Harry.

– Złap dziecko, kiedy już wyjdzie – powiedział Owen, wskazując na nogi swojej matki.

Harry zamrugał.

– Wydawało mi się, że to matka jako pierwsza powinna dotknąć swojego dziecka? – zapytał.

– Nie – powiedział Owen, zastanawiając się, skąd mu to w ogóle przyszło do głowy. – W dawnych czasach skrzaty domowe pomagały zwykle przy porodach, więc to ich dłonie jako pierwsze dotykały czystokrwistych dzieci. – Wskazał na podrygujące biodra swojej matki. – Nie ma znaczenia, kto właściwie dotknie jej pierwszy. Najważniejsze, czyją magię poczuje w pierwszej kolejności. Magia skrzatów domowych jest neutralna, przynajmniej dla dzieci, bo reagują wyłącznie na ludzką. W niektórych przypadkach, tak, wyjątkowo ważne jest, żeby to właśnie matka dotknęła ich jako pierwsza, ale to ty będziesz uczył ją, jak żyć w świecie, w którym nie trzeba bać się potęgi, Harry. Właśnie dlatego to właśnie twoją magię powinna poczuć na sobie w pierwszej kolejności.

Harry kiwnął głową, jakby zrozumiał, ale strasznie pobladł, a oczy zaszkliły mu się na moment. Owen zastanawiał się, czy nie przeżywał właśnie jakichś okropnych wspomnień. Jeśli tak, momentalnie je od siebie odsunął i przyklęknął przy nogach łóżka.

– Czy mogę pani jakoś pomóc? – zapytał Medusę. Moc rozwinęła się wokół niego. Tym razem, prawdopodobnie dlatego, że nie był już zły, Owen widział wokół niego tylko przytłumiony, lśniący poblask, do którego już zdążył się przyzwyczaić.

Usłyszał otwierające drzwi i kiedy się obejrzał, zobaczył jak Michael wchodzi do pokoju. Kiwnął głową do swojego bliźniaka, po czym obrócił się z powrotem, jak tylko ich matka się odezwała.

– Tak. Mów do mnie.

– O czym? – zapytał Harry, jakby takie żądanie w żaden sposób go nie zaskoczyło. Owen odniósł wręcz wrażenie, że tak faktycznie mogło być.

– O tym, jak świat będzie wyglądał, kiedy już skończysz z obowiązkami vatesa. – Medusa musiała wykopywać z siebie te słowa, podczas gdy dziecko wiło się i kopało , ale i tak jej się udało. – O przyszłości, którą planujesz wybudować. Opowiedz mi o tym.

Harry kiwnął głową. Głaskał bezmyślnie i delikatnie brzuch Medusy. Owen nie sądził, żeby tylko mu się wydawało, że jej skurcze jakoś nagle złagodniały.

– Niech będzie. Mam zamiar upewnić się, że magiczne stworzenia jako takie będą przede wszystkim spędzały czas na rozmawianiu ze sobą. – Uśmiechnął się lekko. – Na pewno słyszała pani o wyzwolonym skrzacie domowym, który pokazał tym wszystkim dziennikarzom, czym kiedyś była jego rasa?

– Prorok… o… niczym… innym… nie… mówi – powiedziała Medusa. Owen podszedł bliżej i podniósł przygotowaną zawczasu fiolkę, leżącą na stoliku nocnym, po czym pokazał ją swojej matce. Kiwnęła głową, a jej włosy były tak przesiąknięte potem i przyklejone do czoła, że nawet nie drgnęły. Owen przyłożył różdżkę do prawego przedramienia, ostrożnie trzymając fiolkę w lewej dłoni.

Diffindo – szepnął.

Podczas gdy krew płynęła z nacięcia do fiolki, Harry mówił dalej, głosem kojącym i cierpliwym.

