Rozdział siedemdziesiąty czwarty: Głosy Światła

– Harry. Chciałabym z panem porozmawiać.

Harry obrócił się z zaskoczeniem. Wiedział, że to musiała być Syrinx; nikt poza nią nie zwracał się do niego, jakby jego imię było tytułem jakiegoś wojskowego przełożonego, czy nawet generała, poza tym jednym razem, kiedy Snape nabrał wyjątkowo oschłego poczucia humoru, bo Harry spartolił jakiś prosty eliksir.

– Syrinx – powiedział, kiwając lekko głową, po czym pstryknął palcami, dzięki czemu jeden z foteli w bibliotece przysunął się do niej. Po raz kolejny siedział w bibliotece, przeszukując wszystkie możliwe historie o poświęceniach z własnej woli z nadzieją, że może znajdzie jakieś zastępstwo. Syrinx weszła tak cicho, że nie zwróciła na siebie uwagi Madam Pince, a co dopiero jego własnej. – Siadaj, proszę.

Momentalnie zajęła swoje miejsce, z delikatną zwinnością, którą Harry pamiętał z czasów własnego treningu. Przełknął swoją zazdrość. Upomniał się, że Syrinx tylko tymczasowo posiada tę absolutną pewność swojego miejsca na tym świecie. Jak tylko zakończy ten element swojego treningu, odzyska swoje emocje i wszystko inne, co robiło z niej bardziej człowieka, niż automat. Tak naprawdę wcale nie przyjdzie jej prowadzić prostego życia, jakie jeszcze wiódł zaledwie pięć lat temu – a nawet to życie okazało się znacznie bardziej skomplikowane, niż się spodziewał, przeczesane tak wieloma cieniami zdrad, z których nawet nie zdawał sobie wtedy sprawy.

– O czym chciałabyś ze mną porozmawiać? – zapytał, oglądając się przez ramię. No i oczywiście, Draco stał przy pobliskim regale, z nadąsaniem szturchając ich grzbiety. Syrinx nie oddalała się zwykle daleko od niego.

– Przynoszę wiadomość od mojej rodziny.

Harry kiwnął powoli głową. Gdyby wiadomość była pilna, Laura Gloryflower sama by się z nim skontaktowała, choćby przez zaklęcie pieśni feniksa. Wyglądało na to, że ta sytuacja była znacznie bardziej formalna i wymagała spotkania twarzą w twarz, które miało zostać przeprowadzone przez kogoś z rodziny Gloryflower.

– Czego sobie ode mnie życzy? – zapytał, opadając w formalne tony. Usłyszał, kiedy Draco przestał szturchać tomy i stanął u jego ramienia. Nie obejrzał się na niego. Miał zamiar z nim porozmawiać, żeby związać wreszcie luźne końce kłótni, która ciągnęła się za nimi od czasu rytuału narodzin Eos, ale w tej chwili spokojna i blada twarz Syrinx wymagała całej jego uwagi.

– Moja kuzynka służy Światłu – powiedziała Syrinx i odczekała, jakby w nadziei na odpowiedź.

– Które jest wdzięczne za jej służbę – powiedział Harry. Draco prychnął, ale na szczęście nie powiedział niczego, za co Harry musiałby go uszczypnąć.

– Przygląda się, jak reputacja Światła wznosi się i upada na naszym świecie – ciągnęła dalej spokojnie Syrinx. – Przez ostatni rok przyszło jej to śledzić z szeroko otwartymi oczami i rumieńcem na twarzy. Światło dopuszczało się prawdziwego okrucieństwa, byle tylko zabezpieczyć swoją władzę. Mimo, że nie przyłączyła się do Albusa Dumbledore'a, to i tak był on Świetlistym Panem Brytanii, reprezentantem naszej deklaracji. Jego czyny dotykają każdego z nas.

Po raz kolejny nastąpiła chwila ciszy, więc Harry podał jedyną odpowiedź, na jaką w tej chwili był w stanie się zdobyć, nawet jeśli nie do końca w nią wierzył; ograniczenia tego tańca wymagały od niego wyłącznie przyznania, że jego rozmówca ma rację, może z dodaniem jakiejś pochwały, nic więcej.

– Świetlisty Pan w rzeczy samej nadużywał swojej potęgi.

– Koniec rokoszu i rada nadzorcza były postrzegane jako nowa era dla Światła – ciągnęła dalej Syrinx. – Ale moja kuzynka wierzy teraz, że wcale tym nie były. Rada zanadto słuchała tej wiedźmy, Aurory Whitestag, której zależało wyłącznie na manipulowaniu panem. Tańczyli na jej łańcuchu, jakby faktycznie miała jakieś znaczenie, jakby faktycznie była w stanie utrudnić im życie, gdyby tylko nie przekazali jej kontroli. A nawet nie była zadeklarowana! – Syrinx urwała na moment, jakby chciała się uspokoić, choć Harry był pewien, że pasja w jej głosie tak naprawdę należała do Laury, nie jej. – Jak do tej pory Światło przede wszystkim polegało, jakkolwiek pasywnie, na pańskiej mocy. Czas najwyższy, żeby to się zmieniło. Jestem tu jako reprezentantka Gloryflowerów i Opalline'ów. Paton Opalline i Laura Gloryflower pytają, czy nawiąże pan z nimi formalny sojusz rodzinny, podobny do tego, który obecnie utrzymuje pan z rodzinami Parkinson i Bulstrode.

Harry'emu na chwilę dech zaparło. Nie spodziewał się, że którakolwiek z tych rodzin zaproponuje mu coś takiego; Paton wydawał się zadowolony z więzi, jaka się nawiązała między nimi po śmierci Fergusa, a Laura walczyła po jego stronie na swój własny sposób, między innymi chroniąc Delilę przed łowcami wilkołaków. W dodatku będą musieli zacząć dogadywać się z mrocznymi czarodziejami! Co więcej, musieli wiedzieć co to dla nich oznacza, że wszyscy jego wrogowie zwrócą na nich uwagę…

To, jak nic innego, udowadniało Harry'emu, jak strasznie czyny Dumbledore'a zawstydziły Laurę.