– Zwracanie wszystkim prawa głosu, czy wysłuchiwanie wszystkich, których nikt wcześniej nie słuchał, będzie oznaczało rozmowy. Kłótnie. Debaty. W pełni oczekuję, że obecnie wykonywane obowiązki ministerstwa nagle zwolnią do ślimaczego tempa, bo będziemy musieli zacząć zastanawiać się, jak mogą zareagować centaury i las wokół nich, albo gobliny, czy skrzaty domowe. Możliwe, że z niektórymi magicznymi stworzeniami w ogóle nie zdołamy się dogadać; właśnie dlatego od tak dawna wydawało nam się, że są nieinteligentne. Ale niektóre, jak feniksy, są w stanie rozmawiać i z nami i z nimi. – Harry zanucił, a kosmyk błękitnych płomieni odwinął mu się z gardła i owinął wokół głowy. Medusa powiodła za nim wzrokiem. Owen wiedział, że słyszała z oddali pieśń feniksa tego ranka, kiedy Harry zakończył swój rokosz, ale jeszcze nigdy nie widziała jego płomieni z tak bliska. – Nie ma już żadnych powodów, dla których powinniśmy dalej ustanawiać kolejne bariery, przez które nie powinniśmy pomagać innym, bo ich nie rozumiemy. Jesteśmy w stanie ich zrozumieć. Po prostu bardzo długo odsuwaliśmy od siebie tę możliwość. Chcemy załatwiać wszystko w pośpiechu. Nie podoba nam się idea ograniczeń. Wydaje nam się, że wszystko powinno nam się należeć, bo jesteśmy czarodziejami, albo ludźmi, czy czystokrwistymi. Ale to nieprawda.

– To… brzmi… strasznie… – Medusa musiała urwać, a jej usta otworzyły się w czymś, co wyglądało na naprawdę szerokie ziewnięcie. Owen wiedział, że jego matka jeszcze nigdy nie była równie bliska wydania z siebie wrzasku. Fiolka była już pełna, więc ją zakorkował i rzucił na swoje nacięcie szybkie zaklęcie lecznicze. – Ciężko – dokończyła wreszcie z niskim jękiem i głębokim oddechem, kryjąc ogrom bólu za zaledwie nieco wyższym niż zwykle głosem.

– Będzie – powiedział Harry. Jego dłoń w dalszym ciągu wykonywała kojące koła na jej brzuchu. Wspierał się na łóżku, na swojej srebrnej dłoni, i nawet na chwilę nie oderwał wzroku od Medusy, choć Owen zauważył, że to patrzył na jej brzuch, to na twarz. – Wydaje mi się, że większość ludzi przyzwyczaiła się już do myślenia, że jesteśmy pępkami świata, nawet mugolakom nie udało się przed tym uciec. Ale to nie ma znaczenia. Wszystko się zmieni. Staniemy się częścią magicznego świata, nie jego środkiem. Zorientujemy się, że inne stworzenia mają wszelkie prawo nas ignorować, albo wchodzić między sobą w relacje, które nie mają z nami żadnego związku.

– A… inni… Lordowie?

– Poradzę sobie z nimi – powiedział Harry. – Będę zawierał układy, póki im się nie znudzi. Albo walczył z nimi, choć naprawdę wolałbym tego uniknąć i nie podejmę się tego, póki nie dojdzie do sytuacji, w której musiałbym w zamian zrezygnować z obowiązków vatesa, albo obrońcy Wielkiej Brytanii. – Owen wreszcie zorientował się, że dłoń Harry'ego głaskała brzuch w rytm jego słów, stopniowo tworząc kojącą bańkę wokół dziecka. – Już się w to zaangażowałem i nie odpuszczę. W pełni oczekuję, że umrę przed ukończeniem tych wszystkich zadań. Ale jeśli cokolwiek zdołam zdziałać w tej sprawie, to stanie się to za moją pomocą, a nie wbrew mojej woli.

Medusa wydała z siebie wysoki, cienki skrzek, który Owen bez trudu mógł zinterpretować jako bojowy okrzyk harpii.

– Dziecko nadchodzi – powiedział. – Ustaw się odpowiednio, żeby ją złapać, Harry.

Harry zwinnie podrzucił koc i nachylił się. Owen zadrżał. Dobrze, że to na niego trafiło, nie na mnie. Jasne, rytuały porodowe były święte, ale zwykle to ojciec i położna jakoś w nich pomagali. Owen naprawdę nie chciał widzieć z bliska waginy własnej matki.

Chwilę potem Medusa wydała z siebie ogromne sapnięcie, a Owen poczuł, jak zapieczętowana w łóżku i pościeli magia nagle ożywa, pomagając jej córce wyjść na świat, posprzątać po wszystkim i zaskrzepiać krew.

I wtedy usłyszał wysoki, nieszczęśliwy płacz.

Harry odchylił się z lekkim oszołomieniem na twarzy. W jego ramionach wiło się i płakało zakrwawione dziecko, mniejsze nawet od jego przedramienia, a jego głowa kręciła się w górę i w dół, aż Owen zaczął się martwić, czy mała nie złamie sobie karku.

Magia Harry'ego zawirowała i zabłyszczała wokół niej w świetle, które lśniło i tańczyło na jej skórze niczym spalający się magnes. Na chwilę przestała płakać i spojrzała niego oczami szeroko otwartymi z zaskoczenia.

Owen skorzystał z tej okazji, żeby wykonać obowiązki głowy domu i podszedł bliżej. Harry podniósł lekko jego siostrzyczkę, a Owen łagodnie zrosił ją zawartością fiolki na czole, tułowiu, a potem jeszcze na rączkach i nóżkach.

– Powitana bezpiecznie, chroniona i objęta krwią Rosierów-Henlinów – wyszeptał. – Przyjmuję cię do naszej rodziny. – Zazwyczaj ten rytuał odbywał się, kiedy dziecko już miało imię, ale to nie miało równie wielkiego znaczenia co fakt, że urodziła się bezpiecznie i została momentalnie włączona do rodziny. Kiedyś korzystano z tej okazji do upewnienia się, czy urodzone dziecko nie było czasem bękartem, a silniejszej wersji używano do przywiązania magicznego dziedzica do rodziny.

Nie potrzebowali odwoływać się do żadnej z tych opcji – Owen równie łatwo był w stanie wyobrazić sobie swoją matkę biorącą udział w bitwie, co pozostającą wierną jego ojcu – zwłaszcza że starożytna magia momentalnie ich objęła, podpalając krew na ciele dziewczynki, należącą zarówno do jej matki, jak i jej własną. Harry wciągnął głośno powietrze, ale Owen położył mu rękę na ramieniu.

– Spokojnie – powiedział tonem, którego używał zwykle wobec swojego brata, kiedy Michael był wyjątkowo upierdliwy. – Widzisz? Płomienie jej nie sparzyły.

I tak faktycznie było. Tańczyły wszędzie po jej ciele i rozstępowały się tylko przed twarzą. Mieniły się odcieniami ciemnej zieleni, informując wszystkich zainteresowanych, że rodzina Rosierów-Henlinów była zadeklarowana Mrokowi. Po chwili zniknęły, zabierając ze sobą całą krew.

Harry sięgnął w bok, jakby wciąż w szoku, a obok niego nagle pojawiła się, stworzona z czystej magii, miednica pełna ciepłej wody. Owen zamrugał, po czym zaklął w myślach. Po prostu wiedział, że o czymś zapomniał.

Harry przemył dziewczynkę, nie odrywając od niej oczu. Owen nie miał pojęcia, o czym myślał, czy w ogóle widział tę pomarszczoną twarzyczkę, czerwone, maleńkie ciało, albo słyszał jej wysokie, przeszywające wrzaski. Ale to jego magię właśnie czuła – siostrzyczka, od teraz będzie ją nazywał siostrzyczką – i to ona potem będzie jej służyła w życiu.

Owen przygotował się z ciepłymi kocami, w które Harry mógł ją owinąć. Jak tylko to zrobił, uspokoiła się i przestała płakać, najwyraźniej przyzwyczaiwszy się do otaczającej ją magii i doceniając, na swój sposób, że wreszcie nie było jej zimno. Powieki jej opadły, a głowa zabujała się na kocach. Harry pośpiesznie podparł jej głowę, po czym podał ją Medusie.

Jego matka spojrzała tęsknie na córkę, ale pokręciła głową.

– Nie póki jej nie nazwiesz, Harry.

– Ale chyba zaraz zgłodnieje? – Oczy Harry'ego wyglądały na ogromne za jego okularami. Owen musiał przygryźć wargę, żeby się nie roześmiać. Wiedział, że powstrzymywał się wyłącznie dlatego, że musiał w dalszym ciągu odgrywać rolę głowy rodziny, ale i tak go korciło jako starszego brata. Harry wyglądał na przerażonego, jakby siostrzyczkę lada moment miały porwać wilkołaki.