Syrinx wciąż czekała na odpowiedź, o czym zorientował się, kiedy na nią spojrzał. Siedziała z rękami złożonymi na podołku i odchyloną głową, odsłaniając gardło. Znaczenie tego gestu również nie umknęło Harry'emu.

– Akceptuję – powiedział Harry. – Jeśli naprawdę chcą się ze mną związać, jeśli wiedzą z czym to się łączy i że oznacza to dla nich związanie się z niezadeklarowanym czarodziejem o lordowskiej mocy…

– Źle pan to zrozumiał – powiedziała Syrinx, na której twarzy po raz pierwszy pojawił się lekki uśmiech. – Chcą się związać z vatesem. Chcą się związać z Harrym. – Delikatnie musnęła palcami jego czoło, jakby w błogosławieństwie. – Moją kotwicą.

Harry zmarszczył brwi i pokręcił głową.

Jak miałbym stać się kimś, od kogo zależy twoja poczytalność? – zapytał, mogąc sobie na to pozwolić, bo rytuał najwyraźniej mieli już za sobą. Syrinx nigdy nie pozwoliłaby sobie na tak prywatny komentarz, gdyby tak nie było. – Nie zrobiłem niczego, żeby zachęcić cię do takiego wyboru…

Po raz kolejny mu przerwała. Syrinx śmiała się cicho, tonem tak czystej radości, że Harry nie spodziewał się, że w ogóle jest do niej zdolna. Dotknęła płatka jego ucha w geście, który przypomniał mu o kolczyku, którego dotykała, kontaktując się ze złotym kociakiem obok osłoniętego domu Voldemorta.

– Zanadto przyzwyczaił się pan do patrzenia na wszystko z mrocznej perspektywy – powiedziała. – Do sojuszników, których trzeba bez końca do siebie przekonywać, przeciągać na swoją stronę, oferować komplementy, póki nie będą usatysfakcjonowani. Ma pan bardzo niewielkie pojęcie względem tego, w jaki sposób wyglądają pańskie dokonania z punktu widzenia Światła, a już kompletnie nie rozumie pan, jak sama je widzę. Doszłam do wniosku, że zrobił pan wystarczająco. Nawet więcej, niż tylko wystarczająco. Jest pan godny podziwu, niczym poranek. – Tym razem ucałowała go delikatnie w czoło, tuż nad blizną w kształcie błyskawicy, ignorując przy tym warknięcie Dracona. – Jeśli życzy pan sobie, żebym opowiedziała panu, jak ostatnich kilka miesięcy wyglądało z mojej perspektywy, to mogę to zrobić. Ale Światło postrzega ten świat diametralnie inaczej od Mroku. Jest w stanie określić, kiedy Mrok ma dobry pomysł i dostosować go do siebie. Nie jesteśmy takimi czarodziejami, z jakimi spotykał się pan do tej pory. – Uśmiechnęła się do niego. – Z przyjemnością pomogę panu nas poznać.

Harry kiwnął głową, lekko oszołomiony.

– Jeśli poczuje się pan od tego lepiej – dodała Syrinx po chwili milczenia – to nie chodzi o żaden konkretny pański wyczyn. Najsilniej oddziałało na nich zorientowanie się, co zrobiliśmy własnym skrzatom domowym poprzez kontynuację ich zniewolenia. Rodzina mojej kuzynki, podobnie jak Opalline'owie, mają zamiar wypuścić je na wolność.

Tym razem Harry musiał parokrotnie przełknąć ślinę, zanim odważył się odezwać. Przykład idący ze strony tak potężnych, świetlistych rodzin, pośle fale przez cały czarodziejski świat. Niektóre rodziny, które obecnie podążały za tym draniem, Cupressusem Apollonisem, mogą zmienić zdanie, kiedy zobaczą co zrobili Gloryflowerowie i Opalline'owie.

– Nigdy nie zdołam wyrazić, jak bardzo jestem wam za to wdzięczny.

– Może pan, jeśli zawrze pan z nami w sojusz.

Harry po raz kolejny kiwnął głową i Syrinx odsunęła się, wyłączyła swój uśmiech i praktycznie stała częścią regałów. Harry obrócił się do Dracona. Wiedział, że Syrinx mogłaby usłyszeć wszystkie szczegóły tej rozmowy i nikomu jej nigdy nie powtórzy. Dlatego właśnie było mu lżej z myślą, że Draco będzie bezpieczny nawet, kiedy Harry'ego nie będzie w pobliżu. Koszmar z ostatniej nocy o Rosierze nagle występującym ze ściany i świstoklikującym się z Draconem gdzieś w dal, zupełnie jak to miało miejsce z Connorem, jednocześnie sprawił, że Harry posłał krzywy uśmiech swojej paranoi, ale też był rad, że Syrinx istnieje.

– Draco – powiedział miękko, na co Draco momentalnie odwrócił głowę. Harry złapał go za policzek i obrócił z powrotem. – Spójrz na mnie.

Temperament Dracona bulgotał już od tygodnia i Harry był przekonany, że wyleje się z niego, jak tylko spojrzą sobie w oczy. Zajęło to kilka chwil dłużej, ale Draco i tak szybko zaczął marudzić z rozgoryczeniem, nawet jeśli utrzymywał swój głos na tyle cicho, żeby nie wzbudzić furii Madam Pince.

– Co chcesz ode mnie usłyszeć, Harry? Że mi przykro? Pewnie mógłbym to powiedzieć. Spróbowałem dwa dni temu i tego nie przyjąłeś. Albo mógłbym przeprosić za wyrzucenie ci pogwałcania wolnej woli, ale przecież wiesz, jaki się robię, kiedy czegoś naprawdę chcę, a ty mi tego odmawiasz. Wiesz, jak mnie wychowano, jako jedynaka w mrocznej, czystokrwistej rodzinie. Wiesz, do czego jestem zdolny, kiedy się mnie przyciśnie. Wiesz, co dla ciebie poddałem, dla ciebie zainicjowałem… – Zrobił ulotny gest. Harry uznał, że musiało mu chodzić o rytuał zaręczynowy. – Wiesz, czym jestem. Nie wiem, czego właściwie ode mnie oczekujesz, ilekroć upierasz się, że mam zacząć zachowywać się inaczej, niż jestem w stanie. Co mogę ci powiedzieć? Jestem gnojem.