– Owszem – przyznała Medusa, a Owen zobaczył jak na jej twarzy pojawia się niewielki uśmiech, mimo wycieńczenia i bólu, który przeszył ją, gdy zaklęcia położnicze złożyły jej nogi z powrotem. – Więc lepiej, żebyś się pośpieszył.

Harry kiwnął nerwowo głową.

– Ale wy… zwyczaje nadawania imion w rodzinie Rosierów-Henlinów…

– Przekazujemy siostrzyczkę w pełni w twoje ręce – przerwał mu Owen, kłaniając się. – Nazwij ją, jak uważasz za stosowne, Harry. Nie przejmuj się tym, jak były nazywane nasze przodkinie.

Harry przełknął ślinę, kiwnął głową, po czym przez dłuższą chwilę stał po prostu z dzieckiem na rękach. Owen czekał. Wyczuwał kruchą ciszę w pokoju i uważał ją za znacznie potężniejszą od tej, która zapadła zaraz po narodzinach. Wyczuwał nawet oddech swojego bliźniaka, który wciąż czekał przy drzwiach.


Harry wiedział, jakby chciał ją nazwać. Po prostu nie był pewien, jak to się w ogóle zgra z imionami innych Rosierów-Henlinów, albo ich tradycją. Przez jakiś czas bawił się ideą nazwania jej Charlotte, po ojcu, ale nie był pewien, czy to nie wywoływałoby bólu w Medusie za każdym razem, kiedy by na nią spojrzała – a wiedział, że jak już ją nazwie, to nikt tego potem nie zmieni.

Zgroza wirowała wokół niego w błyszczących falach, głębszych od czegokolwiek, co mogłaby wymyślić jego kreatywna magia, kiedy tak patrzył na tę maleńką, śpiącą, skrzywioną twarzyczkę, znajdującą się zaledwie o kilka cali od jego własnej. Co za odpowiedzialność. Jeszcze nigdy nie byłem tak bardzo odpowiedzialny za całą resztę czyjegoś życia.

Pozwolił sobie po raz ostatni spojrzeć na zaufanie, jakie widział w oczach Owena i Medusy. Nie widział stąd twarzy Michaela, ale miał wrażenie, że tak było najlepiej.

Pozwolił sobie nazwać ją tak, jak mu się podobało, więc chuchnął na jej czoło i wyszeptał to imię jej na ucho, żeby usłyszała je jako pierwsza i do końca życia mogła nosić tę wiedzę w sercu. To był jeden z czystokrwistych rytuałów, o którym kiedyś przeczytał i zawsze podobała mu się ta idea. Spięła się, ale nie obudziła.

Harry wyprostował się.

– Nazywa się Eos Rosier-Henlin. Po bogini jutrzenki, bo to właśnie w świcie tych zmian przyjdzie jej żyć. – Tym razem przycisnął usta do jej czoła w pocałunku, co już ją wybudziło. Rytuał musiał zawrzeć w sobie oryginalne błogosławieństwo, najlepiej związane ze znaczeniem imienia. – Witaj na świecie, maleńka. Obyś nigdy nie zapomniała znaczenia czasu, jak to zrobiła prawdziwa Eos i obyś nigdy nie była od niego zależna.

Wtedy Eos już zaczęła płakać, a Harry usłyszał, jak Owen oddycha głęboko. Spojrzał na twarz Medusy, przekazując jej Eos, ale zobaczył tylko zadowolenie.

– Naprawdę dobrze się spisałeś, Harry. – Medusa wyciągnęła pierś na wierzch i ułożyła sobie odpowiednio dziecko. Harry nie był pewien, czemu akurat ten widok sprawił, że zarumienił się i musiał odwrócić wzrok, kiedy już przecież był między jej nogami. Wtedy jednak był zanadto zaabsorbowany ilościami krwi i upewnieniem się, że to właśnie on dotknie Eos jako pierwszy, żeby go to tak naprawdę obchodziło. – Nowe imię, zarówno w mojej rodzinie, jak i Charlesa, ale moje imię jest greckie, tak samo jak jej. To dobry znak. – Tym razem to ona pocałowała Eos w czoło.