Harry odczekał cierpliwie, póki Draco się nie zmęczył.

– Wcale nie jesteś – powiedział. – A przynajmniej nie musisz być.

Draco zamrugał na niego, przymrużając lekko oczy.

– Czasami to, co opisujesz, może stać się źródłem siły – powiedział Harry, nachylając się bliżej. Draco zaczął wydawać się nim zafascynowany i nie był w stanie oderwać od niego oczu, pomimo kilku niewielkich drgnięć na twarzy. – Napędzało cię przez te pierwsze dwa lata, kiedy prawie nie akceptowałem naszej przyjaźni i wydawało mi się, że lada chwila się mną znudzisz. W dodatku czasami twój upór oznaczał, że tylko ty byłeś w stanie nie opuścić mnie w chwili kryzysu. Komnata Tajemnic, Draco. Wciąż to pamiętam. – Pogłaskał kciukiem policzek Dracona. – Owszem, jestem wrażliwy na wszystko, co dla mnie poddałeś i dla mnie zainicjowałeś. Wydaje mi się jednak, że mijający czas tylko ugruntował w tobie niektóre przekonania na własny temat.

– Nie mam pojęcia, o czym ty właściwie mówisz – powiedział niemal bezgłośnie Draco, jakby nie wiedział, czy powinien poddać się złości, czy rozpłynąć pod tym łagodnym głaskaniem.

– Wiem że nie – powiedział cicho Harry i pocałował go, co było pierwszym pocałunkiem od czasu ich kłótni. Odsunął się od Dracona, nim ich języki zdołały się zetknąć. – Twoje słabe i mocne strony są ze sobą wymieszane, a słabości rodzą się z zachowań, które nawet ty uważasz za kruche miejsca we własnej zbroi. Nie chcesz ich jednak porzucić, bo wydaje ci się, że samo przyznanie się do nich byłoby słabością. Jedyne, co ci pozostaje, to nadąsane, niepewne stawanie w ich obronie. I gdybyś naprawdę był w stanie być tylko dzieckiem i gnojkiem, to przyjąłbym to do wiadomości. Ale widziałem cię w twoich najlepszych i najwyższych chwilach, Draco, kiedy faktycznie się starałeś. Wiem, kim jesteś naprawdę, znam mężczyznę przed którym się chowasz. – Harry podniósł brwi, więżąc Dracona w spojrzeniu, którego sama intensywność wywołała w nim rumieniec. – Mężczyznę, który postawił się dla mnie swojemu ojcu, który opętał ministra, który pomógł mi na cmentarzu w czasie poprzedniego przesilenia zimowego, który zdecydował się na najbardziej niebezpieczną metodę deklaracji wobec Mroku, bo tylko ona odpowiadała jego dumie. Potrafisz być tym człowiekiem, Draco. Nie zawsze, ale nawet w chwilach relaksacji potrafisz być bliżej niego, niż jesteś teraz. A ja nie mam zamiaru już dłużej pobłażać zdziecinnieniu, za którym ciągle go kryjesz.

– Czyli co, teraz zaczniesz mnie informować, które z moich zachowań będą dla ciebie akceptowalne? – Draco nadał swojemu głosowi tak wiele surowości, jak tylko zdołał, ale i tak zachwiał się przy ostatnich słowach, niszcząc nieco efekt.

Harry złapał go za ramiona i potrząsnął.

– Ty skończony idioto – powiedział, wkładając w swój głos tak wiele zniesmaczenia i uczucia, jak tylko był w stanie. – Chcę, żebyś był lepszym człowiekiem dla twojego własnego dobra, Draco. Bo widziałem, kim jesteś, ilekroć zaczynasz od siebie wymagać i wówczas nie ma na świecie nikogo wspanialszego od ciebie. Poniżasz się, nie mnie i nawet nie rodzinę Malfoyów, ilekroć tak tłamsisz swoją dumę i udajesz, że zawsze byłeś tylko nabzdyczonym gnojem. Powstań, Draco. Wiem, że jesteś do tego zdolny. Masz na to dość ambicji, ilekroć sobie na to pozwalasz. Nie jesteś tym dzieckiem i nie pozwolę ci udawać, że jest inaczej, tak samo jak kiedyś nie pozwoliłeś mi udawać, że nie jestem Ślizgonem.

Uciszył rodzący się w Draconie protest kolejnym pocałunkiem, tym razem agresywnym i silnym, wyczekującym odpowiedzi, po czym wstał.

– Nie wyznaczę ci daty, do której chciałbym, żebyś zmienił swoje podejście pod tym względem – powiedział Draconowi. – Ale cholera jasna, Draco, chcę żeby mój partner był mi równy. Widziałem go już kilka razy. Naprawdę chciałbym zobaczyć się z nim też w równonoc wiosenną.

Draco zmarszczył brwi. Harry praktycznie słyszał jego myśli, w końcu do tej daty został tylko tydzień.

– Dlaczego?

Harry uśmiechnął się do niego leniwie. Celowo sięgnął ku przebiegłości i ponętności, dwóch zaletach, których nigdy tak naprawdę nie spróbował wpleść w swoją mimikę. Draconowi wymknął się cichy jęk, po czym zagapił się na niego z zaskoczeniem.

– Chciałoby się wiedzieć, co – wyszeptał Harry. – I może nawet się dowiesz.

Puścił oczko do Dracona, po czym odwrócił się i wyszedł z biblioteki. Czas najwyższy przyznać, że dzisiejsze badania horkruksów dobiegły końca.

Poza tym smak ust Dracona i nieco zszokowana mina, którą prawdopodobnie miał na twarzy, jak to sobie Harry wyobrażał, kiedy Lucjusz podał mu swoje ultimatum względem rewolty, pozostawiła go z cokolwiek nagłym problemem, którym potrzebował natychmiast się zająć.


Spotkanie z Gloryflowerami i Opalline'ami w kwestii ich przysiąg rodzinnych miało się odbyć w Hogsmeade, adekwatnie w tym samym miejscu, w którym Zgredek pokazał dziennikarzom obraz skrzatów domowych na wolności i zaczął to wszystko. Harry uśmiechał się, widząc nadciągające ilości Opalline'ów. Niektóre z młodszych dzieci nie rozumiało, oczywiście, po co je tu w ogóle ściągnięto, więc głównie interesował je fakt, że wokół znajdowało się dość błota, by mogły ciskać w siebie pacynami. Wyglądały na przeszczęśliwe.

– Harry.

Obrócił się szybko, z zaskoczeniem słysząc w tym głosie radość – prawdopodobnie głównie dlatego, że od tak dawna słyszał go głównie zahukanym. Calibrid Opalline złapała go za ręce, pozornie nie zauważając, że jedna jest stopniowo ocieplającym się srebrem, po czym przyciągnęła do siebie, żeby go pocałować na powitanie. Harry jej na to pozwolił, po czym odsunął się i spojrzał na nią z zaciekawieniem.

Wyglądała na zadowoloną z siebie.

– No co? – zapytał Harry, rozglądając się przy okazji. Paton powoli szedł w jego kierunku, rozmawiając po mańsku z trzymanym na rękach dzieckiem, którego długie włosy skakały wokół twarzy i kryły rysy. Angelica Griffinsnest karciła dziewczynkę, która wyglądała Harry'emu na jej wnuczkę, za rzucanie pacynami, a dziewczynka udawała pokornie, że jest jej przykro. Nikt zdawał się nie podzielać ekscytacji Calibrid względem źródła jej tajemnicy.

– Nikt w naszej rodzinie już nigdy więcej nie będzie miał skrzatów domowych. – Calibrid złożyła przed sobą skromnie ręce, ale nie zwiodła tym Harry'ego. Lśnienie jej oczu przytłumiłoby nawet blask gwiazd. – Co więcej, mamy zamiar zacząć stopniowo wyjawiać nasze istnienie przed mugolami.

Harry wreszcie zrozumiał jej zadowolenie. Calibrid już od dawna chciała się za to zabrać.

– Gdzie? – zapytał. – Przecież nie na Wyspie Man.

Calibrid pokręciła głową.

– Nie. Ministerstwo Brytanii po prostu pojawiłoby się na miejscu i wszystkich zobliviatowało. Ale jeden z moich kuzynów jest… powiedzmy, że w specyficznych relacjach z ministerstwem Portugalii? – Zaśmiała się cicho. – Zaczniemy od czegoś naprawdę niewielkiego, sztuczek przez które uznają nas za iluzjonistów, albo szaleńców. Ale stopniowo zaczniemy przywracać tym w mugolach poczucie oczarowania. Jednorożce i tak już biegają po całym świecie, pokazując wszystkim znaczenie magii. Wydaje mi się, że czas najwyższy, by czarodzieje też zrobili swoje w tej rewolucji. Wyzwolenie skrzatów domowych to po prostu pierwszy krok z wielu. Mówimy wszystkim, jak wysoko cenimy sobie swoją magię, że kochamy ją ponad podziałami krwi i deklaracji, że potężni czarodzieje cieszą się największym szacunkiem. Powinniśmy wreszcie zacząć żyć, jakbyśmy naprawdę w to wszystko wierzyli.

– A co z Międzynarodowym Kodeksem Tajności? – zapytał Harry, myśląc o tym intensywnie. Wiedział, że ludzie Scrimgeoura naprawdę ciężko się napracowali nad utrzymaniem tych praw w świetle ataku Acies, czy widoku smoka lecącego nad mugolskim Londynem. Nie był w stanie wyobrazić sobie sytuacji, w której reszta świata czarodziejów zareagowałaby ze zrozumieniem, gdyby coś podobnego miało miejsce w Portugalii.

Calibrid niczego nie powiedziała, po prostu uśmiechnęła się jeszcze bardziej zadziornie.

– Zmieniają to? – zapytał z niedowierzaniem Harry.

Pokręciła głową.

– Źle mnie zrozumiałeś. Są pośród nas ludzie z przeróżnych krajów skłonni zaryzykować pobytem w więzieniu, byle tylko rozpocząć wprowadzanie magii z powrotem do świata. Podejmiemy się takiego samego ryzyka co ty, kiedy wróciłeś po zakończeniu rokoszu. W żaden sposób nie równa się to ryzyku, w jakim wilkołaki żyły przez kilka ostatnich lat, mieszkając pośród nas ze strachem, że lada moment ktoś je wyda, wyrzuci z rodziny, czy zabije. Chyba czas najwyższy, żeby zwykli czarodzieje wzięli część ryzyka na siebie, nie sądzisz?

Harry oblizał usta.

– Ale…

– Zanim zaczniesz wygadywać jakieś głupoty – przerwała mu rześko Calibrid – pamiętaj, że może nas pod tym względem zainspirowałeś, że nic, do czego się dopuścimy, nie będzie z twojej winy. Nie będziesz też odpowiedzialny za jakiekolwiek konsekwencje. Zarówno chwała, jak i znój, będą wyłącznie nasze. Dzięki tobie, vatesie, postanowiliśmy działać zgodnie z naszą wolą. Czyż to nie wspaniałe?

– Przede wszystkim niebezpieczne – powiedział Harry, któremu głowę zalały wszystkie historie o tym, jak mugole kiedyś atakowali czarodziejów i czarownice za ich magię.