Harry odetchnął, niemal zwalony z nóg nagłą ulgą, że jednak tego nie spartolił, po czym obejrzał się na Owena, niepewny czy nie powinien jeszcze czegoś zrobić. Owen jednak już uśmiechał się lekko, zupełnie jak jego ojciec kiedyś, i sięgał ku swojej nowonarodzonej siostrze, żeby pogłaskać ją po głowie samymi opuszkami palców. Harry domyślił się po tym, że rytuał dobiegł końca. Odczeka, aż nie nadejdzie czas powrotu do Hogwartu, bo wolał nie naruszać osłon domu poprzez nagłą aportację.

Oparł się o ścianę i nagle zdał sobie sprawę, że ktoś znalazł się obok niego. Harry obrócił głowę i drgnął w zaskoczeniu. Nie wiedział, że Michael wciąż tam był, co więcej, nie spodziewał się, że to właśnie do niego podejdzie w takiej chwili. Mimo to Michael nachylał się do niego i wpatrywał intensywnie.

– To dla ciebie naprawdę ważne, co? – zapytał Michael.

– Co? – zapytał Harry, niepewny o którym z elementów rytuału mówił Michael. – Nowe początki?

Michael kiwnął nerwowo głową. Zawahał się. Harry czekał. Rozpoznał minę Michaela, nie dlatego że ją kiedykolwiek na nim widział, ale ponieważ widział ją już na twarzach wielu innych ludzi. Oznaczała, że ktoś myślał. Naprawdę nie powinno się pośpieszać kogoś w takiej chwili.

– Tak sobie myślałem – powiedział Michael tak cicho, że jego słowa były niczym zmarszczki w strumieniu. – Zmieniłem zdanie. Czy mógłbym… błagam cię, czy mógłbyś przyjąć mnie z powrotem jako swojego zaprzysięgłego kompana? Myliłem się, a ty miałeś rację, jeśli chodzi o ilość szkód, jakie wyrządziłem ostatnim razem i że to, co robiłem z Draconem, było podłe. Ale wydaje mi się, że naprawdę rozumiem już, czym tak naprawdę jesteś i kim dla ciebie jest Draco, a nie chcę, żeby ta przepaść między wami i moim bratem, a mną, jeszcze bardziej się poszerzała. – Zamknął usta z kłapnięciem zębów, jakby wydawało mu się, że powiedział za dużo, po czym zaczekał.

Harry westchnął i pokręcił głową. Chciał mu zaufać. Chciał dać mu drugą szansę. Ale zbyt wiele zaszło między nimi.

Michael wyglądał na zagubionego. Otworzył lekko usta, po czym odwrócił wzrok i potrząsnął głową.

– Aż tak spieprzyłem, co? – wyszeptał.

– Nawet nie o to chodzi – powiedział Harry. – A przynajmniej nie tylko o to. – Nie wiedział, jak to ułożyć w słowa, głównie dlatego że nigdy nie spodziewał się, że Michael kiedykolwiek postanowi przyłączyć się do niego z powrotem. Kroczył ostrożnie, najpierw układając sobie słowa w głowie i sprawdzając uważnie ich znaczenie i możliwy odbiór, zanim w ogóle pozwalał im na opuszczenie ust. – Chodzi też o Draco. Szlag by go trafił. Może nawet spróbowałby cię ponownie opętać. Istnieje też szansa, że znowu podda się pokusie flirtowania z tobą po prostu po to, żeby wzbudzić we mnie zazdrość, albo zobaczyć co się stanie.

– Zrobiłby coś takiego tylko dlatego, że się nudzi? – Brwi Michaela podjechały mu pod grzywkę.

Harry kiwnął głową.

– A ty go kochasz i to aprobujesz. – Michael odetchnął głęboko. – I nie wydaje ci się, że jest słabym ogniwem w twoim sojuszu?