– Och, oczywiście – powiedziała Calibrid. – Zmiana zawsze taka jest. Ale właśnie dlatego zacznie dochodzić do niej powoli, kiedy część mugoli będzie obliviatowana, a część może zapamięta. Jednorożec tu, hipogryf tam, a jeszcze gdzie indziej przyjaciel z dzieciństwa, który okaże się czarodziejem. Kawałek po kawałku, Harry, ale w końcu przeciśniemy się przez te pęknięcia. Wszystkich nas nie złapią. – Zadowolenie z siebie zdawało się już wyryć na jej twarzy stałe linie. – A ponieważ zajmie się tym właśnie moja rodzina, to spędzą naprawdę wiele czasu nad znalezieniem odpowiedniego wzoru zachowań, bo chaos wykwitnie wszędzie tam, gdzie znajduje się jakiś potomek Opalline'ów. A nawet wtedy nie zamkną nas wszystkich. Jesteśmy zbyt drogocenni dla zbyt wielu ważnych ludzi.

Harry przez chwilę przeżuwał wargę.

– Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, że przysięga rodzinna zmusi mnie do uratowania was z więzienia?

– Nie, wcale nie – powiedziała cierpliwie Calibrid. – Naprawdę, Harry. To tak nie działa. Nie, jeśli złamiemy prawo i będziemy tego świadomi. Jeśli któryś z twoich wrogów spróbuje zrobić z nas zakładników i będziesz miał okazję poznać sytuację na tyle wcześnie, żeby być w stanie nam pomóc, to tak. Ale nie w chwili, kiedy świadomie podejmujemy się jakiegoś ryzyka. Z tego samego powodu przysięga nie zabije cię, jeśli jedno z naszych dzieci potknie się i wyrżnie głową o kamień… albo zostanie pożarte żywcem przez smoka. – Cienie pojawiły się wtedy w jej oczach, a z ust zniknął uśmiech, ale tylko na chwilę, bo zacięcie ponownie przebiło się na wierzch. – Nie jesteś w stanie zapobiec wszystkiemu, podobnie jak my. Nie jesteś odpowiedzialny za zwykłe wypadki, jakie czekają nas na tym świecie, jak i dodatkowe szanse, po które mamy zamiar sięgać.

Wygląda na to, że wciąż muszę się tego nauczyć, pomyślał Harry, patrząc w jej wyczekujące oczy. Zgredek i pozostałe magiczne stworzenia są w stanie walczyć o siebie. A moi sojusznicy mogą prowadzić własne wojny. Właściwie to powinienem być dumny, że mogę być dla nich taką inspiracją, a nie martwić się o to, co mogą z tą inspiracją zrobić. Przynajmniej działają zgodnie z własną wolą.

Wyciągnął do niej swoją cielistą dłoń. Calibrid złapała ją i ścisnęła. Paton wreszcie do nich dotarł i uśmiechnął się do Harry'ego.

– Pozwolisz, że zaczniemy składanie przysiąg? – zapytał.

Harry podniósł głowę, zauważył blask rozwianych złotych loków Laury Gloryflower, która szła w ich kierunku, i kiwnął głową.

– Absolutnie.

– A po przysięgach – powiedziała Calibrid głosem drżącym z podekscytowania, niczym woda tańcząca na brzegu przepełnionego kielicha – chciałabym ci powiedzieć o czymś jeszcze. Czy też zapytać. – Przygryzła wargę i zamarła, a jej ciemna karnacja pociemniała mocno pod rumieńcem.

Harry podniósł brwi.

– Oczywiście.

Następnie wyciągnął z kieszeni przygotowany wcześniej sztylet i zwrócił na siebie uwagę wszystkich krótką nutą pieśni feniksa. Paton przełożył sobie dziecko do wygodniejszej pozycji, a Laura ruszyła szybciej. Calibrid już wyciągała do niego swoje lewe przedramię.


Draco wzdrygnął się, kiedy pacyna błota rozprysła się o zaklęcia tarczy, które pośpiesznie wzniósł wokół siebie, po czym rozejrzał się ponuro wokół. Nie chciał tu być. Chciał być daleko stąd, robiąc różne inne rzeczy. Ale i tak się pojawił, bo dzisiaj miało nastąpić przyjmowanie przysiąg rodzinnych i nawiązywanie sojuszy, więc nie śmiał nie pojawić się w taki dzień gdziekolwiek indziej.

Za jego ramieniem stanęła Syrinx, z gracją powtarzając jego ruchy. Draco łypnął na nią. Spojrzała na niego z powagą. Wyglądało na to, że niczym nie zdoła wyprowadzić jej z równowagi.

Draco pochylił głowę i kopnął kawałek wystającego z drogi bruku, po czym skrzywił się, bo stopa go od tego rozbolała.

Czuł się, jakby stał na skraju otchłani, podczas gdy kilku ludzi, włącznie z Harrym, już krążyło wśród jej przerażających wiatrów. Nawoływali go, próbowali przekonać, żeby pobawił się z nimi, będzie fajnie. A Draco nieustannie odmawiał zrobienia kroku przed siebie, bo jakżeby mógł? Duma czystokrwistych, obowiązki rodzinne i wszystko, co wiedział na swój temat, przywiązywały go mocno do brzegu. Nie był odważnym Gryfonem i nigdy nie stanie się jakimś fantastycznym męczennikiem w jakiejś sprawie, jak to Harry robił dla magicznych stworzeń. Harry powinien kochać go takiego, jakim był, albo w ogóle zostawić go w spokoju.

Z drugiej jednak strony, Draco widział ludzi takich jak Connor Potter i Parvati Patil, którzy zmienili się nie do poznania od trzeciego roku i do jego umysłu zakradała się myśl, że może on też powinien coś ze sobą zrobić.

No i co, jeśli Harry miał rację i było w nim coś agresywniejszego, potężniejszego, lepszego, do czego zawsze powinien mieć dostęp? Co, jeśli Harry miał rację, bo Draco był w stanie dorosnąć nawet jeśli dorastanie oznaczałoby więcej zmian, niż kiedykolwiek do tej pory?