– Nie powiedziałem, że to aprobuję – powiedział cicho Harry, mając nadzieję, że Owen i Medusa ich nie słyszą. Że też przyszło nam przeprowadzić taką rozmowę akurat w dniu narodzin nowego potomka rodziny Rosier-Henlin. – Taką ma już wadę, a przecież nie zmuszę go do zmiany. Mogę tylko przypilnować, żeby w miarę możliwości nigdy więcej nie dochodziło do czegoś takiego, a mogę to zrobić nie aranżując ponownie takich sytuacji. – Zamrugał na Michaela, który wciąż się na niego gapił. – Rozumiesz, o czym mówię? Nie mam zamiaru winić cię o miłość do Draco, ani jego za to, co sam zrobił. Starałeś się go chronić nawet po tym wszystkim, co znaczy, że twoje uczucia wobec niego biegły znacznie głębiej, niż się tego spodziewał. Ale nie mogę ryzykować, że ta sytuacja się powtórzy.

– Naprawdę nie chcesz kolejnego zaprzysięgłego kompana – powiedział ponuro Michael.

– Przydałby mi się. – Harry nie musiał już nawet pracować nad uspokojeniem swojego temperamentu. Nie sądził, żeby Michael kiedykolwiek zdołał zrozumieć, czemu właściwie Harry mu odmówił. – Ale nie ciebie. Nie mogę cię przyjąć. Przykro mi.

Michael odwrócił się od niego.

– Czy ty w ogóle masz pojęcie – wymamrotał – jakie to uczucie, kiedy własny brat nie chce z tobą rozmawiać, bo w jego mniemaniu zrobiłeś coś złego, co zaważyło na dobrym imieniu całej rodziny?

– No, tak – powiedział Harry.

Zobaczył jak Michael spina ramiona, ale niczego więcej już nie powiedział. Zamiast tego podszedł do łóżka i zaczął witać Eos łagodnym głaskaniem i jeszcze łagodniejszymi słowami.

Harry uważał, pocierając srebrną dłonią oczy, że tak właśnie powinno być. Przecież to nie Michael był tutaj obcy. Jedynym, dla którego w tej sypialni nie powinno być miejsca i został wpuszczony wyłącznie z łaski rodziny, był Harry.

Czekał cicho i cierpliwie, póki Owen nie oznajmił, że jest już gotowy na powrót do Hogwartu. Nie miał ochoty na konfrontację, do której dojdzie, jak tylko wylądują. Draco nie zrozumie jego powodów wyruszenia na ten porów w pojedynkę, tak samo jak Michael nie zrozumiał powodów nie przyjęcia z powrotem pośród zaprzysiężonych kompanów.


Draco nie rozumiał.

– Chcę się dowiedzieć, czemu mnie tu zostawiłeś – powiedział bezpośrednio, a Harry, który właśnie podnosił wypracowanie o eliksirach, jakby faktycznie miał zamiar do niego tak po prostu wrócić, odpowiedział równie bezpośrednio.

– Ponieważ między tobą a Michaelem doszłoby do niepotrzebnego spięcia, które mogłoby wpłynąć na rytuał narodzin Eos – powiedział, ostrząc pióro o krawędź swojej srebrnej dłoni. Draco już kiedyś powiedział mu, że to wygląda niepokojąco. Harry sprzeciwił się wtedy, że wcale nie jest niepokojące, póki dłoń nie jest na tyle żywa, żeby w ogóle poczuł co robi. – W dodatku Syrinx musiałaby się z tobą udać, a zaproszenie w ogóle jej nie obejmowało.

– I nie myślisz, że nie poczuła się przez to pokrzywdzona? – skrzywił się Draco.

– Przecież mieli do tego wszelkie prawo – Syrinx odezwała się ze swojego fotela bardzo zaskoczonym głosem. – Czemu miałabym się czuć jakkolwiek pokrzywdzona?

Draco obejrzał się na nią z irytacją. Jasne, zazwyczaj naprawdę cieszył się, że chodzi po szkole z ochroniarzem. Syrinx była cicha i skuteczna, w dodatku znała swoje miejsce i była obeznana w wystarczająco wielu czystokrwistych zwyczajach, żeby w porę zwracać subtelnie Draconowi uwagę, ilekroć był o krok od zrobienia z siebie idioty. Ale zanadto przypominała mu Harry'ego z pierwszych dwóch lat, które Draco spędził z nim w szkole. Nie lubił wracać do tych wspomnień i nie podobało mu się takie zachowanie.