Ale to było takie trudne. Z tych wszystkich chwil, kiedy musiał dawać z siebie wszystko, Draco najbardziej zapamiętał jak wiele go to kosztowało. Był wykończony i zdyszany. Był pewien, że dłużej tak nie może i musiał spać dobrych kilka tygodni, żeby odzyskać pełnię sił. Przecież dopiero co zadeklarował się wobec Mroku. A jeśli wziąć pod uwagę atak Rosiera, kiedy wzniósł się ponad ból i wbił w głowę szaleńca, żeby poznać tajemnicę złotej uzdy, to jego ostatni wyczyn był zaledwie kilka dni temu. Czemu akurat teraz miałby wszystko zmieniać? Czemu tak szybko miałby znowu się wysilać?

Bo Harry uważa, że stać cię na więcej.

Draco wiedział, że wyglądał na nadąsanego. Miał to gdzieś. Mógł wyglądać na nadąsanego w miejscu publicznym, jeśli tylko tego chciał.

Głos jego ojca momentalnie odpowiedział na te myśli surową deklaracją. Malfoyowie nie okazują publicznie uczuć, ponieważ ich wola triumfuje nad pragnieniami. To, czego chcą, jest nieskończenie ważniejsze od tego, co mogą osiągnąć w ulotnym, dziecinnym momencie.

To był dziecinny moment. Draco wiedział, że tylko dzieci się dąsały.

A Harry powiedział, że dobrze wie, że Draco jest już mężczyzną, nawet jeśli kryje to pod fasadą nadąsania i rozdrażnienia. W dodatku powiedział, że chce zobaczyć w nim kogoś sobie równego. W pierwszej chwili Draconowi wydawało się, że chodziło mu o to, żeby Draco nie próbował więcej wykorzystywać swojej władzy nad nim, jak to miało miejsce przed rytuałem narodzin.

Teraz zaczynał dochodzić do wniosku, że Harry'emu chyba jednak chce, żeby Draco zaczął za nim nadążać, rozumiał jego tok myślenia, zajmował się z nim tym samym – przynajmniej na poziomie chwały, niekoniecznie wyzwalania skrzatów domowych – oraz udzielał się w debatach na równym poziomie, jeśli dojdzie między nimi do nieporozumienia. Musiał wiedzieć o tych tematach wystarczająco, żeby wygłosić odpowiednie argumenty, zamiast się wykłócać i jęczeć.

Harry zapraszał go do dorośnięcia. Draco zastanawiał się, czy jego mentalny obraz otchłani nie był niewłaściwy, bo może jednak chodziło o wspinanie się po wysokiej górze, żeby przyłączyć się do Harry'ego, który skakał ze zniecierpliwieniem na jednej z wysoko położonych półek, czekając na niego, przekonany że Dracona spowalnia wyłącznie jego niechęć do wspinaczki, a nie jakaś wewnętrzna niemoc do podjęcia się jej.

Nie chciał o tym myśleć w ten sposób, bo to by oznaczało, że oskarżenie Harry'ego w czasie Obecności Wojny było zgodne z prawdą i Draco faktycznie byłby w stanie zrobić wszystko, czego by tylko chciał, ale był na to zbyt leniwy.

Co oznaczałoby, że nie mógłby nikogo o to winić, tylko siebie.

Zatrzymał się za Harrym, bo w głowie mu się już kręciło od tych pomysłów i myśli, które nie dawały mu spokoju. To było niesprawiedliwe. Nawet kiedy nie toczył takich rozmów z Harrym, głos jego partnera i tak odzywał się w jego głowie, jego słowa nieustannie do niego szeptały. Draco skrzywił się w kierunku pleców Harry'ego.

Wreszcie przysięgi rodzinne dobiegły końca. Calibrid Opalline, charłaczka, którą Paton obrał na swoją dziedziczkę – Draco wciąż nie pojmował jakim cudem – odstąpiła od tłumu, a kiedy oddawała Harry'emu sztylet, jej jasne włosy poderwał wiatr. Następnie odchrząknęła. Harry podniósł na nią wzrok.

– Wspomniałam, że chciałam cię o coś zapytać, kiedy już będzie po wszystkim, Harry – powiedziała. – I teraz przyszedł na to czas.

Harry podniósł brwi. Draco był o tym przekonany, mimo że nawet nie widział jego twarzy. Po prostu znał go na tyle dobrze.

Calibrid uśmiechnęła się.

– Wyjdziesz za mnie?

Draco poczuł, jakby ktoś mu rzucił zaklęcie zamarzające na klatkę piersiową. Zagapił się. Harry, któremu najwyraźniej odjęło mowę, cofnął się o krok, prawie wpadając na Dracona.

– Nie, psiakrew, nie wyjdzie! – Draco wreszcie zdołał zaczerpnąć tchu, żeby wrzasnąć. – Za kogo ty się w ogóle masz, żeby tak się wtrącać w święty rytuał zaręczynowy?

– Za rozsądną osobę – mruknęła Calibrid, patrząc na niego intensywnie – która ma zamiar odebrać czarodzieja, który zasługuje na znakomitego partnera, od kogoś, kto w ogóle na niego nie zasługuje.

Draco nie był już w stanie mówić. Zaklęcie zamarzające zdawało się sięgnąć jego języka. Złapał Harry'ego za ramię i ścisnął mocno. Z tego, jak Harry się skrzywił, wiedział że go krzywdzi, ale w tej chwili naprawdę miał to gdzieś.

Chwilę potem Harry zaśmiał się lekko. Draco powiedział sobie, że tylko on usłyszał spięcie w tle jego głosu i tylko on wiedział, co ono oznacza.

– To naprawdę zabawne, Calibrid, ale…

– Nie żartuję – powiedziała niewzruszenie Calibrid. Miała złożone dłonie przed sobą i w ogóle nie dawała po sobie poznać, czy w ogóle zdawała sobie sprawę z wpatrzonych w siebie oczu ze wszystkich stron. Draconowi to niechętnie imponowało i był na siebie o to wściekły. – Nie proponuję też tego za cenę sojuszu. Wysunęłam propozycję. Byłbyś znakomitym mężem dla mnie, Harry. Nie pozostawiasz mi żadnych wątpliwości wobec twojego honoru, czy wartości. Nie jesteś zadeklarowany wobec Światła, ale biorąc pod uwagę twoje dotychczasowe dokonania, to naprawdę nie ma tak wielkiego znaczenia; nawet niezadeklarowany zrobiłeś dla tego świata więcej niż Albus Dumbledore. Zostałbyś otoczony rodziną, która by cię kochała i szanowała równie mocno co ja. Rozpoczęlibyśmy dwuletni rytuał, który zakończyłby się ślubem w dacie rozpoczęcia. – Uśmiechnęła się, a Draco nie był w stanie określić, czy jej oczy nie błysnęły czasem okrutnie, kiedy przeskoczyła na chwilę wzrokiem na niego. – Wiosna to taki wspaniały moment na rozpoczęcie zaręczyn.

– Nie masz prawa tego robić – syknął na nią Draco.

– Mam wszelkie prawo. – Calibrid była opanowana. – Aż do Halloween w tym roku, kiedy to przejdziecie przez siódmy wspólny rytuał, każdy ma prawo do oświadczyn wobec jednego z partnerów. Nie muszą się na to zgodzić, oczywiście. – Zerknęła na Harry'ego i Draco wyczytał w jej oczach, że naprawdę miała nadzieję, że jednak się zgodzi i nie, to naprawdę nie był żart. – I choć mroczna czarownica wykazałaby się niezwykle złymi manierami, gdyby wyszła z taką propozycją w dowolnym momencie od czasu waszego pierwszego rytuału w noc Walpurgi, to mnie to nie dotyczy. Jestem świetlista. Nie obejmują mnie takie same zasady.

– Chciałbym dowiedzieć się, o co ci właściwie chodziło – powiedział Draco. Praktycznie wibrował z podenerwowania. Miał tak przyśpieszony oddech, że znajdował się praktycznie na skraju hiperwentylacji, ale jakoś nie był w stanie się uspokoić. Miał zarumienioną od gorąca twarz, a dłonie zaciskały się na sobie nawzajem, mimo że wcale tego od nich nie chciał.

– Względem wartości Harry'ego? – Calibrid rzuciła mu przeciągłe, karcące spojrzenie. – Jeśli wciąż nie zrobił dość, żeby cię o tym przekonać, to nie wiem, jakiego rodzaju słowa byłyby w stanie to zrobić.

– Nie to – powiedział Draco. – O tym, że niby nie jestem godzien Harry'ego. Czemu tak powiedziałaś?

Calibrid przymrużyła lekko oczy.

– Naprawdę chcesz, żebym na to odpowiedziała, Malfoy? – zapytała. – Na oczach tych wszystkich świadków?

Nie.

To był głos Harry'ego, nie jego, i nagle Draco zobaczył, jak wokół nich wznosi się krąg osłon prywatności. Wszelkie dźwięki z zewnątrz bańki zniknęły. Słyszał tylko swój przyspieszony oddech i ciche piśnięcie butów Harry'ego, kiedy odsunął się od nich.

Calibrid nie traciła czasu.

– Nie dzielisz żadnych ideałów Harry'ego – powiedziała Draconowi wprost. – Walczysz u jego boku, ale przecież mnóstwo osób to robi. Wszystko, co o tobie w kółko słyszę, tworzy mi obraz ciebie jako kogoś, kto bez przerwy jęczy, marudzi i leży plackiem, czekając aż inni odwalą za niego brudną robotę. Nie obchodzi cię praktycznie nikt poza tobą samym; zależy ci na Harrym, ale chyba tylko wtedy, kiedy wasze cele jakimś przypadkiem się ze sobą zetkną. Wykorzystujesz jego miłość wobec ciebie, żeby być podłym i okrutnym wobec wszystkich innych. – Przez chwilę spojrzała statecznie na Harry'ego. – Nie mówię, że wina leży wyłącznie po twojej stronie – dodała. – Kiedy dorośli nie karcą dzieci, a czasem nawet nagradzają ich złe zachowanie, to dzieci nie mają żadnych powodów, żeby zachowywać się inaczej.

Harry zarumienił się.

– Nie masz najmniejszego pojęcia – powiedział Draco, któremu krew już tak głośno tętniła w uszach, że praktycznie nie słyszał własnych słów. – Nie masz najlżejszego pojęcia, przez co razem przeszliśmy, czym się z nim dzieliłem…

Calibrid zaśmiała się nieprzyjemnie.

– Nie, nie mam – powiedziała. – Bo nigdy tego nie okazujesz przy innych ludziach. Nigdy nie słyszałam, żeby ktoś stwierdził, że istnieje między wami jakakolwiek głęboka i intymna więź. Wszyscy mówią tylko o tym, jak podważasz jego autorytet w miejscach publicznych, czepiasz się go na osobności i zachowujesz się jak rozpieszczony dzieciak wobec wszystkich, którzy ci jakoś podpadną. Skoro nikt poza wewnętrznym kręgiem nie jest w stanie zobaczyć, jaki jesteś wspaniały i odważny, to czy naprawdę jesteś taki wspaniały i odważny?

– Kocham Draco – powiedział cicho Harry.

– Co do tego nie mam żadnych wątpliwości – zapewniła go Calibrid. – Ale jego miłość nie jest równa twojej, Harry. Nie może być. Nie jest równie otwarty na świat, żeby mogła. – Odwróciła się z powrotem do Dracona. – Przyzwyczaiłam się do odczytywania ludzi, zwłaszcza odkąd dowiedziałam się, że przyjdzie mi zostać politycznym przywódcą rodziny, która unika wojny. Znam mowę ciała, mimikę i gesty, nauczyłam się wszelkich drobiazgów, które ludzie potrafią okazywać w miejscach publicznych i wiem, kto na ile zwraca uwagę na otaczające ich istoty i na ile jest w stanie docenić ich wolną wolę, czy inteligencję. Harry jest jednym z najbardziej otwartych znanych mi ludzi. Ty jesteś jednym z najbardziej zamkniętych. Niby w jaki sposób masz mu być równy? To, co robisz, jest po prostu nienormalne. Jesteś tak egoistyczny, że wymagasz szczególnej opieki, znacznie cięższej niż większość ludzi na świecie. To oznacza, że tylko dokładasz Harry'emu obowiązków, zamiar uzupełniać jego braki.