– Harry – powiedział z uporem, skupiając się na nim. – To niewystarczający powód. Chciałem z tobą iść, a ty mnie tu zostawiłeś. – Ostrożnie dobrał ilość i ton tego nadąsania. Był gotów nawet jęczeć, byle tylko postawić na swoim.

– Nie spętałem cię – powiedział Harry. – Po prostu powiedziałem, że nie idziesz z nami. Pod tym względem uważałem, że wolna wola Owena, Michaela i Medusy są po prostu ważniejsze od twojej, Draco. To wszystko. – Nachylił się i przyłożył pióro do pergaminu.

Sparzyłeś mnie.

– Zmusiłem do puszczenia mnie – poprawił go beznamiętnie Harry, poprawiając przy okazji jakiś błąd w swoim wypracowaniu. – Nawet cię to nie zabolało, Draco. Przecież wiem, że mnie puściłeś, zanim się tak naprawdę mocno nagrzałem.

– Ty naprawdę masz mnie gdzieś, co? – Draco słyszał, że podnosi coraz wyżej głos i był rad, że większość Ślizgonów już poszła spać. Ci, którzy pozostali, przyglądali mu się z ledwie tłumionym rozbawieniem. Nie był w stanie przekonać się do przejęcia się tym. Zrobi aferę choćby po to, żeby Harry wreszcie skończył z tym zobojętnieniem i zaczął przepraszać. – Przecież ci powiedziałem, że od czasu ataku Rosiera nie czuję się bezpiecznie. Pewnie miałbyś mnie gdzieś nawet, gdybyś po powrocie dowiedział się, że zostałem porwany, albo znajduję się pod klątwą dominacji płuc. – Nie wierzył w to, oczywiście, ale chciał zmusić Harry'ego do powiedzenia, że jest mu przykro.

Harry podniósł na niego wzrok.

Draco aż cofnął się o krok, czując się jakby właśnie ktoś przywalił mu czymś ołowianym. Harry potrząsnął głową, zebrał swój kałamarz, pióro i pergamin, po czym ruszył do drzwi pokoju wspólnego.

– Gdzie idziesz? – zawołał za nim Draco.

– Schodzę ci z oczu – odparł Harry, wyraźnie na skraju cierpliwości. – Już cały tydzień zachowywałeś się jak gnojek, Draco. Pobłażałem ci. Czemu bym nie miał? Przestraszyłeś się. Prawie cię straciłem. W dodatku większość tego, co robiłeś, krzywdziła tylko mnie. Ale teraz jesteś nierozsądny, a naprawdę powinieneś się wreszcie ogarnąć. Wcale się nie boisz, po prostu usiłujesz zmanipulować mnie za pomocą mojego strachu przed tym, że cię stracę.

– Przecież tak właśnie zachowują się Ślizgoni – powiedział Draco, chowając się za tą słabą obroną.

– Nie, Ślizgoni manipulują subtelnie – powiedział Harry i wyszedł z pokoju wspólnego. Drzwi zamknęły się za nim, szurając ciężko.

Kiedy Draco obrócił się, nikt nawet nie spróbował spojrzeć mu w oczy. Podniósł swoją pracę domową i udał się do sypialni, praktycznie kipiąc. Był przede wszystkim zirytowany, nie zły. Harry za kilka minut wróci i przeprosi, jakoś obróci to w żart i powie mu, dlaczego tak naprawdę nie pozwolił Draconowi na udanie się razem z nim. Być może po prostu bał się, że piękno Dracona ponownie oszołomi Michaela.

Minuty przeszły w godziny i w końcu Draco musiał przyjąć do wiadomości, że Harry nie wróci tej nocy do ich sypialni.

Zaczął przez to myśleć, że być może powody, które Harry mu podał, były prawdziwymi, podobnie jak emocja – rozczarowanie – którą zobaczył w oczach Harry'ego i przez którą się cofnął.

Draco uderzył wściekle w poduszkę. Po ataku Rosiera wydawało mu się, że zyskał jakąś absolutną kontrolę nad Harrym.

Przekonanie się, że jednak tak nie było, że Harry wciąż był w stanie odsunąć się od niego, ilekroć wydawało mu się, że zachowuje się po prostu dziecinnie, naprawdę zabolało. Wyglądało jednak na to, że nawet tolerancja Harry'ego miała swoje granice.