Draco już nie widział, świat rozmywały mu łzy zrodzone ze wściekłości. Otworzył usta, gotów cisnąć wyzwiskiem.

– A teraz mnie obrazisz – powiedziała Calibrid, spokojna niczym lód w czasie zimowego przesilenia. – Oczywiście że tak. Przecież nie wiesz, jak inaczej się zachować. Skąd miałbyś wiedzieć? W końcu tak zachowują się dzieci, a ty wciąż jesteś dzieckiem.

Draco zamknął szybko usta i zagapił się na nią. W głowie odbijały mu się echem poszczególne słowa, ale najpotężniejszym z nich było „wszyscy".

Ta charłaczna zdzira nie była jedyną osobą, która tak o nim myślała. Inni sojusznicy Harry'ego dzielili jej poglądy. Nie widzieli wystarczająco tego, kim był naprawdę – i niby skąd mieliby to wiedzieć, skoro okazywał to wyłącznie w czasie prywatnych chwil z Harrym – żeby uważać go za silnego.

A to nie była prawda, ale jedynym sposobem na pokazanie im, jak bardzo się mylą, byłoby…

Zmienienie publicznego wizerunku. Zachowywanie się tak, jak zawsze marzył, że by chciał. Zachowywanie się jak dorosły, nie dziecko.

Dokładnie tak, jak Harry go o to poprosił.

Draco wiedział, że był kimś lepszym od tego, jak go opisywała ta charłaczna zdzira. Był lepszy od kogokolwiek, od nich wszystkich razem wziętych.

Po prostu musiał im to pokazać.

Zrobił krok przed siebie i położył ręce na ramionach Harry'ego.

– Chciałbym już wrócić do szkoły – powiedział cicho, nawet na chwilę nie odrywając wzroku od twarzy Calibrid. Uśmiechnęła się do niego z kpiną. Draco odetchnął głęboko i upomniał się, że przecież nie zmieni jej zdania tylko raz tłamsząc jej oczekiwania. – Czy możemy to zrobić? Chyba już skończyłeś z przysięgami?

– Oczywiście – powiedział Harry, marszcząc brwi i opuszczając osłony prywatności.

Draco odczekał, kiedy Harry żegnał się ze wszystkimi, którzy przybyli, po czym zawrócił ku szkole. Jak tylko zeszli im z oczu i znaleźli się na drodze do Hogwartu, Draco zobaczył jak ramiona Harry'ego spinają się.

Wydaje mu się, że zacznę wyżywać na nim swój gniew na Calibrid.

Draco zatrzymał się i złapał Harry'ego za podbródek, podnosząc mu głowę do góry. Harry z rezygnacją spojrzał mu w oczy.

Draco pocałował go łagodnie, powoli i z wielką uwagą na wszelkie szczegóły. Harry jęknął. Draco przeciągał pocałunek, póki nie usłyszał dyszenia Harry'ego, po czym odsunął się od niego i przyłożył czoło do jego.

Harry był na tyle mądry, że rozpoznał Moment. Czekał w ciszy na słowa Dracona.

– Pokażę im wszystkim, że jestem ciebie wart – wyszeptał Draco. – Pokażę im, z czego tak naprawdę jestem zrobiony.

Harry odsunął się i spojrzał na niego. Draco zobaczył w jego oczach mignięcie nadziei i jak szybko została ona stłamszona. Żal przeszył go na ten widok, bo najwyraźniej Harry nie mógł mu ufać już do tego stopnia, że uważał tego rodzaju słowa za zbyt dobre, żeby mogły być prawdziwe.

– Obiecuję – powiedział. – Teraz chodzi już o coś więcej, niż twoją prośbę, czy nawet chęć udowodnienia sobie czegoś. Nie miałem pojęcia, że tak właśnie jestem postrzegany przez innych. – Poczuł, jak usta próbują mu się skrzywić złośliwie, ale powstrzymał się przed tym. Wyzwiska w niczym mu się nie przydadzą, jeśli dokładnie tego ludzie będą po nim oczekiwać. – Pokażę im, że jestem ci równy… a nawet lepszy od ciebie, jak nie zaczniesz uważać.

Harry uśmiechnął się.

Po raz pierwszy od nocy ich kłótni, Draco poczuł rozlewające się po nim ciepło. Aprobata w oczach Harry'ego zaleczyła rozczarowanie, które wtedy odczuł.

– Zawsze wiedziałem, że jesteś do tego zdolny – mruknął Harry. – Nawet nie wyobrażam sobie, jaki się staniesz, kiedy wreszcie na stałe zaczniesz żyć na poziomie swojego potencjału.

– To mnie zaczną się oświadczać – powiedział Draco, słysząc w swoim głosie jad zazdrości.

– Przecież wiesz, że bym tego nie przyjął – powiedział Harry tonem, jakby to była oczywistość.

Wiem – powiedział Draco. – Ale to nie ma znaczenia, Harry. Najważniejszy jest powód, przez który w ogóle się na to zdecydowała. Że niby nie jestem ciebie wart! Już ja jej pokażę.

Był w stanie to zrobić. Stal zastąpiła gorący gniew, jakby nagle wyrósł mu nowy kręgosłup.

Stanę się dokładnie taki, jaki mogę być, a nie taki, jakim chcą mnie postrzegać. Zacznę żyć zgodnie z moim potencjałem i aż im się głupio zrobi, że kiedykolwiek myśleli o mnie inaczej.

Pokażę im na co mnie stać.